Zapiski znad Zatoki San Francisco

 Na nowojorskimm lotnisku czekał na mnie średniego wzrostu mężczyzna, jak się później okazało Wietnamczyk, pracownik mojego sponsora, z Tołstoy Foundation. Przesiadka do San Francisco wiązała się z prawie trzygodzinnym oczekiwaniem na samolot. Przez ten czas zamieniłem z nim zaledwie tuzin słów. On patrzył w wielkie szklane okno, które było ścianą. Przy odrobinie wyobraźni można było porównać startujące i lądujące samoloty do rybek w akwarium. Ja patrzyłem na niego, na przechodzących pasażerów lotniska, na rybki - samoloty. Byłem jednak za bardzo zmęczony, aby móc z jego twarzy wyczytać: kim jest ten człowiek i skąd się wziął na lotnisku? Sam nie miałem już ochoty dopytywać się skąd się tutaj wziąłem, ani zadręczać się pytaniami po co do tej Ameryki przyleciałem. średniego wzrostu mężczyzna

 Zupełnie pustym samolotem poleciałem do San Francisco. Było to jakieś stare, skrzypiące pudło, chwilami wręcz sprawiające wrażenie, że się rozsypie na miliony części. Na lotnisku czekał na mnie kolejny pracownik mojego sponsora, tym razem Afgańczyk, który zabrał mnie do obozu dla uchodźców (afgańskich) - jak się okazało - ulokowanego na przedmieściach miasta.

 Gdy przybyliśmy do obozu podziękowałem moim gospodarzom za kolację. Nawet nie próbowałem zgadywać, co miałbym tutaj jeść. Zresztą, w kolejnych samolotach jadłem już trzy śniadania. Poza tym, byłem tak bardzo zmęczony i śpiący, że padałem z nóg. Zaprowadzono mnie do sypialni, pustego pokoju, w którym zamiast łóżka leżała na podłodze gąbka, a zamiast pościeli otrzymałem prześcieradło, które równie dobrze mogłoby być firanką nawet tak wyglądało ...

 Następnego dnia inny Afgańczyk zawiózł mnie do International Institute, organizacji znajdującej się na ulicy Van Ness, w San Francisco. Był wtorek, piękny słoneczny dzień, skończyła się najdłuższa podróż w moim życiu. W samym powietrzu spędziłem ponad 19 godzin. Noc przespałem dobrze i czułem się wypoczęty. Przez okno samochodu oglądałem tonące w zieleni miasto, które w wesołych promieniach słońca bardzo mi się spodobało.

 Afgańczyk przedstawił mnie pracownicy Instytutu urzędującej w biurze tuż przy drzwiach - niskiej Koreance, a ta poprosiła mnie, abym usiadł w holu. W życiu nie widziałem tak pięknego pomieszczenia, wykonanego z drzewa o poetyckiej nazwie sekwoja. Cały sufit rzeźbiony, a może odwrotnie - rzeźbą był sufit, ornamenty, jakieś bliżej nie znane mi motywy zwierzęce i roślinne. Ściany wybijane płótnem, malowanym tak, jak się maluje obrazy. Poręcze schodów, prowadzą na piętro, też rzeźbione.

 Po blisko pół godzinie wyczekiwania stanęła przede mna niewysoka dziewczyna, która przedstawiła się jako Zosia. Mając wzrok zatopiony w suficie "zjawisko Zosia" sprawiła mi przykrość tym, że przerwała moje podziwianie, ale i przyjemność, bo widząc moje zapatrzenie w sufit w telegraficznym skrócie opowiedziała mi historię budynku. Z jeszcze większą przyjemnościa po jej wysłuchaniu przypatrywałem się pomieszczeniu. Zosia poprosiła, abym zaczekał jeszcze chwilkę, ponieważ dzisiaj jest jakieś święto i w sumie ich instytut nie pracuje, ale ktoś ma przyjechać po mnie z mojej organizacji. Ten ktoś zawiezie mnie do mojego nowego mieszkania.

 "Mojego mieszkania?" - powtórzyłem za Zosią - sam nie wierząc własnym uszom. Po następnych długich minutach oczekiwania stanęła przede mna młoda Amerykanka, bardzo wysoka i bardzo ładna, która pozdrawiała mnie po rosyjsku. Następnie przedstawiła się - i nim zdołałem wykrztusić z siebie jakieś słowo - stwierdziła, że wszyscy Polacy mówią i rozumieją po rosyjsku z góry zakładając, że nie mówię po angielsku. Zabrała mnie do swojego samochodu (który był chyba starszy od niej) i pojechaliśmy do siedziby organizacji Tołstoja, aby tam dopełnić papierkowych formalności.

 Siedziba organizacji mieściła się w meksykańskiej dzielnicy (Mission) w starym stylowym budynku, na piątym piętrze. Były to cztery małe, ciasne pokoiki z poczekalnią, w której znajdował się stół-ława i dwa fotele. Jane, moja opiekunka, wyposażyła mnie w plastikowe talerze, kubki, noże, widelce, trzy garnki, plus wyprawkę pościelową (w skład której wchodził zielony koc, utkany chyba z waty). W życiu nie widziałem naczyń z takiego tworzywa, ale jak dają to się bierze i nie pyta co to jest z czego to jest.

 Zanim jednak otrzymałem te skarby, trzy razy pytano się mnie, czy nie mam większych pieniędzy - przy sobie lub w banku? A może mam tutaj znajomych lub krewnych, którzy gotowi są łożyć na moje utrzymanie? Trzy razy odpowiadałem "nie", wyjaśniając, że jeśli miałbym jakieś pieniądze, dolary, to pojechałbym do Polski, a nie do Ameryki. Te kilka setek dolarów, które miałem w skarpetce, w ogóle nie uważałem za majątek. Chociaż, prawdę mówiąc, gdybym miał je w Pieszycach, w życiu bym stamtąd nie wyjechał. Jak na pieszyckie standardy - był to już mały, skromny, skromniutki, ale zawsze - majątek! I w ogóle, jak można się pytać o pieniądze tutaj, w tym kraju! Cóż może znaczyć te kilka setek dolarów w porównaniu z fortunami kapitalistów amerykańskich, którzy śpią na złocie i przypalają sobie cygara dolarami? Gdybym ja, biedny człowiek, miał się przyznać do posiadania jakiejś sumy - byłaby to największa niesprawiedliwość na świecie!

 W Pieszycach moje dolary byłyby ekwiwalentem wysiłku kilku lat pracy, małym skarbem. Tutaj, była to moja krwawica kilku miesięcy pracy, dla tutejszych sprawa groszowa. Wreszcie podsunięto mi pod nos jakieś papiery, dokumenty. Podpisałem je natychmiast, stwierdzając lub nawet przyznając się do tego, że jestem dziadem bez grosza przy duszy i potrzebuję dalszego wsparcia mojego sponsora. Jawnie przyznać się, że jest się dziadem, było dla mnie poświęcenie wyższego rzędu. Nie miałem jednak żadnych wyrzutów sumienia. Przyjechałem tutaj z kraju komunistycznego, biednej Polski, którą Amerykanie wraz z Anglikami sprzedali Stalinowi, tak jak się sprzedaje krowę na targu, albo do rzeźni. Dlaczego miałaby mi się trząść ręka podczas podpisywania dokumentu stwierdzającego, że jestem nędzarzem? Podpisałem, i wtedy wręczono mi gotówkę. Trzydzieści dolarów, które powinny wystarczyć mi na tydzień.

 Biorąc pod uwagę fakt, że przez ostatnich kilkanaście godzin zjadłem trzy śniadania, obiady i kolacje, jeść powinno mi się zachcieć dopiero za dzień, a nawet za dwa dni. Więc już w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Ameryce mogłem zaoszczędzić jakieś osiem i pół dolara. Po załatwieniu formalności papierowych, moja przemiła Amerykanka poprosiła mnie abym załadował swój dobytek do jej antycznego samochodu - i wio, zawiezie mnie do "mojego domu". Tak się szczęśliwie składało, że "mój dom" znajdował się na drugim końcu miasta, tuż nad samym oceanem, mogłem więc długo rozmawiać ze swoją szefową na całkiem nieistotne tematy. Po przyjeździe, okazało się, że mój dom jest nie tylko moim domem, ale także należy do pary małżeńskiej z Gdańska.

 Cały dom składał się z dwóch pokoi. Pokoje dzieliła ściana z rozsuwających się dwóch połówek drzwi, małej kuchni i jeszcze mniejszej łazienki. Pani domu była w bardzo zaawansowanej ciąży, siedziała w domu, a jej mąż, były strażak, pracował jako chłopiec do czyszczenia popielniczek w jednym z elegantszych hoteli w San Francisco.

 Moja miła opiekunka po wypiciu kubka herbaty pożegnała się z nami, a ja, pełniąc rolę dżentelmena, odprowadziłem ją do auta. Po drodze opowiedziała mi z powagą na twarzy, że ów strażak, to osobisty przyjaciel Wałęsy, z którym zresztą jest po imieniu, gdyż wielokrotnie pił z nim wódkę. W końcu okazało się, że Wałęsa jest mu winien jakieś pieniądze za tę wódke, ponieważ on ciągle stawiał i stawiał. Skąd Wałęsa miałby brać pieniądze na wódkę, skoro sam nie pracował i tyle ma dzieci? Nie chciałem komentować opowieści strażaka, ponieważ wielu rodaków podaje się za hrabiów, arystokratów, magistrów i diabeł wie za kogo jeszcze, jest to rzecz na porządku dziennym na emigracji. Wreszcie pocałowałem ją w rękę i gdy wsiadła do samochodu, zanim zdązyła odjechać, poprosiłem, aby następnym razem, gdy się znów spotkamy, mówiła do mnie po angielsku…

26 czerwca 1982

 Jestem w San Francisco już trzy tygodnie, które minęły jak sen. A raczej jawa, bo wszystko to, co widzę czy zdołam zobaczyć - "jawi mi się". Mój organizm jeszcze nie przyzwyczaił się do zmiany czasowej ani klimatycznej. Lato kalifornijskie w San Francisco jest wyjątkowo zimne, rano i wieczorem mgła. Słońce świeci ale nie grzeje. Mam problemy z ubieraniem się. W nocy zamiast w piżamie ępię w dresie, tak zimno. Do brzegu pacyfiku mam 94 kroki, przez okno z pokoju mogę oglądać ocean i plażę, skały na których wylegują sie foki. Sprawia mi to ogromną przyjemność i satysfakcję.

Po mieście poruszam się jak lunatyk, trzema tylko autobusami. Podczas jazdy zawsze wyglądam przez okno skupiając uwagę na ulicy, budynkach, architekturze. Próbuję jak najwięcej zapamietać, nasycić oczy widokiem miasta. Szukam charakterystycznych punktów na mej trasie w razie czego gdybym się zgubił.

 Od trzeciego dnia pobytu w San Francisco uczęszczam na kursy angielskiego do tego samego instytutu, do którego trafiłem po raz pierwszy. Na dojazd autobusami tracę ponad trzy godziny w obie strony, cztery godziny nauki - w sumie cały dzień jestem w szkole, albo w drodze do domu. Na lekcjach jest nas ośmioro, w tym jedna Czeszka.

 Jak na razie, to z nikim jeszcze się nie zaprzyjaźniłem, ale często i dużo rozmawiam z ludźmi na przerwach lekcyjnych. Po lekcjach każdy jak wariat goni do domu, każdy ma jakieś obowiązki. Ja nie mam żadnych. To czego się dowiem podczas przerw, żadna organizacja wspomagająca uchodźców w życiu by mi nie powiedziała. Ludzie wiedzą wszystko: gdzie jest najtańsze jedzenie, mieszkania, polski kościół, gdzie można kupić lub przeczytać polonijną prasę, jaki najlepiej kupić na początek samochód, która dzielnica jest lepsza i bezpieczniejsza. Ani piękna Amerykanka, ani przemądrzała pani Krysia nie byłyby w stanie zdobyć tej mądrości życiowej. Żadna z nich nawet nie próbuje wyjść zza biurka, cóż dopiero wmieszać się w tłum ludzi.

29 czerwca 1982

 Ukochane słowo DOM. W domu zostałem przyjęty chłodno i bez jakiż zbędnych zwrotów grzecznościowych. Dostałem swoje miejsce w lodówce i w łazience, dostałem klucze i na tym skończyła się nasza rozmowa. Sąsiadka najwyraźniej mnie unika a sąsiad mruk, ograniczamy się do dzień dobry i dobranoc. Ale mimo tego sytuacja w domu staje się napięta, a nawet zapalna, bardzo mnie taki stan "zimnej wojny" stresuje. Powodem jest sąsiad zza ściany, namiętnie oddający się piciu alkoholu. Picie alkoholu najwyraźniej sprawia mu przyjemność, ale jego przyjemność staje się dla mnie nieprzyjemnością. To, że pije za swoje, jako argument koronny przemawia do mnie; to, że czasem przyłoży swojej żonie, też nie moja sprawa. Ale dlaczego mam być przy tym?

 Rozmawiałem o tym z jego żoną, że tak dłużej być nie może, bo sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa. Od niej dowiedziałem się, że mąż pije, bo ma stresową pracę. Na dodatek praca jest poniżej jego godności, poniżej strażackiej ambicji. Sąsiad ubrany w mundur galowy, w białych rękawiczkach, chodzi sobie po lobby hotelu i zbiera papierki, czasem wysypie lub wyczyści popielniczkę. Jeśli mu się zechce, może pomóc starszej damie przy dźwiganiu walizki, lub usłużyć pani z dzieckiem na ręku. Czasem może kogoś podprowadzić do windy, wtedy naciska guzik - i to jest cała jego praca.

 Stresują go najbardziej Azjaci. Ci śmieją się z niego, że nie rozumie po angielsku, poza tym jest jedynym Polakiem pracującym w tym hotelu na tzw. pozycji wyjściowej. Dlatego, chcąc nie chcąc, zdany jest na humor i dobre samopoczucie Azjatów. W sumie pracę ma lekkę, lepszą niż niejeden w biurze, ale się stresuje. Nawet drobne napiwki go stresują, chociaż one chyba sę główną przyczyną jego szczególnego zamiłowania do alkoholu, ponieważ wypłatę odbiera mu żona. Na moje pytanie, czy w Polsce też miał stresy tego rodzaju, jego żona odpowiedziała twierdząco. Nie dochodząc do żadnej głośnej konkluzji, pomyślałem sobie w duchu, że to nie praca go stresuje, ale nadmiar alkoholu.

3 lipca 1982

 Wczoraj przyszedł po pieniądze właścicieł mieszkania, którego wcześniej nie miałem okazji poznać. Za dwie sypialnie w domu położonym nad brzegiem oceanu w przępieknym i przesławnym mieście San Francisco liczy sobie (według jego słów) "niedrogo". Mieszkam tuż przy przepięknym parku Golden Gate, piętnaście minut do mostu Golden Gate, najsławniejszego mostu świata. Te czterysta dolarów, które płacimy, "to chyba za darmo" powiedział czystą polszczyzną miły właściciel. W trakcie naszej rozmowy okazało się, że jest pochodzenia Mojżeszowego rodem z Białegostoku. Wojnę przeżył gdzieś na wsi, nawet jawnie pracując. Nie musiał się ukrywać, ponieważ świetnie mówił po polsku - i to według jego słów - uratowało mu życie - "dobra polszczyzna".

 Po moim krzyżowym ogniu pytań, z kolei właściciel wziął mnie na muszkę: jak mi się podoba w Ameryce, co będę tutaj robił, jaki diabeł do tej Ameryki mnie wysłał, kiedy wracam do Polski? I w ogóle, czy już nie ma lepszych miejsc na świecie niż Ameryka? Patrzyłem na niego z dużym zdziwieniem ponieważ byłem przekonany, że będzie chwalił Amerykę, ma domy, ma pieniądze, chyba niczego mu nie brakuje. Osiągnął to, po co miliony ludzi właśnie tutaj przyjeżdża. On w ogóle tego nie doceniał, piał jak kogut czarne melodie wprawiając mnie w zakłopotanie, przecież ja przyjechałem do Ameryki dokładnie po co tak bynajmniej mi się wydawało.

 Przybył do Ameryki na początku lat 50tych z Niemiec, ale do tej pory nie przyzwyczaił się do niej. Powiedział: "Ameryka to kraj ludzi nienormalnych, tutaj tylko liczy się praca i jeszcze raz praca. Człowiek bez pracy tutaj jest zerem. Nawet jeśli z pamięci będzie recytował Szekspira albo Miltona, nadal będzie zerem. Zwykły sprzedawca kawy ma większą wartość niż filozof bez pracy. Tutaj bezrobotny to już margines - wykolejenieć, psychopata, życiowy bankrut. Panie, w Niemczech to jest życie, tutaj człowiek nie żyje, tutaj życie w stresie uchodzi z człowieka. Nawet modlitwa do Boga jest pewnego rodzaju biznesem. W Niemczech człowiek miał nie tylko głowę do interesu, ale do poezji, literatury, teatru. Tutaj się liczy tylko biznes. Za przeproszeniem, siada pan na sedes i przegląda "Wall Street Journal", śledzi pan akcje. Im mniej pan masz czasu, tym więcej pieniędzy. Panie - tak się do mnie zwracał - kto to wiedział, że Niemcy tak szybko się podniosą. Kto wiedział? Panie - Niemcy leżały po wojnie w gruzach, jak Polska. Mój kuzyn w Berlinie ma dziewięć kamienic, nie takie domy jak tutaj. Panie, czy wie pan co on robi, panie on nic nie robi. On wstaje o dziesiątej rano, pije kawę, je śniadanie, ubiera się i idzie do restauracji przeczytać gazetę i pogadać z przyjaciółmi. Panie, on co roku jeździ do Izraela na wakacje. Panie, mnie nie stać jechać do ojczyzny co roku, ja pracuję, ja nie mam czasu, nawet nie mam tutaj przyjaciół".

5 lipca 1982

 Cały weekend na plaży oceanu bawiono się celebrując hucznie wielkie święto Stanów Zjednoczonych 4th of July, czyli coś podobnego do naszego 22 lipca. I ja uczystniczyłem w tym święcie, wprawdzie bardzo biernie, tylko jak obserwator, ale kilka godzin przesiedziałem na oceanem, patrząc na tłumy ludzi. Wieczorem w sobotę 3 lipca taki odbył się pokaz ogni sztucznych i fajerwerków, że w życiu czegoś podobnego nie widziałem.

9 lipca 1982

 Minął już miesiąc trwania w amerykańskim śnie. Nadal nie czuję Ameryki, która gdzieś obok mnie żyje swoim własnym życiem. Mam takie dziwne wrażenie, że wcale nie wyjeżdzałem z Pieszyc. Tak się po prostu czuję. Jak to wytłumaczyć, nie wiem. Pokój, który zajmuję absolutnie nie mogę uznać za swoje mieszkanie i nie czuję się w nim wygodnie. Pijący sąsiad, o niezrozumiałej dla mnie psychice, tracę z nim kontakt. On już nie mówi, z niego wydostaje się bełkot. Atmosfera ciężka jak kamienny topór, jego żona coraz bardziej rozkłada się z garnkami w kuchni, gdzie praktycznie moje miejsce już znikło, a raczej zostało pokryte wszelkiego rodzaju garnkami, patelniami, talerzami, tarełkami do owoców itd. Uległa wobec jego kaprysom, z podniesioną głową znosi swoje przeznaczenie.

 Czas najwyższy, po raz kolejny uciekać, szukać ratunku wśród swoich. Udałem się do Domu Polskiego, mieszczącego się na 22-giej ulicy, w dzielnicy meksykańskiej. Był to mój pierwszy od kilku tygodni kontakt z większą grupą Polaków - i to nie tylko z fali solidarnościowej, ale i z tymi którzy przybyli do Ameryki zaraz po wojnie. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem to zjawisko zwane przedwojenną Polską na własne oczy. Z bijącym sercem przyglądałem się starcom, którzy za ojczyznę oddawali życie, najpiękniejsze lata swojego życia spędzili z karabinem w ręku. Dzisiaj wrogowie ojczyzny, przed którymi tak bardzo nas młodych ostrzegano. Oszukani przez rządy sprzymierzeńców, a obecnie strażnicy polskości nad Oceanem Spokojnym.

 Spotkanie w Domu Polskim miało formę wykładu z historii. Wykład wygłosił profesor Jerzy Lerski, znany polityk i działacz polonijny w San Francisco. Profesor co trzecie zdanie nabierał głębokiego oddechu, rozglądał się po zebranych, jakby szukał wśród nich szpiegów i zdrajców, ostrzegał przed komunizmem i niebezpieczeństwem grożącym naszej ukochanej ojczyźnie. Wśród nas nowoprzybyłych było przekonanie, że jak większość starych Polonusów profesor nie darzył nas wiekszą sympatią. Przede wszystkim był podejrzliwy i właściwie jak większość starej Polonii zupełnie nas nie rozumiał jednocześnie obawiając się. Byliśmy czymś wydaje mi się, gorszym w ich mniemaniu.

 Wykład był bardzo ciekawy i odkrywczy. Zwłaszcza, że dotyczył najnowszej historii Polski, której według słów profesora, nikt z nowo - przybyłych nie może znać - ponieważ komuniści zrobili wszystko, aby ją zatuszować. Słuchacze, młodzi chłopcy (bo oni to stanowili 90% wszystkich zebranych) łatwo i szybko zgodzili się z profesorem. Ale po zakończonym wykładzie zamiast zadawać pytania, wnikać w dalsze szczegóły historii, zaczęli wypytywać profesora o pracę, tanie mieszkania. Byli nawet tacy, którzy chcieli z Domu Polskiego (w którym kiedyś odbywały się polskie niedzielne msze święte) zrobić tanc budę. Wielu chłopaków było samotnych, bez rodzin i żon, jeszcze więcej kawalerów. Dla nich problem numer jeden to niewiele dziewcząt na emigracji. Ci co byli z rodzinami, przynajmniej na samym poczętku, wygrali. Rodziny, które miały mieć najgorzej i najciężej zawsze były faworyzowane i puszczano ich przodem, dopiero po nich inni.

 Dom Polski w San Francisco to także siedziba kilkunastu organizacji, a także 60-letnia historia polskości, która jest co najmniej dwa razy starsza w San Francisco. W siedzibie tej mają swoję miejsce takie organizacje, jak: "Kongres Polonii Amerykańskiej", "Towarzystwo Literacko-Dramatyczne", zespoły tańca, biblioteka, "Kółko św. Stanisława", etc. Dom swym wyglądem przypomina remizę strażacką i składa się z dwóch pomieszczeń. Z lewej strony znajduje się duża sala z małą sceną. Tu odbywały się raz w miesiącu polskie niedzielne msze święte. Z prawej strony znajduje się duży bufet i sala oraz maleńka kuchnia. Na ścianach tej sali wymalowane są tańczące pary w strojach ludowych.

 W chwili obecnej najważniejszym aspektem spotkań w Domu Polskim są darmowe kanapki, które robią na przybyłych słuchaczach jak najlepsze wrażenie. Świadczą o staropolskiej gościnności a nawet życzliwości. Poza miłością bliźniego są nam najbardziej potrzebne. Karmienie nas historią Polski i Polonii kalifornijskiej niestety niewiele nas nasyci, jak już wspomniałem. Jesteśmy zainteresowani rzeczami materialistycznymi, a patrioci z nas chyba żadni. Ojczyzna, z której uciekliśmy tak naprawdę niewielu interesuje. Zresztą kto chce oglądadać się za siebie, przyszłość jest ciekawsza. Ci, co chcą walczyć z wrogiem komunistycznym, rozpamiętywać niedawne wydarzenia znajdą niewielkie uznanie w oczach tutejszych "nowych "Polaków. Widać to jak na dłoni, nie trzeba być znawcą ludzkiej psychiki.

16 lipca 1982

 Nieprawdopodobnie dużo rodaków przybywa do San Francisco. Każdego dnia można spotkać ich na schodkach Instytutu, wyczekujących na kogoś, kto zabierze ich do "domów". Rozmawiamy z nimi, straszymy ich tą Ameryką, chociaż sami wiemy o niej tyle, co kot napłakał. My, "kilkutygodniowcy", uważamy się już za ekspertów od Ameryki. Oni opowiadają nam o Europie, o obozach, w których jeszcze kilka godzin temu przebywali. My dopytujemy się, czy jeszcze jest w obozie ten gruby, który na stołówce po pijanemu przewrócił trzy stoły, a oni - czy mamy kontakt z tą blondynką z budynku "A" z drugiego piętra, co dwa miesiące temu wyleciała do Ameryki. Ciekawość jednych i drugich jest przegromna, ale bardzo płytka. Z chwilą rozstania się zainteresowanie tym, czy tamtym zupełnie znika i powraca się do rzeczywistości.

 Mamy z prawdziwego zdarzenia nauczyciela od angielskiego. Niewysoki mężczyzna w wieku około 35 lat, gładko wygolony, łysy, ubierający się w sportowe koszule i jeansy. Dużo mówi o swojej mamie podając ją jako żywy przykład w angielskich ćwiczeniach jako jeden z wielu sposobów nauczania nas angielskiego. Często też wspomina swojego przyjaciela z Los Angeles, z którym chyba jest związany uczuciowo. Rozumiem znaczenie jego bliskich w przykładach, można wywnioskować, że matka dla niego jest wielkim autorytetem i na pewno bardzo ją kocha. Jest bardzo miłym, wrażliwym, kulturalnym człowiekiem i jak na Amerykanina wyjątkowo wykształconym, zna jezyk niemiecki - i czasem, tłumaczy po niemiecku jakiś problem angielski, wiedząć, że wszyscy przylecieliśmy z Niemiec do Ameryki. Stara się jak tylko może, lubię jego sposób prowadzenia lekcji, jego wiarę w to, że wszystkich nas nauczy angielskiego.

 Nauczyciel poleca nam do nauki telewizor. Dużo telewizji, co najmniej kilka godzin dziennie, jeśli nie mamy amerykańskich przyjaciół. Słuchanie - powiedział - i patrzenie bardzo pomaga w nauce, nawet jeśli nie wszystko rozumiemy. Mówienie przyjdzie na końcu. Najpierw trzeba się osłuchać, rozróżniać poszczególne słowa, później zdania. W chwili obecnej "amerykański" jest dla mnie jednym wielkim wodospadem. Słyszę grzmot i wielki strumień wody, ale nie widzię poszczególnych kropel, z których ten strumień się składa. W momencie, w którym dostrzegę poszczególne krople-słowa, zrozumiem mechanizm mowy potocznej, która zupełnie różni się od tej z podręczników.

 Ważnym momentem w nauce angielskiego, czy w ogóle każdego języka, jest pokonanie lęku mówienia. Nie trzeba bać się mówić, nie wolno wstydzić się. Najważniejsze jest mówienie w momencie w którym wywiąże się dialog. Będzie to oznaką, że nas rozumieją i my rozumiemy. Niestety większość z nas nie ma jeszcze telewizorów, ale...

19 lipca 1982

 Kilka dni temu złożyłem wizytę w następnej polskiej organizacji o pięknie brzmiącej nazwie: Polska Fundacja Kulturalna, czyli Polish Arts and Culture Foundation, która mieści się w bardzo dobrym miejscu, bo na rogu ulic Sutter i Van Ness. Siedziba Fundacji znajduje się w wielkim pięknym, starym, murowanym budynku sesesyjnym, w którym ulokowane sę także siedziby kilku innych amerykańskich organizacji oraz duże ładne kino, przed którym kilka razy w miesiącu ustawia się wielka, naprawdę wielka kolejka chętnych do zobaczenia najnowszego filmu.

 Założycielką fundacji jest pani Wanda Tomczykowska, osoba energiczna, bardzo operatywna dająca sobie świetnie radę w promowaniu polskiej kultury wśród Amerykanów. A wiem to stąd, że wielu rodaków chyba jej zazdrości tej operatywności. Kobieta o rudych włosach i zielonych oczach, pięknej twarzy na której czas położył się zmarszczkami, mająca o sobie bardzo wysokie mniemanie, chyba nawet zarozumiała. To bardzo odróżnia ją od Polaków z Domu Polskiego, którzy są tak po ludzku spracowani i po polsku zaganiani sprawą obrony ojczyzny przed wrogami, że zapominają o roli kultury w ich środowisku i życiu.

 Fundacja pani Wandy znajduje się na parterze w dużym pomieszczeniu w kształcie prostokąta, w którym znajduje się tak dużo różnych rzeczy, że brakuje w nim tylko "dziada z babą". Meble ze wszystkich epok i stylów ale można tutaj dostać polski dżem i prasę polonijną, a także gobeliny, czy inne wyroby polskiej Cepelii. Na ścianach wisi tyle różnych wielkości obrazów, że wbicie jeszcze jednego gwoździa byłoby nie lada jakim problemem. W fundacji mówi się po angielsku - i jest ona przede wszystkim dla Amerykanów - a nie dla Polaków. Im to pani Wanda pokazuje naszę polską kulturę poprzez organizowanie wszelkiego rodzaju spotkań z ciekawymi ludźmi i tymi, którzy według pani Wandy, mają coś do powiedzenia. Są to przeważnie przybysze z komunistycznej Polski, dlatego pani Wanda w oczach większości miejscowej Polonii uchodzi za "komunistkę".

 Po raz pierwszy na emigracji spotkałem się z tak wielką niechęcią jednej grupy Polaków do grupiej. Takiego lekceważenia i mówienia o sobie prawie z pogardą nigdy wcześniej nie spotkałem. Pomimo tego, że jedni i drudzy pracują w pocie czoła dla Polski. Warto zastanowić się dla jakiej Polski, lub której Polski, ponieważ nie wyobrażam sobie, aby ci ludzie mogli kiedyś zamieszkać w jednej Polsce. Jakakolwiek linia porozumienia nie wchodzi w rachubę, każda z grup ma własną koncepcję walki o ojczynę. Najgorsze jest jednak to, że nawzajem nie tolerują się, i wkładają całą energię w przeszkadzanie sobie.

24 lipca 1982

 I nagle, nie wiadomo skąd, naszła mnie melancholia, czarna jak twarz Murzyna-kierowcy, który pięć razy w tygodniu wozi mnie na lekcje angielskiego. Oddałem się nocnym rozmyślaniom nad własnym życiem i losem. Nie wiem czemu, dlaczego, użalam się nad sobą. Zapragnąłem pogłaskać się po główce, pocieszyć, odgonić zwątpienie i melancholię. Po raz kolejny zadałem sobie pytanie; po co właściwie przyjechałem do tej Ameryki.? Po co? Oczywiście nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na postawione pytanie, byłem zbyt słaby psychicznie, aby móc się katować. Poza tym pomimo ogromnego wysiłku nie potrafiłem sobie odpowiedzieć.

 Postanowiłem przemóc się i napisać kilka listów do znajomych i rodziny do Polski. Najbardziej czułem się winny, że nie pisałem do Haliny. Ona powinna być pierwszą powierniczką moich radości i zmartwień, ona, moja wielka miłość, przed którą uciekłem. Gdyby wiedziała jak bardzo teraz z tego powodu cierpię na pewno by tutaj była. Powiedziałaby "uciekłeś do najpiękniejszego kraju świata, do najpiękniejszego miasta i cierpisz. Mówiłam ci, że to świat nie dla ciebie, ale ty mnie nie słuchałeś".

 Dopadła mnie jakaś dziwna niemoc, ze wstrętem patrzyłem na papier listowy. Za każdym razem, gdy tylko myślałem o napisaniu do niej, opadały mi ręce, czułem się wewnętrznie całkowicie rozbity. Wtedy mimowolnie podchodziłem do okna i patrzyłem na fale ocanu. Trwało to czasem kilka godzin. Wewnętrznie scaliłem się, ale listu absolutnie nie mogłem napisać. Nie było mi ani ciężko, ani źle, ani nie czułem się w jakiś szczególny sposób samotny. Wręcz przeciwnie, powinienem cieszyć się życiem, Kalifornią, słońcem, oceanem, wszystkim co miałem wokół siebie, ale jednak... Jakiś robak wszedł do mej duszy i drążył nocami tunele. Przedostawał się do moich oczu, uszu, mózgu, dręczył mnie, ale nie mogłem znaleźć żadnego młotka aby go postukać po głowie. Nie miałem też z nim wspólnego języka. On podzielił mnie na dwie osoby, zabrał mnie sobie. Skazywał na jakieś wewnętrzne cierpienie, cholerną apatię, która zabijała chęć robienia czegokolwiek. Po prostu nic mi się nie chciało.

26 lipca 1982

 Wreszcie napisałem kilka listów, także do Haliny. Sam fakt, że się przemogłem można było już uznać za sukces. O czym pisałem? O mieście, otoczeniu, lekcjach angielskiego. Ani słowa o sobie. Nie pisałem też nic takiego, co by mogło zachęcać ją do przyjazdu tutaj, natomiast byłem bardzo uprzejmy, serdeczny i ciekawy tego, jak ona żyje. Po prostu przesunąłem ciężar pisania z siebie, - na nią. Ty napisz pierwsza, jak ci jest - źle lub dobrze - a wtedy ja się też przed tobą odsłonię. Do listu włożyłem dwie kolorowe kartki z San Francisco sugerując jej, że w takim miejscu mieszkam i gdyby ona chciała tutaj być, też może takie cuda oglądać na własne oczy.

 Jeżeli dni tygodnia spędzałem na lekcjach i nauce angielskiego, na rozmowach na przerwach lekcyjnych o rzeczach mniej i bardziej ważnych, i istotnych dla mnie - o tyle weekendy spędzałem nad brzegiem oceanu lub w parku Golden Gate. Pomimo wielokolorowości otaczającego mnie świata, apatia, szarość i nijakość dni jawiły się w weekendy w całej swojej mocy.

Park Golden Gate można porównać do wiecznie funkcjonujacego cyrku. Wciąż coś się w nim dzieje. Atrakcji jest tyle, ile gwiazd na niebie. Akcje w parku rozgrywają się na wielu scenach i arenach. Właściwie każdy jego skrawek może być sceną i areną. Nawet pień powalonej przez wiatr sosny, przez który skaczą rozbawione dzieciaki może być miłym dodatkiem. W parku mogłem dotlenić mózg, nerki i płuca a także wytrzepać swoją szarą zakurzoną duszę przeżartą przez mola apatii. Tutaj też na moment zapominałem o swojej sytuacji zagubionego człowieka, który zapomniał po co przyjechał do Ameryki.

 Czy taniec na wrotkach nie może mieć uroku i gracji jeśli wykonują go dwie młodziutkie lesbijki, całujące się w locie, jak dwa zakochane gołębie na tle niebieskiego nieba? A jazda na deskorolce z podskokami i fikołkami w powietrzu też ma w sobie coś fascynującego. Przecież ci młodzi chłopcy są podobni ptakom, a ich ciała, jak sprężyny z najlepszej stali, wykonują nieprawdopodobne zgięcia i przegięcia. Jazda na rowerze na jednym kole, raz przednim, raz na tylnym, stanie na głowie na siodełku czy kierownicy - jest i ciekawa i przykuwa wzrok. I czy karpie chińskie w japońskim ogrodzie herbacianym nie zasługują na taką samą uwagę jak kolibry pasące się na chińskich różach?

 Być obserwatorem i świadkiem, mimo woli uczestniczyć w tym wszystkim, to ogromna radość i samozadowolenie, tylko tutaj nie ma Haliny, a jeśli nie ma jej, nie ma miłości. A cóż po tym wszystkim jeśli wracam do pustego pokoju, do ludzi, którzy patrzą na mnie jak na jakiegoś kosmitę który szwęda się im po mieszkaniu.

 Jakaż trzeba mieć podzielną uwagę, aby móc obserwować goniące się wiewiórki i całujacych się chłopców na lódce. Jak ocenić, ile centów można dać muzykom z San Francisco Symfonia, a ile meksykańskim grajkom, grającym melodie Indian, z dalekich gór Ameryki Południowej? Jak można porównać stylowe, barokowe peruki i indiańskie narzuty z juty w barwne i bajkowe wzory?

 Jak ustalić ważność tych zdarzeń? Czy możliwe jest określenie ich kolejności? Nie wiem. Wiem tylko, że nakładające się obrazy zachwycają mnie, działają na mnie jak świeża woda z hukiem spadająca na moje plecy, umęczone dzwiganiem jakichś worków z jałową ziemią. Teraz wiem, że żyję, oddycham każdą komórką, zachłystuję się każdym pęcherzykiem powietrza. Jedynie usta mam nie całowane i spękane, a obraz Haliny powoli rozwiewa się w widmo, które zaczyna mnie w dzień prześladować a nocą straszyć.

31 lipca 1982

 Sąsiadka wreszcie dojrzała - do tej dojrzewalności kobiet rodzących. Sąsiad z miłości do dziecka i pragnienia alkoholu, z nadmiaru szczęścia zaczął zachowywać się jak raniowe zwierzę. Wziął sobie wolne z pracy i przez dwa dni pił. Żona urodziła mu śliczną córeczkę blondynkę o niebieskich oczkach. Pijany w trupa tatuś pojechał do szpitala autobusem. W czasie jazdy "film mu się urwał". Napadli go Murzyni, dla których był zdobyczą samą pchającą się w sidła, obili mu twarz, zabrali pieniądze, bilet miesięczny, skopali nerki i nieszczęśliwego położyli pod ławką na dość ruchliwej ulicy.

 Nie wiem czy murzyńscy nauczyciele życia nauczyli go czegokolwiek? Nie wiem nawet czy byli to murzyni, choć leżał pod ławką w murzyńskiej dzielnicy. Czy lekcja jazdy autobusem po pijanemu została przez niego zapamiętana na zawsze? Tego też nie wiem. Jedno czego można być pewnym to strata obrączki ślubnej i narodziny córki. To wszystko, co wydarzyło się jednego dnia, powinno głęboko utrwalić się w jego pamięci.

5 sierpnia 1982

 "Wszystko dobre, co sie dobrze kończy" mówi stare przysłowie, ale wprowadzenie się do mieszkania strażaka może skończyć się dla mnie źle. Były gdański strażak obecnie wpadł na nowy pomysł gnębienia żony i mnie. Ubzdurał sobie, że jestem jej kochankiem, bo przecież wychodząc z domu zostawia ją rozebraną w łóżku. Żaden facet takiej okazji by nie przepuścił, a na mojej gębie jest wypisane, że takie właśnie okazje są dla mnie jedynymi okazjami. Wszystko za tym przemawia, że jestem jej kochankiem. Przecież mieszkam z nimi trzeci miesiąc i jeszcze ani razu nic nie mówiłem o kobietach. Są dwie alternatywy: albo jestem pedałem, albo odrabiam zaległości seksualne pod jego nieobecność. Jego żona, ideał piękna, musi się każdemu podobać, więc...

 Balansując pomiędzy alternatywą zostania pedałem a kochankiem jego żony, musiałem się sporo napracować aby wyprowadzić faceta w pole. Tym bardziej, że facet był głupszy od śledzia po gdańsku. Nie chciałem ubliżać jego żonie i przysięgać się, że "nawet gdyby była jedyną kobietą na świecie" i tak dalej. Nie chciałem także i jemu ubliżać, ani też przysięgać, że jestem lub nie jestem pedałem. Zdecydowałem się na wyprowadzkę. Chociaż i to - według strażaka - mogło rozwiązać sprawę tylko na krótko, bo przecież zawsze będę mógł do niej dojeżdzać... Najlepiej byłoby abym wyjechał z San Francisco - i to jak najdalej - choćby na koniec świata. W przeciwnym razie - powiada psychopata - "może mi policzyć żebra".

 Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem, aby się od nich wyprowadzić sam sobie się dziwię. Przecież było nie było mieszkałem z rodziną i sam powinienem się domyśleć, że im przeszkadzam. Nikt nie chce aby ktoś obcy łaził mu po mieszkaniu, tym bardziej teraz, gdy urodziło się dziecko i moja obecność jest jak najbardziej niepożądana. Jeszcze innym powodem, dla którego muszę się stąd wyprowadzić, są finanse. Otrzymuję od rządu zasiłek w wysokości 248 dolarów na miesiąc, tak zwany "welfare" plus 40 dolarów "food stampsów", czyli kartek żywnościowych. Za mieszkanie płacę 200 dolarów, plus 20 za gaz i światło. Wszystko dzieliliśmy na dwoje chociaż było nas troje. Pozostaje mi na życie 28 dolarów i 40 dolarów w kartkach żywnościowych. Na same autobusy muszę wydać dziennie 1.50 dolara. Jak można żyć za te pieniądze??? Jeśli ktoś potrafiłby odpowiedzieć, byłby większym geniuszem niż ten, który wymyślił widelec.

 Owoce są bardzo tanie. Banany - cztery funty za dolara, pomarańcze - pięć funtów za dolara, 50 sztuk herbat w torebkach za niecałe dwa dolary, chleb amerykański, czyli "wata"po 59 centów. O kiełbasie, szynce nawet nie ma co myśleć. A pasta do zębów, do butów, proszki do prania, mydła, skarpety, majtki, etc? Aby przetrwać, trzeba myśleć i liczyć przez cały dzień. Jeśli coś może kosztować więcej niż pół dolara, wtedy wszystkie kalkulacje, obliczenia sypią się - jak komunistyczne plany. I tak jak oni wszystkie swoje niepowodzenia zganiam na przeklętych amerykańskich imperialistów, zgniły kapitalizm i całe to bagno świata zachodniego, które mnie w dołku brzucha uciska.

8 sierpnia 1982

 Ostatni weekend czerwca to wielka uroczystość kościelna - święto Polonii mieszkającej nad Zatoką św. Franciszka - uroczystość obchodów 600-lecia obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej. Uroczystościom przewodniczył arcybiskup Quinn. Z okazji tej rocznicy została umieszczona kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w Katedrze San Franciszkańskiej.

 Do tych wielkich i jakże znaczących uroczystości przygotowała się cała Polonia, ale najkorzystniej wypadła pani Wanda i jej fundacja. Nowoprzybyli przebrani w stroje szlacheckie prezentowali się w nich ładnie i wzbudzali duże zainteresowanie Amerykanów. Pani Wanda wybrała mnie do robienia zdjęć, choć stanowisko nadwornego fotografa w jakiś sposób krępowało mnie. Moja znajomość robienia zdjęć była bardzo ograniczona, chociaż jakby powiedział Szwejk znałem w swoim życiu jednego fotografa w Pieszycach nazywał się Andrzej Skaulba. Nie wiem dlaczego, ale przez cały czas miałem w świadomości pewne zdarzenie, którego nie byłem świadkiem, ale ktoś mi je opowiedział. Fotografa pobito, bo nie potrafił wytłumaczyć się "dla kogo robi zdjęcia". Polonia nie lubi gdy robi się jej zdjęcia. Bo niech przez przypadek takie zdjęcie ukaże się w prasie polonijnej - komuniści z konsulatu mogą człowieka rozpoznać! Rodzina w Polsce swoje już odcierpi. Albo jeszcze gorzej, niech zdjęcie ukaże się w prasie polskiej to osoba na nim do końca swoich dni na emigracji będzie "komunistą".

10 sierpnia 1982

 Kto szuka, ten znajdzie, tylko czy będzie o tym wiedział, że znalazł? Na przerwach angielskiego opowiadałem znajomym o swoich problemach mieszkaniowych. W przeciągu zaledwie kilku dni znalazłem mieszkanie u państwa Elżbiety i Mietka Baranów, rodem ze wsi spod Tarnowa, a obecnie mieszkających w murzyńskiej dzielnicy, przy ulicy Golden Gate. Wynająłem u nich pół pokoju, czyli lóżko w pokoju "cztery kroki na sześć", z oknem wychodzącym na ścianę domu, który można dotknąć ręką. Dziewięćdziesiąt procent powierzchni pokoju zajmowały łóżka: moje i mojego współmieszkańca.

 Państwo Baran wynajęli to mieszkanie u Włochów, i uważali, że jest dla nich za duże. Mają dwóch chłopców w wieku szkolnym, którzy śpią w jednym pokoju a oni w drugim. Nikt nie przyjechał tutaj na wygody czy dla luksusu ale zrobić pieniądze - jak najwięcej i jak najszybciej wracać. Te kilka lat to można i na szpilkach przeleżeć twierdzi pani Ela. W czasie wojny nikt takich wygód nie miał a ludzie żyć musieli. Trudno jest z nią w tej materii dyskutować, ponieważ ma całą garść takich właśnie przykładów jak podałem wyżej. Hasła-slogany tutaj nawet pomagają żyć. To, że mieszkanie posiada małą kuchnię, jeszcze mniejszą łazienkę, a toaleta jest wielkości dziupli dla wiewiórki, nikogo nie obchodzi. Nikt nie przyjechał tutaj dla wygód, tylko dla nie wygód, bo niewygody są zwiastunem wygód. Najpierw trzeba się pomęczyć, aby zobaczyć jak prawdziwe życie wygląda. Takie mniej więcej monologii pani Ela puszcza w eter i słuchacze chcąc nie chcąc zgadzają się z nią.

***

 Obecnie tracę tylko cztedzieści minut na dojazd na lekcje angielskiego i do śródmieścia mam dwa razy bliżej. W sumie jestem zadowolony. Płacę za łóżko 150 dolarów, czyli "jestem do przodu" o całe 50 dolarów. W domu mało przebywam, właściwie tylko śpię. Czas spędzam albo w szkole, albo włóczę się po mieście. Co raz to odkrywam coś nowego, czego wcześniej nie widziałem, czy nawet nie domyślałem się, że takie coś może istnieć. Na przykład ulica Polk, która jest równoległa do Van Ness i jest tylko o jedną przecznicę dalej od fundacji pani Wandy. Otóż ulica Polk to wspaniała ruchliwa arteria ciągle zatłoczona autami i autobusami, na której nigdy nie ma miejsca na zaparkowanie samochodu. Jest ona zdominowana przez ludzi młodych, przeważnie mężczyzn, spacerują, trzymają się za ręce. Są tutaj sklepy z kurtkami skórzanymi nabijanymi gwoździami, a także sex shopy dla homoseksualistów. Wieczorem jest na niej gwarno i wesoło, mnóstwo ludzi stoi w kolejce do kina, zatłoczone są też przeurocze kafejki. Mam wrażenie, że mieszkańcy tego skrawka miasta nie pracują, ale ciągle mają, tzw. good time. Dlaczego o tym piszę? Nie dlatego, że jest to takie ważne, albo dziwne, ale dlatego, że ludzie spotykani na tej ulicy są zupełnie inni od tych spotykanych w innych cześciach miasta, ich inność polega na traktowaniu życia na luzie, być może zbyt dużym luzie, ale właśnie ten luz zwrócił moją uwagę.

 W duchu obiecuję sobie, że jeśli kiedyś będę w Polsce, muszę, ale to koniecznie, pojechać do Tarnowa. Tarnów to źródło polskiej emigracji. Co krok spotykam kogoś z Tarnowa. W Austrii pół hotelu było z Tarnowa, w dalekiej Kalifornii, w San Francisco, co trzeci Polak jest z Tarnowa! W Polsce o Tarnowie prawie nie słyszałem, tutaj Tarnów jest melodią życia emigrantów. Jeśli kiedyś tarnowianie dorobią się, a wcale w to nie wętpię, to Tarnów, jeśli nie zostanie stolicą Polski, na pewno będzie najbogatszym miastem w Europie.

12 sierpnia 1982

 Moje życie u państwa Baran układa się jak w bajce. Pani Ela jest nie tylko demagogiem, ale także najlepszą organizatorką czasu wolnego na świecie. Organizuje wszystko, co jest związane z naszą potrzebą dnia codziennego i jeszcze więcej, czyli samo życie. Mietkowi - mężowi znalazła pracę u kontraktora (na czarno, bo cała rodzina otrzymuje zasiłek). Mietek pracuje przez sześć dni w tygodniu po 12 godzin dziennie, nie licząc czasu na dojazdy do pracy, etc. Polski kontraktor - to taki rodzaj robotnika budowlanego, który wcześniej nie miał nic wspólnego z pracami budowlanymi, a na emigracji wymyślił sobie, że będzie budował lub remontował domy. Koń i traktor to nasz polonijny kontraktor. Boss Mietka jest ze Szczecina, podaje się za inżyniera. Mało płaci, dużo pije, mało solidny, słabo znający się na robocie, ale mający o sobie jak najlepsze mniemanie. Koń i traktor jak samo połączenie wyrazów wskazuje zapowiada jakieś nieporozumienie, tak i jest z budowlańcami polonijnymi. Jeszcze gorsi od nich są mechanicy samochodowi. O nich można godzinami wysłuchiwać opowieści, jak ludzi robią w konia. Polscy mechanicy to już krążące legendy czyli ci, których diabeł zapewne wygnał z piekła za ustawiczne psucie maszynerii piekielniej.

 Pani Ela znalazła także pracę swoim chłopcom: 12-letniemu Jackowi i 10-letniemu Piotrusiowi. Roznoszą gazety po domach amerykańskich sąsiadów. Sama natomiast "zahaczyła się" u starego Polonusa jako malarz pokojowy. Dziadek, u którego pracuje, twierdzi, że zatrudnił ją dlatego, że nikt tak dobrze nie malował mu okien i drzwi jak ona.

Ciekawa jest przeszłość dziadka-chlebodawcy Eli, który przybył do San Francisco, jak większość emigrantów powojennych, z Niemiec, razem z żoną, Niemką. Była ona córką gospodarza, u którego pracował jako polski niewolnik spod Katowic, wywieziony na roboty w czasie wojny, gdy był młodym chłopakiem.

 Dla mnie pani Ela znalazła pracę kelnera w fundacji pani Wandy. Najpierw w domu jestem kucharzem, a ona szefem kuchni. Ela gotuje barszcz czerwony, pierogi z mięsem, bigos, gołąbki, naleśniki, słowem polskie pyszności. Razem zawozimy to do fundacji. Tam zakładam biały fartuch, i jako że znam jako tako angielski, obejmuję urząd kelnera. Przyjmuje mine kelnera - i oczywiście staję się kelnerem. Jest to bardzo ważne, ponieważ Amerykanie muszą mieć pewność, że facet podający im talerze z potrawami naprawdę jest kelnerem. Serwuję przygotwane przez Elę pyszności gościom, którzy raczej o polskości mają mgliste pojęcie. Większość z nich nie zna nawet polskiego, ale starają się wymawiać nazwy potraw z tym śmiesznym, angielskim akcentem.

 Po przyjęciu biegnę schodami na dół, do kuchni z dużymi zmywakami. Myję talerze, kubki, łyżki, etc. Na koniec odkurzam pokoje fundacji - i wio, przedostatnim autobusem wracam do domu. Pani Wanda płaci, ale bardzo niechętnie. Robi to z takim wyrazem bólu na twarzy, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry, albo jakby wielkie nieszczęście spadło na nią. Pani Wanda uważa, że każdy powinien pracować dla fundacji bezpłatnie, tak jak ona. "Za darmo to pracują w komunie" - niektórzy próbowali już to jej wytłumaczyć - ale ona twierdzi, że właśnie tutaj, w Ameryce, ludzie dobrej woli i dużego portfela nadali prawdziwą rangę pracy społecznej. Niestety, ja nie mogę pozwolić sobie na to, aby być społecznikiem, a już broń Boże jakimś tam dżentelmenem. Absolutnie nie stać mnie na to. Muszę zachowywać się jak taki cham, co bierze za swoją pracę pieniadze! Nie mogę też używać jej argumentu, że gdyby mi tak jak jej płacono jednego centa za pracę dla fundacji, dawno już byłaby milionerem.

 Przy okazji jak już jestem przy osobie pani Wandy, chciałby powiedzieć, że naprawdę lubię ją i uważam jej pracę za pożyteczną. Być może gdy o niej piszę, robię to z przekąsem czy jakąś dozą irytacji, ale to tylko złudzenie. Pani Wanda jest bardzo ważną częścią maszynerii polskiej w San Francisco i w moim życiu w tym mieście.

18 sierpnia 1982

 Pomimo tego, że spędzam dużo czasu w fundacji pani Wandy, wciąż nie miałem okazji dobrać się do gazet. Głównym powodem dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem, stała się moja niechęć, albo apatia do pisania i do słowa drukowanego. Jeszcze inną przyczyną była pani Wanda i jej sakralne pytanie: "ma pan czas, to proszę mi pomóc w tym lub w innym". Wymówienie się graniczy z niemożliwością. Pani Wanda jako jedna z nielicznych osób wyszła szeroką ławą do nowoprzybyłych emigrantów. Pomaga jak tylko może, dwoi się i troi, a to że przy tym ponarzeka w żadnym wypadku nie można brać na poważnie. Ona po prostu taka jest, lubi sobie ponarzekać, ale także i pomóc. Poza tym, jak twierdzi, stoi na czele jedynej polskiej organizacji "na zachód od Chicago", która działa, w której zawsze coś się dzieje (i to naprawdę coś się dzieje). Teraz zorganizowała w swojej fundacji weekendowe kursy nauki angielskiego. Nowoprzybyli (w liczbie 6-10 osób) "tłumnie" uczęszczają na te lekcje, prowadzone przez członków fundacji. I ja uczestniczę w tej nauce i muszę powiedzieć, że pomagają mi one dużo. Są to przeważnie zajęcia ze słownictwa, czytanki i ćwiczenia gramatyczne. Atmosfera na takich lekcjach jest bardzo przyjemna, a Amerykanie, którzy za darmo poświęcają swój weekend dla nas, są nie tylko przeuroczy, ale czasem nawet przyniosą jakieś ciastko do herbaty. Większość nauczycieli nawet nie jest polskiego pochodzenia. Jak udało się pani Wandzie namówić ich aby nas uczyli nie mam pojęcia.

 Poza tym, w piwnicy fundacji, w jednym z jej pomieszczeń utworzono magazyn rzeczy najpotrzebniejszych dla nowoprzybyłych. Są tam łóżka, ubrania, buty, koce, etc. Z dnia na dzień przybywa coraz więcej Polaków, Polonia kalifornijska rośnie w liczbę w zastraszającym tempie. Jest to na pewno duży test dla znajdujących się tutaj Polaków, którzy zupełnie nie są przygotowani na tak dużą liczbę potrzebujących pomocy. Większość przywódców polonijnych nie ma żadnego planu, nawet pomysłu, co z tym fantem zrobić. Tak samo większość przyjeżdzających nie ma pojęcia co z sobą zrobić, gdzie się "zahaczyć", gdzie tu ręce najpierw włożyć. Stara Polonia tak jak i nowa jest zdezorientowa, czyli wytworzył się jakiś niewidzialny mur pomiędzy nami. Trudno znaleźć w tym murze drzwi czy nawet klucz, który umożliwiłby wspólne zbliżenie się.

20 sierpnia 1982

 Ksiądż Stanisław Drzał, proboszcz polskiej parafii katolickiej św. Wojciecha w San Francisco, raz po raz zagląda do pani Eli. Robi to nie tylko dlatego, że rodzina pani Eli jest bardzo religijna, ale dlatego, że wie iż rodzina jej potrzebuje pomocy, nie tylko duchowej, ale i socjalnej. Czasem i ja uczestniczę w rozmowach przy kuchennym stole. Nie najlepiej czuje się w obecności księdza, nie za bardzo wiem jak się do niego zwracać. W Pieszycach miałem ograniczony osobisty kontakt z duchownymi, widziałem ich jedynie na odległość, przy ołtarzu. Dlatego teraz czuję się dziwnie, gdy ksiądż wyciąga do mnie ręke na powitanie i pyta "jak leci". Proboszcz był tym, który zapisał dzieci pani Eli do szkoły. To on przyniósł jej pierwsze garnki i krzesła, on przeczytał i przetłumaczył list z urzędu, wyjaśnił, a jeśli trzeba to i zadzwonił. Ksiądz Stanisław dla wielu polskich rodzin jest tym pierwszym, który wyciągnie pomocną dłoń. Jeszcze kilka tygodni temu dzwoniono do niego tylko w nagłych wypadkach, obecnie dzwoni się kilka razy dziennie. Dzwonią ci, którzy są tutaj już kilka tygodni i ci, którzy trafem im nie znanym przywędrowali do San Francisco, których nikt nie odebrał z lotniska, czy przystanku autobusowego. Jeszcze kilka tygodni temu Polaków uczestniczących we mszy świętej było 40, obecnie jest ich już około stu.

 Ksiądz - człowiek instytucja na codzień żyje, mieszka i pracuje wśród księży amerykańskich, w amerykańskiej parafii. Kiedyś ze swymi polskimi parafianami spotykał się raz w tygodniu, dzisiaj kilka razy dziennie. Od swych parafian otrzymuje "prezenty": sprzęty gospodarstwa domowego, telewizory, łóżka. Przekazuje to dalej swym nowym polskim parafianom. San Francisco Bay Area, czyli rejon miasta San Francisco jest rozległy, mieszka tutaj kilka tysięcy Polaków w metropolii liczącej cztery miliony ludzi. W miejscowości San Jose, w której ksiądz odprawia w każdą niedzielę mszę świetą, też mieszka kilka setek Polaków. Odległość pomiędzy miastami wynosi 50 mil. Tam też rodacy potrzebują pomocy. Kto im pomoże? Przed kim otworzą swoje serca? Tylko przed księdzem. Organizacjom się nie wierzy, to urzędnicy, zimni, z tysiącem przepisów w głowach; ksiądz to człowiek, który każdego zrozumie. Pomoc od księdza otrzymują najczęściej małżeństwa z dziećmi, czyli sytuacja podobna jak w Austrii. Ci, co mieli mieć najgorzej, najtrudniejszy start, biorą wszystkich na litość, wystawiają na pierwszą linię walki dzieci i zwyciężają. Im się pomaga najbardziej, oni są też najbardziej wytrzymali psychicznie. To oni otrzymali samodzielne mieszkania, nikt nie szwęda się im po pokojach. Oni też pierwsi otrzymują pracę, pierwsi wchodza w Amerykę, poprzez dzieci i ich szkoły. Ale jak przeszłość pokazała już wielokrotnie, dzieci ich zaprą się w większości przypadków polskości i Polaków, gdy dorosną. Jeśli rodzice są pracowici, oszczędni, rozumiejący się nawzajem, szybciej dojdą do pieniędzy, samochodu, domu. Oni pierwsi dostaną pożyczkę, ich dzieci wkrótce będą ich tłumaczami, łącznikami pomiędzy dwoma światami.

25 sierpnia 1982

 Ostatnia niedzielę spędziłem wraz z państwem Baranami jako ich trzeci syn, jako członek rodziny, jako ktoś ważny, któremu można zaufać, a nawet obdarzyć sympatią. O 11:00 rano wyszliśmy na przystanek, aby zdążyć do kościoła na polską mszę świetą o godzinie 12:15. Kościół, w którym odbywają się niedzielne polskie msze jest własnością grupy etnicznej Słoweńców i Chorwatów. Znajduje się on na 240 Fell Street, jedną przecznicę dalej od dużej ulicy Van Ness. Swoją architekturą bardziej przypomina dużą drewnianą kaplicę o przytulnym wnętrzu niż kościół w stylu europejskim.

 Msza święta w języku polskim w San Francisco, łącznik jednoczący miejscową wspólnotę, spełnia bardzo ważną rolę - to jedyne miejsce, do którego przychodzą tłumnie Polacy. Tutaj, na Dalekim Zachodzie, gdzie kończy się cywilizacja Zachodu, a dalej jest tylko woda i Azja, Polacy modlą się w swoim języku, szeleszczącym i syczącym. Proszą Boga o zdrowie i pomyślność, szczęście i pieniądze. Tutaj kościół jest nie tylko atrybutem przeszłości, ale żywym organizmem, bijącym gorącym sercem, nieodłącznym przyjacielem życia towarzyskiego przez pierwsze, nie tylko tygodnie, czy miesiące, ale lata na emigracji.

 Tutejsze organizacje polonijne, sponsorskie, kulturalno-oświatowe nawet jeśli istnieją, są anemiczne, skłócone ze sobą, z tak małym zasięgiem oddziaływania wśród Polonii, że trudno jest nawet nazwać je żywymi organizacjami. W momencie, w którym powstawały, na pewno spełniały swoje przeznaczenie, ale teraz przypominają ciężko chorego, który jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki sztucznemu oddychaniu. Kościół jako placówka duszpasterska jest bardzo ważny, ale jeszcze ważniejszy jako instytucja pomocy, spotkań towarzyskich. Chociaż czasy, w których ksiądz był jedyną osobą mówiąca obcym językiem, umiejącą czytać, minęły, ale w San Francisco ksiądz wraz z kościołem jest wciąż najważniejszy. Jeśli ktoś ma się zwrócić o pomoc to przede wszystkim zwróci się do księdza.

 Jedni, ci wykształceni, z językiem angielskim, mogą powiedzieć: "po co potrzebne mi są kontakty z Polakami; nie po to wyjechałem z kraju na drugi koniec świata, aby teraz garnąć się do polskości i Polaków". Drudzy, i jest ich zdecydowanie więcej, powiedzą, że kościół spełnia ważną rolę w ich życiu. Szczególnie w pierwszych miesiącach emigracyjnych jest rodakom kościół potrzebny, aby nie zwariowali, aby nie zapłakali się na śmierć. Pierwsi z tej społeczności wypadają ci, którzy są lepiej wykształceni, mają konkretne zawody, lepiej mówią po angielsku i potrafią wejść obiema nogami w życie amerykańskie. Im kościół jest mniej potrzebny, może tylko od święta, aby się w nim pokazać, nie tyle Panu Bogu, co ludziom.

 W San Francisco po mszy świętej większość rodaków schodzi do podziemia, gdzie mieści się kafeteria, na tradycyjne śniadanie. Śniadanie można zjeść albo nie. Czasem może to być kanapka z salcesonem, czasem kubek kawy, czasem tylko papieros. Cena za kawę lub kanapkę jest bardzo umiarkowana i cały dochód ze sprzedaży przeznaczony jest na potrzeby parafii. Czasem, gdy zostanie kilka kanapek, gospodyni śniadania rozdaje je bezpłatnie wśród tych, którzy jeszcze w kafeterii pozostali.

 Kilka osiadłych już od lat rodzin, tworzy kręgosłup naszej parafii, dba o to, aby ksiądz miał zawsze chłopca do ołtarza, aby ktoś poszedł z tacą, aby ktoś przystroił oltarz. Dekorują kwiatami obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, stojący na podłodze, oparty o stół, na którym ksiądz odprawia mszę. Pracy jest dużo, chętnych mało, tym bardziej, młodzi emigranci, jak już wspomniałem, traktują kościół jako miejsce spotkań towarzyskich i nie angażują się w jakiekolwiek prace organizacyjne.

 Śluby, pogrzeby, chrzciny, pierwsze komunie, lektorzy, uroczyste obchodzenie świąt narodowych takich jak: Konstytucja 3 Maja, Święto Żołnierza, Święto Niepodległości, czy zakończenie roku szkolnego to wszystko spoczywa na barkach zaledwie kilku osób, kilku rodzin, z którymi przyjaźni się ksiądz.

 W Polsce mamy często pytały się dzieci: "co ksiądz mówił na kazaniu", tutaj ci, którzy nie byli na mszy, pytają się tych co byli: "co nowego w kościele? Kto nowy przyjechał? Co nowego na tablicy ogłoszeń? Czy dotarły jakieś nowe wiadomości z Polski?" Są też tacy, nie tylko kontraktorzy, ale przeważnie, którzy nie mają czasu na uczestnictwo we mszy świętej, ale chętnie uczestniczą w śniadaniach. Dlatego ksiądz proboszcz zakazał otwierania wcześniej drzwi do kafeterii, dopóki nie skończy się nabożeństwo.

2 września 1982

 Coraz dalej oddalam się od świata, w którym żyłem przez pierwsze tygodnie w San Francisco: świata samotności i ciszy, w pewnym sensie świadomego wyobcowania, stania na poboczu życia w roli obserwatora. Obecnie zamieniam się w aktywnego uczestnika życia. Moja gąbka życia niemal wyschła. Schemat, który sam się ustalił, tak bardzo objął mnie swoimi ramami, że zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, podporządkowałem się. Poza mną i moimi sprawami nic mnie nie interesowało. Zakupy, jedzenie w Safeway'u, rano szkoła, wieczorem nauka angielskiego, weekendy spędzane w parku lub nad jeziorem, słowem bardzo mało działo się w moim życiu. We własnym pokoju, nazwijmy to domem, czułem się jakbym mieszkał w hotelu.

 Bez większych wzlotów i upadków żyłem w Austrii oczekując wyjazdu do upragnionej Ameryki. Wszystko było tymczasowe, nie traktowałem nic na poważnie ponieważ po cichu Ameryka była mi w głowie. Mało czym się przejmowałem, z głową w chmurach, żyłem ale na tzw. rezerwie, choć zdaję sobie sprawę, że niewiele mogłem zrobić, aby cokolwiek zmienić. Nie potrafiłem wyobrazić sobie powrótu do Polski, pomimo myślenia przez cały czas o Halinie. Dopiero u państwa Baran po raz kolejny ujrzałem życie we wszystkich jego barwach i odcieniach. Nie powiem, abym za nim tęsknił, tylko tyle, że zapomniałem o nim.

 W chwili obecnej wszystko się odmieniło. Poranne rozmowy, nie mające większego sensu dyskusje przy śniadaniu, zastanawianie się, co będzie na obiad, a co na kolację. Przyznam się szczerze, że zupełnie o tym zapomniałem. W moich ramach mogłem tylko powiedzieć: "smakowało mi, albo nie smakowało". Rzadko kiedy zastanawiałem się na co mam ochotę albo co będę jadł lub robił. Robiąc zakupy też popadłem w jakiś schemat. Miałem tysiąc możliwości na tysiąc śniadań, a zawężałem się do trzech, może czterech potraw. Trudno powiedzieć abym nie miał wyobraźni, ale po prostu robiłem to mechanicznie i schematycznie, w ogóle o tym nie myśląc. Stąd też wzięła się anemiczność na mojej twarzy. Teraz wszystko obróciło się o 180 stopni. Życie tak wypełniło się życiem, aż zaczęło przelewać się przeze mnie. Nastąpiła epoka "szczęśliwości i wesołości".

 Wyjście z porcelanowej filiżanki, na dnie której leżałem w płatkach róż, pomimo, że kiedyś tak tego bym nie nazwał, bo wydawało mi się, że się meczę, że cierpię. Teraz minione dni przeszłość oceniam inaczej. Przełom nastąpił w chwili wprowadzenia się pod dach pani Eli. Codzienne problemy "dnia powszednego" dobrze wpłynęły na moje samopoczucie, wyciągnęły mnie z monotonii codzienności, w którą dobrowolnie sam się dałem wciągnąć. Życie na powrót przesiąknęło mnie do szpiku kości, pęczniało we mnie, mieszało mi w głowie, świeciło w oczy wszystkimi kolorami. Poczułem się jakbym po długiej zimowej nocy wreszcie wyszedłem na słoneczną, jasno oświetloną polanę, pełną kwiatów. Z przyjemnością zaciągałem się powietrzem wraz ze wszystkimi jego zapachami, jak ślepiec o jednym tylko zdrowym oku przyglądałem się życiu rodzinnemu. Po raz kolejny, tym razem już świadomie, brałem garściami życie. Z posępnego i smutnego faceta powoli przekształcałem się w młodego mężczyznę, który coraz częściej się uśmiecha.

9 września 1982

 Dawno już z takim utęsknieniem nie czekałem na niedziele i polską mszę oraz na kafeteryjne śniadanie. Chociaż byłem w kościele tylko parę razy, tak się przyzwyczaiłem do niedzielnych spotkań z Bogiem i ludźmi, że naprawdę liczyłem, ile dni jeszcze pozostało do niedzieli.

 Tradycyjnie już w niedzielę pojechaliśmy z całą rodziną do kościoła. Jak wcześniej, tak i teraz, spotkałem w kafeterii kościelnej wielu znajomych ze szkoły angielskiego, kilku znajomych z kręgu fundacji pani Wandy, znajomi znajomych. Ksiądz Stanisław, wiedząc o moich zainteresowaniach literaturą, przedstawił mnie kilku miejscowym ludziom pióra.

 I tak poznałem, to znaczy zostałem przedstawiony, pani Alicji Matulewicz i jej mamie, (która bez najmniejszego wysiłku była w stanie w kilku słowach opowiedzieć o przedwojennej atmosferze literackiej w Wilnie). Pani Alicja - poetka - przebywa na emigracji wraz z mamą od zakończenia drugiej wojny światowej. Mąż jej zginął w Katyniu. Gdybym miał więcej czasu, czy sposobności, mógłbym dowiedzieć się od niej wiele.

 Poetka, bardzo energiczna kobieta, biorąca czynny udział w życiu parafii, jest lektorem kościelnym i czyta "Pismo Święte" naprawdę dobrze. Działa też w "Towarzystwie Literackim", mającym swoją siedzibę w Domu Polskim. Niestety rozmawialiśmy krótko, i to przez ramię, w obecności co najmniej dziesięciu osób, które siedziały przy stole. Jeśli dobrze zrozumiałem, pani Alicja jest autorką kilku tomików wierszy między innymi "Nylonowe skrzydła", który wydała kilka lat temu. Obie panie, mama i córka są bardzo miłe i urocze, mają bardzo dużo do powiedzenia; wspaniale, czarujące damy.

 Następną osobą, którą poznałem, był już wcześniej przeze mnie spotkany w kościele poeta, fraszkopisarz, dziennikarz, literat, myśliciel, mężczyzna niewysokiego wzrostu, ale za to dużego temperamentu, człowiek zwany w parafii "literat", Czesław Seyfet. Opowiadał mi o nim w czasie przerw lekcyjnych w Instytucie, Staszek Padło, z którego rodziną, żoną Elą i synem Januszem bardzo się przyjaźniłem.

 Pan Czesław, człowiek wiedzący prawie wszystko i mający własne zdanie o wszystkim, sprawiał wrażenie zarozumiałego człowieka, nawet jakiegoś nadgorliwca, który wie lepiej co komu potrzeba, ale była to tylko przykrywka. W trakcie picia jednej kawy i zjadania kanapki z szynką opowiedział mi właściwie wszystko, co najważniejsze i najciekawsze w życiu Polonii San Franciszkańskiej. Oczywiście o wszystkim opowiadał mi przez pryzmat swoich doświadczeń i spostrzezeń.

 Dowiedziałem się także o jego pobycie w przedwojennej Warszawie, wojnie i późniejszym wyjeździe do Argentyny, w której mieszkał do roku 1960. Najbardziej zainteresował mnie epizod z jego życia w Argentynie. Na moje pytanie - czy spotkał się z Gombrowiczem, odpowiedział twierdząco. W Buenos Aires spotkał Gombrowicza parokrotnie, jednak pisarz nie wywarł na nim większego wrażenia. Poza tym - argentyńska Polonia - też według słów pana Czesława - "za Gombrowiczem nie przepadała".

 Po śniadaniu kościelnym Ela, żona Staszka, zaprosiła nas do siebie do domu na kawę, stwarzając okazję na dużo dłuższą rozmowę. Państwo Baran z dziećmi pojechali do siebie domu, a ja wraz z panem Czesławem, udałem się jego autem do Staszka. Po drodze w samochodzie dowiedziałem się od pana Czesława o istnieniu tygodnika "Gwiazda Polarna" wydawanego w dalekim stanie Wisconsin i o jego osobistych układach i znajomościach z redaktorem, poetą Edwardem Duszą. Przy okazji zostałem zachęcony przez poetę do zapoznania się z twórczością pana Duszy.

W sumie, spędziłem niedzielne popołudnie w gronie miłych ludzi, na rozmowach, a w szczególności pan Czesław w dużym stopniu pomógł mi zrozumieć psychikę emigranta-literata. Doskonały mówca, był tym, który włączył światło w mojej głowie. Snop tego światła oświetlił moje spojrzenie na dolę i niedolę twórcy na emigracji. Na dodatek pani Ela poczęstowała nas wspaniałym rosołem; a rosołu nie jadłem chyba od czasu wypraw Krzyżowców do Ziemi Świętej. Pan Czesław obiecal mi zaprenumerować bezpłatnie tygodnik "Gwiazda Polarna", ponieważ są takie możliwości dla nowo przybyłych, w formie specjalnej zachęty.

16 września 1982

Kilka dni temu, w drodze z lekcji angielskiego, postanowiłem wstąpić do fundacji pani Wandy. Może będzie miała dla mnie jakąś pracę, poza kelnerowaniem? A nuż uda mi się przeczytać jakieś gazety, chociażby je przeglądnąć...

Na moje "szczęście" pani Wandy nie było. Za jej biurkiem siedział jakiś niemłody, ale nie stary mężczyzna, mówiacy po angielsku, o imieniu Ron. Nie wdawałem się z nim w długą rozmowę. Wymieniliśmy parę zwrotów grzecznościowych, w końcu poprosiłem go o pozwolenie przeczytania gazet, na co on wyraził zgodę kiwnięciem głowy - i zanurzył się w swoich papierach. Ja natomiast rozsiadłem się na kanapie (w stylu bez stylu), obłoyłem się gazetami, lewą reką przyciągnąłem do siebie smakołyki: ciastka, cukierki, orzechy w srebrnych miskach, które znajdowały się na średniowiecznej ławie. Rozłożyłem gazetę i ...

Złapałem się na tym, że ja ją pożerałem. Ja ją wchłaniałem, ja ją łaknąłem jak głodny chleba, ja ją pragnąłem jak spragniony wędrowiec wody, jak zakochani ustronnego miejsca, jak ryba wody, ptak przestrzeni, narkoman narkotyku, więzień wolności, a milioner jeszcze więcej pieniędzy! Tak ją pragnąłem tych czarnych liter gazety. Od wyjazdu z Polski nie trzymałem gazety w rękach, moje oczy widziały rzędy tańczących czarnych liter, a nos rozkoszował się zapachem farby drukarskiej.

Świat gnał beze mnie i gnał cały czas ku zagładzie dla jednych, dla innych był niebiańskim ogrodem, ale ja o tym nie wiedziałem, bo usunęłem, się na bok. Natomiast to co wiedziałem, to, że muszę pomóc samemu sobie, czyli jak najszybciej zapomnieć o przeszłości i rozpocząć budować przyszłość, czyli wrócić do tego wszystkiego czym interesowałem się będąc w Pieszycach. Obecny mój świat zawężył się do wielkości łóżka, nawet nie pokoju, tylko właśnie łóżka oraz garnka, w którym gotowałem, a nawet smażyłem potrawy. Mój świat to było spanie i jedzenie. Można do tego jeszcze dodać jazdę autobusem, do którego wchodziłem i wychodziłem, poruszając się po nitkach jak pająk. Czyż nie mam prawa denerwować się, gdy o tym teraz myślę?

To, o czym myślałem, to, co czytałem, nie miało nic wspólnego z tym, co było napisane w gazetach ponieważ nie za bardzo rozumiałem co właściwie czytałem. Syciłem jedynie oczy czcionką liter, z żarliwością i żarłocznością, a zarazem strachem, aby nie uronił jakiegoś okruszka literki. Czytałem z przyjemnością głodnego psa, któremu ktoś z litości rzucił kość, a on ogryzał ją z takim nabożeństwem i przejęciem, że wybuch bomby atomowej na pewno nie oderwałby go od tej kości.

Czytałem z taką przyjemnością, jakbym po raz pierwszy w życiu zobaczył gazetę, albo po raz pierwszy głaskał Halinę po włosach, nosie, całował po oczach. Czytałem jakbym rozmawiał z matką o jakichś niesłychanie ważnych sprawach, a rozmowa nasza stawała się z minuty na minutę cichszą i cichszą, aż wreszcie przeszliśmy do szeptu. Ktoś mógłby nas usłyszeć, skraść nasz sekret, mógłby przypadkiem podsłuchać rozmowę. To, o czym rozmawialiśmy, było naszą największą tajemnicą.

Polacy zdobywcami brązowego medalu w piłce nożnej, Hiszpania 1982. To na pewno ucieszyłoby mojego kolegę z samolotu. Wojna falklandzka, kapitulacja Argentyny, Izrael zaatakował Liban, zamach na papieża, na szczęście, nieudany. Papież w Fatimie, podziękuje Matce Boskiej za ocalenie podczas ubiegłorocznego zamachu na placu św. Piotra w Rzymie. Gazety stare, niektóre jeszcze z ubiegłego roku, sprzed stanu wojennego.

Sophia Loren w więzieniu, a "Solidarność" otwiera biura zagraniczne, wojna w Zatoce Perskiej, Henry Fonda nie żyje... Cała masa wiadomości, które kiedyś, nie tak dawno temu, w Polsce, mogłyby mieć kapitalne znaczenie. Tutaj nawet nie ma z kim o tym porozmawiać, cóż dopiero podyskutować, poddać analizie, przejąć się, nie wspominając o przeżywaniu. Takich rzeczy się tutaj nie robi. Kiedyś wydawało mi się, że życie bez przeczytania rano gazety nie ma sensu, że świat może zawalić się na moją głowę. Teraz wiem, że tak tylko zdawało mi się, bo naprawdę straciłem kontak ze światem i gazetami z dawniejszym życiem.

25 września 1982

Pani Ela wpadła - według niej oczywiście - na genialny pomysł, który podsunęła jej siostra z Chicago. Gdyby dalej iść za tym tokiem myślenia, siostrze pomysł ten podsunął ktoś inny, a temu "komuś" jeszcze ktoś inny i w ten sposób cofnęlibyśmy się do lat trzydziestych, gdy po raz pierwszy zaczęto płacić zasiłki socjalne. Pomysł genialny, bo i prosty, a dotyczący zarobienia jeszcze większych pieniędzy na... rozwodzie. Rozwód, ale tak "na niby", a kilka setek dolarów rocznie więcej w kieszeni!

Otóz ona rozwiedzie się z Mietkiem, ja będę świadkiem, że wszystko pomiędzy nimi to przedsionek do piekła, istne charce sił diabelskich, wojna, w której najbardziej pokrzywdzone są dzieci. Mam w tym wszystkim odegrać rolę człowieka, którego właściwie to nie powinno obchodzić, ale ... Dobrze byłoby gdybym którejś nocy zadzwonił na policję, że z nią dzieje się coś niedobrego np. mąż ją zbił, albo groził nożem w obecności dzieci. Mietka przymkną na kilka godzin i rozwód murowany.

Pomimo tego genialnego sposobu na wyłudzenie kilku tysięcy dolarów od rządu federalnego, (gdzieś około 200 dolarów miesięcznie) Mietek nie zgodził się na rozwód. Po prostu, bał się amerykańskiego więzienia. Na nic wizja szybszego powrotu do Polski z torbami wielkimi jak Himalaje, na nic wizja pięknego domu jak w samym Tarnowie. Mietek się boi, może nie tyle samego amerykańskiego więzienia, co amerykańskich więźniów, w szczególności czarnych.

Gdyby to było w Polsce - to tak, czemu nie, ale tutaj ma stracha. Murzyni mogą mu spuścić lanie, nie mówiąc o homoseksualistach od których w San Franciszkańskim więzieniu aż się roi. Biedny chłop znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. Jeśli nie chce rozwodu - musi więcej pracować i więcej przynosić do domu. Ela po trupach, ale dojdzie do swojego celu!

Gdy zapytałem się jej czy rozmawiała o tym z księdzem, czy podzieliła się z nim tym genialnym pomysłem na dodatkowe 200 dolarów miesięcznie - zawarczała na mnie jak głodny wilk.

W Chicago wiele rodzin tak właśnie robi, "rozwód po amerykańsku", czyli wolna amerykanka, wszystkie chwyty dozwolone. Ratuj się kto może. W Polsce i tak nikt o tym nie będzie wiedział, jaki problem, w sumie przez trzy lata uzbiera się ładna sumka. Praca na lewo, plus zasiłek. Jeśli ma być Ameryka, to taka, w której dolary płyną do kieszeni wszystkimi możliwymi sposobami. Każdą sytuację należy w tym celu wykorzystać.

Dla tej "kupy szmalcu" wielu rezygnuje z legalnego węzła małżeńskiego. Kto jej nie uwierzy, że zakochała się naprawdę, ale życie jej się nie ułożyło? Państwo zapłaci samotnej matce, a tato odłoży pieniądze na pieczarkarnię gdzieś pod Tarnowem.

30 września 1982

Od dwóch dni pani Ela nic nie mówi o swym genialnym pomyśle na rozwód, ale to wcale nie oznacza, że zrezygnowała. Zapewne szuka jakichś nowych rozwiązań i instrukcji w tej sprawie, z Chicago. Nowym jej pomysłem na zrobienie "kasy" jest pomysł wynajęcia kawałka podłogi dwóm nowym przybyszom z ojczyzny. Sprawę już załatwiła, poza naszymi plecami. Przecież mieszkanie jest "na nią", dlaczego więc miałaby się z kimś dzielić swoimi pomysłami czy radzić? Od 1 października będzie w naszym mieszkaniu o dwie dorosłe osoby więcej.

Pani Ela wymyśliła sobie wytłumaczenie godne geniusza: przecież mnie przez cały dzień nie ma w domu wszyscy jesteśmy poza domem. "Nowe chłopaki", też w domu nie będą siedzieć, tylko rozglądać się za szkołą i pracą, a na noc, gdy wszyscy już się spotkamy na jednej podłodze, pod jednym dachem, "jakoś się pomieścimy"...

Rozwiązanie iście salomonowe, i jak tu nie kochać pani Eli, jak jej nie podziwiać! Jej entuzjazm do zarobienia "kapusty" jest większy niż cała armia Chińskiej Republiki Ludowej. Ona jedna wie, ile będzie miała za rok, co za to kupi, ile odłoży, jakim samochodem będzie jeździć po Tarnowie. Prawdziwy geniusz kapitalistyczny komunistycznego chowu.

3 października 1982

Dzisiaj sam pojechałem do kościoła, bo pani Ela zajęta, a Mietek nie miał ochoty na kościół. Znowu kilku "nowych ludzi", przybyło do San Francisco, trudno zapamiętać ich twarze. Dzisiaj spotkałem trzech chłopaków, którzy uciekli od Mormonów z Salt Lake City, miasta, które znajduje się w stanie Utah. Chłopcy byli w Niemczech przez kilka miesięcy, tam nawiązali kontakty z amerykańskimi Mormonami, którzy obiecali im pomóc w emigracji do Ameryki, jeśli... przystąpią do nich. Chłopcy nie mając ochoty długo wyczekiwać na wizę amerykańską stali się gorliwymi Mormonami tak długo, aż ją otrzymali. Przybyli do Ameryki i po kilku tygodniach przekonali się, że popełnili błąd.

Podczas dzisiejszego śniadania w kafeterii oni byli główną atrakcją. Mieszkają u pana Sucheckiego, który jest właścicielem, dyrektorem i prezesem Polish Community Center (znajduje się ono kilka kroków od kościoła przy 11-tej ulicy). Umówiłem się z nimi na małą pogawędkę w siedzibie organizacji, o której właściwie nic jeszcze nie wiem. Myślałem, że Dom Polski, Kościół i pani Wanda - to cała polskość w San Francisco, a tu jeszcze jest Polish Community Center!

7 października 1982

Pojechałem do Polish Community Center na spotkanie z byłymi Mormonami. Organizacja ta jest najdziwniejszą jaką w swoim życiu widziałem, a jej prezes, założyciel i właściciel, a nawet i dyrektor - i diabeł jeden wie kto jeszcze - jest najdziwniejszym człowiekiem posiadającym wszystkie te funkcje razem wzięte. W ogóle, pan Suchecki jest albo wariatem albo egocentrykiem albo surrealistą, a może wszystkim tym na raz.

Takiego bałaganu, brudu, stert gazet, bliżej nie opisanych śmieci, przeważnie papierowych, pudełek piętrzących się aż pod sufit, listów otwartych i nieotwartych leżących na biurku prezesa, stosów reklamówek gazetowych, dokumentów, ołówków, długopisów - w życiu nie widziałem. Poza tym dyrektor na dodatek wydaje pismo, miesięcznik pod tytułem "Polonian". Kto w tym piśmie pisze i o czym - doprawdy trudno zgadnąć. W prezencie otrzymałem jeden egzemplarz, sprzed kilku miesięcy. Gazeta składa się z ośmiu stron, na których nic nie ma w jezyku polskim napisane a nawet jeśli jest, to takim polskim, że góralski można śmiało porównać do hiszpańskiego jako języka narodowego Greków.

Od chłopców wiele nowego o Mormonach się nie dowiedziałem. To co mieli do powiedzenia, opowiedzieli już w kościele. Poza tym zapał do opowiadania im minął. Natomiast organizacja Polish Community Center bardziej mnie zainteresowała niż stan Utah, Salt Lake City, pustynia i wyschnięte dno morza przez które jechali samochodem do San Francisco. Pan Suchecki jest dla mnie ciekawszym obiektem niż jakieś tam dinozaury wymarłe 100 czy 200 milionów lat temu.

Chłopcy mieszkają właśnie w Polish Community Center, bo za nocleg nie muszą płacić. To duży plus, bo w tym kraju płaci się za wszystko, jeśli nawet ma się złudzenie, że się nie zapłaciło, to z czasem okaże się, że zapłaciliśmy dwa razy więcej niż w rzeczywiśtosci "to coś" było warte. Wydawca raz po raz oczekuje od nich jakiejś zapłaty w formie społecznej pracy dla jego organizacji. Kilka osób mieszka tam już prawie pół roku, a Karol młody chłopak, zastępca szefa, prowadzi całą organizację w jego imieniu.

Szef jest homoseksualistą i bardzo się tym chwali (na dodatek raz po raz lubi się przejść po mieszkaniu z gołym tyłkiem). Nie może, albo może, to kogoś gorszyć - kto to tutaj wie - gdy wszystko wydaje się normalne, jeśli nawet kilka tygodni temu było nienormalne. Nie należy niczemu się dziwić, tym bardziej wytykać palcem. Albo akceptujemy rzeczy jakimi one są i zgadzamy się z nimi, albo nie akceptujemy i nie zgadzamy się. Wtedy słowo z rosyjskiego -won- jest najwłaściwsze. W tej chwili w organizacji mieszkają tylko chłopaki. Szef, Amerykanin urodzony w Bostonie, weteran wojny koreańskiej, lubi pomagać bliźnim. Jeśli wierzyć chłopcom, to on jeden więcej robi dla nowoprzybyłych, niż cała Polonia razem wzięta.

Oczywiście pomaga nie tylko chłopcom, ale i całym rodzinom. Dzięki jego pomocy setki ludzi zrobiło już na jego aucie (prywatnym) prawo jazdy. Nie tylko pożycza auto, ale sam jest nauczycielem jazdy. Poza tym, bez żadnego wahania służy jako tłumacz, chodząc z nowoprzybyłymi po wszelkiego rodzaju urzędach, we wszelkiego rodzaju sprawach. Ten, kto był w Ameryce może sobie wyobrazić jego pracę jako tłumacza i rozmowy z amerykańskimi urzędnikami emigracyjnymi, których można porównać tylko do świętych krów, bo są nietykalni, nieprzystępni, w ogóle nie słuchają tego co się do nich mówi.

Słuchają tylko komputera i tego, co mają napisane w swoich urzędniczych papierach. Wszelka próba dodzwonienia się, czy załatwienia czegokolwiek przez telefon, to czynność skaza z góry na niepowodzenie. Za załatwianie tylko spraw socjalnych nowych emigrantów, według mnie, Suchecki powienien zostać bohaterem Polonii kalifornijskiej.

11 października 1982

Około trzeciej po południu zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę i zdziwiłem się, że to do mnie, a jeszcze bardziej zdziwiłem się, że dzwoni pan Suchecki i oferuje mi kilka godzin pracy u siebie, w organizacji. Oczywiście, za mój czas zapłaci!

Wlaśnie wróciłem z lekcji angielskiego, głodny jak wilk, bo jadam tylko raz dziennie (aby utrzymać smukłą sylwetkę, a nade wszystko, ze względów finansowych) a tu taka gratka! Szybko schowałem jajko do lodówki i niczym diabeł po dobrą duszę - popędziłem do Sucheckiego. Hasło - "praca" - jakie to piękne i magiczne słowo! Gotów byłem biec do niego na nogach, bo praca na mnie czekała.

Suchecki właśnie wychodził ze swego biura, był już zły na mnie za moje spóźnienie. Humor to jeszcze jedna rzecz, którą można opisać tego pana. Miał go, albo go nie miał. Jeśli go nie miał, pomiatał człowiekiem strasznie, łącznie z ubliżaniem i wyzywaniem od idiotów. Jeśli go miał mógł zaprosić na obiad. Wielu osobom jego zachowanie nie podobało się, bo zachowywał się jak psychopata. Spóźniłem się - to prawda, ale prezydent organizacji nie wział pod uwagę, że nie mam samochodu i musiałem jechać do niego aż trzema autobusami. Wyzwał mnie od najgorszych, musiał sobie ulżyć, ale pracę otrzymałem a na niej bardzo mi zależało.

Praca polegała na odebraniu kilku puszek średniej wielkości od rodowitych Amerykanów pracujących dla p. Sucheckiego. Puszki- skarbonki zostały owinięte w nasze barwy narodowe; biało-czerwony papier z orłem w koronie. Na jednym z końców puszki był otwór przeznaczony na pieniądze, przez który bogaci Amerykanie mieli wrzucać dolary na biednych polskich emigrantów w San Francisco.

W Polsce taka praca nazywa się żebraniem i prawnie jest zabroniona. Ale tutaj nie Polska tylko najbogatszy kraj świata, w którym można żebrać, a nawet trzeba. Organizacje, które to robią dostają specjalne pozwolenie od państwa czyli status nie dochodowych tzw. non-profit.

Nie wiem w jaki sposób dyrektor organizacji znalazł do tej pracy pracowników zupełnie podobnych do bezdomnych dziadów leżących pod ławkami na przystankach autobusowych. To, że znalazł to jeszcze pestka, jest ich pełno w tej dzielnicy gdzie mieści się ta polska organizacja, ale jak udało mu się nakłonić ich do tej pracy, pozostanie dla mnie tajemnicą do końca świata. Chyba, że przy pomocy diabła dał im w łapy puszki z orłem w koronie i wysłał na bogate przedmieścia do pracy. Biedni Amerykanie pracujący na polskich uchodźców! Naprawdę biedni, bo nawet nie mają na mydło i żyletki, nie wspominając o tym, że śmierdzą i są w brudnych łachach; wszyscy o twarzach morderców i psychopatów. Ciekawy jestem ile trzeba mieć odwagi aby takiemu osobnikowi otworzyć drzwi?

Moja praca miała polegać na odbieraniu tych puszek, poinformowaniu gdzie i kiedy będzie następna zbiórka, sprawdzeniu, czy aby któryś z nich nie próbował dostać się do skarbca oraz przeliczeniu pieniędzy. Dla tych, którzy mieszkają daleko, mogłem dać 80 centów na bilet autobusowy. Broń Boże więcej, bo taki typ kupi sobie narkotyki lub piwo i na drugi dzień nie przyjdzie do pracy! Dlaczego spadło na mnie takie wyróżnienie? Bo żaden Polak mieszkający u szefa nie mówi na tyle po angielsku, aby porozumieć się, a z dziadami trzeba było zamienić choćby kilka słów w tym języku.

Urzędowałem za wielkim biurkiem, które przypominało jedno wielkie wysypisko śmieci. Najkrócej można by to ująć tak: dwie duże wywrotki podjechały pod to biurko i całą zawartość wysypały właśnie na nie. Na tym wysypisku stał telefon z automatyczną sekretarką, a po uważniejszym spojrzeniu można było zauważyć także jakieś pięć centymertów dużej masywnej maszyny do pisania firmy IBM.

Będąc sam w biurze, skorzystałem też ze sposobności i trochę poszperałem w papierach leżących na biurku. Czułem się jak rozbitek na wyspie, zagubiony i przerażony nieznanym. Każde moje dotknięcie, każde "zapuszczenie ręki" w te sterty papieru, było dla mnie przeżyciem. Nie licząc starych amerykańskich gazet i setek reklam, były też listy z Polski od biednych ludzi proszących o wszelkiego rodzaju pomoc - od pieniędzy po lekarstwa, od ofert małżeńskich, aż po sprzedaż jedynych na świecie okazów monet i znaczków, itp. W stercie tej znalazłem także kilka listów-czeków z Welfare, jakie i ja otrzymuję raz w miesiącu. Ludzie, do których przyszła ta korespondencja musieli kiedyś tutaj mieszkać. Innego wytłumaczenia nie ma. Listów z nadrukami różnych instytucji stanowych i społecznych adresowanym do rodaków było bardzo dużo.

Zastanawiające jest to, że organizacja zajmuje nie dużą powierzchnię jak na tak rozległą działalność i jeśli weźmie się pod uwagę, że składa się z dwóch pomieszczeń, łatwo jest obliczyć, że na jeden metr kwadratowy mogło przypaść tutaj 5.5 uchodźcy, albo i więcej; tak sobie pomyślałem. Jest jeszcze sypialnia szefa, w której on urzęduje, ale to się nie liczy, ponieważ jest to jego prywatny kąt. Obydwa pomieszczenia były w podobnym stanie jak biurko i biuro szefa, w jednym tylko spali uchodźcy. Obecnie mieszkało tutaj siedem osób, same chłopy.

Praca nie była ciężka i zabrała mi niecałe trzy godziny. Pracownicy zjawiali się w odstępach kilkunastu minut. Było ich pięciu i nie przeszkadzali mi w czytaniu gazet. Nauczeni przez szefa tego wszystkiego co do nich należy posłusznie oddawali puszki, ja dawałem im drobne na autobus, kłaniali się w pas i tyle ich widziałem.

W stosie papierów znalazłem nawet kilka czasopism z Polski sprzed wielu lat, niektóre z nich czytałem jeszcze będąc w Pieszycach. Co za uczucie trzymać w ręce tę samą gazetę raz jeszcze, ale będąc dziesięć tysięcy mil dalej. Czytać ten sam artykuł i czuć na nowo smak ust Haliny, która akurat wtedy całowała mnie aby oderwać od tej gazety.

Czytałem jak głodny je chleb, a spragniony pije wodę. Dużą radość sprawiły mi też czasopisma emigracyjne, przychodzące regularnie. Jednak w pełnym skupieniu przeszkadzały mi harce myszy, które ganiały się po biurze czwórkami. Nie wytrzymałem i zapytałem chłopaków, jak oni mogą w takich warunkach wytrzymać? Odpowiedzieli wyniośle, (głosem w którym można było wyczuć nutkę obrażonego człowieka), że myszy im nie przeszkadzają, nawet nie wolno ich łapać (to znaczy wolno, ale nikt tego nie robi, bo nie ma kto kupić łapek). Poza tym myszy nie są własnością tej organizacji tylko Chinki, która ma piętro niżej jadłodajnię. One przychodzą tutaj tylko spać. O jedzeniu w tym miejscu nie może być mowy. Lodówka jest, ale szef trzyma w niej krawaty i mleko.

Gdy stwierdziłem, że ja w takich warunkach nie mógłbym mieszkać, że dawno bym się wyprowadził, spotkałem się z ich strony z jawną wrogością. "Jak to byś się wyprowadził?" - zapytali drwiąco. "Mieszkanie masz za darmo, telefon za darmo, a jak ktoś zadzwoni z ofertą pracy, jesteś pierwszy, który podniesie słuchawkę". Poza tym, robią u szefa prawo jazdy (za darmo), spływa do nich deszcz rzeczy (za darmo), np. jakieś puszki z jedzeniem i ubrania z przedmieść, od bogatych Amerykanów. Mieszkając tutaj można tyle zaoszczędzić! Bóg sam jeden raczy wiedzieć ile! Poza tym to oni proszą szefa, aby ich stąd nie wyrzucił na ulicę, bo mieszkania w San Francisco są "sakramencko drogie". Oto jeszcze jeden sposób na wygodne życie, całkowity komformizm.

Co za dzień - pomyślałem sobie - czytając o strajkach i rozruchach sierpniowych w Polsce. Z gazet emigracyjnych dowiedziałem się o aresztowaniu działaczy KOR-u, którzy już wcześniej byli w "internacie". Zostali osadzeni w więzieniu pod zarzutem "przygotowań do obalenia ustroju w PRL". Natomiast biskup przemyski, Ignacy Tokarczuk, podczas uroczystości dożynkowych na Jasnej Górze wezwał cały naród do nieposłuszeństwa.

16 października 1982

Rozmowa z panią Elą przy kuchennym stole: "Przyjechałam do Ameryki po dolary, a nie żeby układać sobie tutaj życie. Nie jestem naiwną poszukiwaczką przygód, złaknioną wrażeń. Świadomie zdecydowałam się na wykreślenie kilku lat z mojego życia w zamian za te następne, które już w Tarnowie przeżyję po ludzku. Ładny dom, samochód, wnuki, dywany, kryształy, kolorowy telewizor - to są moje marzenia. Czy to wiele? Chyba nie"

"Ależ pani Elu - przerywam jej - przecież teraz jest wojna Jaruzelskiego, jeszcze nie wiadomo jak to się wszystko skończy, jak się to wszystko ułoży. Tyle wyrzeczeń, kosztem niepewnej przyszłości, kosztem własnego życia i rodziny, chłopaków, którzy nie wiadomo czy będą chcieli wracać do Polski? W obecnej chwili - sama pani widzi - członkowie "Solidarności" przyjeźdzają do Ameryki nie z myślą o powrocie, ale ułożeniu sobie życia tutaj. Czy będą pamiętać o sprawie polskiej? Czy ich dzieci będą Polakami? To też dopiero się okaże. Oni są jeszcze zbyt nasiąknięci polskością i Polską, aby zdobyć się na myślenie amerykańskie. A myślenie amerykańskie to myślenie o sobie jako jednostce a nie o grupie. Dla nich symbol Polska i "Solidarność", doświadczenia, to symbole przeszłości tutaj bez większego znaczenia. Oni jeszcze o tym nie widzą i to jest największy paradoks w tym wszystkim. Wyjeżdzali z myślą o obronie ojczyzny, a tutaj niestety muszą o tym jak najszybciej zapomnać, jeśli nie zapomną życie ich będzie jednym wielkim piekłem dnia codziennego. Sama pani widzi, że polskości trzymają się ci, którzy nie potrafili odnaleźć się w Ameryce, dla których Ameryka okazała się nie do zaakceptowania.

"Jaruzelski wojnę przegra - powiedziałem to z taką pewnością w głosie, że po sekundzie sam się zdziwiłem skąd ta pewność się bierze - nie dlatego, że go obalą czy przestraszą, ale sam odda władzę. Każdy na jego miejscu tak by zrobił, ale zanim to nastąpi, mogą minąć lata. Otworzą się granice, jeśli nie dla tych w Polsce to przynajmniej dla nas. Jeśli będą pieniądze, będziemy podróżować do Polski i inwestować w domy, samochody, traktory, ziemię. Jeśli rząd ustanowi przepisy umożliwiające nam powrót i inwestowanie w ojczyżne, tysiące Polaków powróci. Tutaj są nas setki tysięcy. Przykładowo niech każdy wyśle 1000 dolarów rocznie, to już są miliardy dolarów".

"Co mi pan będziesz wodę z mózgu robił - odezwała się pani Ela. W Polsce komunizm będzie jeszcze na pewno długo, padnie nie z braku ideologii ale funduszy. To się mogę zgodzić. Ideologia komunistyczna jest w nas zakodowana na długie lata. Czy myślisz pan, że komuniści ot tak oddadzą władzę, powiedzą: przepraszamy, rządźcie się sami, a nas zostawcie w spokoju. Tak na pewno nie będzie. Zobaczysz człowieku co to znaczy władza, pieniądze, rządzenie. Nowi będą się gryźli ze starymi jak psy o kość. Ja sama wiem po moim Mietku; ile z nim się nawalczę, zanim dojdziemy do jakiego porozumienia, a on nie może zrozumieć tego, że ja to wszystko robię dla dobra rodziny. Ja muszę rządzić, bo on się nie nadaje, ja muszę planować wydatki, bo on nie umie, i tak dalej. Ja mam swoją własną ideologię i się jej trzymam, i nawet, gdyby mnie nożem krajali nie ustąpię. Czy myślisz, że komuniści myślą inaczej? Powiem ci, że nie. Każdy na ich miejscu myślałby tak samo, bo niczego bez walki się nie oddaje, chyba, że ktoś jest głupi, to co innego.

Poza tym komunizm to dobra rzecz, szkopuł w tym, że nie wolno mieć w nim większych pieniędzy ani robić dla siebie. Nie mówię o jakiś wielkich fabrykach, ale takie drobne sprawy, mały handelek. Zanim on padnie, zanim to nastąpi, moje chłopaki chapną angielski, a ja będę miała dolary na ich wykształcenie. Przyjdą duże zmiany, na których złodzieje i cwaniaki skorzystają najwięcej, a przy nich może i ja - prosta i uczciwa kobieta oraz moje chłopaki? Wygrają ci, co szybciej myślą, więcej ukradną i zainwestują, tak samo jak tutaj, panie Adamie - kto szybciej wyciągnął colta, albo miał szybszego konia, ten przeżył."

19 października 1982

Tylu Polaków co na dorocznym bazarze Kongresu Polonii Amerykańskiej, wydział na Północną Kalifornię, w San Francisco jeszcze nie widziałem. Bazar tradycyjnie organizuje się w Hall of Flowers w parku Golden Gate, tuż przy ulicy Lincoln. Impreza nie bardzo przypadła mi do gustu, taki typowy polski groch z kapustą polska kuchnia, wyroby kulinarne, sztuka ludowa firmy Cepelia, książki z księgarni Slavic Bookstore w Palo Alto, państwa Szwedów, tańce ludowe, obrazy z podobizną papieża. Dzieci biegające pod nogami, rodzice siedzący na kamiennym murku lub przy okrągłych stołach, jedzący pierogi popijane polskim piwem. Po jedzenie takie kolejki jakby dawano je za darmo. Te kolejki to chyba już typowy żwyczaj polski.

Sensacją niedzieli była sprawa "Hitlera", bohater dwudziestokilkuletni chłopiec o takim właśnie przezwisku, mieszkający w tym samym domu co ja tylko, że po drugiej stronie korytarza. "Hitler" wynajnuje dwa pokoje w których mieszka on, Kaziu i Staszek, oraz jakaś przybyłęda z Niemiec, syn profesora fizyki z Bawarii, żyjący od kilku lat z zasiłku dla psychicznie chorych.

"Hitler" pochodził z Łodzi, był byłym bokserem i ciężarowcem o miłej i inteligentnej twarzy, "przystojny z siłą", jak mówiła pani Ela, o sile co najmniej dwóch koni i tak wielkich łapach, że jedną pięścią mógłby zabić wołu. I jak mówi pani Ela - "dostał kota". A dostał kota, bo nie pracował. A dlaczego nie pracował? Bo Reagan dał mu welfare. Jego "kot" to taki nie zwyczajny "kot", bo takich co mają normalne "koty" jest na emigracji wielu. Jego "kot" przemienił dorosłego mężczyznę w dziecko. "Hitler" aby zaoszczędzić na wydatkach domowych wynajął sobie szafę, w której spał, czyli mieszkał. Oczywiście amerykańska szafa była nie podobna do polskiej, bo w amerykańskiej można chodzić a nawet spać, najprościej mówiąc jest to taka wnęka o dość pokaźnych rozmarach.

"Hitler" w swoim kościelnym występie zachował się jak aktor, a to co zrobił, było tak zagrane, że ho, ho, ho! On po prostu wyszedł z ławki w czasie mszy i najnormalniej w świecie podszedł do ołtarza, odpalił od świecy papierosa, odwrócił się i wyszedł z kościoła. Nikt go nie zatrzymał, nie padło ani jedno słowo. Ani ksiądz ani chłopcy przy ołtarzu nie zrobili najmiejszego ruchu. Wszystko odbyło się jak na filmie. Dopiero po mszy, w kafeterii, co tam sie działo...

To zagranie "Hitlera" to jeszcze nic. Ponoć miał na swoim koncie dużo lepszych. "Hitler" był właścicielem prawdziwego czworonożnego kota, którego prowadzał na zwykłym o średniej wielkości oczkach łańcuchu z obawy aby kot mu nie uciekł. Był uwrażliwiony na ucieczki kotów, bo kiedyś pracował jako pomocnik pielęgniarza do jego obowiązków należało między innymi pilnowanie kota, który gdzieś się zgubił i przez to wyrzucono go z pracy. Jednego kiedyś wykapał, włożył do piekarnika, aby się wysuszył i zapomniał. Kot się upiekł, więc przyprawił go śmietaną, podał z buraczkami i charzanem, chłopcy zjedli popijając białą wódką. Po kilku dniach wpadł w depresję, tak się przejął śmiercią kota, że zaprosił do domu dwie murzyńskie prostytutki aby rozchmurzyć się, które nie wiadomo czemu chciał zamordować, wiążąc je łańcuchem, którym wcześniej uwiązał kota.

Ulubionym powiedzonkiem "Hitlera" była odzywka: "Pan wygląda tak blado. Ile schabowych pan dzisiaj zjadł? Co nie je pan schabowych. To niedobrze. Bo jem dziennie cztery". "Proszę pana, pan nawet nie wie, że żyje w Ameryce. Ameryka to dobrobyt, a pan nawet nie wie co to jest dobrobyt, pan żyje w Ameryce jak pies."

"Hitler" miał wyrzuty sumienia, gnębiła go myśl, że nic nie może zrobić dla rodziny w Polsce a w szczególności nie może pomóc siostrze, która pomocy od niego oczekuje. Mówił; " nie wiem ile bym jej wyslał zawsze poprosi o więcej, nie wiem ile bym jej nie dał zawsze mógłbym dać więcej. Pracowałem ciężko pomagałem, ale nic nie pomogłem." Szarpały nim wątpliwości, czy dobrze zrobił, że wyjechał.

23 października 1982

Bardzo mały mam wciąż kontakt z chłopcami, którzy wprowadzili się "do nas", zajęli pokój gościnny (living room), a właściwie podłogę w nim. Miałem do nich żal, o to, że wiedzieli ilu nas tutaj jest, odważyli się wprowadzić. Ja bym nie miał odwagi. Z nich mój zal spłynął na panią Elę. Ale czy można się na nią gniewać? Chyba nie. Czy można mieć do niej pretensję, że chce pod Tarnowem dom wybudować? Chyba nie, ale... W sumie, w chwili obecnej nie mam naprawdę do nikogo żalu... jestem tylko taki jakiś zgorzkniały.

Myśląc po amerykańsku; "do kogo mogę mieć pretensje?" Swoją szancę życiową w Ameryce dostrzegłem w angielskim. Nauka tego języka ma być drogą po, której mam iść wygodnie. Nie mam pieniędzy i długo ich mieć nie będę, bo postanowiłem najpierw nauczyć się języka angielskiego, a dopiero później szukać pracy. Skoro jestem w takiej sytuacji w jakiej jestem, z własnej, nieprzymuszonej woli, czy mogę za to kogoś winić? Pani Ela prosto mi to kiedyś wyjaśniła.

- Po co tracisz czas na naukę angielskiego, zamiast wziąć się do pracy i zarabiać dolary. (Położyła mocny akcent na słowie d o l a r y). Twoje zmaganie się z Ameryką doprowadzi do tego, że będziesz z każdym dniem miał coraz to większe poczucie winy, że nic ci w życiu nie wychodzi. A tak konto dolarowe w banku sobie rośnie, co miesiąc coś tam dorzucisz na koniec miesiąca dostaniesz sprawozdanie bankowe popatrzysz na cyfry i odrazu lepiej się poczujesz. Wtedy poczujesz, że żyjesz, poczujesz swoją obecność w Ameryce, bo jak do tej pory, to ty nie wiesz, że jesteś w Ameryce, jak mawia "Hitler".

Większość rodaków poszukuje kozła ofiarnego swoich życiowych niepowodzeń. Czy mogę mieć do kogoś żal, że jestem w pięknym, przepięknym mieście na drugim końcu Ameryki i chodzę do szkoły a nie pracy? Mam łóżko w kącie, na życie zasiłek wystarcza. Czy mogłem się spodziewać, że będzie lepiej? Może być lepiej, ale najpierw trzeba nauczyć się angielskiego i wziąć się do pracy - jak mówi pani Ela. Sześć dni w tygodniu, po 10-14 godzin, i tak przez kilka lat, a dopiero później - listy i zdjęcia do rodziny, do Polski. Praca, ciężka harówka niejednemu emigrantowi ocaliła życie, a przede wszystkim zdrowie psychiczne. Kto nie pracuje ten wariuje. Na emigracji jest to tak bardzo widoczne i oczywiste, że wielu emigrantów, aby pracować pozwala nawet na poniżanie siebie, nieraz bardzo uwłaczające ludzkiej godności. Opowiadanie o tym komuś, kto tego osobiście nie doświadczył, jest bez sensu.

28 październik 1982

To już mój ostatni weekend u pani Eli. Moje sprawy potoczyły się w iście amerykańskim tempie. Pani Ela nic jeszcze nie wie o mojej decyzji, ale "przezorny zawsze ubezpieczony". Kropla, która zadecydowała o moim "tak" przyszła od samej pani Eli, która z uśmiechem na ustach i z pewnym rozbawieniem w głosie dwa dni temu powiedziała: "Wiesz, nie chciałam ci mówić wcześniej, bo nie byłam pewna, ale ci dwaj z living roomu to pedały. Przyłapałam ich na uprawianiu miłości już kilka razy. Weszłam do pokoju, chciałam wziąść jakieś rzeczy, a oni nawet całować się nie przestali."

We mnie jakby strzelił piorun z jasnego nieba, jakby mnie koń w czoło kopnął! "Pedały" - powtórzyłem za nią szeptem i nogi ugięły się pode mna jak łodygi dwóch słoneczników na wietrze. Po ścianie wycofałem się do mojego pokoju, bijąc się z myślami. Pedały w stolicy gejów - co w tym dziwnego? AIDS tutaj szaleje i co w tym dziwnego, przecież to San Francisco ich stolica. Ale w tym samym mieszkaniu - nie, to już ponad moje siły!

Wszyscy jemy z jednego garnka, z jednego talerza, pijemy z jednej szklanki, korzystamy z jednego sracza i chyba nawet mydła i ręcznika. Jeszcze tego brakowało, aby jakiś kochaś chodził w moich kapciach! Nie jestem rasistą ani nie mam nic przeciwko tak zwanej wolnej miłości nie - zależnie do koloru skóry i płci, wieku i religii, ale na miły Bóg tego było już za wiele. Czułem, że lada moment sufit może zawalić się na moją głowę.

Zadzwoniłem z bijącym sercem do organizacji, do pani Krysi, z zapytaniem czy nie wie o jakimś wolnym pokoju. A ona jakby czekała na mój telefon: "Oczywiście stary, proszę bardzo" i podała mi numer telefonu do pewnej Rosjanki. Pani Krysia, która zawsze skarży się na przepracowanie i głupie prośby emigrantów, była tym razem miła i nawet przez słuchawkę uśmiechała się. Bardzo to dziwne pomyślałem sobie. Czyżby dostała podwyżkę?

Następnego dnia zadzwoniłem do Rosjanki i okazało się, że mieszkanie jest, czeka na mnie, ale muszę przyjechać i zobaczyć je. Pojechałem, drzwi otworzyła mi stara kobieta, mająca problemy z nogami, przygłuchawa, o wyglądzie starej śliwki, która przeleżała gdzieś w mało nasłoniecznionym miejscu i zamiast skórczyć się rozrosła się "od wewnątrz". Wyjaśniłem jej, że jestem tym, który dzwonił w sprawie mieszkania. Jestem Polakiem od niedawna mieszkającym w San Francisco, i bardzo się cieszę ze spotkania z nią, czyli zagadałem jak stary Amerykanin. Zanim pokazała mi pokój, posadziła mnie za stołem, zrobiła herbatę i tak prawie trzy godziny rozmawialiśmy tylko o komuniźmie; "jej komunizmie" tej zarazie zaraz po rewolucji i "moim komunizmie" ery Breżniewa. Rozmowa toczyła się oczywiście w języku rosyjskim, ale z angielskimi słowami. Nie ma to jak spotkanie emigrantów ze Wschodniej Europy, zawsze będą mieli o czym porozmawiać. Komunizm jak Lenin wiecznie żywy. Babcia, pomimo prawie 50 lat w Ameryce, tak samo dobrze mówiła po angielsku jak i ja.

Pokazała mi pokój, w którym mieszka obecnie jeszcze przez kilka dni koleżanka wnuczki, ale która za kilka dni przeprowadzi się gdzieś indziej. Pokój spodobał mi się, był duży, umeblowany, z wyjściem na ogród przez dobudowaną altanę, w której jest tyle słońca, że ho, ho. Kuchnia też spora, z dużym stołem, zaopatrzona w masę talerzy i garnków, z których mogę korzystać. Łazienka czysta, pachnąca świeżością i też duża. Największym problemem okazało się zapłacenie mojego depozytu, który wyniósł aż trzysta dolarów, za pierwszy i ostatni miesiąc. Miałem jeszcze pieniądze, które zarobiłem w Austrii, ale chciałem trzymać je na "czarną godzinę". Długo musiałem jej tłumaczyć, że nie mam tyle, bo w Ameryce dopiero jestem od kilku miesięcy, ale będę płacił na czas, bo mam zasiłek od Reagana, itd. Babka kiwała niedowierzająco głową i mówiła: "za moich czasów takich zasiłków dla emigrantów nie było."

30 października 1982

Trudno uwierzyć mojemu szczęściu. To doprawdy nie do wiary. Nie wytrzymałem nerwowo i zadzwoniłem raz jeszcze do babki, nie czekając na 1 listopada. Do głowy cisnęły mi się pytania i obawy, czy aby moje szczęście nie jest złudne, czy aby nie jest to zbyt piękne, aby było prawdziwe? Chciałem się zapytać czy mogę przynieść swoje rzeczy już teraz, dzisiaj, jeśli nie wszystkie, to ich część. Na raz i tak się nie zabiorę, nie mam samochodu. Przede wszystkim chciałem raz jeszcze usłyszeć, że mieszkanie na mnie czeka.

Telefon odebrała ta sama dziewczyna, z którą rozmawiałem pierwszy raz. Tym razem jednak nie zrozumiała mnie, ani powodu, dla którego dzwoniłem. Jak tylko mogłem, tłumaczyłem jej o co mi chodzi: "Chcę jak najszybciej się przenieść, ale nie mam auta więc chcę przeprowadzać się na raty, czy mogę tak zrobić, etc. Pociłem się jak mysz, nie rozumiałem części jej pytań, ale w końcu ona moje wyjaśnienia do wyjaśnień zrozumiała, i kazała mi przyjechać.

W największej tajemnicy przed panią Elą, na chybcika, spakowałem walizkę wrzucając do niej rzeczy jak popadnie. Miałem szczęście, nikogo nie było w domu i chyłkiem, jak złodziej, poszedłem na przystanek autobusowy wcale nie będąc pewnym czy ktoś mnie nie widział. Było to naprawdę niewskazane, tym bardziej, że pani Ela nie przepada za takimi sytuacjami i potrafi narobić człowiekowi kłopotów czy skandalu w takim przypadku.

Tym razem drzwi otworzyła dziewczyna, którą znałem już z rozmowy przez telefon. Stałem w progu oniemiały patrzyłem na nią z takim podziwem jakbym zobaczył jakieś nadprzyrodzone zjawisko, albo jakbym przez zupełny przypadek uczestniczył w jakimś cudzie. Ona po prostu była aniołem, który wstąpił w ciało kobiety. Takiego prześlicznego stworzenia, o tak słodkiej buzi, jeszcze nie widziałem. Moje serce przestało bić i gdybym się nie wstydził tego, że mój krzyk mógłby być zrozumiany jako przejaw wariacji, albo chuligaństwa, krzyczałbym na całe gardło, że to niemożliwe, że nie ma takich kobiet, że takie kobiety to tylko sen mężczyzn, nic więcej, że takie kobiety spotyka się na rysunkach z bajkami dla grzecznych dzieci.

Tuż za nią stała babka, tak bardzo prawdziwa i naturalna, szczęśliwa, zadowolona, patrzyła na mnie życzliwie z tajemniczym uśmiechem. Jej oczy najwyraźniej mówiły mi, że doskonale rozumie moje zauroczenie jej wnuczką. Na moje pytanie: "kak pożywacie" odpowiedziała entuzjastycznie "charaszo". Kazała postawić walizkę w kącie pokoju i po raz drugi zaprosiła mnie na herbatkę z ciasteczkami. Nie odmówiłem, ale chyba po raz pierwszy w życiu z tak wielką przyjemnością rozmawiałem po rosyjsku. Byłem zadowolony z siebie ze znajomości rosyjskiego. Chociaż prawdę powiedziawszy, gdy po raz kolejny wyciągąłem rękę po ciastko, przypominała mi się nauczycielka od rosyjskiego, której nie lubiłem, której nikt w klasie nie lubił, którą traktowało się jak ogon diabła.

W mieszkaniu było małe zamieszanie, bo trafiłem na wyprowadzkę koleżanki, po której miałem otrzymać pokój. Gdy skończyłem herbatkę i zjadłem pół talerza ciastek, przez cały czas gorąco zachęcany przez babkę abym jadł jeszcze więcej, pocałowałem ją tak zamaszyście w rękę, z taką wdzięcznością, jakby uratowała mi życie. Raz jeszcze, podziękowałem i gotowy byłem do wyjścia.

W drzwiach Vicki (wnuczka babki) wraz ze swoją koleżanką mocowały się z dużą szafką. Bez namysłu pomogłem im ją wynieść i jeszcze pudełka z książkami, płytami, butami, przez cały czas myśląc, o Vicki jak o aniele w ciele kobiety i ktokolwiek by ją pocałował, na pewno musiałby umrzeć z dalszego pragnienia słodyczy jej ust, czyli musiałby przez cały czas je całować, aby nie umrzeć. To straszna metafora - pomyślałem sobie, upychając pudełka na tylnim siedzieniu samochodu, umrzeć z miłości.

Dziewczyny podziękowały mi za moją "ciężką"pracę puszką piwa, które piliśmy w kuchni na stojąco. Od słowa do słowa czułem się coraz bardziej zrelaksowany, coraz płynniej mówiłem po angielsku. Pomogła mi w tym koleżanka Vicki, rudowłosa Susan, którą od razu pokochałem za to, że się wyprowadza, za to, że prawie jej już nie ma, i za to, że właśnie w jej pokoju będę mieszkał. Czy mogłem czuć się szczęśliwszy? Chyba nie.

Susan, prawdziwie po amerykańsku raczyła, mnie komplementami, typu: "jesteś pierwszym Polakiem z jakim rozmawiamy, świetnie mówisz po angielsku, Polska jest teraz bohaterem, Solidarność to prawdziwa opatrzność boska, jesteś zdolnym człowiekiem, bo gdybym ja była w Polsce przez cztery miesiące, tak jak ty w San Francisco, na pewno nie mówiłabym tak dobrze po polsku jak ty po angielsku". Najwidoczniej dziewczyna musi czytac gazety i ogladac telewizje - pomyslalem.

Broniłem się przed jej komplementami jak tylko mogłem, ale jej uśmiech rozbrajał mnie. Tłumaczyłem, że ja właściwie po angielsku nie mówię, że wcale nie jestem zdolny, te kilka słów czy zdań, które dukam to nic takiego wielkiego na tyle godzin, które już w szkole przesiedziałem. Na to ona, że jestem, bo znam też rosyjski, a ona tylko zna angielski. To, że znam rosyjski to nic wielkiego bo wszyscy Polacy w kraju znają rosyjski, a Rosjanie to nasi bracia, ich język każdy żyjąc tam chce czy nie chce musi znać - wcale do niej nie przemawiało.

Mówię jej, że mój angielski jest straszny, mam tragiczny akcent, mówię bez składu i ładu. A ona twierdzi, że doskonale mnie rozumie. Mówię jej, że chociaż mieszkam w Ameryce już tyle tygodni ona jest pierwszą osobą, z którą tak dużo mówię po angielsku. A ona na to, że się cieszy z tego i jest jej przyjemnie. Mówię jej, że chociaż mieszkam w Ameryce, to i tak Polska jest we mnie, a ona na to - bardzo dobrze. Mówię jej, że nie mam z kim rozmawiać po angielsku, bo mieszkam z Polakami, a ona na to, że od jutra będę mieszkał z Amerykanami.

Susan, och ty słodka Susan! - myślę sobie, gdybym mógł, to bym cię zjadł razem z butami, za to, że taka jesteś; za to, że w tobie tyle słodyczy i zrozumienia mnie człowieka z kraju o którym myślałaś tak jak się myśli w Polsce o wyspach Hula Gula. Dziękuję ci za to, że nawet nie ustąpiłaś mi na pół centymetra, nawet na pół słowa. Na moje wszystkie wątpliwości mówiłaś "oákey" i dalej swoje.

Aby zakończyć dyskusję musiałem przyznać jej rację. Wbrew sobie, (nigdy wcześniej nie byłem tak bardzo przyparty do muru aby przyznać się, że wcale taki głupi nie jestem) przyznałem się wobec niej i Vicki, że jestem mądry. W Polsce nawet wobec rodziców nigdy nie byłoby mnie stać na taką odwagę. Jakie to straszne, gdy się mówi "jestem mądry", a przez całe życie człowiek musiał grać głupca albo idiotę, gdyż bycie mądrym uważano za coś dziwnego. "Jak to, jeśli on jest mądry, to my głupi" - myślano. Nie daj Boże, aby ktoś poczuł, że jest mądrym!

Susan, aby udowodnić mi, że naprawdę jestem mądry i muszę wierzyć w siebie, zaprosiła mnie na spotkanie, na Halloween party, czyli amerykańskie święto zaduszkowe. Zrobiła to tak stanowczo i nieoczekiwanie, że nawet nie pomyślałem o tym, aby bronić się jakąkolwiek odmową. Moja typowa reakcja to najpierw odmówić, a później zastanawiać się dlaczego odmówiłem. Cała masa kompleksów, sposób wychowania, środowisko, w którym dorastałem "dołowało" jak tylko mogło, aby czasem człowiek sam za siebie nie podjął jakiejś decyzji bez konsulatacji z innymi np. rodzicami, nauczycielami czy sekretarzem partii itd.

Dlaczego jednak miałbym odmawiać skoro los albo życie miało coś mi do zaoferowania? Nie mogłem udawać, że tego nie widzę, albo odwracać się plecami do kogoś, kto wyciąga do mnie rękę. Podziękowałem pięknie Susan, podałem rękę Vicki (z takim błogosławieństwem jakbym złapał pana Boga za nogę), zapisałem na serwetce adres domu, w którym ma być przyjęcie, numery autobusów, którymi muszę jechać i z lekkim sercem wyszedłem. Po drodze, na przystanku i w autobusie, trochę odetchnąłem po tym anielskim przeżyciu. Gdy minęły pierwsze emocje z zimną krwią obliczyłem, że podróż będzie kosztowała półtora dolara, plus jakaś butelka wina za trzy dolary, ale niech to diabli wezmą. Raz kozie śmierć, dla pięciu dolarów nie będę pokutował w domu. Odbiję sobie to na jedzeniu, tak się najem, aby wystarczyło mi na cały następny dzień. Jest to ważne dla kogoś takiego jak ja, kto raptem wydaje na jedzenie 11 dolarów na tydzień, czyli tyle, ile kosztuje butelka niedrogiego wina.

Pod wskazany adres dotarłem bez problemu. Mając numery autobusów i mapę San Francisco można z zamkniętymi oczami dojechać do dowolnego punktu miasta.

Dom, do którego mnie zaproszono, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Stał w rzędzie wielu innych domów, jakby przyklejony do zbocza góry, która wcale nie była już górą, ale zboczem rozdeptanym przez tysiące kół i nóg drobmomieszczan. Domy drewniane w stylu wiktoriańskim z ładnymi oknami, w których wisiały miliony kościotrupów, czaszek, nietoperzy. Nawet krzewy i drzewa przed domami były owinięte grubą pajęczyną. Na trawnikach nagrobki z napisami "Rest In Peace" - spoczywaj w pokoju.

Wszedłem do domu nawet nie pukając, bo drzwi były otwarte. Ludzi cała chałupa, przebierańcy w strojach kościotrupów, śmierci, wilkołaków, wampirów, ale byli też i tacy, co moim zdaniem pomylili Halloween z balem noworocznym i przyszli przebrani w kostiumy sylwestrowe. Jak to dobrze, że nauczyciel angielskiego wyjaśnił o co w tym przebieraniu chodzi, w przeciwnym razie mógłbym oszaleć.

Zrobiłem jeszcze kilka kroków i znalazłem się w kuchni przerobionej na grobowiec z trupimi czaszkami, w których paliły się świece. Na głównym stole, przy ścianie, stało dużo talerzy z typowo amerykańskim jedzeniem: chipsy, chrupki, sosy, sery, warzywa przeważnie krojone w kostkę, sporo wszelkiego rodzaju butelek z alkoholem; przeważnie piwo i wino. Szybkim ruchem postawiłem swoją, chowając ją w tłum innych.

Ludzi cały dom, a nie ma komu powiedzieć hi. Czuję się nieswojo, tym bardziej, że wszyscy w maskach, a ja nie. Głupia sprawa. Próbuję nie po twarzy - bo jej nie widzę - ale po nodze i ciele znaleść Susan lub Vicki, ale nie mam szans. Wszystkie nogi ładne, zgrabne i dokładnie nie wiadomo czy to chłopak czy dziewczyna. W duchu liczę na to, że któraś z dziewcząt sama się odezwie. Nikt mnie jednak nie zaczepia ani o nic nie pyta.

Na szczęście dla mnie kuchnia ma przedłużenie z czerwonych desek - pomost, na którym znajdują się trzy fotele ogrodowe i mały stół zastawiony talerzami z jedzeniem i piwem. Bez większego namysłu siadam w jednym z foteli, jedną ręką sięgam po chrupki, a drugą po piwo. Jestem sam, mogę zacząć ucztę. Piwo prosto z butelki wlewam w siebie z taką radością i przyjemnością jakbym dopiero co otrzymał jakieś międzynarodowe wyróżnienie i uznanie.

Nade mną gwiazdy, przede mną światła pięknego miasta, obok w zasięgu ręki czterech diabłów tańczy rock and rolla, a narzeczona Frankensteina pyta czy może się przysiąść. "Of course", ale bez wampirów, nie lubię facetów, którym krew ścieka z pysków. Oferuję jej szklankę wina, ale ona woli piwo, na dodatek ciekawa jest co to za akcent, którym mówię do niej.

Akcent słowiański, bo jestem Polakiem, mówię do niej, a ona dziwi się jak dziecko, ponieważ jak długo żyje żadnego Słowianina nie widziała, tym bardziej Polaka i jeszcze uprzejmniej zapytuje mnie, co tutaj robię. Próbuję odpowiadać jej najprościej jak tylko umiem, i przez moment wydawało mi się, że mnie rozumie, ale po chwili pyta mnie się gdzie jest Holland. Raz jeszcze próbuję wytłumaczyć jej, że nie jestem z Holland, tylko z Poland, ale do niej zupełnie to nie dociera. Wreszcie dochodzę do wniosku, że nie ma znaczenia czy jestem z Holland czy Poland, tym bardziej, że ona nie widzi żadnej różnicy pomiędzy tymi krajami, więc po diabła ja mam się męczyć i tłumaczyć jej skąd jestem.

Tłumaczę jej, że jestem znajomym Susan i Vicki, ale ona na to, że nie zna żadnej z nich. Mówię, że to one mnie tutaj zaprosiły, a tak w ogóle to jestem z Nowego Jorku, ale dzisiaj postanowiłem udawać kogoś innego - biednego emigranta, aby w ten sposób odgonić od siebie nieczyste duchy kapitalistyczne. Bardzo spodobała się jej moja odpowiedź, a mnie to, że ona wszystko zrozumiała.

Po chwili dołączyło do nas zmęczone diable oraz tygrysica w bardzo obcisłych białych kalesonach w złote plamki i cudownie dużych piersiach, które były jak dwa słoneczniki. Towarzystwo zadowolone z życia, śmieje się z problemów dnia codziennego, a może śmieje się z całego świata. Jeden z diabłów wyciąga zza pazuchy jakiegoś papierosa i ku mojemu zdziwieniu papieros wędruje w kółko, jak fajka pokoju. Ja też go palę, ale dym, zamiast wciągnać do płuc, wypuściłem, ponieważ zakrztusiłem się. Dostaję pierwszą lekcję palenia marihuany od diabła. Następna kolejka, palę już jak wszyscy. Delikatnie wciągam dym do płuc, delektuję się, trzymam go w płucach długo jak tylko potrafię, aby nie uronić żadnej, nawet najmniejszej części papierosowej mgiełki. Z tego co zauważyłem, niektóre diabły przeciągają się po zaciągnięciu, inne popijają piwem. Zanim się zorientowałem, że palę prawdziwą marihuane papieros się skończył. Była to przesławna marihuana, o której słyszałem w Pieszycach różne cuda, królowa nastroju, bogini błogości.

Nie ruszając się z fotela obserwuję ludzi. Jedni przychodzą tutaj inni odchodzą, konwersacje krótkie i grzecznościowe, coraz jakiś demon czy maszkara puszcza w kółko "grass - trawę", jak powszechnie nazywają marihuane. Jestem wewnętrznie rozbity tym wszystkim co się w ostatnich minutach wydarzyło i coraz trudniej jest mi zebrać myśli, głowa opada, ale jestem zadowolony z siebie. Częściej wybucham śmiechem, bo jak tu się nie śmiać, gdy pali się marihuanę, popija piwem i zagryza marchewką? Uczucie głódu i śmiechu coraz bardziej podbija mój umysł. Nie wytrzymałem, zerwałem się z fotela na równe nogi.

"Przepraszam - ryczę na całe gardło po angielsku - czy wy wszyscy w tym kraju jecie tylko marchewki i surowe kalafiory, pory i krojoną paprykę? Co wy jecie? Żyjecie jarzynką, a w Teksasie tyle krów do zjedzenia! Może wreszcie ktoś poczęstowałby mnie schabowym, golonką, czy tym waszym krwawym stekiem z czerwoną kapustą? W moim kraju jada się mięso, a befsztyk to niemal narodowa potrawa w waszym kraju." Zanim zakończyłem swoją myśl na werandę weszły trzy dziewczyny anielskiej urody, każda z nich niosła półmisek, na którym dymiły i pachniały wszystkie trzy potrawy wymienione przeze mnie, i z frytkami w kolorze żółtym z wielkimi kwaszonymi ogórkami. Mmm, palce lizać!

Ustawiły się w szeregu jak żołnierze na porannej zbiórce. Ubrane tylko w skąpe fartuszki koloru białego w czarne kwadraty, nic więcej na sobie nie miały. Musiałem dokonać wyboru, potrawy. Nie było łatwe, tym bardziej, że panienki zapewniały mnie, że osobiście przyrządziły swoje dania. Na dowód, że mówią prawdę, kazały mi wąchać je, więc zaciągałem się zapachem pieczonego mięska, głęboko aż po same płuca, aż slina wypływała mi z ust. Rozkoszowałem się tymi pysznościami a w żółądku grały mi kiszki symfonię tak piękne, że ledwo mogłem powstrzymać się przed rzuceniem się na talerze. Boże, jak tu stwierdzić, że warzywa są swieże i mięso dopiero zdjęte z ognia, kiedy jest się sto razy głodniejszym od najgłodniejszego człowieka jaki kiedykolwiek żył na świecie.

A dłonie panien czuć jeszcze przyprawami. Zapach koperku doprowadzał mnie do szału. Kawałek cielęciny w sosie koperkowym, kwaszone ogórki, ziemniaki przystroje koprem, chyba zwiariuję. Wąchałem potrawy i całowałem panienki po dłoniach wkładając sobie ich palce do ust. A one uśmiechały się czarująco i uprzejmie, błagając oczami abym wybrał właśnie tę potrawę, przy której się zatrzymam najdłużej. Wybrałem szaszłyki z jagnięcia, palce lizać. Kawałki mięsa nabite na szpadki na przemian z boczkiem, pieczarkami, suszonymi śliwkami, cebulą. Tak się też dziwnie złożyło, że dziewczyna serwująca to danie miała największy, najpiękniejszy biust. Od razu pomyślałem, o jej wspaniałych piersiach o smaku sultańskiego kremu z rodzynkami i kawałkami orzecha włoskiego. Dlatego wybrałem ją mając na myśli oczywiście deser. Dziewczyna miała na imię Vicki, ale to był zupełny przypadek.

"Wiwat" krzyknęli zebrani goście, gdy pożarłem szaszłyk niczym głodny lew, a zabrało mi to czasu tyle co policzenie do trzech. Następnie chcąc podziękować tak wspaniałej kucharce zaczęłem składać pierwsze pocałunki wdzięczności rozpoczynając oczywiście od dłoni. Jeden z diabłów, szalenie przystojny, najpierw podał mi serwetkę, bogatą w różne wzory i hafty abym obtarł sobie usta, a następnie dał mi fajkę z "trawą". Zaciągnąłem się, poczułem jak dym wypełnia mi płuca, przemieszcza się do brzucha, tam mile mnie łaskocze, po czym poczułem, że powoli unoszę się w powietrze. Chyba nawet przez ułamek sekundy przestraszyłem się, ale strach wyszedł ze mnie w tej samej sekundzie pomyślałem, że wcale się nie boję. Zanim odfrunąłem zdążyłem jeszcze zrobić dwie rzeczy: krzyknąłem "Vive la Pologne", zwracając się "Monsieur" do przystojnego diabła, który podał mi fajkę z trawą, a następnie ostatnim wysiłkiem pociągnąłem za sobą śliczną Vicki.

9 listopada 1982

Od tygodnia mieszkam u babki, którą niestety mało widuję i rozmawiam. Gdyż spędza ona cały dzień drzemiąc w wielkim rozkładanym fotelu przed telewizorem. Śpi jak suseł, chrapie jak niedźwiedź, a telewizor ryczy jak zraniony tygrys a na dodatek, babcia jest głucha jak pień. Czasem rano spotykamy się przy drzwiach łazienki. Wtedy po raz kolejny pyta się: "Jak ci się tutaj podoba, jak się czujesz?". Jest bardzo miła i cudownie się u niej mieszka. Zawsze odpowiadam, że wspaniale.

Z Vicki widuję się jeszcze rzadziej, bo nie ma jej całymi dniami w domu. Jada na mieście czy na uniwersyteckiej stołówce, w domu korzysta tylko z łóżka i łazienki. Mieszka tak jakby jej nie było, wraca późno a jeszcze później kładzie się spać. Nawet telefon do niej nie dzwoni. Ją też spotykam przy drzwiach łazienki. Na krótkie "hi" odpowiada "hi" i przyspiesza kroku, wyraźnie unikając dłuższej rozmowy. Wygląda na to, że każdy z nas musi żyć swoim w swoim świecie i nie przeszkadzać drugiemu.

Z panią Elą rozstałem się dość dramatycznie. Nie mogła uwierzyć, że komuś w jej mieszkaniu może się nie podobać, albo może być źle. Przecież według jej rozumowania drugiego takiego miejsca na świecie już nie ma i nigdzie nie może być lepiej. Posunęła się nawet do tego, że zaczęła mnie szantażować. Bez względu na wszystko wyprowadziłem się. Pani Ela straszyła, że więcej mnie nie przyjmie, żebym się zastanowił, dając do zrozumienia że Amerykanami nie wytrzymam. Po co jestem im tam potrzebny? Będą się na mnie wyżywać, nie znam angielskiego więc będą się ze mnie śmiać, poza tym jestem Polakiem dlatego powinienem trzymać się swoich.

Podobnie myśli o Amerykanach pani Krysia z organizacji. Gdy zadzwoniłem do niej, aby jej podziękować za tak wspaniałą pomoc, w pierwszej chwili myślała, że żartuję. Powiedziałem, nie żartuję naprawdę trafiłem w dobre miejsce i czuję się bardzo dobrze, wtedy ona zwętpiła. Ostrzegła mnie przed NIMI, abym uważał na czystość i nie zadawał się z NIMI, zbyt słabo znam ten kraj, zbyt słabo znam angielski, kulturę amerykańską, abym dobrze się u NICH czuł. Teraz dopiero zrozumiałem dlaczego była taka uprzejma kiedy do niej zadzwoniłem.

Pierwsze dwa dni po przeprowadzce spędziłem w łóżku, chory, z bólem głowy i brzucha. Postanowiłem zadzwonić do szkoły, do nauczyciela, aby przeprosić go za nieobecność związaną z przeprowadzką. W myślach szukałem jakiejś wymówki, usprawiedliwienia. Pan nauczyciel może i dobry, ale dla mnie ten poziom jest za niski, muszę poszukać czegoś innego, innej szkoły. Tylko nie wiem jak to zrobić dyplomatycznie. Długo myślałem i wymyśliłem...

Rezygnacja ze szkoły z powodu odległości. Że niby za daleko, że zbyt dużo czasu poświęcam na dojazdy, etc. Nauczyciel ze stoickim spokojem wysłuchał mnie i bez większego wysiłku (odniosłem wrażenie, że właśnie czekał na mój telefon) podał mi kilka telefonów i adresów szkół w mojej okolicy, życząc good luck. Ze zdziwieniem odczytałem adres szkoły mieszczącej się kilka ulic od mojego obecnego miejsca zamieszkania. Było to Jewish Community Center, organizacja, w której są bezpłatne lekcje angielskiego dla emigrantów z całego świata.

Jeszcze tego samego dnia pojechałem pod wskazany adres. Tam przemiła pani podała mi następny adres, pod który musiałem się zgłosić w celu załatwienia formalności, tj. przejścia egzaminu weryfikującego moją znajomość języka angielskiego i decydującego na jaki poziom będę mógł uczęszczać. John Adams Community College Center - to pełna nazwa firmy, która miała kilkanaście filii na terenie San Francisco Bay Area, a ceglany budynek collegu najzupełniej przypominał mi poniemiecką fabrykę włókienniczą w Pieszycach.

17 listopada 1982

Wszystkie formalności związane ze szkoła są już poza mną. Zdałem na 300 punktów, co oznacza, że pół programu języka angielskiego dla początkujących mam już za sobą. Szkoła, jest odległa od mojego miejsca zamieszkania dosłownie 10 minut spacerkiem. To, co kiedyś zabierało mi 3 godziny, teraz zajmuje 20 minut. Mam nadmiar czasu, który, jak mówią Amerykanie, "zabijam w parku". Po lekcjach chodzę do parku Golden Gate, wyszukuję jakieś ciekawe obiekty np. pomniki i staram się wyczytać wszystko, co jest na nich napisane. Wielu słów nie rozumiem, więc zapisuję je na kartce, a w domu, ze słownikiem, próbuję rozszyfrować ich znaczenie. Jesień w San Francisco to istny popis przyrody. Nawet nie chce porównywać jej do czegokolwiek, ponieważ za mało wiem o kolorach i kwiatach, krzewach i drzewach. Brakuje mi słów - jest tak piękna i przebogata w kolory, nie mówiąc o porannej mgle, która rozwiesza krople wody na gałęziach drzew.

Pomników jest wiele, począwszy od wielkich poetów niemieckich: Goethego, Schillera, a skończywszy na irlandzkich rewolucjonistach. Są też pomniki hiszpańskich zdobywców Zachodu Ameryki. Najbardziej podoba mi się pomnik Cervantesa i jego dwóch wiecznie żywych bohaterów: Don Kichota i Sancho Pansy, którzy klęczą u stóp cokołu, na którym jest umieszczone popiersie pisarza wykute w brązie. Z lewej i prawej strony rosną dzikie kaktusy a tylnią ścianę tworzy wielki pień drzewa eukaliptusowego. Są też wolno rosnące palmy, wśród których stoją odlane w brązie dwa lwy. Po przeciwnej stronie ulicy jest duża postać w brązie Padre Junipero Serra, księdza katolickiego, który zasłynął z nawracania Indian na wiarę chrześcijańską nie tylko przy pomocy Biblii, ale i miecza. Junipero Serra dźwiga wielki krzyż, pochyla się pod jego ciężarem, ale ze wzrokiem utkwionym w niebie.

Dzielnica Richmont, w której mieszkam, jest dzielnicą rosyjską, która powoli ale systematycznie przekształca się w dzielnicę azjatycką. Wietnamczycy i Koreańczycy stanowią tu zdecydowaną większość. Przybysze z Hong-Kongu, Tajwanu, Laosu są coraz częściej właścicielami rosyjskich domów. Mieszkało tutaj także wielu rosyjskich Żydów, których los rzucił do San Francisco. Stare pokolenie odeszło na łono Abrahama, młode wyprowadza się do lepszych, bogatszych, bardziej prestiżowych dzielnic.

W samej dzielnicy znajduje się kilka kościołów, synagog, a na bulwarze Geary na wysokości 32 ulicy znajduje się przepiękna rosyjska cerkiew o wielkich złotych kopułach, którą widać nawet z daleka, bo jest taka duża. W najpiękniejszej części tej dzielnicy, tuż przy Parku Presidio, który mieści się przy zbiegu ulic California i Arguaello, znajduje się najpiękniejsza synagoga jaką w swoim życiu widziałem, tak wielka, że sprawia wrażenie zespołu kilku budynków połączonych ze sobą krużgankiem. Udało mi się zajrzeć do jej środka przez małe okienko w drzwiach, gdy wracałem ze spaceru z parku, w którym przyglądam się grającym w golfa. Wewnątrz synagoga podobna była do wnętrza kościoła katolickiego.

Jewish Community Center, do którego chodzę na lekcje angielskiego mieści się przy ulicy 14-tej i Arguaello. Jest to mały budynek, w którym znajduje się kilka klas. Obok niego znajduje się jakaś żydowska szkoła dla dzieci, które każdego poranka są przywożone samochodami przez swych rodziców.

Uczniami mojej szkoły są byli mieszkańcy ZSRR, przeważnie żydowskiego pochodzenia, ludzie w średnim wieku, którzy przybyli do San Francisco różnymi drogami, przeważnie przez Austrię, Włochy albo Izrael, a którzy w Rosji całymi latami czekali na paszporty. Zdecydowana większość z nich ma tutaj rodziny. Bawią swoje wnuki już tutaj urodzone, rozkoszują się amerykańską wolnością. W mojej klasie jestem najmłodszy. Zaraz po mnie jest Rosjanka z Leningradu, która wyszła za mąż za amerykańskiego Żyda, którego dziadkowie na początku tego wieku przybyli do Ameryki. Nadia (moja nowa koleżanka) czekała ponad siedem lat na emigrację do męża, z którym wzięła ślub osiem lat temu. Dopiero od pół roku są razem, szczęśliwi gruchają jak dwa ptaszki. Wszystkie te wiadomości o klasowych przyjaciołach wiem z lekcji angielskiego, na których każdy z nas przez dziesięć minut opowiadał o swojej drodze do Ameryki, o sobie, o tym co zamierza tutaj robić.

20 listopada 1982

Nawet nie zauważyłem jak minął rok od mojego wyjazdu z Pieszyc. Jeden rok, tylko jeden rok, przeszedł po mnie z siłą walca drogowego, który nie wyrównał, ale przeciwnie pofałdował moją psychikę wprowadzając wiele istotnych zmian w moim życiu! Tyle zobaczyłem wymarzonego Zachodu na ile mogłem sobie pozwolić. Prawie nie byłem w muzeach, operach, kinach, na koncertach. Nie byłem aktywny w życiu, które faktycznie minęło, kalendarz tego jest niezbitym dowodem, ale z dużym wahaniem mógłbym powiedzieć; tak żyłem, oddychałem pełną piersią tak jakbym sobie tego życzył. Nic też nie stworzyłem, ani nie pracowałem, nie zarobiłem ani nie pisałem wierszy. Napisałem może trzy wiersze, ale dzisiaj nawet nie wiem dokładnie, gdzie je schowałem.

Byłem świadkiem rodzących się na moich oczach miłości i tragedii ludzkich, rozsypujących się małżeństw, zdrad, nawet otarłem się o samobójczy akt rozpaczy Magistra. Sam rozpatrywałem problem: wracać do ojczyzny, do ukochanej, czy nie. Poznałem wielu ludzi, ich prywatne filozofie ludzi pragnących za wszelką cenę suksesu, szczęścia, dolarów.

Oczywiście w Pieszycach było, jeśli nie tak samo, to na pewno podobnie, ale tamtejsze życie nie robiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak tutaj. Był taki okres, że za wszelką cenę chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o Pieszycach, przeszłości historycznej miasteczka, tzw. kto je założył, jak się nazywał, kim byli ludzie mieszkający tu od stuleci, z czego żyli? Sama historia pieszyckiego zamku była wspaniała, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć do jakiś konkretnych informacji. Prawdę mówiąc dopiero w wojsku miałem okazję spotkać mieszkańców innych regionów Polski: Ślązaków i Wielkopolan, ludzi z Opola i Olsztyna, ale wtedy myślałem o nich jako o całości, jedności mentalnej, kulturowej, psychicznej nie tylko państwowej. Teraz im dłużej mieszkam w San Francisco bardziej brakuje mi mojej tożsamości, brakuje korzeni do których mógłbym się odwołać. Dla mnie samego, dla nikogo więcej, jest to bardzo potrzebne. Świadomość tego, że jestem człowiekiem znikąd jak robak drąży mój wewnętrzny spokój.

Gdybym mógł wrócić do Pieszyc na kilka chwil to bardzo by mi to psychicznie pomogło, poczułbym się lepiej. Naładowałbym swoje akumulatory życia energią, której teraz tak bardzo mi brakuje. Ta mała dziura - Pieszyce, gdzie diabeł nie chciałby nawet nocować; ta żelazna kula u mojej nogi, w ostatnich godzinach urosła do rangi i wielkości słońca, które ogrzewa mnie i wskazuje jasno drogę, którą powinieniem kroczyć.

Teraz też w całym tym amerykańskim kosmosie ludzkich ras i narodowości dowiedziałem się co to znaczy być Polakiem. Co to jest Polska? Co to jest patriotyzm? Co to znaczy mieć korzenie? Może jeszcze nie na tyle aby każde z tych słów definiować lub zastanawiać się nad pojęciem patriotyzmu w sytuacji gdzie każdy dwoi się i troi aby jak najwięcej zarobić. Wydaje mi się, że wszystko jest jeszcze przede mną, że jeszcze niejeden raz będę się nad tym zastanawiał. Rozterki i niepokój będą towarzyszyły wielu dniom mojego życia na emigracji.

Będąc u podnóża gór Sowich, żyjąc sobie jak u pana Boga za piecem, człowiek nie zdawał sobie sprawy jaki jest szczęśliwy, ile problemów codziennego życia i świata omija go. Mała stabilizacja komunistyczna, wewnętrznie uporządkowany świat, wewnętrzny spokój, pomimo wielkiego ciśnienia społecznego a przede wszystkim nieświadomość tego co naprawdę się wokół działo - stwarzało poczucie bezpieczeństwa.

Nawet jeśli wiadomości ze świata dochodziły to i tak człowiek miał wrażenie, że całe to zło cywilizacyjne jest tak daleko, że dłużej niż kilka sekund nie warto się na tym zastanawiać. Prowincja, co to za słodycz lenistwa i szczęścia, oglądania świata na zwolnionych obrotach. W sumie - cóż mogło by mnie tam interesować poza własnym zdrowiem i sprawami dziejącymi się tuż przed moim nosem.

Tam, w Pieszycach, czas wraz ze swoimi wskazówkami na kształt nożyc wycinął sekundę po sekundzie z mojego życia. Dzień, godzina, sekunda, w której wyjechałem, na zawsze odcięła mnie od tego, co tam przeżyłem. Zrozumiałem dopiero teraz, że ten malutki skrawek ziemi zwany Pieszycami jest punktem wyjścia i oparcia na resztę mojego życia, nawet gbym już nigdy do niego nie powrócił. Ta odrobina czasu, jaki tam spędziłem, z każdą sekundą przeradza się w wieczność.

Teraz mogę być tylko narratorem własnego przeszłego życia. To, co tam minęło, teraz będzie dla mnie, emigranta utrwalone w pamięci na wieki. Tam zawsze będę miał 24 lata, kochał się w rudowłosej Halinie, jadł czereśnie, rozmawiał z rodzicami, rozmyślał nad sensem życia w kraju i systemie, który z normalnego obywatela robił dziada na tyle szczśśliwego dziada, że ów dziad nie zdawał sobie sprawy, że jest dziadem, dlatego się tak mocno nie cierpiało jak ja tutaj.

Z okresu dzieciństwa zapamiętałem takie oto zdarzenie: w szkole numer 1, im. T. Kościuszki, na ulicy A. Mickiewicza, na pierwszym piętrze, pani od geografii, przy powieszonej mapie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, rozpoczęła lekcje w następujący sposób: "Ameryka to piękny kraj, ale tam kapitaliści mają robotników za nic. Czy któreś z was dzieci" - zapytała się pani - chciałoby mieszkać w Ameryce? Nikt z uczniów nie podniósł ręki.

"Oczywiście, macie rację" - po chwili odezwała się pani, rozglądając się po klasie. - "Dla was tam nie byłoby miejsca, bo wszystkie jesteście dziećmi robotników i chłopów. Tam zamiast chodzić do szkoły bylybyście na ulicy, głodne szłybyście spać. Dzisiaj, nawet w takiej mieścinie jak Pieszyce, możecie korzystać ze zwycięstwa socjalizmu. Ustrój zapewnia wam mapę Ameryki w szkole i nauczycielkę, a waszym rodzicom pracę. Gdyby nie komunizm, wiele z was nigdy nie nauczyłoby się pisać ani czytać, nawet nie wiedziałoby gdzie jest taki kraj jak Ameryka - wróg naszego państwa i narodu."

Nie myślę aby któreś z dzieci traktowało poważnie to, co pani mówiła, ponieważ Ameryka zawsze kojarzyła się nam z gumą do żucia i z podobizną Kaczora Donalda. Mając dziesięc lat już wiedzieliśmy, że Ameryka to kraj dobrobytu i nie wiadomo skąd i jak, ale mit Ameryki już funkcjonował w naszym, dopiero co rozpoczętym życiu.

27 listopada 1982