Zjazd absolwentów liceum Nr. 33

Jacek Kozak

W sobotnie przedpołudnie, na leśnej działce gdzieś za Pułtuskiem Ala i Teresa krzątają się w kuchni letniskowego domku. Szykują nie lada przyjęcie - wszak wkrótce przybędzie tu kilkanaście osób, dawno nie widzianych gości. Naprawdę dawno nie widzianych - to grono, które ma się zebrać, nie spotkało się w tym składzie od ponad trzydziestu lat.

W połowie lat sześćdziesiątych chodziliśmy razem do szkoły, do jednego z mniej słynnych i znanych warszawskich liceów. Trafiliśmy do jednej klasy - oczywiście - przypadkiem. Później, cała seria przypadków sprawiła, że rozjechaliśmy się po świecie i dopiero teraz, jakoś tak przypadkiem, wpadliśmy na pomysł, by spotkać się i zobaczyć, co z nas wyrosło. Jak poradziło sobie w życiu ponad trzydzieścioro ludzi, którzy kiedyś razem zaczynali naukę w szkole średniej, razem jeździli na szkolne wycieczki, razem podpadali nauczycielom, razem wymykali się szkolnej dyscyplinie i uczyli się najważniejszej chyba sztuki - współżycia z ludzmi, przyjaźni, koleżeństwa.

Nie wszyscy dotarli na ten nieoficjalny zlot. Części przeszkodziły różne okoliczności, części nie udało się po latach odnaleźć. Na leśną działkę pod Pułtuskiem dotarło nas osiemnaścioro - mniej więcej połowa spośród tych, których chcieliśmy zobaczyć. Myślę, że to i tak dużo - tym bardziej, że kilkoro z nas pokonało w drodze na ten zlot kilka tysięcy kilometrów.

Jeśli coś - jak sądzę - wyróżnia naszą dawną klasę, to chyba właśnie rozproszenie po świecie. "Duch sprawczy" imprezy, Janusz, od lat jest profesorem matematyki na uniwersytecie w Pennsylwanii. Pamiętałem go jako szczupłego blondyna w okularach, ale dziwnym trafem nie miałem trudności z rozpoznaniem kolegi, z którym kiedyś razem znaleźliśmy się na szkolnej scenie w przedstawieniu, które było naszą ucieczką z nielubianych lekcji biologii. Wprawdzie nie jest dzisiaj (jak i ja) szczupły, wprawdzie bujna blond czupryna gdzieś zniknęła, ale pozostało poczucie humoru i niesforny stosunek do świata. Pan profesor jest "na luzie" - jak "na luzie" był Janusz, ksywka "Łysy".

W Stanach Zjednoczonych znalazło się jeszcze dwoje absolwentów naszej klasy - Piotr, który na zjazd pod Pułtuskiem nie dotarł, mieszka gdzieś w Kalifornii; Elżbieta od ponad dwudziestu lat mieszka i pracuje w Buffalo w stanie Nowy Jork. I ona zostawiła na kilkanaście dni rodzinę i swoje sprawy zawodowe, by znowu znaleźć się w grupie koleżanek i kolegów ze szkolnych ławek. Rozmawiałem z nią przez telefon jeszcze przed tym spotkaniem - nie ma co kryć, że nasz wygląd przez te lata uległ poważnym zmianom, ale okazuje się, że ton głosu, sposób mówienia zmienia się z upływem lat o wiele mniej. Głos Elżbiety rozpoznałem bez trudu nawet po trzydziestu latach.

By zamknąć "listę obecności" klasowych kolegów z amerykańskiego kontynentu, muszę przytoczyć przypadek Rimmy. Opuściła Polskę przed 29 laty, na fali niepokoju wywołanego niesławnym Marcem '68. Od tego czasu nigdy nie była w Polsce, jej podróż na spotkanie z dawną klasą była największym przełomem. A zaczęła się ona w... Toronto. Tu mieszka od kilku lat, po dłuższym okresie spędzonym w Bostonie, tu pracuje na torontońskim uniwersytecie. Koleżanka z klasy, spotkana po tylu latach na koleżeńskim zjeździe, jest tak bliską sąsiadką.

Nasza "amerykańska" piątke uzupełnia całkiem liczna grupa zamieszkała obecnie w różnych państwach europejskich. Gośka - w Wiedniu; Bożena - w Paryżu; siostry-bliźniaczki zwane nieodmiennie "Koty" - w Anglii. Wiesiek, na którego nikt poza nauczycielami nie powiedział nigdy inaczej jak "Duś" - w stolicy Finlandii, Helsinkach.

Geograficzny rozrzut naszej klasy uzupełnia Marek, o którym nikt nic od lat nie słyszał. Podobno utknął w Republice Afryki Środkowej, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wie.

Osiemnaście osób, które krąży wokół stołów na leśnej działce Ali (trudno było zapomnieć tę śliczną dziewczynę; nic dziwnego, że przez lata pracowała jako stewardessa "Lotu", daremnie usiłuję w jedno popołudnie wymienić między sobą swe biografie, adresy, wspomnienia. Obiecuję podwoić wysiłki, by odnaleźć i przesłać Elżbiecie kopię zdjęcia, które przed laty zrobiłem jej na basenie warszawskiej "Legii". Przez tyle lat chowałem je starannie w różnych albumach i pudełkach (mieliśmy wtedy po szesnaście lat), lecz chyba jednak straciłem je bezpowrotnie wyjeżdzając z Warszawy. Z "Łysym" marzy nam się przez chwilę jeszcze kilka robrów brydża, jak wtedy, kiedy to urywaliśmy się z ostatnich dwóch lekcji, by mieć nieco więcej czasu na ulubioną rozrywkę. Jak tu jednak zebrać czwórkę, skoro on w Pennsylvanii, ja w Toronto, Duś w Helsinkach, Marek gdzieś w Afryce...

Kostek nic się nie zmienił (jeśli to możliwe po trzydziestu latach). Tyle, że kiedyś trudno było traktować go poważnie, a dzisiaj podobno naprawia mikroskopy elektronowe. Lechu coś przebąkuje o emeryturze - osiągnął najwyższy możliwy stopień pułkownika w służbie pożarniczej i śmieje się, że nie ma już o co zabiegać. Mistrzyni świata Teresa schowała do szafy sportowe trofea i mówi, że z wielkim wyczynowym sportem nie ma i nie będzie już miała nic wspólnego. Jej pasją jest dziś jej sklep z kosmetykami, odżywkami, wyposażeniem ułatwiającym troskę o własne zdrowie. Jak kiedyś przez sprinterskie plotki, tak dzisiaj skacze przez bariery stawiane jej przez władze, dostawców, "fachowców", czasem - klientów. Jurek produkuje unikalną aparaturę rentgenowską, Jolka od ćwierć wieku uczy angielskiego na warszawskiej uczelni, Ilona....., Monika.......

Przeszliśmy w ciągu tych trzydziestu lat z okładem przez chyba wszystkie perypetie ludzkich losów. Chociaż trudno w to uwierzyć, nie wszyscy z nas są już wśród nas. Na te trzydzieści kilka biografii składa się kilka tragedii i kilka szczęśliwych, spokojnych żywotów, znaczna gromada dzieci i kilka spraw rozwodowych. Ktoś odniósł - jak można sądzić - sukces, ktoś - ot, tak sobie... Jak to w życiu.

Czy przejdziemy do historii? Bez megalomanii. Tuż przed naszym "zlotem" Janusz, Elżbieta i Rimma wpadli na chwilę do naszej dawnej szkoły i stwierdzili, że śladu tam po nas nie ma. Oczywiście, nie znaleźli już nikogo z naszych nauczycieli, bowiem większość z nich już nie żyje. Gorzej, że nie znaleźli nawet naszego klasowego dziennika. Wszystkie inne są, a nasz gdzieś przepadł - wbrew przepisom, ale za to w zgodzie z ironią losu.

I tylko Rimma jeszcze raz usiadła na parapecie pod oknem, gdzie można ją było trzydzieści kilka lat temu zobaczyć na każdej przerwie.

Po co nam to wszystko było? W jedną sobotę nie odrobimy zaległości z ponad trzydziestu lat. Gdyby ktoś chciał sporządzić - dla celów socjologicznych? - nasz zbiorowy portret, musiałby się sporo napracować nad ponad trzydziestoma biografiami, które tak daleko i szeroko rozeszły się po starcie z jednego punktu wyjściowego - matury warszawskiego "Kopernika". Nie wiem, czy nasze losy były typowe, czy nie. Czy z ich materii można wyciągąć jakieś głębsze, istotniejsze wnioski publicystyczne, czy też pozostaje tylko możliwość sporządzenia reporterskiego opisu. Sam należę do tej grupy, więc nie mam obiektywnego spojrzenia na jej losy, jej dokonania, jej słabe i mocne strony. Czy to, że tak wielu z nas rozsypało się po świecie i że jakoś poradziliśmy sobie na obcym gruncie - to dobrze o nas świadczy, bo byliśmy dzielni i przedsiębiorczy, czy też jest może potwierdzeniem porażki pewnej warstwy polskiego narodu, skoro aż tylu z nas poza Polską szukało i znalazło możliwość realizacji swych ambicji i planów.

Jeden weekendowy dzień w lesie pod Pułtuskiem, a materiałów do przemyśleń i rozważań...

A jednak sądzę, że byliśmy niezwykłą grupą. Po ponad trzydziestu latach spotkaliśmy się i bez chwili wahania podjęliśmy rozmowę w tym samym tonie, w którym kiedyś rozmawialiśmy na korytarzu naszego liceum. Gdy Joanna (a może to była Marzena? Albo Ilona?) wyjęła paczkę starych zdjęć ze szkolnej wycieczki, rzuciliśmy się na nie jak na okienko, przez które raz jeszcze ujrzymy fajną, młodzieńczą przeszłość. Nikomu nie przyszło do głowy traktować te zdjęcia jak historyczną dokumentację zamierzchłej przeszłości, do której już nie ma (i dobrze?) powrotu.

W drodze powrotnej do Toronto zatrzymałem się, dzięki uprzejmoęci linii lotniczych Finnair, na dzień w Helsinkach. Można w tym mieście zwiedzić kilka obiektów turystycznych, lecz można też... Wziąłem do ręki książkę telefoniczną, odnalazłem nazwisko Dusia. Zadzwoniłem. Odebrała telefon żona.

- "Duś jest w pracy, skończy późno wieczorem...", ale podała mi jego numer telefonu komórkowego.
- "Cześć Duś, mówi Jacek Kozak..." - był to bardzo długi wieczór w Helsinkach.

Za cztery lata chcemy ponownie spotkać się - mamy nadzieję, że tym razem w jeszcze liczniejszym gronie, że przez te cztery lata uda się jeszcze kogoś odnaleźć, jeszcze lepiej wszystko zorganizować. Bo jednak - wszystkim nam na tym zależy. Oto lekcja, którą kiedyś, gdzieś, w niezauważony przez nas sposób przekazała nam nasza warszawska szkoła.


Indeks - Świat