
Bardzo dawno temu, miałem przyjaciół którzy amatorsko zajmowali sie ornitologią. Jeden z nich był inżynierem elektrykiem, drugi architektem a trzeci - budowlańcem. Każdą sobotę i niedzielę spędzali na pieszych i narciarskich wędrówkach po lasach Pomorza Zachodniego. Wakacje poświęcali na narciarskie wyprawy na Szpicbergen lub Islandię.
Dzielni to byli ludzie. Zapaleni ornitolodzy. Sporządzali inwentaryzację gniazd orła bielika. Obrączkowali też ptaki podczas migracyjnych przelotów. Oni mnie nauczyli kochać i rozumieć las, wraz z jego mieszkańcami.
Pod koniec sierpnia, na rżyskach pól w pobliżu lasów i na podmokłych łąkach śródleśnych, zbierają się do odlotu żurawie. Są to ptaki wiodące skryty żywot na mokradłach. Zdala od ludzi. Przeciwnie niż bociany. Czas ich zebrań jest nieprzewidywalny i bardzo zależy od nadejścia zimy. Gdy zima przychodzi później, sejmiki żurawi odwlekają się aż do września. Trwają krótko, tylko dwa do trzech dni.
Leśnicy wiedzą najlepiej gdy się rozpoczynają. Za ich radą jeździłem ze swoimi przyjaciółmi ornitologami by z ukradka podpatrywać sejmiki żurawi. W czasie sejmiku żurawie tańczą przedziwny taniec - menuet. Z dworskim wdziękiem, z rozportartymi skrzydłami wykonują płynne podskoki. Jak w zwolnionym tęmpie. Potrafią się unieść na metr, aby potem stanąć na przeciw siebie z podniesionymi dziobami. A z ich dziobów wydobywa się charakterystyczny śpiew nazwany klangorem. Jest to okrzyk pełen tęsknoty. Płynie on daleko ponad polami, jak jesienna mgła. Mogłem go słuchać godzinami. Zapada on głęboko w duszę człowieka by tkwić tam latami. Czasami nie ucicha nigdy, lub milknie by po latach znów się obudzić.
Mieszkam na pustyni od dwudziestu lat i od bardzo dawna nie widziałem żurawi. Ostatnio w mych snach słyszę ten śpiew coraz częściej. On we mnie przetrwał. Czas mi odlecieć.
