Reportaż z Zion i Bryce Canyon.

Tomasz Brożek

Długi weekend, przypadający z okazji Independence Day, minął nam na wycieczce do Utah. Wykorzystaliśmy "ostatnią szansę" (przed wyjazdem Eli i chłopców na wakacje do kraju i późniejszą przeprowadzką do Teksasu) żeby zobaczyć kaniony w Zion i Bryce Parks. Śliczności. Pojechaliśmy, żeby popatrzeć i połazić. Chyba udało się jedno i drugie. Powdrapywaliśmy się trochę na skałki, Krzyś trochę marudził pod górkę, ale od łancuchów to nie chciał się oderwać (nie żeby się bał, że spadnie, ale tak mu się podobało, że nawet był gotów iść na drugą górkę, żeby tylko móc iść ścieżką z łańcuchami). Ciepło było, nie powiem.

Zatrzymaliśmy się na campingu w Zion Park, nawet nie było specjalnych problemów z miejscami. Co prawda, żeby uniknąć niespodzianek (i mieć troszeczkę więcej czasu na łażenie) pojechaliśmy w środę w nocy i byliśmy tam w czwartek rano. Camping olbrzymi, tyle że położony u wejścia do kanionu, czyli nisko. Mimo tego, że znaleźliśmy ładne ocienione miejsce, upał dawał się we znaki. Szczególnie późnym wieczorem, kiedy pora była na spanie. W namiocie było tak duszno, że spaliśmy głowami do wyjścia i prawie na zewnątrz. Oczywiście na śpiworach i w samej bieliźnie (bezwstydnie przy szeroko otwartych drzwiach). Trochę po północy zrywał się wiatr, wcale nie taki słaby, a koło 3ciej nad ranem ochładzało się już tak, że można było zamknąć "drzwi".

Śniadania uprzyjemniały nam stada os (od których już odwykliśmy w LA). Co ciekawe, cholerstwo lgnęło do bardziej wyrafinowanych potraw, nie ciągnęło ich w ogóle do słodyczy czy owoców. Wgryzały się za to z zapamiętaniem w szynkę, kiełbasę i żółty ser. Żeby mieć trochę spokoju odkrawaliśmy plaster szynki i kładliśmy dalej od stołu, machając ręcznikami i co tam wpadło pod ręce. Osy, też żeby mieć chwilę spokoju, godziły się na ten podział majątku i ucztowały w przeznaczonym dla siebie miejscu. Fascynujące, że były w stanie wygryźć (wykroić?, wyrwać?, nie bardzo wiem jak i czym) całkiem spore kawały, wielkości łebka od zapałki. Porywały je potem niczym kruk kawał sera i odlatywały sobie gdzieś, może żeby zjeść w spokoju, albo żeby nakarmić rodzinę. Ela odkryła, że gnieźdźiły się pod ziemią, dokąd wlatywały przez otwory widoczne w twardej, piaskowo - wapiennej ziemi.

Pierwszego dnia, nie zważając na zmęczenie po długim dniu pracy i nie przespanej nocy, poszliśmy obejrzeć bajorka, zwane Szmaragdowymi Stawami. Trasa typowo spacerowa, tyle, że gorąco i chce się pić. Kamil zaczyna oszczędzać picie w swoim baniaku i podłacza się do naszej butelki z czystą wodą. Trzy kałuże, szumnie zwane stawami, mają średnicę kilku metrów i głębokość wysokiego kalosza. Nazwie odpowiadają może tylko z koloru. Położone na różnych wysokościach, zbierają wodę spływającą ze skalnych ścian. Zbocza kanionu, w tym miejscu prawie pionowe, lśnią prawie jak brunatny bazalt w miejscach, gdzie zwilża je ściekająca woda. Wyraźnie widać obszary, gdzie skalne nieszczelności, o dziwo ciągnące się poziomo, pozwalają przeciskać się wszędobylskim kroplom. Wzory wyschniętych nacieków przypominają ścianę łazienki, remontowanej przez kiepskiego hydraulika. Żar zaczyna smażyć mi oczy. Szczypią od niewyspania, nie nawykłe do słonecznego światła po całych dniach spędzonych w laboratorium bez okien. Przerwa na posiłek, wracamy na camping. Stamtąd, już z Haliną i Stefanem, którzy nie lubią nocnego włóczenia się po szosach, jedziemy z powrotem w głąb kanionowatej doliny szukać Ukrytego Kanionu. Hidden Canyon rzeczywiście jest ukryty, wejście do niego zaczyna się jakieś 150 metrów powyżej dna doliny i jest praktycznie niewidoczne z dołu. Wejście, wschodnim zboczem doliny w godzinach popołudniowych, świadczy chyba najlepiej o naszym turystycznym nastawieniu. Ostatni odcinek trasy prowadzi skrajem klifowatych skał, gdzie zachodzące na siebie warstwy wapiennych płyt sprawiają wrażenie łuskowatego grzbietu kredowej ryby. Tu właśnie Krzyś zapałał miłością do łańcuchów.

Najprzyjemniejszą wędrówkę mieliśmy chyba drugiego dnia, kiedy wybraliśmy się w górę rzeki Virgin River, wysokim kanionem, zwanym dla prostoty Narrows. Wysokie na kilkaset metrów ściany kanionu, rzeźbione przez miliony lat przez wodę i wiatr, stanowiły miły i malowniczy parawan osłaniający nas od promieni słonecznych. Potok nie jest zbyt bystry, więc nie mieliśmy specjalnych problemów przeskakując z jednego brzegu na drugi. W niektórych miejscach woda pokrywała całe dno kanionu, rozciągając się od jednej pionowej ściany do drugiej. Nie było jednak z tym problemu, w najgłębszych do przejścia miejscach woda sięgała Krzysiowi, najmłodszemu uczestnikowi wyprawy, nieco powyżej pasa. Oczywiście były i miejsca, gdzie głębokość strumienia przekraczała wzrost dorosłego człowieka. Znajdowały się zwykle pod samą ścianą, która zatrzymywała napór rozpędzonej wody, wciskając ją w ostry zakręt. Woda płynęła tam wolniej, nabierając ciemnego, niebiesko-zielonego koloru. Ogólnie wszystko to sprawiało wrażenie sielskie-anielskie, jak piknik nad mazowiecką rzeczką (tyle, że wciśniętą między olbrzymie, niewyobrażalnie pionowe, majestatyczne masy kamienia). Strach mnie ogarniął tylko wtedy, gdy wyobrażałem sobie co by było, gdyby nagle przyszła ulewa, czy co gorsza oberwanie chmury. Prognozy służb parkowych głosiły że ryzyko tego dnia jest wysokie, motywując to 60% szans na ulewny deszcz czy burzę, 10% szans na oberwanie chmury i 10% czegoś tam z czymś tam. Podczas ulewy poziom wody w potoku może się gwałtownie podnieść, a ze względu na fakt, że kanion w najwęższych miejscach (przez które szliśmy) ma tylko 4-5 metrów, przybór może osiągnąć nawet metr w przeciągu kilku minut. Miejscowe służby zdecydowanie odradzają łażenie po kanionie z dziećmi nie umiejącymi pływać, czy niższymi niz 140 cm. Krzyś więc był zdecydowanie odradzany. Ciekawostką jest to, że Virgin River zbiera wodę z większości płaskowyżu w tej okolicy, więc nawet deszcz odległy o 100 kilometrów może spowodować przekształcenie potoku w rwącą rzekę. Ale w górach, jak to w górach, na wysokości dwóch kilometrów deszcz może nadejść w dowolnym momencie, ale może i nie nadejść. Tego dnia nie nadszedł, więc cieszyliśmy się spokojem, żwawo maszerując w górę kanionu, dopóki słoneczko nie stanęło w zenicie i nie zaczęło nadawać na falach ultra-ultra-krótkich (i to całkiem nieźle zagłębiając się w ultrafiolet). Wypstrykaliśmy jeden film i zaczęliśmy drugi. Szum potoku, spotęgowany skalnym pogłosem zagłuszał międzynarodową gwarę mijających nas w tę i wewtę turystów. Niemcy, Francuzi, Japończycy i rządcy Amerykanie. Wszyscy łażą po kamieniach brodząc w miłej, choć nie całkiem krystalicznej wodzie, jedni w sandałach, inni w tenisówkach, niektórzy w wysokich, do pół łydki traperkach, ale większość w śnieżnobiałych Nike'ach i Reebookach. Wbrew ogólnie panującym poglądom kamienie w potoku wcale nie są śliskie, przynajmniej kiedy łazi się po nich w butach na gumowej czy gumopodobnej podeszwie ( może to wina kamieni, które nie są zrobione z prawdziwych kamieni, jakie mamy w Dunajcu czy w Białce, a tylko jakiegoś budulca, z którego Indianie amerykańscy zwykli byli budować kaniony). W końcu doszliśmy do bocznej odnogi kanionu, zwanej Orderville Canyon, która w zasadzie była naszym pierwotnym celem. Daleko nim nie poszliśmy. Był zdecydowanie węższy niż główny kanion i trudniejszy do sforsowania. Wysokie progi, zwalone pnie, które nie wiadomo skąd wzięły się w takim miejscu (to znaczy wiadomo, wiadomo, ale niechciałbym tam być, jak taki dziesięciometrowy kikut pnia podda się wichurze kilkaset metrów wyżej).

Powrót był mniej ciekawy, bo jak to bywa z powrotami, zazwyczaj czeka się z niecierpliwością kiedy się podróż zakończy. Słońce zaczynało już grzać w kanionie pełną parą, ale dzięki oddolnemu chłodzeniu ciągle było miło. Dopóki nie wyszliśmy z Narrows. Dolina Zion (która też przecież jest kanionem, ale raczej kolosowatym w stosunku do Narrows) nagrzana była do nieprzytomności, podobnie jak samochód, do którego musieliśmy wsiąść, jeśli nie chcieliśmy go porzucić.

Możecie mi wierzyć albo nie, ale nie ma to jak zimne piwo.

Następnego dnia pojechaliśmy do odległego o kilkadziesiżt mil Bryce Canyon Park, miejsca, o którym jego odkrywca i "właściciel" powiedział kiedyś, prowadząc swoje stada: "jest tu od cholery i trochę miejsc gdzie można stracić krowę". Mimo, że znany jako kanion, Bryce Canyon nie jest właściwie kanionem. Jest klifowatym urwiskiem wysokiego i rozległego masywu wapiennego, położonego na wysokości, bagatela, ponad 2500 m. Od wschodu masyw obejmuje doline, szeroka na dziesiątki mil, wymyta przez wody i wygrzebana przez wiatry, słońce i czas w miękkim, wdzięcznym tworzywie. Wygląda to tak, jakby wielkoludy podkradały ziemię z masywu od jego wschodniej strony, przesuwając krawędź urwiska wciąż dalej i dalej na zachód. To podkradanie jest jednak bardzo niedbałe, bo pozostaje po nim głęboka, stromo opadająca jama, wypełniona resztkami skały wapiennej, wciąż wczepionej w podłoże i sterczącej kikutami maczug, wież i wyerektowanych tworów (OK, OK, może być i wyerodowanych). Niesamowity, czerwono-różowawy koloryt stanowi świetne dopełnienie do bajkowych form i księżycowych ksztaltów, będących równocześnie kwintesencją pastelowej miękkości, upalnego spokoju rozgrzanych milionów ton kamienia i ostroty kształtów pękających, łamanych wiatrem skał. Z bliska skały wyglądają jak ulepine z miękkiej glinki, a ziemia wydaje się ubitym pudrem Yardley'a, sprasowanym elegancko przez tysiące nóg.

Dużo czasu spędziliśmy jeźdźąc od jednego punktu widokowego do drugiegi i trzaskając migawkami niczym spragnione pamiątek rodzinnych skośnookie stonki. Kilka miejsc oferowało tak podobne do siebie widoki i panoramy, że aż zastanawialiśmy się, czy nie wróciliśmy przez przypadek do tego samego miejsca. Najwięcej widokowej rozkoszy sprawił nam pejzaż widoczny z Bryce Point - wspaniałe rzeźbione dno opadającej w dół doliny, tworzące czerwono-różowe budowle na tle biało-żółtawo-różowych ścian urwiska. Urwisko rzeźbione również, a jakże, pionowe formy przypominają płaskorzeźbę z setkami rozchodzących się ku dołowi trójkątów Pascala (nic innego nie przychodzi mi na myśl). A dno doliny? Nawet ktoś pozbawiony wyobraźni może dojrzeć średniowieczne miasto, wzniesione z czerwonej cegły, razem z murami obronnymi, bramami, wieżami strażniczymi, gotyckimi kościołami i katedrami, stojącymi tak blisko siebie, jak tylko może sobie uzmysłowić turysta w sercu Florencji, zastanawiający się "i jak, do cholery, ja mam to sfotografować". Dużo wież, dużo strzelistych wież gotyckich świątyń z podwójnymi, poczwórnymi, poszóstnymi dzwonnicami. Gaudi musiał mieć sen rodem z Bryce Canyon, zanim zabrał się za La Sagrada Familia.

Widoki, widoki, widoki. Dzieciaki znudzone ciągłym wsiadaniem i wysiadaniem z samochodu. To, co nam zapiera dech w piersiach, na nie jeszcze nie działa - młode są (tak szybko się nie męczą i w piersiach tchu im starcza). Pojawia się trochę chmur, słońce już tak nie grzeje, to chowa się, to pojawia, pozwalając obejrzeć czerwonawe rzeźby kredowych klifów w różnym świetle.

Mimo wysokości (2700 m) nie czujemy zmęczenia ani trudności w oddychaniu (papieroski, papieroski) i idziemy trochę połazić niżej, t.j. złazimy z urwiska jakieś 200-300 metrów w dół, pobuszować pomiędzy wynoszącymi się na kilkanaście metrów fallicznymi obeliskami. Mimo że nie czujemy słońca, ono nad nami czuwa. Górskie powietrze nie zapewnia żadnej osłony. Przed wieczorem dziewczyny oglądają zaczerwienione łydki, a mnie w udziale przypada dobrze pasujące przezwisko 'redneck'. Bryce wart jest odwiedzenia - pozwala uświadomić sobie znowu i znowu, że świat był i będzie, i że jest w stanie sam kszałtować swoje oblicze bez naszego udziału. Znowu jedziemy na piwo.

Następna gorąca noc i miły dzionek, ostatni dzień wycieczki. Przed południem próba wejścia na Angels Landing - lądowiska aniołów. Za cholerę nie wiadomo dlaczego tak wysoko, bo jak dobrze ktoś zauważył - chyba Stefan - jak mają skrzydła, to mogą zlecieć na sam dół. Wdrapujemy się z nad rzeczki na ładną ścianę, w której tubylcy (strażnicy parku) wyrąbali wygodną i szeroką ścieżkę, żeby nie było nieporozumien, gładko wybetonowana. Potem włazimy do Refrigarator Canyon, zwany tak bo miły, chłodny i ładnie ocieniony. Gdzieś po drodze strome podejście, żywcem zerżnięte przez gospodarzy z sanfranciskiej (niech i mnie przypadnie w udziale trochę nowomowy) uliczki Lombard. 21 ostrych, wybetonowanych zakrętów, którymi pokonujemy następne 30-40 metrów wysokości. Kończy się beton, idziemy już ścieżką. Rozglądając się dokoła można już ocenić wysokość. Dwa kroki od ścieżki kończy się góra, po której idziemy, potem długo, długo nic i dno kanionu, gdzie jak senne mrówki kręcą się lilipucie figurki turystów.

Po pokonaniu 3/4 trasy, już po pierwszych odcinkach łancuchów, rezygnujemy. Krzyś, zwyczajowo wczepiony w łańcuchy gotów iść dalej, ale zwycięża rozsądek kobiet i lęk (też kobiet). Kamil, nadąsany, uważa to za spisek. Mijają nas ludzie, jedni idący do Aniołów, inni wracający. Małych dzieci i babć raczej nie widać. Przed odwrotem robimy kilka zdjęć i jeszcze raz rzucamy okiem na dalszą drogę. Dojście na szczyt wygląda jak wdrapywanie się mrówek z grzbietu końskiego, po jego szyi na podniesiony łeb. Widoki cudowne, z samego szczytu byłyby pewnie jeszcze lepsze. Ale przejście na koński łeb prowadzi po grani, poniżej której jest kilkusetmetrowa pionowa ściana (o kolorze zadziwiająco bliskim kasztanowo przypalanej końskiej sierści).

Schodzimy więc, trochę odpoczynku, lekki owocowy lunch i w powrotną drogę do domu, przez rozgrzane "przedmieścia" Las Vegas - rozpalone góry Nevady, okolice Doliny Śmierci i pustynne obszary Mojavi. W Las Vegas upał zagonił wszystkich do kasyn, ulice na tyle puste, że nie ma problemu ze zmianą pasa ruchu na Stripie i można nawet zawrócić pod stacją benzynową. Nieco dalej, już pod Baker, gdzie odchodzi droga na Dolinę Śmierci, temperatura sięga 45 stopni C. Próba wyjścia z samochodu kończy się nagłym odruchem skurczu ramienia, które ani myśli pozwolić mi otworzyć drzwi. Wewnątrz klimatyzacja utrzymuje mile 20 stopni, a na zewnątrz gorący wiatr wysusza ostatnie kropelki potu. Papieros smakuje jak łyk powietrza w hucie, gdzie akurat wylał się kwas siarkowy.

Wieczorem jesteśmy w LA.

Zimno.


Ameryka