Nowy Rok w Zdziarze.

Małgosia Mroczkowska

Dobre rano - to był znak dla Juli, że są jeszcze inne języki niż te z "Hi Yula" i "Dzień Dobry, Juleńko". Siedzieliśmy bowiem u górali w Zdziarze na Słowacji, za granicą bardzo niedaleka bo tylko 10 km od przejścia granicznego w Łysej Polanie. Górale godojom po góralsku, który jest tu bardzo podobny do góralskiego z Bukowiny Tatrzańskiej, ale o ile ten drugi ma naleciałości "polskie" to ten zdziarski - "słowackie". U gaździny była masa wnucząt w wieku Juli i Jula wszystkie równo biła, hej. Ale dzięki tym wnuczętom mieliśmy spokój z Julą - chyba że towarzystwo zwalało się do naszego pokoju. Sylwestra spędziliśmy w innej chałupie na Magurze Spiskiej, jakiś kilometr w górę nad Zdziarem. Od kilku lat rekonstruuje tę chałupę mój przyjaciel Palo, ale na razie ukończył tylko jedną izbę i w zime nie ma wody - dlatego musiało nam wystarczyć wino, piwo i potwornie gorzka wódka na goryczkach zwana przez nas gencjaną. Na zatarcie tego przeraźliwewgo smaku mieliśmy jeszcze likier Bechera. Do chaty zwaliło się oprócz naszej piątki jeszcze 12 naszych taternickich znajomków, w tym obok Juli, Jędrusia i Lecha (mój chrześniak) była jeszcze trójka innych dziatek. Szliśmy tam nocą, przez śniegi, Jędruś w nosiłkach, Jula na sankach, naprzeciw stały Tatry , a w dole strzelały w niebo fajerwerki. Jula była pewna, że polują na "wilki i kolejki". Wilków na Magurze jest trochę, ale gdzie te kolejki??? W jedynej ogrzanej izbie chaty upchaliśmy stado dzieci na łóżkach, odsunęliśmy stoły i pod oknami powstał parkiet 2 X 5 m , bo wszyscy chcieli hopsać. Dzieci hopsały na łóżkach dopóki nie padły, a Jendrula podrygiwał w naszych objęciach, żeby go nie zdeptano. O północy burza fajerwerków rozświetliła doliny, a w kilka godzin póżniej wracaliśmy zakosami do naszych chat w dole. W Nowym Roku Tadziu z taternikami był na Skrajnym Solisku (naprzeciw Szatana) a wszyscy razem (M,T,JJ,JJJ) nad Łomnickim Stawem, skąd zdecydowałam się zjeżdzać karkołomnymi "dupozjazdami" (to taki techniczny termin taternicki) z Jędrusiem w nosiłkach na brzuchu. JaTadziu mknąłem obok z Julą na sankach, hamując rozpaczliwie butami. Ale dobrnęliśmy cali i zdrowi, choć gruntownie utytłani w śniegu do regli, gdzie już śnieg się kończył, a zaczynał żywy lód, poza tym zapadła noc, na szczęście nawinęła się nam jedna - jeszcze nie upolowana - kolejka linowa, którą zjechaliśmy do Łomnicy. Takie to były zabawy w bałwany, potem wracaliśmy przez bezśnieżną Polskę (ani grama śniegu od Nowego Targu !!!) i dotarliśmy nad ranem do szarej Warszawy.

Ze zmian na lepsze:

- ukończona jest już autostrada A4 z Katowic do Myślenic omijająca Kraków - tę straszną i niepotrzewbną zawadę na drodze z W-wy w Tatry. Jadąc szosą katowicką jedzie się więc od Wwy do Myślenic po dwupasmówce. Co kilka kilometrów eleganckie stacja benzynowe, w niektórych przyjmują nawet karty kredytowe, i równie eleganckie knajpy, już nie tylko typu "rożno" w przyczepie kempingowej ale restauracje francuskie, włoskie, greckie, chińske i góralskie. No i te Mc Drive, jak w Kalifornii.


Swiat