
26 maja 1996 roku odbyło się w Chicago spotkanie Konwersatorium Dialog 96 pt. Świadectwo Poezji Pokolenia Złodziei Czereśni, czyli zapisy wspomnieniowe i doświadczenia (wiedeńskiej) emigracji solidarnościowej na przykładzie twórczości Adama Lizakowskiego. Zostało one zorganizowane przez chicagowski oddział Polskiego Instytutu Naukowego w siedzibie Fundacji Kopernikowskiej, a poświęcone najnowszej fali emigrantów z Polski. Poniższy tekst, to wystąpienie (rozbudowane) poety Adama Lizakowskiego, wygłoszone na zakończenie spotkania.
Wstęp
Przez trzy godziny przysłuchiwałem się Państwa rozmowom a mam wrażenie, że nie były to trzy godziny, tylko pięć, może dziesięć minut. Każdy z Was miał tyle do powiedzienia, każdy z Was wspierał się własnym życiorysem, śpiewał swoją pieśń emigranta z entuzjazmem człowieka zadowolonego z siebie. Emigranci to ludzie, którym mimo wszystko udaje się przeżyć indywidualnie w obcym dla siebie środowisku, natomiast jako grupa wcześniej czy później ponoszą klęskę. O naszej grupowej klęsce będę mówił później. Nie jest to klęska przypisana tylko nam, Polakom, klęski tej doznają wszystkie grupy etniczne. Gdyby jej nie doznawały, nie mogłoby być takiego kraju jak Stany Zjednoczone. Gdy to sobie uzmysłowimy, nasza klęska nie będzie aż tak wielka (nie większa od klęsk innych grup etnicznych). Tysiącletnia zawikłana historia naszego państwa w decydujący sposób wpłynęła na poplątanie losów całego narodu. Mówienie i zastanawianie się nad naszymi niedomaganiami tutaj, na emigracji, w Stanach Zjednoczonych, reflekcje o naszym charakterze narodowym, postawie życiowej, bardzo mnie męczą. Do niczego to nie prowadzi, a tylko pogorsza nasze zbiorowe samopoczucie.
W chwili obecnej chciałbym zapomnieć o klęskach i przywarach narodowych. Za wszelką cenę pragnę sukcesów emigrantów, którzy w tym kraju czują się Polakami, odnieśli sukces i nie wstydzą się polskości. Mam nawet prawo tego wymagać, ponieważ jest nas tylu w tym kraju, że powinniśmy stanowić potężną siłę intelektualną mocno popartą dolarem. Dlaczego tak nie jest nie będę teraz tego rozważał. Mogę jedynie powiedzieć, że wszystkie nasze klęski i zwycięstwa są w nas samych.
Wyjechaliśmy z kraju tradycji klęsk i nieszczęść narodowych. Wiele lat temu, gdy wyjeżdżałem, wcale o tym nie myślałem. Dzisiaj wiem, że świadomość tego zmusiłaby mnie do przemyślenia wszystkiego raz jeszcze, zanim wsiadłbym do samochodu zmierzającego w kierunku Wiednia. Moje pokolenie było tworem komunizmu, czyli czegoś, z czego trudno było się wyzwolić. Czegoś o brzydkim charakterze, nie tylko narodowym, ale i ogólnoludzkim. Wielu z nas to rozumiało. Na Zachodzie trzeba było szybko się odnaleźć w nowej rzeczywistości, aby móc ją zaakceptować. Kto tego wówczas nie zrobił, cierpi do dziś piekielne męki.
Razem stworzyliśmy (świadomie czy też nieświadomie), pokolenie ludzi, którzy wyjechali z Polski w latach 1980 1989. Aby dobrze nas zrozumieć, abyśmy my sami siebie mogli dobrze zrozumieć, musimy przyjrzeć się ostatniej dekadzie komunizmu w Polsce. Jest ona szalenie ciekawa, nie tylko dla historyka, ale i dla poety. Jakże różne są pierwsze lata tej dekady, powstanie Solidarności, stan wojenny, rok 1984, porywanie członków opozycji solidarnościowej, pisanie listu do generała Jaruzelskiego, amnestia dla internowanych, zabójstwo Grzegorza Przemyka, księdza Jerzego Popiełuszki, powołanie reżimowych związków zawodowych (OPZZ), od lat 198587, a te z kolei od koncówki 198889, czyli Okrągłego Stołu.
Doświadczenia, o których państwo mówiliście tak pięknie i przejmująco, można nazwać naszym wspólnym doświadczeniem. Droga, którą przeszliśmy razem, choć osobno, jest naszą wspólną drogą. Nasze stresy, nieprzespane noce, zmartwienia, troski o pozostawioną w ojczyźnie rodzinę wreszcie myślenie o samej ojczyźnie. Rozterki są NASZE WSPÓLNE: wspólna świadomość, sposób myślenia, rozumienia świata, wspólna jest analiza przeszłości. Mamy też powiązania duchowe wyrażone wspólnymi doświadczeniami, ideami, marzeniami, wspólnymi celami. Wydawałoby się, że jedna osoba może być wyrazicielem całego naszego pokolenia. Te właśnie fakty czynią z nas jedno pokolenie. Ale nie jest to takie proste, jakby wyglądało na pierwszy rzut oka. Tworząc nową Polonię amerykańską lat 80tych byliśmy mozaiką składającą się z wielu życiorysów i charakterów ludzkich. Jak już wspomniałem, podzielił nas czas, w zależności od tego kiedy nasza stopa stanęła na ziemi amerykańskiej. O tym właśnie chciałbym więcej państwu powiedzieć.
Podłoże polityczno społeczne
Inny charakter emocjonalny i historyczny miały strajki w sierpniu 1980, marcu 1981, inne po 13 grudnia (zwane przez rząd manifestacjami, strajkami okupacyjnymi, zakłócaniem porządku publicznego), w 1982, 1983, lub w latach 1984 89. Strajkującym chodziło o to samo, o tym samym mówiono od czterech dziesięcioleci; o prawach człowieka, swobodach obywatelskich, uwolnienieniu więźniów politycznych, o swobodach religijnych, poprawie zaopatrzenia (mięso i nie tylko), a później o zwolnieniu internowanych, amenestii dla aresztowanych i skazanych przez sądy wojskowo-cywilne. Czy żądano wiele? Chyba nie. Ale dlaczego rząd był głuchy na postulaty strajkujących? Bo rząd czuł się bezkarny w tym wszystkim co robił, dlatego jego bezkarność zastraszała i przerażała społeczeństwo. Bezkarność przeszła w okrucieństwo i znęcanie się nad własnym narodem. Nie osiągnięto dialogu czyli nie było wspólnego zrozumienia. Świadomość tego, i okoliczności ich wybuchania w dużym stopniu pozwoli nam zrozumieć warunki i postępowanie tych, którzy w latach omawianych przeze mnie przybyli do Stanów Zjednoczonych, na pobyt stały emigrację, czy tylko na pobyt tymczasowy.
Chwila historyczna jest bardzo ważna i musimy o niej zawsze pamiętać. Wyjeżdźaliśmy z Polski falami, w podobnych okolicznościach, w gorączkowym klimacie rozruchów społecznych. Po raz kolejny warto przypomnieć sobie atmosferę tamtych strajków, protestów robotniczych. Podpisywanie przez rząd i nie dotrzymywanie umów ze strajkującymi, kolejek dosłownie po wszystko: przebłyski wolności w radio, prasie, nadziei na lepsze i wygodniejsze życie. Wrzenie społeczne, domaganie się pluralizmu we wszystkich dziedzinach życia publicznego, likwidacji cenzury, itd. Aby dobrze zrozumieć czas, o którym mówimy, który można dzisiaj określić już czasem historycznym, trzeba to sobie przypomnieć.
Dla kogoś, kto spogląda na tamten czas historyczny i nie rozumie go dobrze, może wydawać się, że tworzyliśmy jedną falę, jeden ruch emigracyjny. Niestety, tak nie było. Emigranci napływający do Stanów, w zależności od czasu i warunków politycznych, dzielili się na kilka róznych grup. Czynniki te kształtowały w dużym stopniu ich światopogląd i rozumienie samych siebie, wreszcie narzucały pewien styl myślenia i działania. One przyczyniły się do pęknięć i podziałów w społeczeństwie polskim, a także zasadniczo podzieliły nowoprzybyłych na ziemi amerykańskiej.
Przykładem niech będzie powszechny bojkot oficjalnych środków masowego przekazu w czasie stanu wojennego przez środowisko artystyczne i inteligencję, albo podpisywanie (lub nie) tzw. deklaracji lojalnościowych przez osoby zwalniane z obozów internowania: Oświadczam niniejszym, co potwierdzam własnoręcznym podpisem, że zobowiązuję się ścisle przestrzegać obowiązującego porządku prawnego, a w szczególności nie podejmować jakiejkolwiek działalności szkodliwej dla PRL.
Tło ogólne emigracji
Byliśmy zbiorowiskiem ludzi z różnych regionów Polski. Różniliśmy się nie tylko kulturowo, społecznie, ale i psychicznie. Mieliśmy różne poglądy, chociaż żyliśmy w jednym kraju. Komunizm, pomimo tego, że usilnie chciał przemienić nas w jedną klasę (równych) i przemieszane społeczeństwo, poniósł klęskę. Jedno, co mu się udało, to zrobić ze społeczeństwa naród dziadów. Próbował wydziedziczyć nas z przeszłości, tworząc jednocześnie klasę marzycieli, którym coś tam się śni. Ten wspólny sen całego społeczeństwa przez ponad czterdzieści lat, można nazwać naszym zbiorowym pragnieniem wolności i lepszego życia.
Dopiero okres wolności szesnastu miesięcy oraz stan wojenny w wyraźnym stopniu podzielił społeczeństwo, nie tylko politycznie, ideowo, ale i towarzysko. Dla jednych historia współczesnej Polski stała się prokuratorem zbierającym akta sądowe przeciwko dramatycznej przeszłości. Dla innych szansą na wykorzystanie chwili, momentu aby zrobić dobry interes. Władze celowo przeciwstawiały jedną grupę drugiej, skłócały je.
Wśród nas, opuszcząjacych Polskę, amatorów cudzych czereśni, byli ludzie bardzo młodzi, i ludzie starsi, z ogromnym bagażem doświadczeń. Niektórzy wyjeżdżali do swych rodzin, znajomych, krewnych. Inni nie mieli zielonego pojęcia co może ich spotkać, gdy wysiada z samolotu lub samochodu w innym kraju. Jak już wspomniałem, każdy z nas miał w Polsce swoje środowisko i towarzystwo, w którym żył, pracował, odpoczywał. Słowem każdy z nas był inny, ale mieliśmy jeden cel: wyjazd.
Raz jeszcze muszę powtórzyć, że łączył nas czas historyczny, z czego wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy. To on podzielił nas na różne fale emigracyjne. Dzisiaj, gdy mówimy o okresie stanu wojennego, rozumiemy się i wiemy o czym każdy z nas mówi. Pomimo różnić przywiezionych z regionów z których pochodzimy i poglądów, które z czasem nabyliśmy podczas wieloletniego życia na emigracji. Przekonany jednak jestem, że więcej nas łączy niż dzieli, ponieważ przeszliśmy wspólnie, choć oddzielnie, jedną krystalizację świadomości.
Mit Ameryki
Chciałbym dodać, że i mnie "się udało". Udało mi się w tym sensie, że żyję jak człowiek pracuję we własnej polskiej księgarni, promuję swoją kulturę w kraju, o którym wiedziałem bardzo niewiele. Gdy tutaj przyjechałem, nikt na mnie nie czekał, ani też nikt niczego nie oferował. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale mimo tego, w podświadomości, liczyłem sam nie wiem już na co. Przez pierwszych kilkanaście miesięcy miałem pogłębiające się uczucie, że przegrałem, choć moje marzenia spełniły się, przecież wyjechałem! Dlaczego tak sądziłem? Ponieważ poczułem się bezradny i naprawdę zagubiony w wielkim kraju, wielkim mieście, bez przyjaciół. Nie wiedziałem, w którą stronę mam iść, do kogo zwrócić się o pomoc i jakiej najbardziej pomocy potrzebuję. Klucz do mojej przyszłości spoczywał w cudzych rękach. Nie wiedziałem kto to jest, jak on wygląda. Nie byłem pewien, czy taki ktoś istnieje. Moja wiara w Amerykę wyschła. Nie było nawet jednej kropli wiary, aby ufać w to, co kiedyś było moimi marzeniami.
Formuła zaklęć: "Ameryko, Ameryko daj mi to, czego moja ojczyzna nie dała". Nie wiadomo skąd pojawiło się to uczucie, że to, co pozostało w Polsce było o wiele więcej warte, niż to, co tutaj zrobię, czy osiągnę. A przecież, gdy byłem w Polsce, myślałem zupełnie inaczej. Nastał czas ciężki, czas próby, który (tak na dobrą sprawę) trwa dla mnie do dzisiaj. Zasiłek, jaki otrzymałem od prezydenta Reagana, nie powinien wystarczyć mi nawet na opłatę mieszkania, a wystarczył na wszystko. To wszystko to całe morze wyrzeczeń, a co to oznacza, tylko drugi emigrant zdoła zrozumieć.
W swojej bezsilności czułem raz po raz przypływ mocy. To miałem marzenia to znów je traciłem. To wierzyłem w siebie, że mój pobyt tutaj ma sens, to znowu łapałem się za głowę w akcie zupełnej rozpaczy. Byłem głodny, nie dojadałem, brakowało mi wszystkiego, ale zdobywałem się na gest i karmiłem się marzeniami o których dzisiaj nawet nie chcę mówić. Taki byłem zuchwały. Im było ciężej tym większe miałem marzenia i aspiracje. Dlatego proszę nie pytać, jakie one były i skąd przychodziły. Czy tylko ja jeden taki byłem? Ależ oczywiście, każdy z nas miał marzenia i wewnetrzną wiarę, że tutaj będzie mu lepiej niż gdziekolwiek indziej.
Ameryka dla nas, urodzonych po wojnie była przez całe życie zakazanym owocem. W tym micie wzrastaliśmy, ten mit był naszą strawą powszednią. Znaliśmy amerykańską teorię sukcesu, znaliśmy mit Ameryki. Nie było takich dzwięków, których by nasze ucho nie wychwyciło. W Ameryce widzieliśmy ideał wolnego państwa, w niej zamykał się nasz młodzieńczy zapał. Im bardziej komuniści na naszą ukochaną Amerykę pluli, tym bardziej my ją kochaliśmy. Powiem nawet więcej, całe społeczeństwo wierzyło w Amerykę, śniło o niej sen.
Staliśmy się społeczeństwem szturmującym bramy raju, amerykańskiego raju. Aby to w pełni zrozumieć trzeba mieć poczucie komunistycznej rzeczywistości, którą można przetłumaczyć na naszą szarą biedę. Ameryka była dla nas wielkim bratem wszystkich biednych i przyjacielem bogatych, która na kredyt gdyby doszło co do czego, obroni nas przed komunistami. Tak bardzo wierzyliśmy Ameryce, jej demokracji i prezydentom.
Pierwsza fala "złodzieje czereśni".
Pierwsza fala opusciła Polskę w latach 1980 81 (ja sam do niej się zaliczam). Była to fala młodych ludzi urodzonych w latach 50tych, którzy skorzystali ze sposobności osłabienia władzy komunistycznej przez społeczny ruch "Solidarności". Wtedy, po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej, nadarzyła się możliwość otrzymania paszportu i wyjazdu na Zachód praktycznie przez każdego, kto tylko złożył podanie i miał konto dewizowe, w wysokości 150 dolarów amerykańskich. Była to dla nas i na owe czasy suma duża, bo większość społeczeństwa zarabiała wówczas mniej niż 20 dolarów miesięcznie (licząc po cenach czarnorynkowych).
Wiele osób miało poczucie, że rząd rozdaje paszporty na "lewo i prawo", aby pozbyć się jak najwięcej ludzi aktywnych, przedsiębiorczych. Potrzebujących od życia trochę więcej, niż kartki na mięso. PRACA, najważniejsze słowo w sloganach komunistycznych, niczego już nie dawała, ponieważ pieniądz tracił na wartości z tygodnia na tydzień. Spełnienie marzeń o dorobieniu się, czegokolwiek w kraju dla większości Polaków stało się marzeniem ściętej głowy.
Komunistyczne mass media prezentowały w tym czasie serię reportaży z obozów dla uchodzców m.in. w Austrii, które były oglądane uważnie przez społeczeństwo. Wyglądały one mniej więcej tak: mówi młoda dziewczyna stojąca przed bramą obozu dla uchodzców pod Wiedniem: "W obozie jest strasznie źle" i niedwuznacznie się uśmiecha, pokazując i wręcz wyjaśniając, na jakiej zasadzie można do takiego obozu się dostać. Reportaże te jeszcze bardziej nas rozochociły, rozpalając wyobraźnię i chęć wyjazdu.
Nastapiła wręcz moda na wyjazd za granicę, na Zachód, podsycana i kreowana przez własne mass media. Magiczny, bajkowy, kolorowy Zachód gdzieś tam, za siedmioma górami, morzami, lasami z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej realny. Ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy wcześniej nawet by nie pomyśleli o wyjeździe, w przeciągu dosłownie czterech tygodni otrzymali paszport. Żyłka podróżniczo handlowa odezwała się we wszystkich, którzy rzucili się na granicę z głośnym okrzykiem "NA ZACHÓD MARSZ".
Dopomogło w tym także zniesienie wiz wjazdowych do niektórych krajów np. do Austrii, oraz świadomość, że na ZACHODZIE na nas czekają. Nie wiem skąd ta myśl się wzięła, ale tak właśnie myślałem. Nie był to żaden realistyczny punkt spojrzenia na Zachód, ale o tym niewielu z nas myślało. Wielkie, mityczne organizacje antykomunistyczne na nas czekają! AMERYKA na nas czeka. Wystarczy tylko zdobyć się na odwagę, i ruszać w drogę.
Nastąpił masowy wyjazd tysięcy młodych Polaków. Większość z nich nie miała nawet skończonych 24 lat życia. Dla większości był to pierwszy wyjazd za granicę. Często nawet pierwszy wyjazd z ich miejscowości dalej niż do powiatu, czy wojewódzkiego miasta. Wielu z nas z prowincji nigdy wcześniej nie widziało stolicy, czy Wisły. Nigdy nie było w Krakowie, nie oglądało Wawelu, a zdecydowali się na wyjazd do Wiednia, Rzymu, Paryża, czy Berlina.
Nastąpił radosny nastrój pakowania walizek, żegnania się z przyjaciółmi, wydawania przyjęć pożegnalnych. Wyjazd po przygodę i pieniądze czyli pąd do zachodniego bogactwa. Większość wyjeżdżała rzeczywiście po przygodę i z chęci zobaczenia świata. Na jak długo, trudno było powiedzieć, ale większość zdecydowanie planowała powrót do ojczyzny, jak tylko obejrzą sobie ten ZGNIŁY Zachód. Przy okazji zarobią trochę grosza, obkupią sie i w pełni sławy wrócą do rodzin niczym bohaterowie antycznych epopei. Większość po raz pierwszy w życiu otrzymała paszport i zobaczyła szlaban graniczny. Karmieni przez dziesięciolecia papką wyobrażeń o Zachodzie, podgrzewaną na kuchence komunizmu chcieliśmy być ludzmi nowoczesnymi, którzy na Zachodzie zdobędą wszystko to, czego komunistyczna ojczyzna nie mogła nam zapewnić, choć podsycała nasze pragnienia. Masowe marzenia nieszczęśliwych idealistów miały właśnie tam, po drugiej stronie realizować się.
Wśród uchodźców reprezentowane były wszystkie grupy społeczne, wszystkie możliwe zawody. Wyjechało wielu studentów, którzy pobrali urlopy dziekańskie. Wyjechało wielu chłopaków w strachu przed powołaniem do wojska. Wyjechało wielu młodych, którzy nie wiedzieli co ze sobą począć w rzeczywistości komunistycznej. Wyjechali ci, którzy chcieli się żenić i potrzebowali pieniędzy na mieszkanie, meble, samochód.
Po cichu liczono, że za przywiezione z powrotem pieniądze będzie można dużo kupić w kraju, bo dolar miał dużą siłę przebicia w porównaniu do złotówki. Przecież świat, do którego uciekaliśmy stawał się z dnia na dzień nowocześniejszy, bogatszy, natomiast Polska popadała w coraz głębszą zapaść cywilizacyjną.
Wierzyliśmy, że władcy Polski też to dostrzegą i sami wezmą pod uwagę istniejące zacofanie, tak jak naszą chęć do lepszego, wygodniejszego życia. Byliśmy przecież realną siłą, z którą władza powinna się liczyć i jeśli nie jawnie, to po cichu powinna we własnym interesie dążyć do poprawienia standardu życia całego narodu. W momencie, w którym wrócimy z dolarami do ojczyzny skorzystają na tym nie tylko nasze rodziny, ale i cały naród.
Aby ukazać pełny obraz tamtych dni, trzeba powiedzieć, że wyjechały z nami też tak zwane "niebieskie ptaki", czyli ludzie z przeszłością kryminalną: złodzieje, pijacy, paserzy, rozwodnicy (mający na utrzymaniu rodziny), ludzie bez stałego zamieszkania i miejsca pracy. Wielu było też cwaniaków. Wyjechało mnóstwo kombinatorów, ludzi handlujacych mydłem, szamponami, skarpetkami, papierosami, itp., którzy krążyli stale pomiędzy np. Wiedniem a Krakowem. Byli też wśród nas ludzie, o niezrównoważonej psychice, znerwicowani, z maniami prześladowczymi. Jakim cudem otrzymali wówczas paszporty, co do dzisiaj jest dla mnie zagadką.
Indywidualne motywacje
Motywacje całej tej masy ludzkiej, liczącej chyba z pół miliona, ogólnie mówiąc były ekomoniczne, choć niektórzy z nas po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce, starali się i otrzymali status "emigrantów politycznych" na Zachodzie.
Aby oddać dziś całą sprawiedliwość trzeba powiedzieć, że wielu niezupełnie zdawało sobie sprawę z tego, że wyjeżdżali z kraju, którego mogli przez długie lata albo i nigdy więcej nie zobaczyć. O tym, że czarne chmury zbierały się nad Polską, wiedzieliśmy; ale mało kto chciał się wtedy zastanawiać co naprawdę z tego może wyniknąć i jakie mogą być tego konsekwencje. Musimy to zrozumieć i pojąć charakter ówczesnych wydarzeń, aby uchwycić sens wszystkiego, co później się wydarzyło.
"Złodzieje czereśni" byli jedyną falą Polaków w naszej historii, która opuszczała ojczyznę z uśmiechem, gitarami i piosenką. Radość, a nie smutek, była towarzyszem podróży. Wydawało się nam, że to co robimy, jest rzeczą najbardziej normalną. Po prostu taka jest kolej rzeczy. Kierowała nami chęć dotarcia do wszystkiego, a nie bunt przeciw wszystkiemu. Cieszyliśmy się, że udało się nam zdobyć te "obowiązkowe" 150 dolarów, że otrzymaliśmy paszport. Wiekowo byliśmy równi, tworzyliśmy pokolenie rówieśników, które wybiera się na Zachód po mityczne "złote runo", jak do lasu, na szkolną wycieczkę. Takie było właśnie nasze psychiczne nastawienie w chwili wyjazdu.
Stanowiliśmy falę ludzi, którzy przeszli przez obozy dla uchodźców, którzy smak zgniłego kapitalizmu dobrze poczuli, jeszcze zanim dotarli do Ameryki. W biurach obozowych zostały nasze polskie paszporty. Tam też składaliśmy bardziej lub mniej prawdziwe zeznania "dlaczego uciekamy z komunistycznego do kapitalistycznego raju". Nie była to najciekawsza forma zapierania się ojczyzny, ale jedyna, która obiecywała dalszy ciąg podróży, po wprowadzeniu stanu wojennego, taka była rzeczywistość i wymóg chwili.
Na Zachodzie żyliśmy w różnych warunkach. Jedni mieszkali w obozach, inni mieli lepiej, bo zatrzymali się w pensjonatach lub nawet prywatnych kwaterach. Jedni żyli tylko z zasiłku obozowego, inni dorabiali "na czarno". Atmosfera na ogół była dobra. Humor dopisywał, nawet stan wojenny nie mógł wprowadzić nas na dłużej w przygnębienie czy melancholię. Było nam obce myślenie o utraconej ojczyźnie. Mało kto mógł wyobrazić siebie w roli XIX wiecznego emigranta. Tak bardzo różniliśmy się od poprzednich fal emigracyjnych. Nie należy tego rozumieć błędnie, nasze kategorie myślenia o tym wszystkim, co działo się w kraju, były takie same, jak ludzi, którzy pozostali w kraju.
Po kilku miesiącach oczekiwań i pomyślnych, wstępnych przesłuchańiach w konsulatach państw zachodnich, wielu z nas wydostało się z Europy za pośrednictwem organizacji społeczno katolickich takich jak np. Caritas. Albo zupełnie prywatnych, takich jak Fundacja im. Lwa Tołstoja. Ameryka była naszym upragnionym celem, do którego wielu zdążało.
O Europie, jako o miejscu stałego zamieszkania mało kto wówczas myślał. I wbrew logice kierowała nami chęć oddalenia się jak najdalej od ojczyzny. Jednak większość została ostatecznie w Europie, Ameryka z otwartymi ramionami przyjmowała niby wszystkich, ale nie każdy do niej się kwalifikował.
Niektórym z nas (zwłaszcza lekarzom, pielęgniarkom, inżynierom, elektronikom) udało się w konsulatach w Wiedniu, Paryżu, Rzymie nawiązać kontakty z firmami np. Afryki Południowej, Kanady, Wenuzueli, Argentyny czy Nowej Zelandii lub Australii. Podpisać z nimi umowy o pracę, a sponsoromi były firmy oferujące zatrudnienie. Wielu z nich, jak się później okazało, po wygaśnięciu kontraktów o prace wybrało po raz drugi emigrację, tym razem do Ameryki.
Jak już wspomniałem byliśmy jedną falą, ludzi o wspólnych doświadczeniach, wyjeżdżając paczkami z Polski, w grupach starych znajomych, kolegów z jednego podwórka. Świadomość, że byliśmy w swojej paczce dodawała nam odwagi przy podejmowaniu decyzji a także wydała się nam niepisaną gwarancją powodzenia. Dopiero decyzje podejmowane przy wyborze docelowego państwa, czy nawet miasta, rozdzieliły nas. Podzielił nas też czas pobytu w obozach. Wielu wydoroślało zaledwie po kilku miesiącach, dla wielu pobyt w obozach stał się przyczyną tragedii życiowych. Rozpadło się wiele małżeństw: np. mąż wybrał Australię, a żona Kanadę. Ze zgranych paczek przekształciliśmy się w indywidualistów. Zmalała też liczba przyjaciół. Nie dlatego, że dla wszystkich był to trudny czas, ale dlatego, że pomiędzy dawną przyjaźń a troskę o dzień dzisiejszy zakradła się rywalizacja o pracę, która wtedy była najwyższym dobrodziejstwem.
Z myślenia grupowego przeszliśmy na myślenie o sobie. Zmienił się także nasz stosunek nie tylko do nas samych, ale i do środowiska, w którym żyliśmy na emigracji. Powstało nowe pojęcie pod tytułem "człowiek wartościowy". Nasze życie uległo przemianie: wielu wzbogaciło się duchowo, jeszcze więcej materialnie, poszerzając ramy widzenia i rozumienia otaczającego nas świata. Polska stała się z czasem dla nas krajem, do którego można pojechać na wakacje. Dla łatwiejszego określenia tej fali nazwaliśmy ją pokoleniem "złodziei czereśni". (Od tytułu tomiku wierszy A. Lizakowskiego, wyd. w 1990 r.)
Druga Fala "Solidarnościowcy"
Drugą falę stanowili internowanowani w latach 1982 84, którzy za działalność w "Solidarności" zostali zatrzymani i uwięzieni, na kilka czy kilkanaście miesięcy w tak zwanych "internatach", albo "interklubach". Stan wojenny wprowadzono 13 grudnia 1981 r. Większość z nich została aresztowana w pierwszych dniach stanu wojennego, na mocy tzw. dekretu Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, na czele której stanął premier, generał Wojciech Jaruzelski. Na ulicach miast, pod bramami większych zakładów pracy, pojawili się osobnicy w mundarach wojskowych, tzw. patrole, z koszar wyjechały wozy bojowe. Telefony zamilkły. W Polskim Radio, 13 grudnia o 6 rano zagrano mazurka Dąbrowskiego, następnie generał powiedział: "Wobec tego, że rozwój sytuacji w Polsce prowadził nieuchronnie do katastrofy narodowej, Rada Państwa w zgodzie z postanowieniami konstytucyjnymi, postanowiła dziś o północy wprowadzić stan wojenny na obszarze całego kraju".
"Solidarnościowcy" opuścili Polskę w okresie stanu wojennego lub kilka miesięcy po nim. Stan wojenny zniesiono 22 lipca 1983 r. Falę tę nazwano "polityczną" albo "postsolidarnościową" i można szacować ją na kilka do kilkunastu tysięcy działaczy (wraz z rodzinami). Aresztowano około pięciu tysięcy ludzi, głównie ze środowisk opozycyjnych. Ilu wśród aresztowanych było ludzi przypadkowych, a zwłaszcza "wtyczek" czyli prowokatorów, trudno jest dzisiaj powiedzieć. Minister Kiszczak poinformował, że w stanie wojennym aresztowano, w sumie 6,647 osób. On też złożył działaczom opozycji (dla wielu kuszącą) ofertę wyjazdu na Zachód. Ale czy można wierzyć temu, co powiedział Kiszczak, który reprezentował rząd oprawców narodu? Na pewno liczby, podawane przez oficjalne źródła rządowe były zaniżone.
Oczywiście, nie wszyscy internowni skorzystali z amnestii, czyli wyemigrowali. Byli nawet tacy, którzy woleli dłużej siedzić w więzieniu, niż emigrować. Światopogląd tej fali był zupełnie inny niż pierwszej, ponieważ oni wybrali z konieczności emigrację i liczyli się z wszelkimi trudami związanymi z tą decyzją. Wielu z nich zostało zmuszonych do opuszczenia ojczyzny, poprzez różnego rodzaju naciski, poczynając od wyrzuceniu z pracy, inni podjęli tę decyzję dobrowolnie. Byli i tacy, którzy zwątpili i nie widzieli się w Polsce, a Zachód kusił ich swoim bogactwem i wolnością. Internowani otrzymali paszporty tylko w jedną stronę, bez prawa wjazdu z powrotem do ojczyzny. Fala ta zaznaczyła się w naszej najnowszej historii jako "Wallenrodzi", właśnie przez swoje duchowe rozdarcie i konieczność podejmowania decyzji: "wyjechać czy nie wyjechać".
Nasiliła się wtedy propaganda sukcesu komunistycznego, stale podkreślanie wyższości tego ustroju nad kapitalizmem. Na sile przybrała też nagonka propagandowa przeciwko Stanom Zjednoczonym i zachodnim sankcjom gospodarczym. Jerzy Urban cynicznie stwierdził, że "rząd zawsze się wyżywi", dając do zrozumienia społeczeństwu a przede wszystkim "imperialistom", że ich blokada gospodarcza skierowana jest głównie przeciwko prostym niewinnym ludzom.
"Złodzieje czereśni" opuszczali ojczyznę ze śmiechem i śpiewem na ustach, "Solidarnościowcy" ze łzami w oczach. Pierwsi tworzyli pokolenie rówieśników, drudzy należeli do bardzo różnych grup wiekowych, o generalnie bogatszym bagażu doświadczeń życiowych. Wielu z nich miało rodziny na utrzymaniu. Pierwsi za wszelką cenę chcieli napatrzeć się, nałykać zachodniej wolności, zarobić i wracać do domu. Drudzy myśleli o Zachodzie, w kategoriach swojej szansy politycznej. Pierwsi, zanim trafili do Ameryki spędzili kilka, czy kilkanaście miesięcy w Europie Zachodniej. Dla drugich, Europa Zachodnia była tylko przymusowym przystankiem pomiędzy Polską, a Ameryką.
Internowani przeważnie trafiali do Stanów przez Niemcy Zachodnie i Francję. Potajemnie wywozili z kraju zdjęcia kolegów, zabitych przez komunistów w okresie stanu wojennego (m.in. górnicy z Zagłębia Miedziowego, którzy trafili do San Francisco). Wielu z nich przywiozło ze sobą znaczki solidarnościowe, pocztówki, podziemne pisma, broszury, książki wydawane w "drugim obiegu". (Na emigracji wywiezione rzeczy przez długie lata traktowali jak relikwie.) Widmo opuszczenia ojczyzny nie wiadomo na jak długo, i w obawie przed nową wojskową rzeczywistością było przyczyną ich cierpień. Na Zachód jechali jak XIX wieczni chorzy do wód uzdrowiających. W głowach kłębiły im się myśli, jak uzdrowić ojczyznę, jak wyzwolić naród z rąk oprawców, jak podjąć walkę z czerwonym diabłem...
25 stycznia 1983 r. władze PRL otwarcie stworzyły możliwość wyjazdu na Zachód dla internowanych. Od 20 stycznia tego roku (jak informował rzecznik rządu) wpłynęło 1429 wniosków od osób internowanych (łącznie z rodzinami 5165) i 396 wniosków o wyjazd emigracyjny od osób nie internownych. W praktyce było jednak inaczej: władze przygotowały 4510 paszportów, odebrało je 3339 osób, a opuściło Polskę 1070 osób. Po raz kolejny możemy mieć duże wątpliwości co do wiarygodności tych oficjalnych liczb.
Rozczarowanie Ameryką i Polonią amerykańską
To, co zastali byli internowani na emigracji, przeszło nawet ich najśmielsze wyobrażenia. O Polonii amerykańskiej właściwie nic nie wiedzieli lub znali ją tylko z rozgłośni radiowych "Głosu Ameryki", czy "Radia Wolna Europa". Wcale nie twierdzę, że wymienione tu radiostacje podawały jakieś nieprawdziwe wiadomości, ale chcśc czy nie chcąc wykreowały pewien mit Ameryki. Czy kiedykolwiek istniała taka Ameryka, o której myśleli? Trudno jest jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Propaganda amerykańska okazało się wcale nie była gorsza od komunistycznej. Wiadomości zasłyszane w Polsce, czy w Europie, szybko traciły na wartości w zetknięciu z amerykańską rzeczywistością. Mit Ameryki hodowany przez lata stracił na mitologii, rozczarowując bardzo głęboko wszystkich tych, którzy liczyli na coś więcej niż życzliwe, wyrozumiałe przyjęcie.
W Polsce działały silne organizacje solidarnościowe, takie jak: Tymczasowa Komisja Koordynacyjna Solidarności (w skład której wchodzili ukrywający się Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Lis, Władysław Hardek) czy Solidarność Walcząca i jej przywódca Kornel Morawiecki. W kilku miastach działały radiostacje solidarnościowe, Radio Solidarność. Był też KOR, który co prawda, sam się wcześniej rozwiązał, później osadzono jego głównych działaczy, ale w świadomości wielu nadal istniał, podobnie jak KPN. Natomiast w Stanach Zjednoczonych istniały organizacje polonijne starej Polonii. Starzy działacze mieli własną wizję pomocy Polsce, która polegała na organizowaniu dobroczynnych bali, opłatków noworocznych, obchodzeniu rocznic narodowych oraz zbiórkach rzeczy potrzebnych rodakom w kraju np. odzieży czy butów.
Społeczeństwo amerykańskie niewątpliwie współczuło Polsce i Polakom, ale tak naprawdę nie było przygotowane na ich masowy przyjazd. Prezydent Reagan uczynił wspaniały gest w stronę tych wszystkich, którzy znaleźli się w obozach w zachodniej Europie, pozwalając im na osiedlenie się w Ameryce. Dopomógł i tym, którzy znaleźli się w więzieniach oraz obozach dla internowanych w Polsce. Stara Polonia na to nie była przygotowana, nie mogłaby wszystkim pomóc. Trudno jest powiedzieć, co to znaczy móc komuś pomóc. Dać pieniądze, a może samochód, czy mieszkanie, załatwić pracę albo wysłać do szkoły na naukę języka angielskiego, a może znaleźć każdemu kawalerowi dziewczynę? Słowo POMÓC zawierało w owym czasie znaczenie przysłowiowego worka bez dna i cokolwiek byśmy do niego wrzucili, zawsze by przepadło bez echa. To, że Ameryka darzyła Polaków sympatią tak było dużo, ponieważ po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci mówiono o Polakach pozytywnie, a nie jak do tej pory, na zasadzie dowcipów o głupich Polakach, których trzeba aż czterech aby wykręcić jedną żarówkę.
Internowani w Ameryce
Internowani, którzy trafili do dużych skupisk polonijnych, takich jak Chicago czy Nowy Jork, na pewno mieli łatwiejsze życie i swobodniej mogli prowadzić swoją misję. Przynajmniej na samym początku ich działalności nikt nie patrzył im na ręce ani nie zaglądał w papiery. Natomiast ci, którzy trafili do małych skupisk polonijnych, jak np. Polonia w San Francisco, musieli się daleko więcej napracować, aby zbudować coś, czego nigdy by nie wybudowali, zaczynając wszystko od początku. Większość z nich, udając się na emigrację, miała za cel nie składać broni, ale raz jeszcze chcieli działać obejmując swoimi wpływami pozostawiony kraj.
Musimy zdać sobie sprawę, że ich działalność zaczynała się od podstaw, (czyli od niczego). Każdy z nich musiał być dla siebie żaglem i sterem. Wielu do tego się po prostu nie nadawało, wielu od razu chciało pociągać za zbyt wiele nitek, wielu rzuciło się na zbyt wielkie wody. Nie duma, lecz pokora miała wieść internowanych do ich upragnionego celu na emigracji. Publiczne wypowiedzi na forum polonijnym w wielu przypadkach zamiast zjednywać im ludzi, odstraszały. Stara Polonia uważała ich wypowiedzi za zuchwałe zaś, ta najnowsza, sprzed kilku miesięcy, znająca stan wojenny tylko ze słyszenia i telewizji odsuwała się od nich, bojąc się o swoich najbliższych w Polsce. Podświadomie kojarzyła ich z agitacją i prowokacją, agentów i szpiegów komunistycznych. Takie pogłoski były często rozgłaszane, nie wiadomo przez kogo, lecz wiadomo w jakim celu.
Doświadczenie duchowe emigracji drugiej fali, ich postawa patriotyczna, świadomość historyczna, (że są nosicielami naszej polskiej tradycji romantycznej), oraz znajomość rzeczywistości polskiej w której przed wyjazdem żyli, różniły ich od tych z pierwszej fali. Dla większości z nich obozy, więzienia, strajki, protesty, sądy i wyroki skazujące stały się, okazją do długich rozmów. Były pewnego rodzaju wyznacznikiem w ich emigracyjnej egzystencji. Według tych wyznaczników będą badać postawę patriotyczną społeczeństwa. Słowem, teraźniejszość zawsze będzie dla nich wzorowana na przeszłości, co będzie przyczyną wielu sporów i konflików szczególnie tutaj, na emigracji. Odcięcie się od tych przeżyć z przeszłości będzie dla nich niemożliwe, bo historia ich życia i ich tożsamości, siłą rzeczy, będzie wpleciona w ich przyszłość.
Jak wspomniałem motywacja ich wyjazdu też była inna, ale w wielu punktach interesy obu fal zbiegały się, np: w kwestii troski o losy ojczyzny. "Złodzieje czereśni" pragnęli ojczyzny wolnej i szczęśliwej. Wspólna była chęć zarobienia twardej waluty, pomoc finansowa rodzinie w Polsce, chęć polepszenia swojej egzystencji, czy chęć zobaczenia świata zachodniego, zakazanego przez komunizm.
Jedynie fala "solidarnościowców" tak naprawdę próbowała nawiązać kontakt ze starą Polonią. Jedynie oni zakładali swoje własne organizacje solidarnościowe i jedynie oni szczerze myśleli o tym jak pomóc ojczyźnie zniewolonej oraz swoim dawnym towarzyszom niedoli. Lata 1983 84 były tego doskonałym przykładem. Internowani "solidarnościowcy" znaleźli wspólny język ze starą Polonią, a w szczególności z Kongresem Polonii Amerykańskiej.
Te pierwszych kilka "miodowych miesięcy" układało się bardzo harmonijnie we wzajemnym zrozumieniu. Wspólne cele w obaleniu komunizmu w Polsce, wspólny język, pomoc potrzebującym za oceanem, wspólne tęsknoty i marzenia o wolnej ojczyźnie, wspólne rozgoryczenia i smak odniesionej porażki, wspólne poczucie historycznej tożsamości. Romantyczna czystość duchowa, wspólne poszukiwanie rozwiązań w działaniach zmierzających do nagłośnienia sprawy polskiej w Ameryce.
Podział na starych i młodych emigrantów
Z czasem jednak drogi ich się rozeszły, chociaż nadal pozostały wspólne cele. Cele, które wydawały się ęwięte, nie potrafiły utrzymać ich w jedności.
Dlaczego? Co się stało i jak wytłumaczyć, to co, się stało? Wielu powie, że raz jeszcze zaistniał konflikt pokoleń. Ja zaś twierdzę, że nie; nie był to konflikt pokoleń, ale naturalna rzecz, która musiała nastąpić. Młodość zawsze jest przeciwieństwem starości i rządzi się swoimi prawami. To, że młodzi rozeszli się ze starymi, czasem nawet w dramatyczny sposób, to jeszcze nie konflikt pokoleń. Niezrozumienie się na płaszczyźnie indywidualizmu a przede wszystkim doświadczeń i warunków były inne dla jednych i dla drugich. Z czasem okazało się, że każda z grup mówiła swoim językiem, mała własne poglądy na sprawę.
Młoda Polonia nie chciała, bo nie mogła czerpać wzorców z doświadczeń starej w takiej dziedzinie jak polityka, (która się zmieniała jak chorągiew na wietrze). Natomiast stara Polonia nie mogła tego zrozumieć. Młoda Polonia chciała działać i to jak najszybciej coś robić. Stara nie spieszyła się w podejmowaniu decyzji, stwarzając wrażenie jakby do niczego jej się nie spieszyło. Wzorce pokoleniowe nie spełniały swojej roli i nie zawsze są dobre ale czy w życiu?
Dzisiaj można powiedzieć, że Jaruzelski wydając tysiące paszportów "złodziejom czereśni" przed wprowadzeniem stanu wojennego dobrze wiedział co robi. Propozycje Kiszczaka wyjazdu w czasie stanu wojennego, składane internowanym, też miały sens dla komunistów. To był ich prezent koń trojański, który miał przynieść określone korzyści w najbliższej przyszłości. Pozbyli się w ten sposób nie tylko swoich wrogów, ale i ludzi niezadowolonych, wyświadczając im łaskę komunistyczną, stwarzając psychiczne (nie tylko) zagrożenie chętnym do powrotu do ojczyzny. Jednocześnie świadomie tworząc przyszły ferment emigracyjny. (O tym piszę w dalszej części tego eseju).
Dobrze też znali psychologię emigrantów, którym po bardzo krótkim czasie poza krajem emigracja dała się we znaki. Następuje depresja, trudno znaleźć sobie miejsce, dzieje się z nimi coś bardzo nieprzyjemnego określanego także mianem "choroby emigracyjnej". Czasem nazywanej jako "kompleks osieroconych" przez ojczyznę. Skazani tylko na siebie emigranci "usychają" a ich życie bardzo szybko wyjałowia się. Ograniczona jest też możliwość działania z powodu bardzo małego terenu. Następują stresy a za nimi ataki na siebie samych, zaczynają "kąsać się". Świadomość, że traci się kontakt z krajem i autorytet, a tutaj nie zdobywa się znaczenia, wielu internowanym długo nie dawała spokoju. Nawet jeśli ktoś wcześniej myślał o jakiejkolwiek karierze politycznej na emigracji (czy choćby nawet działacza związkowego), szybko, bo po kilku miesiącach, zdał sobie sprawę, że nie ma żadnych szans. Dosłownie żadnych. Zachód liczył się przede wszystkim z polskimi autorytetami, ale w kraju. Ci, co opuścili ojczyznę z czasem dla Zachodu stracili znaczenie. Poza tym w kraju wszystko tak szybko się zmieniało, że nie sposób było sledzić biegu wydarzeń. Pojawiały się nowe partie polityczne, starzy znajomi zmieniali swoje poglądy, trudno było w ich wypowiedziach rozpoznać stare idee sprzed stanu wojennego.
Zabrakło też w Stanach Zjednoczonych forum na emigracji, na którym młodzi by mogli wystąpić, wypowiedzieć się, w przekonaniu, że ludzie, do których mówią, rozumieją ich. Stwarzane fantazje czy wyobrażenia o tym, jak mogło by być, budowanie stosunków polsko-amerykańskich oparte było na polskich sterotypach o Ameryce. Nie liczenie się z rzeczywistością, taką jaka ona była, z realiami amerykańskimi, zadecydowało, że nastąpiło pęknięcie, a później całkowity podział. Pełen kolorów optymizmu obraz, który powstał w głowach wielu solidarnościowców, zanim jeszcze przylecieli do Ameryki, z czasem coraz bardziej nabierał szarości i smaku zółci. Nastąpiło wzajemne tarcie, nie tylko poglądów, ale personalne, które postawiło "kropkę nad i ".
Brak dostępu do środków masowego przekazu, w których młodzi mogliby wołać do ludzkich serc i sumień. Polonia amerykańska, na początku lat 80tych była bardzo uboga w prasę polonijną, a stare, zasłużone dzienniki były adresowane przede wszystkim do starej Polonii. Nieliczne programy radiowe np. w Chicago też nie były adresowane do nowych. Czytane były w nich powieści Rodziewiczównej albo Sienkiewicza. Miało się wrażenie i odczucie, że Polonia amerykańska wciąż tkwi w XIX wiecznej polskiej mentalności. Jej postępowanie i odczucie wskazywało na to. Trudno się dziwić, że w krótkim czasie nastąpił rozłam pokoleniowy, nie konflikt a właśnie rozłam. Następowało coraz większe rozdarcie wewnętrzne byłych internowanych, cierpieli oni w rzeczywistości polskiej i amerykańskiej. Najtrudniej było im zrozumieć, dlaczego Polacy tutaj osiadli ich nie rozumieją. Niby wszyscy jesteśmy Polakami, wszyscy pragną wolnej ojczyzny, ale na spotkanie organizacyjne właściwie nikt nie przychodzi, nikt też nie daje pieniędzy na działalność niepodległościową.
Przegrana "bitwa o Polskę" drugiej fali
Duchowa ich ojczyzna, za którą uważali Amerykę, powoli zaczęła rozczarowywać, nie spełniając nie tylko marzeń, ale nawet podstawowych oczekiwań. Zaczynali zastanawiać się, czy faktycznie idee solidarnościowe mają jakikolwiek sens, tutaj, 1O tysięcy kilometrów od Polski. Nastąpiła frustracja, przygnębienie coraz więcej z nich zaczęło po cichu uważać, że nie było sensu emigrować, że postąpili nierozsądnie, czy może tylko zbyt pochopnie. Zakończył się pierwszy stopień amerykańskiej adaptacji, życie i codzienność narzuciły swoje prawa. Mit Ameryki prysnął jak bańka mydlana.
W kraju, tak zmaterializowanym jak Stany Zjednoczone, byli Donkiszotami Idei Solidarnościowych. Promieniowanie ich serc w wielu przypadkach było źle odczytane, a drzemiące w polskiej psychice potwory komunizmu raz po raz budziły się strasząc tych, co chcieli bardziej wychylić się niż wymagała sytuacja. Oni starali się być sumieniem nowej Polonii, a Polonia rozpływała się niczym fale oceanu.
Dla starej chcieli być przykładem cierpiącego polskiego żołnierza, wiecznie wałczącego o wolność swojej ojczyzny. W Polsce mogli pozwolić sobie nawet na luksus wallenrodyzmu, tutaj skazani byli tylko na siebie. Niestety, ani "stara" ani "nowa" Polonia nie zaakceptowała ich działań w całej rozciągłości. Mówiono: chcecie walczyć o Polskę, to wracajcie do Polski. Tam jest wasze miejsce, nie tutaj "siać ferment". Nowi byli już zajęci urządzaniem się, kupnem swojego pierwszego samochodu, mieszkania. Powoli przekształcali się z emigrantów w Polonię. Emigracja stawała się złym snem nadchodził okres bycia Polonią. Polska stała się krajem do którego na święta wysyła się kartki z życzeniami. Najzwyczajniej w świecie stronili od polityki i z szalbierczym uśmiechem na ustach oświadczali, że na polityce się nie znają, co w praktyce oznaczało, aby zostawiono ich w spokoju, bo oni w spokoju ducha i sumienia chcą się dorabiać.
Starzy, przy wielkim zrozumieniu ich potrzeb i dużej sympatii, "wiedzieli swoje" i żadna siła na ziemi nie była w stanie zmienić ich poglądów czy nawet zdania. Stara Polonia budowała polskość, kościoły, szkoły, organizacje, ale nie inwestowała w polskość przyszłościowo z myślą o zbieraniu plonów na amerykańskich polach. Młodzi domagali się inwestycji w mass media, apelowania do społeczeństwa amerykańskiego, szukania kontaktów z kongresmenami, senatorami, światem polityki. Stara Polonia prawie nigdy tego nie robiła, a nawet jeśli już, to na małą skalę, przeważnie w okresach wyborów prezydenckich. Nie widziała o co dokładnie młodym chodzi i dlaczego tak energicznie domagają się zmian, które od lat były prawami w ich organizacjach.
Powoli, bezlitośnie następowała przegrana drugiej fali. (Teraz można śmiało powiedzieć, że inaczej być nie mogło). Hasła niepodległościowe nie zdołały dotrzeć do sumień rodaków, a przede wszystkim portfeli większych kręgów Polonii. Znieczulica a także strach, tzw. komunistyczne zaczadzenie zwyciężyło. Doszło do konfliktu pomiędzy drugą falą a resztą Polonii, a głównym powodem było nie tylko brak szerszego zainteresowania, ale przede wszystkim brak funduszy na prowadzenie jakiejkolwiek działalności. Trud, poniesiony przez tyle osób nie mógł wydać żadnych owoców bo ziemia była jałowa. Marzenia i plany jeśli nie wszystkich internowanych, to zdecydowanej większości o dalszej walce z komunizmem na ziemi amerykańskiej legły w gruzach. Aby oddać całą prawdę należy powiedzieć, że praktycznie żaden z internowanych nie zdołał zaistnieć na forum amerykańskim. Ameryka, która podała im rekę w Polsce, tutaj, na miejscu, nikogo nie wzięła w swoje ramiona.
Kongres Polonii Amerykańskiej wielka organizacja (z jeszcze większą dziurą w kieszeni) w sumie przyciągał bardzo mało działaczy solidarnościowych w swoje szeregi. Polacy w nim zrzeszeni, prawi patrioci, ale kiepscy organizatorzy (nie tylko życia finansowego), ale przede wszystkim na forum amerykańskim. A jak można w kraju rozwiniętego kapitalizmu prowadzić działalność polityczną, jakąkolwiek działalność nie mając grosza na koncie?
Podział wśród samych działaczy solidarnościowych
Działacze solidarnościowi, tak jak cała Polonia, pochodzili z różnych środowisk, z różnych warstw społecznych. Różne też odgrywali role w ruchu solidarnościowym, różne było ich znaczenie w tym ruchu. Siedzieli też w różnych obozach dla internowanych. W bardzo krótkim czasie po przyjeździe do Ameryki nastąpił wśród nich samych podział na "lepszych" i "gorszych". Na tych, co znali Lecha, i na tych, co widzieli go tylko na zdjęciu. Na tych, co byli z dużych miast, wielkich zakładów produkcyjnych i tych z prowincji. Na tych, co rozumieją idee ruchu i na tych, co przez przypadek trafili do Zwiazku.
Spory i rozłamy nastąpiły nie tylko na emigracji, ale głównie w Polsce. To podział wśród samych działaczy solidarnościowych w kraju był główną przyczyną nieporozumień tutaj. Sprzeczności poglądów czy zapatrywanie się na te czy inne sprawy doprowadziły w kraju do pierwszych wystąpień przeciwko sobie znanych działaczy zwiazku. Najwięcej przeciwników miał oczywiście sam przewodniczący, Lech Wałęsa, któremu najpierw zarzucano wiele a potem i jeszcze więcej...
Wszystkie te tarcia już pod koniec roku 1984 doprowadziły do tego, że nastąpiły ataki personalne jednych na drugich, nawet na emigracji. Na przykład "Solidarność Śląska" atakowała "Solidarność Mazowiecką" w Kalifornii, (albo odwrotnie, kto to wie?) oskarzając się nawzajem o komunizm, czy teoretyzowanie na temat niedawnej przeszłości, dopisując sobie jakieś chwalebne czyny znane tylko głównym bohaterem tych opowiastek. Nastąpiło też pouczanie starej Polonii, co pogarszało tylko sprawę.
Rola polonijnego kościoła
Ameryka to nie Polska tak można lapidarnie stwierdzić. Tutaj Polacy nie pracują grupowo, po sto lub więcej osób w jednym zakładzie pracy. Dlatego głębokie, nieraz bardzo emocjonalne przemówienia, czy apele do środowisk polonijnych w pierwszej fazie adaptacji na ziemi amerykańskiej byłych internowanych, odbywały się w kościołach, według wzoru polskiego. W Polsce w okresie stanu wojennego i pierwsze lata po nim właśnie kościół był ostoją "Solidarności".
W Ameryce realia polskie nie za bardzo sprawdzały się, chociaż kościół w małych skupiskach polonijnych jest od wielu lat jedyną instytucją, do której rodacy tłumnie przychodzą. Kościół jest najlepszym miejscem na emigracji do prowadzenia jakiejkolwiek działalności. Przekonali się o tym wielokrotnie działacze kulturalni promujący polską kulturę w Ameryce. Księża, którzy godzili się początkowo na działalność agitacyjną, z czasem zabraniali nawet rozdawanie ulotek pod kościołem. Wielu duchownych nie chciało zamieniać Domów Bożych na miejsca zebrań politycznych. Na wielu z nich padło ciężkie podejrzenie, że są "agentami SB".
Powody, dla których tak się działo, były różne. Trzeba też pamiętać, że polskie duchowieństwo poza wielkimi skupiskami polonijnymi tylko i wyłącznie gościnnie korzystało z kościołów czy kaplic amerykańskich katolików, w których można było odprawiać msze święte (raz na tydzień lub miesiąc) nic więcej.
Przeciąganie i zostawanie po mszy godzinami w kafeteriach kościelnych nie podobało się wielu amerykańskim proboszczom. A i polscy księża coraz bardziej niechętnie odnosili się do działalności "solidarnościowców". Amerykanom trudno było wytłumaczyć, że dla Polaków (szczególnie emigrantów nie tylko z Polski, ale i inych krajów) w ciężkich chwilach Kościół to coś więcej niż Dom Boży. Polscy księża ulegali chyba jakimś amerykańskim naciskom odmawiając gościnności po mszach.
Dla większości Polonii mieszkającej z dala od skupisk polonijnych kościół był miejscem nie tylko modlitwy, ale także miejscem spotkań towarzyskich. Odgrywał on bardzo dużą rolę przede wszystkich dla tych, co byli sami albo samotni, którzy potrzebowali drugiego rodaka zobaczyć, choćby raz w tygodniu, w niedzielę.
Polacy w Kalifornii przyjeżdżali do kościoła z bardzo odległych miejscowości, nawet jadąc po 100 kilometrów w jedną stronę. Opłacało się, potrzeba duchowa polskiego słowa była wielka, tęsknota za rodakami również. Ciągnęło do polskiego kościoła a na niedzielną mszę wielu czekało cały tydzień z utęsknieniem. Młoda Polonia zrobiła sobie z kościoła skrzynkę kontaktową (w poszukiwaniu pracy czy mieszkań). Młodzi emigranci, chłopcy, bo oni przecież stanowili trzon wszystkich emigracji, w kościele rozglądali się za pannami. Panny wybierały sobie kawalerów. Kościół był jedynym miejscem, do którego jeśli nie wszyscy to większość rodaków przychodziła i zawsze można było po mszy czegoś ciekawego się dowiedzieć.
Działalność "solidarnościowców" słabo trafiała do przekonań rodaków po mszach, bo większość wiernych zajęta była już czymś innym. Starzy rozmawiali o chorobach, lekach i wnukach, młodzi o pracy i samochodach, domach i co można za ile dolarów kupić w Polsce. Bunt drugiej fali solidarnościowej łagodnie rozchodził się po zdziwionych twarzach rodaków i nie trzeba było być socjologiem, aby znaleźć gotowe formuły, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Jednym z ostatnich momentów lat osiemdziesiątych łączącym wszystkich Polaków, całą Polonię, "starą żołnierską", "złodziei czereśni" i "solidarnościowców" w jedną bryłę, była śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, którego ciało zostało wyłowione ze zbiornika wodnego pod Włocławkiem. (Księdza uprowadzono 19 paździenika 1984). Ta zbrodnia, dokonana przez komunistów z zimną krwią na bezbronnym człowieku, wstrząsęeła wszystkimi, lącząc w żalu i bezradności wobec wielkiego molocha komunistycznego. Przez moment zdano sobie sprawę, w jakim świecie żyjemy i jak wygląda rzeczywistość w Polsce, torturowanie więźniów politycznych, łanie ich zimną wodą na mrozie, zamykanie w bunkrach głodowych, znęcanie się, stosowanie represji i szykan, to cena, której żądano za wolność całego narodu.
Trzecia fala "wakacjusze"
Do trzeciej fali emigracji zaliczamy wszystkich tych, którzy przyjechali do Ameryki w ramach "łączenia rodzin". Do fali tej też zaliczymy "złodziei czereśni", którzy osiedli w Europie, np. w Niemczech, i z róznych przyczyn, dopiero po kilku latach, trafili do Ameryki. Lwią część tej fali stanowili ci, którzy skorzystali z możliwości wyjazdu za granicę na wycieczki na przykład do Hiszpanii czy Grecji albo do Włoch i tam prosili o azyl. Wszyscy oni przybyli do amerykańskiego raju w latach 1985 89. Falę tę nazwiemy falą "turystów" albo "wakacjuszy". (Na żołnierzy gen. Sikorskiego też mówiono "turyści".)
Uciekali oni masowo z wycieczek i podobnie jak pierwsza fala, przechodzili (lądowali) przez obozy dla uchodźców. (Jest to jedno z największych podobieństw pomiędzy pierwszą a trzecią falą). Zachód ochłonął już po pierwszych latach od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, ale wciąż praktycznie nikomu nie odmawiał prawa pobytu w obozie dla uchodźców. Zdarzały się takie wypadki, że ze stuosobowej wycieczki do Watykanu nikt nie wracał do ojczyzny, nawet kierowca, wysyłano więc zaufanego człowieka, aby z powrotem przyprowadził pusty autobus do kraju.
Do fali tej można też zaliczyć wakacjuszy osiadłych w Stanach Zjednoczonych, którzy z wielu powodów nie wracali do ojczyzny, a ich amerykańskie wizy turystyczne dawno utraciły swoją ważność. Oznaczało to, że przez wiele lat mieszkali, pracowali i żyli w tym kraju zupełnie nielegalnie, czyli "na czarno", tworząc tzw. kastę białych niewolników, bez jakichkolwiek praw. Wielu z nich później, gdy nadarzyła się okazja, skorzystało z tak zwanych amestii reaganowskich, które zalegalizowały ich pobyt. (Było tych amnestii chyba ze trzy?) Kosztowało ich to sporo pieniędzy i zdrowia, ale opłacało się, zostali w swojej wymarzonej Ameryce.
Fala "wakacjuszy" to także byli pracownicy różnych firm polskich, którzy po ogłoszeniu stanu wojennego i wygaśnięciu umowy o pracę po prostu do ojczyzny nie wrócili. Byli to wykwalifikowani pracownicy budów, cukrowni czy rafinerii w krajach Bliskiego Wschodu. Byli to rybacy, czy marynarze, którzy zeszli z pokładów statków np. w Norwegii, czy w Ameryce Południowej i tam poprosili o azyl. Byli to też Polacy z Kanady, Belgii, Holandii, Niemiec czy innych krajów ich pierwszego osiedlenia, którym coś tam nie wyszło i postanowili raz jeszcze skorzystać z loterii życia i zaryzykować wyjazdem do Ameryki. Ameryka jako mit działała nawet na tych, co od miesięcy, jeśli nie lat mieszkali na Zachodzie, którym w ich pierwszych krajach osiedlenia np. w Australii czy Republice Południowej Afryki nie było źle, ale marzyli o Ameryce.
Jak to wytłumaczyć? Przecież nie musieli wracać do Polski, nikt ich na siłę nie wysyłał, logicznie myśląc mieliby lepiej, gdyby wybrali się do Europy, bliżej Polski. Ale Ameryka stwarzała i stwarza pole do fantazji, na którym rosną marzenia, którymi karmi się dusza. Czy może to być wytłumaczeniem? Czy można to jakoś logicznie wytłumaczyć? Jeśli już, to tym, że Polacy, podobnie jak Amerykanie są narodem marzycieli, tworzą mity o swoim kraju.
W fali tej też znaleźli się członkowie partii komunistycznej i ich dorosłe dzieci czy dzieci funkcjunariuszy milicji, służby bezpieczenstwa, wojskowych. Dzieci drobnej incjatywy prywatnej, które było stać na zapłacenie wycieczek, kosztujących kilka miesięcznych wypłat. Byli też tacy, którym krewni w Ameryce kupowali zaproszenia i sobie znanymi sposobami załatwiali paszporty i wizy.
Ich motywacje i cele wyjazdu były podobne do wcześniejszych dwóch fal emigracyjnych. Ale dwie pierwsze fale były naiwno romantyczne, pomimo bagażu doświadczeń miały złudzenia i nadzieję na szansę demokracji w Polsce. Po cichu wierzyły, że w ojczyźnie może kiedyś być lepiej, z czasem będzie można do niej powrócić, żyć w niej. Trzecia fala wiedziała, że nie może być żadnych złudzeń. Jej komfort moralny nie dopuszczał do żadnych wewnętrzynych rozterek. Stan wojenny skończył się, luksus materialny wziął górę nad luksusem moralnym. Czarna, a raczej czerwona noc komunistycznego średniowiecza zakończyła się, nadszedł poranek, a z nim "kobiety, wino i śpiew". Władza już tak ostro nie atakowała społeczeństwa, ale chciała negocjacji i pertraktacji, co było dowodem na to, że słabnie.
Nastawienie tej fali do emigracji było jak najbardziej materialistyczne. Oni uciekali już po stanie wojennym, kiedy polska rzeczywistość zdążyła już okrzepnąć po ruchach społecznych "Solidarności". Samoświadomość i poglądy materialistyczne przyświecały im bardziej niż poprzednim falom. A rzeczywistość polska nie tylko była zupełnie inna od rzeczywistości wcześniejszych fal, ale podpowiadała im, że tak naprawdę, to w Polsce nie ma czego szukać, poza walką z aparatem ucisku, który raz mocniej, raz słabiej zaciskał pętlę na szyi opozycji i społeczeństwa.
Następowała era spadku wartości złotówki i wartości nabywczej dolara, podwyżek cen, kończyła się przysłowiowa opiekuńczość państwa, rosło niezadowolenie społeczne, coraz ostrzejsze były zatargi Kościoła z państwem. Zmarł Leonid Breżniew, skończyła się epoka terroru i doktryny Breżniewowskiej, nastała pierestrojka Gorbaczewa. Uczestnicy ruchu "Wolność i pokój" coraz głośniej protestowali przeciwko powoływaniu do wojska. Projekt reformy gospodarczej do niczego nie prowadził. Powołano też nowe władze "Solidarności" z Lechem Wałęsą co doprowadziło do bojkotu Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ Solidarność przez KKW. Nastąpił rozłam, który na emigracji podzielił byłych działaczy solidarnościowych. Komuniści nie oddali jeszcze władzy, ale nie wiedzieli jak rządzić i chyba po raz pierwszy zdali sobie sprawę z tego, że doprowadzili państwo do upadku.
Psychiczne nastawienie do zdobycia Ameryki, prawda duchowa mówiąca o tym, że ciężką pracą można wybudować swoje szczęście nie tylko na emigracji, ale przede wszystkim w Polsce. Akceptowanie amerykańskiej rzeczywistości przy jednoczesnym nie akceptowaniu emigracyjnej na tyle aby mówić o sobie jako o emigrantach, materialistyczny światopogląd, to wszystko różniło trzecią falę od pozostałych fal. Byli zakuci w zbroje materialistyczne, do tego stopnia, że poza ciężką, wielogodzinną pracą (nawet przez siedem dni w tygodniu) nic ich nie obchodziło. Ameryka kojarzyła się im jedynie z dolarem i dobrobytem, co było po części prawdą, bo Ameryka kojarzyć się może z dolarem, ale zapracowanym w pocie czoła, o tym już mało kto mówił czy pisał w listach do rodziny.
Byli świadkami "przepychanek" pomiędzy rządem a "Solidarnością" w Polsce, ale przypatrywali się temu zimnym okiem, bez emocji. Liczne podwyżki akceptowali na zasadzie zła z którym ciężko walczyć. Do nich trafiały pierwsze paczki wysyłane z Zachodu przez Polonię. Oni też mogli zobaczyć na własne oczy ludzi wracających z Zachodu z pieniędzmi, przedstawicieli "złodziei czereśni". Oni też podbijali bębenek amerykańskiego suksesu w Polsce pisząc o Ameryce same superlatywy. Kupując domy, czy samochody, robili wielki apetyt wszystkim tym, co nie zdążyli wyjechać przed ogłoszeniem stanu wojennego.
Czwarta fala "kukułki"
Czwartą falę najmniejszą, a może już nie falę ale grupę, tworzą ludzie, którzy w żaden sposób nie dopasowują się do trzech fal przeze mnie wcześniej wymienionych. Dla wygody nazwaliśmy ich "kukułkami". Grupę tą tworzą wszelkiego rodzaju pracownicy naukowi, profesorowie uniwersyteccy, inżynierowie, lekarze, słowem inteligencja, fachowcy, którzy znaleźli się w Stanach Zjednoczonych na podstawie wszelkiego rodzaju umów o pracę. Stanowią oni zdecydowaną mniejszość w mozaice emigracyjnych fal, ale przybywali do Stanów pomiędzy rokiem 1980 89, dlatego nas interesują. Są nieznaną, wielką rzeką, która płynie podziemnym nurtem, dlatego niewiele możemy o niej powiedzieć, chociaż od czasu do czasu da się usłyszeć jej pomruk. Od nich moglibyśmy wymagać jak najwięcej, ale oni dają z siebie o wiele mniej niż mogliby.
Ich światopogląd, doświadczenia życiowe i emigracyjne, rzeczywistość, w której żyli w Polsce i ta, którą tutaj zastali, jest jeszcze inna od tych trzech wyżej wymienionych. Im nie imponuje bycie Polakiem w Polsce, ani bycie nim na Zachodzie. Trudno jest też powiedzieć, czy tradycje patriotyczno kulturalne są im zupełnie obce, chyba nie. Oni z wielu, ale jakże podobnych powodów opuszczali Polskę m.in. szukali kariery zawodowej, awansu służbowego lub prestiżu. Wielu z nich powie, że wyjechali z Polski, po to tylko aby stworzyć lepsze warunki do życia swoim dzieciom. Mogły nimi też powodować motywacje polityczne albo po prostu nie widzieli dla siebie i swoich rodzin przyszłości w ojczyźnie. Większość z nich wiedziała względnie dobrze, czego mogą się od Ameryki spodziewać i znała realia życia. Niektórzy z nich byli tutaj wcześniej i wiedzieli, czym pachnie Ameryka. Niektórzy mieli nawet jakieś bliższe lub dalsze koneksje, czy układy amerykańskie.
Wielu z "kukułek" zapewne ma własny punkt widzenia. Utracili ojczyznę, ale nadal istnieją, są Polakami, nie cierpią z tego powodu, cierpienie czy wspominanie Polski nie ma sensu. Sensem jest jak najszybciej osiągnąć zamierzone cele, a wszystko pozostałe strącić ramionami obojętności w niebyt. Czy można mieć do nich o to pretensję?
"Kukułki" będą starały się mieć jak najmniej do czynienia z Polonią amerykańską, która w żaden sposób nie będzie w stanie zadowolić ich ani intelektualnie, tym bardziej materialnie. Polskie dzielnice Chicago czy Nowego Jorku będą ich dziwić dlatego, że wszyscy tam mówią po polsku, że na sklepach są napisy w języku polskim. Tak jakby w dzielnicach chińskich czy greckich mieszkańcy ich mówili po angielsku, a napisy szyldów sklepowych były po angielsku.
Ich nie będzie interesował Kongres Polonii Amerykańskiej, ani też polskość w Ameryce. Oni potraktują Amerykę bardzo instrumentalnie. Do swoich dzieci będą zwracać się po angielsku, chociaż ich język angielski będzie pozostawiał sporo do życzenia, w szczególności akcent. Przez cały swój pobyt tutaj, będą wręcz stronić od Polskości i Polaków. Trudno powiedzieć dlaczego, chociaż można się domyślać.
Polonia nie będzie dla nich w żaden sposób atrakcyjna, a nawet będą się jej wstydzić żyjąc poza skupiskami polonijnymi w zupełnie innej Ameryce nie znając emigrantów zaczynających od zera, będą głośno wypowiadać się na temat Ameryki jak najlepsi eksperci, zupełnie zamazując obraz tej prawdziwej Ameryki, oglądanej z chodnika, a nie przez szybę samochodu. O Polonii amerykańskiej powiedzą: to tacy prości ludzie, co to ani po polsku ani po angielsku dobrze mówiś się nie nauczyli. Poza tym oni będą próbować rozumieć polskość i Polaków w Ameryce przez intelekt.
Słowa i znaczenia ich dla poszczególnych fal emigracyjnych 1980 1989
1.Ojczyzna
"Złodzieje czereśni" miejsce, do którego się tęskni; można pojechać do niej na wakacje; region, z którego się pochodzi, z którego jest się dumnym, ale żyć w niej to męczarnia, problemy; w której jest władza tylko po to aby stwarzać probłemy społeczeństwu.
"Solidarnościowcy" ojczyznę się kocha, bez wzlędu na to czy jest bogata czy biedna, w niej powinno się mieszkać i żyć, nie ma nic droższego od ojczyzny, ojczyzna jest domem dla wszystkich Polaków.
"Wakacjusze" do ojczyzny można powrócic zawsze, ale z pieniędzmi, bez zapewnienia sobie możliwości godziwego zarobku w niej, ojczyzna bez prawa i przepisów, kto by inwestował w niej, gdy wszystko wciąż jest na niby, a dolar sztucznie zawyżony.
"Kukułki" ojczyznę można pokazać dzieciom, albo wysłać je tam na wakacje do babci, żyć w niej to pozbawiać siebie możliwości robienia kariery czy awansu, pobyt w niej to świadome odcinanie się od zdobyczy cywilizacyjnej świata zachodniego.
2.Wolność
"Złodzieje czereśni" wolność jest wtedy gdy możemy robić i mówić co chcemy, wolność wyboru, na wolność zasługują wszyscy.
"Solidarściowcy" nie może być wolnej ojczyzny bez wolności obywateli, wolność do swobody politycznej, prawo wyborcze, władza konstytucyjna.
"Wakacjusze" wolność do robienia interesów i zarabiania pieniędzy a co za tym idzie wolność osobista w podejmowaniu wszelkich decyzji handlowych, które państwo akceptuje i strzeże odpowiednimi prawami.
"Kukułki" wolność to nieodłączna część naszej natury ludzkiej, możemy wybierać tak a nie inaczej, i jak nam się podoba i jak nam najwygodniej.
3.Patriotyzm patriota
"Złodzieje czereśni" miłość do ojczyzny, ale nie bałwochwalcza, można być patriotą, ale bez tych ozdób XIX wiecznego Polaka, romantyka cierpiącego za ojczyznę. Dla nich patriotyzm to jakby odmiana nacjonalizmu, a nacjonalizm to słowo tracąjące o szowinizm.
"Solidarnościowcy" miłość do ojczyzny za wszelką cenę nawet za cenę więzienia czy śmierci, stawianie patriotyzmu wyżej niż własne potrzeby, umiłowanie i przywiązanie do narodu, słowo to w tym przypadku ociera się o fanatyzm.
"Wakacjusze" dobro ojczyzny jest też dobrem jej obywateli, patriota to ten co robi interesy, płaci podatki, cieszy się, że ojczyzna z dnia na dzień staje się bogatsza, patriotyzm to przywiązanie do swojej ziemi i wartości materialnych na niej.
"Kukułki" to uczenie swoich dzieci polskiego, mówienie o Warszawie i Wisłe, chełpienie się królewskim miastem Krakowem, patriotyzm to duma bycia Polakiem tylko na forum rodzinnym, nic na pokaz.
4.Polska Polak
"Złodzieje czereśni" Polska, to nie to samo co ojczyzna, Polska to zbiór najprzeróżniejszych osobników. Mówi się; jadę do Polski na wakacje, ale ma się na myśli swoją miejscowość w takim znaczeniu funkcjonuje pojęcie Polski. Podobnie jak słowo rodak i Polak. Rodak to ktoś ze stron bliskich naszemu sercu, Polak to ktoś z Polski.
"Solidarnościowcy" Polska to najwyższa wartość, matka wszystkich Polaków, a Polacy to bracia. Znaczenie tego słowa jest wielkie i ma ogromne znaczenie dla tej fali.
"Wakacjusze" Będąc tutaj można powiedzieć, że Polska w tej chwili jest krajem mało stabilnym i inwestowanie w niej to duże ryzyko, choć Polakom się wydaje (dlaczego), że obcy biznes wykupuje naszą ojczyznę. Należy podziękować im za ich odwagę. Wielu z nas tutaj nie ma odwagi nawet myśleć o lokowaniu pieniędzy w kraju.
"Kukułki" Polska kraj, w którym pracujemy i na nic nas nie stać, chociaż na wszystko miało się czas i życie było o wiele weselsze niż w Ameryce. Wspominać Polskę jest miło, ale mieszkać w niej to ponad ludzkie siły.
5. Kościół religia
"Złodzieje czereśni" kościół ważny element w życiu emigranta, miejsce nie tylko kultu religijnego, ale i spotkań towarzyskich, podpora psychologiczna dla samotnych i potrzebujących drugiego człowieka.
"Solidarnościowcy" kościół to polskość, dzięki niemu Polacy przeżyli lata niewoli w Polsce. Na emigracji Polacy dzięki religii mogli stworzyć własną grupę etniczną, tworząc zalążki Polonii amerykańskiej.
"Wakacjusze" kościół to miejsce, w którym można dowiedzieć się o pracę, nawiązać kontakty z Polakami, czasem nawet zarobić jakieś pieniądze. Dowiedzieć się co? gdzie? kiedy? za ile?
"Kukułki" do kościoła chodzą tylko na Boże Narodzenie, bo na nic nie mają czasu, poza tym kościół pachnie polskim gettem, w którym żyją ludzie bez większej przyszłości, bez zawodu, znajomości języka angielskiego, potrzebujący Polaków i polskości, bez której tutaj nie mogliby żyć.
6. Polonia
"Złodzieje czereśni" Polonia amerykańska to zbiór ludzi Amerykanów polskiego pochodzenia, pragnących budować polskość w Ameryce za cenę jak najniższą, którzy nie umieją inwestować w swoją etniczność, ani nie potrafią zaakcentować swojej obecności w społeczeństwie amerykańskim, tak jak np. Włosi, Irlandczycy, czy nawet Szwedzi.
"Solidarnościowcy" Polonia to przedłużone ramię polskości w Ameryce, potężna siła reprezentująca naród polski, siła, która pomogła obalić komunizm w Polsce; przez wiele lat nadzieja i oparcie dla zniewolonego narodu, który widział w Polonii szansę w walce z okupantem.
"Wakacjusze" dobrze jest przyjechać do Ameryki do kogoś, kogo się zna jeszcze z Polski, zahaczyć się na początku zanim nie znajdzie się stałej pracy, do tego jest potrzebna tzw. Polonia. Później raczej stronić od Polonii.
"Kukułki" Polonia to nazwa umowna ludzi, którzy nigdy nie byli w Polsce, a polskość dla nich to pierogi i polka. Potomkowie pokolenia, które wyjechało z Polski za chlebem, większość z nich nie umiała ani pisać ani czytać. Gdy się o tym pamięta nie można wymagać od Polonii wielkich przywódców, czy intelektualnych osiągnięć.
7. Emigracja
"Złodzieje czereśni" okazja do zobaczenia świata, zarobienia, nałykanie się zachodniej wolności, wielka przygoda, przeżycia i doświadczenia, których w Polsce nigdy by się nie doświadczyło.
"Solidarnościowcy" emigracja to służba Polsce, to możliwość do głoszenia idei niepodległościowych, a także uczucie wygnania i z tego powodu rozdarcie wewnętrzne. Jedno pasmo cierpień za ojczyznę.
"Wakacjusze" jaka tam emigracja, panie. Człowiek przyjechał trochę zarobić. Kto by tutaj chciał mieszkać na stałę. Człowiek pracuje 12 godzin dziennie nawet nie ma czasu myśleć o tym.
"Kukułki" emigracja to świadomy wybór wyjazdu z Polski, albo polepszenie sobie i rodzinie warunków życia. Lepszy wyższy standard, przecież po to człowiek żyje i pracuje, aby mieć coś z tego życia. Emigracja to stwarza.
8. Praca
"Złodzieje czereśni" o pracy myślą jak o kluczu, który jest potrzebny do otwarcia drzwi do ich marzeń. Zło, które niestety nie da się wyeliminować z życia. Praca to konieczność przy poznawaniu świata.
"Solidarnościowcy" o pracy myślą jak żołnierze, dla których ważniejszą sprawą jest walczenie niż pracowanie. Niestety w Ameryce każdy walczy, ale za swoje pieniądze jeśli nie ma sponsorów.
"Wakacjusze" praca to dar od Boga, przeklinają dzień, w którym nic nie zarobili, bo czas powrotu do Polski coraz bliżej a tu niech to diabli, nie ma pracy. Praca dla nich to most po którym mają przejść z nieszczęścia do szczęścia.
"Kukułki" praca tak, ale w swoim zawodzie, z ubezpieczeniem, płatnymi nadgodzinami, wolnymi weekendami. Dla nich praca, to także szczeble w drabinie ich kariery zawodowej.
9. Kultura
"Złodzieje czereśni" potrzebne są kina i teatry polskie w Ameryce, polskie czasopisma i programy radiowe, poeci i aktorzy, ponieważ oni stwarzają polskość w Ameryce, której tak im brakuje, za którą tak tęsknią. Bez kultury trudno mówić o Polonii amerykańskiej.
"Solidarnościowcy" dla nich najważniejsza jest polityka, nie doceniają, ani nie rozumią znaczenia polskiej kultury w Ameryce, która może być lepszym, zręczniejszym narzędziem w walce z komunizmem. Bardzo przypominają tym starą Polonię.
"Wakacjusze" kultura kosztuje, a oni nie po to tutaj przyjechali aby wydawać dolary. Zresztą, kto by miał czas na kulturę gdy się pracuje, a gdy się nie pracuje to się myęli o pracy.
"Kukułki" jaka kultura, polonijna, przecież to amatorszczyzna, szkoda czasu. W Polsce kultura była na poziomie, tutaj szkoda słów, a jakie bilety drogie.
10. Duma
"Złodzieje czereśni" dumni są z tego, że są Polakami, że wyjechali z Polski, że udało im się przeżyć na emigracji tyle lat z podniesioną głową, chociaż jak mówi poeta polskość to ciężki kawałek chleba. Dumni, że zbudowali sobie własny dom, na który uboga ojczyzna nie mogła im pozwolić.
"Solidarnościowcy" dumni są z tego, że są Polakami, katolikami, patriotami, że ojczyzna o którą walczyli odzyskała wolność. Dumni, że wysiłek ich nie poszedł na marne.
"Wakacjusze" duma nie rozpiera im piersi tak jak sobie to zaplanowali na samym początku przyjazdu do Ameryki. Dolar stracił na wartości, nie za bardzo jest z czym wracać. Co z dumy jeśli jednoznacznych ustaw ani przepisów w państwie nie ma.
"Kukułki" Duma bycia Polakiem to przeżytek, być dumnym to dobrze zarabiać i mieć więcej niż inni w tym samym zawodzie. Duma narodowa, ale tylko w wydaniu sportowym, nic więcej.
O życzliwości
Jak ważna była życzliwość, życzliwe przyjęcie nas wychowanków komuny na ziemi amerykańskiej przez rodaków i Amerykanów, ten tylko wie co przez wiele nocy obozowych zadawał sobie pytanie; jak w tej Ameryce naprawdę jest? Jak mnie przyjmną? W słowie życzliwość zawiera się przychylność, przyjaźń, braterstwo a nawet miłość. Wielka życzliwość jest gorąca jak aplauz, zimna życzliwość to obojętność przechodząca w niechęć. Każdy z nas odbierał życzliwość na swój sposób, na pewno była ona na samym początku z czasem jednak przerodziła się w zdziwienie. I Polacy i Amerykanie patrzyli na nas ze zdziwieniem. My też byliśmy zdziwieni tym wszystko cośmy tutaj zastali.
O przyjaźni
Wyjeżdżając masowo z Polski tworzyliśmy grupy przyjaciół więc przyjaźń między nami istniała. Uczucie przyjaźni nie tylko na emigracji ale także i w Polsce to najbardziej męska rzecz. Przyjaźń umila i uprzyjemnia nam życie, jest też wrogiem samotności, a najbardziej się sprawdza gdy potrzebujemy pomocy, gdy jesteśmy w nieszczęściu. Dlatego zaraz po kilku tygodniach pobytu na obczyźnie wielu z nas przekonało się na własnej skórze z jakiego kruszcu i ile warta była przyjaźń w Polsce. Z czasem mieliśmy przyjaciół bliższych i dalszych, ci dalsi to tylko znajomi.
W obozach powstawały nowe przyjaźnie, a stare jeśli przetrwały stawały się cennejsze od złota. Jednak po przybyciu do Ameryki przyjaźń nabrała nowego znaczenia. Wielu z nas doszło do wniosku, że najlepiej być przyjacielem siebie samego. Przyjaźń na emigracji jest kosztowna więc spadała liczba przyjaciół. Wielu doszło też do wniosku skoro tutaj wszystko zależy ode mnie samego więc po co są potrzebni mi przyjaciele. Czy wtedy gdy ich potrzebuję, czy wtedy gdy ich nie potrzebuję? Niższą formą przyjaźni jest egoizm, samolubstwo, ale Polak nie potrafi być samolubem, ale potrafi wywyższać się nad drugim Polakiem.
Polak zawsze był gotowy poświęcać się dla wzniosłych celów. Przyjaźń zoobowiązywała, przyjaciel nigdy nie opuszczał przyjaciela w biedzie. Wyższą formą przyjaźni jest miłość, czyli kochać blizniego swego jak siebie samego. Miłość do ojczyzny, przyjaciół, rodzinnych stron, jest to miłość czysta, bezinteresowna. Takiej przyjaźni nie tylko nie ma na emigracji, ale i na całym świecie coraz trudniej ją znaleźć.
O równości Polaków czyli wyższość jednych nad drugimi
Nie ma dwóch równych sobie ludzi cóż dopiero mówić o Polakach. O ile inne społeczności mogą w jakiś sposób się dogadać, Polakom jest bardzo ciężko, bo jeden jest albo głupszy albo mądrzejszy. Jeden drugiego lekceważy mając swojego partnera za osła.
O sobie
Nie osiągnęłem jakiś wielkich suksesów na skalę amerykańską, ani też nie jestem częścią mitu amerykańskiego suksesu, (choć dla mojej rodziny i przyjaciół w Polsce jestem), ale "udało mi się". Statua Wolności, witająca wszystkich przybyszów ze Starego Świata, z wyciągniętą ręką ze zniczem, oświetliła i mnie drogę na ziemi Waszyngtona. Bardzo się z tego cieszę i jestem dumny, że mogę z podniesioną głową spojrzeć za siebie i powiedzieć: ten odcinek mojego życia nie tylko nie przeszedłem na kolanach, ale po prostu jak człowiek spragniony widoków świata, powoli, spacerkiem, dziwiać się wszystkiemu po drodze. Dziwiłem się patrzać na Amerykanów, dziwiłem się patrząc na spotkanych tutaj Polaków. Zarówno tych, co przyjechali kilka tygodni wcześniej ode mnie i tych co mieszkali tutaj od pół wieku. Do tej pory dziwię się, można powiedzieć mojemu zdziwieniu nie ma końca.
Zachowałem swoją naiwność w obserwowaniu świata ludzi i świata polityki. Naiwość, która na dobrą sprawę pomogła mi przeżyć pierwsze kilka lat w Ameryce. Udało mi się w kraju ogromnie stresującym, (gdzie człowiek pracuje po 10 12 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu), pisać wiersze po polsku, czytać polskie książki, polską prasę. Czy nie można nazwać tego suksesem? Czyż nie można nazwać tego cudem? (Wiem znajdą się i tacy, którzy powiedzą; to po to jechałeś tyle tysięcy kilometrów, aby czytać książki po polsku). W kraju gdzie polskość jest bardzo bogata, a kultura polska bardzo uboga tworzyłem w świadomości, że nie jestem sam na tej wielkiej pustyni. W kraju 10 milionów Amerykanów polskiego pochodzenia i ani jednej gazety literackiej z krytykami z prawdziwego zdarzenia, z redaktorami z prawdziwego zdarzenia, Polonii pozbawionej intelektualistów, i twórców udało mi się, piszę i tworzę po polsku. Mój głos jest już słyszalny. Czy mogę się uskarzać? Na pewno nie, nawet nie wypada mi mówić o tym głośno.
Znaczenie Chicago dla pokolenia "złodziei czereśni"
Teraz dopiero, po przyjeździe z San Francisco do Chicago, po 16 latach emigracji, zrozumiałem jak ważne są wiersze, zapiski chwil, które minęły bezpowrotnie. Jak ważne jest zapisać, czy opisać ten czas historyczny, o którym już wspomniałem. (Można powiedzieć za poetą Gałczyńskim ocalić od zapomnienia). Bardzo ważne jest Chicago dla Polonii amerykańskiej, ważne jest Chicago dla Polaków mieszkających w Kalifornii, Alasce, czy Teksasie, nawet w Polsce. Oczy zwrócone są w stronę Chicago, nie Nowego Jorku, bo polonijny Nowy Jork w porównaniu z polonijnym Chicago, to pustynia pustyni. To, co my tutaj robimy na polu polskości, nasze suksesy i powodzenia, są dumą dla wszystkich Polaków w całych Stanach Zjednoczonych. Nie na darmo Chicago jest nazwane drugą stolicą. (Jest to miłe dla naszych uszu mieszkających tutaj). Ale w moim prywatnym przekonaniu jest to trochę na wyrost, ponieważ Chicago nigdy nie spełniało roli ośrodka kulturalnego Polonii światowej, ani nawet amerykańskiej. Wręcz przeciwnie nazywano je stolicą... ale pierogów i kiełbasy polskiej. Jak ważne jest Chicago dla tych co 15 lat temu z jedną walizką w ręku, z polskim paszportem w drugiej ręce, z bijącym sercem prosili austriackich strażników obozowych, aby ulitowali się nad nimi i wpuścili do obozu? W przeciwnym razie spać będą na ulicy. Oni sami mogą teraz, po tylu latach odpowiedzieć.
Wolność a "złodzieje czereśni"
Takie było moje pokolenie "złodziei czereśni". My wyjeżdżaliśmy nie wtedy gdy ojczyzna waliła się nam na głowę, ale wtedy gdy zapachniała wolnością. Gdy ona nabierała rumieńców wolności, my daliśmy nogę. Do tej pory są tacy co nie mogą nam tego wybaczyć. Mieliśmy dość komuny, mimo małej stabilizacji, mieliśmy dość kolejek, mieliśmy dość szarzyzny dnia codziennego. Uciekliśmy, bo Jaruzelski tak chciał, można powiedzieć, że potrzebował nas na Zachodzie. Cena jaką zapłaciliśmy i płacimy za emigrację jest ogromna. Wybór wolności nigdy nie jest łatwy gdy ma się świadomość, że naród jest na kolanach.
Nie uciekaliśmy za szynką i mercedesami, to były dalekie marzenia, ale za kiełbasą zwyczajną, pasztetową, własnym kątem, parą butów, proszkiem do prania, lodówką i kolorowym telewizorem. W Polsce nawet mając pieniądze nic nie można było za nie kupić, bo nic nie było poza musztardą i octem. Pokolenie urodzone w latach pięćdziesiątych, bez przyszłości, którego młodość upływała w kolejkach i na załatwianiu wszystkiego. Świadomość tego połączyła nas w jedno pokolenie, wspólną grupę. Dążyliśmy do wytyczonego celu: EMIGRACJA.
Ci, którym chciało się pracować, nie zrażali się tym, że nie pracują w swoim wyuczonym zawodzie, którzy mieli trochę szczęścia, którzy wyrzekli się prawie wszystkiego przez pierwsze kilka lat pobytu tutaj teraz ąyją dostatnio. Ile trzeba było przy tym znieść upokorzeń Bóg jeden tylko wie. Ojczyzna odzyskała wolność, o której każdy z nas marzył, ale nie ma statusu materialnego, do którego Zachód zdążył już nas przyzwyczaić.
Z drugiej strony mamy wrażenie, że ojczyzna w ogóle nas, emigrantów nie potrzebuje (rząd Lecha Wałęsy to udowodnił np. pozbawiając nas głosu w drugiej turze wyborów prezydenckich, czy szkalowanie Polonii amerykańskiej w polskich mass mediach). Wielu z nas tutaj ma odczucie, że ojczyzna skreśliła nas z listy Polaków.
Zapuściliśmy już korzenie, dzieci dorosły, dorobiamy się w większości przypadków ciężko pracując po sześć dni w tygodniu na swoją wolność, bo wolność kosztuje. Bardzo dużo kosztuje. Popełniamy te same błędy starej Polonii, (chytrość w promocji polskości, skąpstwo materialne dla sprawy polskiej) choć nasza świadomość, wyobrażenie o emigracji jest zupełnie inna niż fal za chlebem czy żołnierskich. Budujemy swoją polskość w Ameryce, chociaż nie jesteśmy pokoleniem pragnącym za wszelką cenę tworzyć jakieś związki polonijne. Żyjemy niezależnie od tego wszystkiego, co można nazwać miłością do ojczyzny, czy potrzebą ojczyzny, albo ckliwym wzdychaniem za nią.
Emigracja loteryjna
Ostatnie losowania wiz emigracyjnych (emigracja loteryjna lat 90-95) udowodniły, że biedna ojczyzna to żadna ojczyzna. Być biednym w chwili obecnej to nie tylko wstyd, ale skazywanie się na jałowe życie. W ciągu trzech lat 1991 1995 wyjechało z Polski około 60 tysięcy szczęśliwców do Stanów Zjednoczonych. Większość chce za wszelką cenę uciec z polskiej biedy, polskiej rzeczywistości, gotowi nawet sprzedać cały dorobek swojego życia, aby mieć na bilet w jedną stronę do raju. Tak, jak przed stanem wojennym tak i dziś większość z nas marzy o wygodnym życiu, bez trosk i problemów dnia codzinnego. Właściwie po to większość z nas tutaj przyjechała.
W stronę ojczyzny mało kto patrzy. Nie dlatego, że po kilku latach nie czujemy się Polakami, ale dlatego, że tam nic się nie zmienia. Minęło już kilka lat od upadku komuny, ale Polacy wciąż tak samo się zachowują jakby nic się nie zmieniło. Większość z nas zadaje sobie pytanie; ile lat trzeba czekać na to aby kelner w restauracji był uprzejmy a pani w banku bez wyższości obsłużyła swoich klientów? Jak już wspomniałem, rządy w Warszawie się zmieniały, ale żaden z nich nie popatrzył przychylnym okiem w naszą stronę. Nikt z nas tutaj mieszkających nie oczekuje jakiś specjalnych podziękowań ani przywilejów, jedynie oczekujemy poważnego traktowania. Ale to chyba w tej chwili marzenie ściętej głowy, bo rząd nawet nie traktuje poważnie Polaków mieszkających w Polsce. Dlatego może zbyt wiele nie oczekujmy, aby nie stawiać senatorów w kłopotliwej sytuacji, którzy tak na dobrą sprawę nie wiedzą czego Polonia od nich chce.
Polonia amerykańska a "złodzieje czereśni"
Od osiadłej Polonii amerykańskiej nie oczekiwaliśmy wiele, powiedziałbym nawet, że unikaliśmy jej nie angażując się, aby nie próbowała zarazić nas "polskością", czy ich miłością do wyidealizowanej ojczyzny przodków, która dla nas była i jest mało atrakcyjna. Nastąpiło nieporozumienie, które niektórzy nazwali konfliktem pokoleń. Ale ja nazwałbym ten stan wielkim rozczarowaniem, albo niemożnością znalezienia wspólnego języka.
Pomimo wielkiego szacunku dla starej Polonii amerykańskiej nadal twierdzę, że rozczarowała nas bardzo. Teraz po tylu latach można powiedzieć, że inaczej być nie mogło. Autorytety tutaj zastane w krótkim czasie przestały być naszymi autorytetami, nowych nie doczekaliśmy się, ani też nie wykreowaliśmy. Wytworzyła się pustka w, której nowa Polonia do dziś żyje, brakło polonijnej drabiny hierarchii wartości. Nasze wyobrażenie o wielkiej, bogatej Polonii amerykańskiej legło w gruzy. Polonia nie tylko nie była przygotowana na nasz przyjazd, ale była bezradna, ta bezradność była denerwująca. W wielu przypadkach nastąpiły z naszej strony ataki na starą emigrację. Mieliśmy do starych pretensję o wszystko, a najbardziej o to, że nasze sny o Ameryce okazały się złudne.
Tutaj działalność Polonii opiera się głównie na organizacjach i spotkaniach organizacyjnych. Nudne i nie mające końca rozmowy, w których stwierdzano, że politycznie i finasowo jesteśmy za słabi, aby coś zrobić. Brak podstawowych środków do działania takich jak pieniądze był przyczyną powszechnej apatii i bezsilności, wobec wroga dysponującego wszystkimi środkami do walki z nami.
Doświadczenia starej Polonii antagonizowały się z naszym nowym poglądem na świat. Mieliśmy dwie różne mentalności, oni podchodzili do Ameryki z pewną dozą lęku, my prosto patrzyliśmy jej w oczy, mówiąc czego nam potrzeba, bez żadnego skrępowania czy wstydu. Mówiliśmy jednym językiem, ale nasze doświadczenia duchowe, polityczne, słowem pokoleniowe były zupełnie inne. Błędem było łączyć nas młodych ze starymi w jedną całość. Co się nie udało, bo jak już pisałem, nie mogło się udać. A ubolewanie, na forum polonijnym nad losem komunistycznej ojczyzny, będąc zarazem jej wychowankami, było ponad nasze siły. W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z naszego położenia, bardzo niewygodnego, dlatego naśladownictwo starej Polonii nie wchodziło w rachubę. Stara Polonia tego nie rozumiała, a swoje niezrozumienie obróciła w podejrzenie, że jesteśmy agentami komunistycznymi, którzy chcą rozbić Polonię od środka. Magnes polskości, który powiniem nas łączyć i przyciągać w tym przypadku zadziałał bardzo słabo.
Zachód, który bez zmrużenia oka sprzedał Polskę Moskwie 40 lat wcześniej, teraz kupił nasze utyskiwania na komunę, jak szło, hurtowo. Gdyby tego nie zrobił nie wiedziałby co z pół milionem młodych ludzi zrobić. Przygoda nasza skończyłaby się na oglądnieciu Wiednia, Paryża czy Rzymu.
Większość z nas nienawidziła komuny i komunistów, ale nic nie miałaby przeciwko państwu komunistycznemu. Jak to wytłumaczyć, nie wiem. Dowodem są ostatnie wybory w Polsce, w których wybrano prezedentem Aleksandra Kwaśniewskiego. Czy wiedzieliśmy, że Polska jest pod okupacją rosyjską? Oczywiście, że tak. Każde dziecko to wiedziało, wszyscy to wiedzieli, że trzeba bić komunę i wszyscy to robiliśmy na wszystkich szczeblach naszej gospodarki narodowej. Był to nasz cichy triumf nad "czerwonym".
Zakończenie
Jestem Polakiem, czyli człowiekiem "drugiej kategorii", i do tego emigrantem, kaleczącym język angielski. Poezja moja w chwili obecnej odnosi się do wartości, przeżyć emigrantów, pokolenia "złodziei czereśni" co wcale nie oznacza, że o niczym innym nie piszę, czy nić innego mnie nie interesuje. Jest to bardzo trudne, bo w jednym ciele są aż trzy różne osobowości, Polak, emigrant obcokrajowiec, Amerykanin. Polskość i amerykańskość. Nie znalazłem żadnych form artystycznych, do których mógłbym się odwołać. Dziedzictwo duchowe romantyków, Polski rozbiorowej niestety nie wystarcza mi.
Polonia amerykańska nie wydała jednak antologii jej twórców, nie napisała przewodnika, czy choćby skromnego słownika pisarzy twórców. Nie mamy udokomuntowanej historii literackiej tego pokolenia. Mało wiemy o poetach, jeszcze mniej o prozaikach, rzeźbiarzach, malarzach. Większość pokolenia września 1939 r. stawiła się już u świętego Piotra i nie dowiemy nigdy się o wielu jej twórcach.
Rozdział "złodziei czereśni" jeszcze nie został otwarty, zdaje sobie z tego sprawę. Jeszcze nie nadeszła odpowiednia pora, ale nie można zbyt długo czekać, aby nie stracić tego, co zaprzepaściło pokolenie żołnierskie. Brakuje nie tylko poetów, ale i socjologów, krytyków, recenzentów, słowem całej armii archeologów nie tylko słów, ale i badaczy czynów. Nowa generacja, podobnie jak stara dała się bez reszty zmaterializować, robimy dokładnie te same błędy, zapominając o sprawach duchowych całkowicie.
Niewielu z nas obecnie pisze, układa wiersze, daje świadectwo historii. Jak już wspomniałem pod tym względem dokładnie przypominamy pokolenia poprzednie. Wiem, że nie jest łatwo, wiem, że wymaga to od twórców wielkiego poświęcenia, jednak wierzę, że warto.
