
W dniu 1-go kwietnia 1942 r. stopy nasze dotknęły gościnnej ziemi irańskiej w porcie Pahlevi. Zeszliśmy z sowieckiego statku, który wraz z wojskami 10-ej Dywizji armii Gen. Władysława Andersa ewakuował nas z nieludzkiej ziemi ZSRR, płynąc poprzez morze Kaspijskie do Iranu. Z pomocą żołnierzy znieśliśmy na noszach brata mego Janusza, ciężko chorego, bliskiego śmierci i ułożyliśmy go na nadmorskim piasku.
Niewielu było wśród nas takich, którzy nie zostawili w Rosji bliskich żywych i umarłych. Nasza rodzina uratowała się w całości: rodzice, brat i ja. Ojciec, były więzień Kozielska (ZSRR), był wówczas oficerem 10-ej Dywizji, lecz w tym momencie był zatroskanym i zrozpaczonym ojcem szukającym pomocy dla umierającego dziecka. Wkrótce nadszedł doktór wojskowy wraz z pielęgniarką i troskliwie zaczęli ratować chorego. Małą nam doktór dał nadzieję, ale energiczna w takich wypadkach Mama dokonywała cudów.
Żołnierze prostowali zdrętwiałe nogi. Trzy dni spędzili siedząc w "kucki" na pokładach statku tak przeładowanego, że nie było można nóg wyprostować Widocznie ładunek przekroczył granice wytrzymałości, bo w połowie drogi okręt osiadł na mieliźnie. Oprócz podejrzanie wyglądających i woniejących wędzonych śledzi, nie było ani żywności, ani wody do picia. Czekaliśmy wiele godzin, aż przypłynął inny statek, na który nas przeładowano i tym następnym dopiero dopłynęliśmy do celu. Janusz który był rekonwalescentem po ciężko przebytym tyfusie plamistym nie wytrzymał tej podróży i zachorował na krwawą dyzenterię. Dokoła na plaży rozpięto namioty. Tu mieliśmy czasowo zamieszkać. Wzdłuż plaży biegali mali chłopcy perscy z koszami pełnymi gotowanych jaj, wołając po rosyjsku "waronnyje jaja", co w ich ustach brzmiało "wronie jaja".-"Wronie jaja?- pytali żołnierze - takie duże"? -Każdy zapragnął zjeść jajo i ostatnie ruble poszły na ten zakup. Co za wspaniałe jaja i kupić było można "skolko ugodno".! Tak nas powitał wolny świat.
Wojsko powoli odjeżdżało do Iraku, Tata zaś musiał jechać do Teheranu, gdzie dostał przydział jako szef sztabu bazy Armii Polskiej w Teheranie. Zostawił nas w pokoiku wynajętym w perskim domu na czas potrzebny, aby Janusz wyzdrowiał. Ten sam kochany lekarz przychodził codziennie wraz z pielęgniarką Krysią. Wlewaliśmy w Janusza wywary ze skórki granatów, które doradzała pielęgniarka Krysia, twierdząc, że zawierają taninę. Mama czuwała nad nim dzień. i noc. Po kilku tygodniach Janusz przyszedł do zdrowia na tyle, że można go było przetransportować do Teheranu. Tato przyjechał i małym autobusem perskim wyruszyliśmy w podróż przez przepaściste, urwiste góry północnego Iranu. Droga była wąziutka i bardzo kręta. Szofer cały czas śpiewał głośno perskie pieśni, chyba dla dodania sobie animuszu.
Nocowaliśmy w Kazwinie, gdzie w tym czasie znajdowała się baza przeładunkowa amerykańsko- rosyjska. Tu Amerykanie dostarczali Rosji broń, amunicję i inne produkty. W kilka miesięcy później, gdy poznałam w świetlicy P.C.K. w Teheranie amerykańskiego żołnierza, członka ekipy transportowej, ów opowiedział mi, że raz Amerykanie nie wytrzymali nerwowo, i pobili Rosjan w Kazwinie. Pokazywał mi metalową kulę na mocnej sprężynie, która działała jak proca. Nosił ją w kieszeni na "Russians".
Przybyliśmy do Teheranu, miasta jak z bajek Szeherezady. Ulice błyszczące asfaltem, oświetlone wystawy sklepowe pełne cudów. Po ulicach spacerowały szczupłe i dobrze ubrane Persjanki, oficerowie przy szabli w opiętych oliwkowych mundurach, ale również widziało się sporo bardzo wynędzniałych żebraków. Tata miał już wynajęte dwa pokoje w pensjonacie, do których zajechaliśmy niczym do pałacu. Obok pensjonatu była cukiernia, do której chodziłam teraz codziennie kupować duże pudła ciastek. Przez pierwsze kilka dni jedliśmy te ciastka w ogromnych ilościach. Kupiłyśmy z Mamą pantofle- co za radość!. Janusz powoli powracał do sił.
Baza Polskiej Armii mieściła się w dużej, eleganckiej rezydencji prywatnej, otoczonej ogrodem. Było tam kasyno dla personelu bazy i czasami chodziliśmy z Januszem na obiad w towarzystwie ojca. Jednym z pracowników bazy był młody oficer zatrudniony w służbie wywiadu. Pewnego dnia poprosił Janusza i mnie o napisanie szczegółowych, jak tylko można, raportów z naszego pobytu na Syberii. Zgodziliśmy się naturalnie i zasiedliśmy do pisania. Zapisaliśmy ręcznie wiele arkuszy, które po skończeniu wręczyliśmy oficerowi.
Od tego czasu minęło 60 lat. Muszę przyznać, że nigdy nie zainteresował mnie los tych zapisków. Nie tak dawno, tu w Kalifornii, gdzie mieszkam od ponad 40-tu lat, mój miły znajomy John Foley, spędzający swój wolny od pracy czas na szperaniu w internecie, przeniósł się z Los Angeles do północnej Kalifornii. Przysłał mi wiadomość znalezioną w internecie, o 20 tysiącach raportów napisanych przez Polaków ocalałych z Rosji, a które po wojnie wraz z wszelkimi dokumentami armii Gen W. Andersa złożone zostały w archiwach amerykańskiego uniwersytetu w Stanford, w sekcji pod nazwą Hoover Collection. Przypomniały mi się nasze raporty pisane w Teheranie i. powiadomiłam o nich John'a, on zaś z własnej inicjatywy wydostał je przy pomocy uprzejmej i uczynnej pani, Ireny Czernichowskiej pracującej w archiwum, która przesłała mi kopie rękopisów.
Raporty te przepisane na komputerze załączam poniżej. Są to kopie zgodne z rękopisami, bez żadnych zmian, dodatków, poprawek lub skrótów. Nie można ich traktować jako utwory literackie. Są one pisane przez młodzież, która przeżyła ogromny wstrząs psychiczny i wielki wysiłek fizyczny, aby ratować życie. Ich wartość pisarska polega na autentyczności wrażeń i szczerości ujęcia tematów okrutnych i przerażających.. Są one dokumentem dziejów 20-go wieku.. Ponieważ oba raporty opisują te same wydarzenia, czytelnik znajdzie w nich repetycje. W całości jednak jest to fuga na dwa głosy. Chociaż wspólny jest temat, każdy głos ma swoją własną melodię i zabarwienie.
Jak wspomniałam powyżej, podobnych raportów znajduje się w Stanfordzie około 20-tu tysięcy. Przeleżały sześćdziesiąt lat zapomniane, a może tendencyjnie ukryte, by nie kompromitować sławnych politykow, tych którzy przypieczętowali losy milionów ludzi. Może teraz, w wolnej Polsce, młodych historyków zainteresują dzieje ich braci ze wschodnich rubieży.
Odnalezienie tych dokumentów było dla mnie silnym i niecodziennym przeżyciem. Przez lata, posiadając normalny instynkt samozachowawczy, unikałam tych wspomnień. Niestety mój brat Janusz Eichler nie dożył tej chwili, abyśmy mogli podzielić nasze myśli. Zmarł 24 sierpnia 2002r. w Buenos Aires w Argentynie. Pochowany jest na miejscowym cmentarzu w Chacarita. Był znanym i cenionym artystą malarzem w Południowej Ameryce.
Kończąc moją przedmowę pragnę złożyć serdeczne podziękowania memu miłemu irlandzkiemu przyjacielowi, John'owi Foley, oraz kochanej pani Irenie Czernichowskiej, bez pomocy których, zapiski te nie ujrzałyby nigdy światła dziennego.
Krystyna Eichler
Pisane w Woodland Hills, Kalifornia, kwiecień 2003
Jerzy Krzysztoń,
Krzyż Południa
Przeszli przez Morze Kaspijskie, Morze Czerwone, do ziemi perskiej. "O, Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń..." Rzesza pielgrzymów zaległa wybrzeże, gorące piaski dnia, zimne piaski nocy. Nad koczowiskiem, rojem szałasów z żółtawych mat, snuły się dymy spod kotłów, wieczorem zaś wznosiła się błagalna pieśń, zwana modlitwą tułaczy. Za sobą mieli morze, przed sobą - wydmy porośnięte piołunem, a dalej zarysy nie znanych gór, nad sobą - wysokie niebo, pełne pogody, skąd spoglądało na nich niewidzialne oko Opatrzności. Dniem prażyło ich słońce, nocą chłód ciągnął od morza i księżyca. Wstąpili w krainę zamierzchłych dziejów, zapomnianych tajemnic.
Wszak była to ziemia Ormuzda i Arymana, boga światła i boga ciemności, lecz mało kto o tym pamiętał, gdyż całe wieki temu wywłaszczył tych bogów i przegnał ich z własnej ziemi fanatyczny miecz mahometan. Do dziś zwycięstwo islamu obwieszczał muezin z minaretów małego meczetu, zwołując wiernych na modlitwę, w nie bardzo podłym mieście Pahlawi, w pobliżu którego koczowali, i wcale się nie trwożył, gdy o brzasku znad krawędzi morza wznosił się krąg słońca, znak Ormuzda, znak Ahura Mazdy, jak zwali go starożytni Persowie.. Tymczasem pozostali tu obaj, Ormuzd Aryman, gdyż wyznawców można przepędzić, lecz nie można przepędzić żywiołów, o czym zdali się zapomnieć czciciele Mahometa. Przeto ktokolwiek znalazł się na tej ziemi, wpośród koczującej rzeszy, powinien się trwożyć, kto jego losem zawładnie - bóg światła czy bóg ciemności? Powinien przeczuwać, że nie samo dobro go tu czeka - "Humata, huchta, hwareszta", dobre myśli, dobre słowa, dobre uczynki. Ponieważ wciąż tu czyha, w głębi wydm pachnących piołunem, w głębi nieba i morza, bóg zła i ciemności. Tymczasem z taką radością, w takim uniesieniu weszli na tę ziemię pełną cudownych obietnic, śpiewając po swojemu: "Może nie wszyscy, ale dojdziemy, może nie Wszyscy, jak zechce Bóg..." A nikomu się nie śniło, że jest to ziemia groźna, jak mało która na świecie. Nad każdą ziemią wisi przekleństwo, ale ta jest przeklęta w trójnasób.Niegdyś był to ogród róż, nad którym unosił się święty duch Zaratusztry, Syna Gwiazd, pełen mądrości i miłosierdzia. Nikt już tak cudownie i tak prosto nie powiedział człowiekowi, jaka jest droga jego żywota, jak powinien żyć. "Humata, huchta, hwareszta". Tego świętego nakazu strzegli zoroastrianie, strzegli magowie, kapłani ognia, powierzając światu dobre myśli, dobre słowa i dobre uczynki. Świat miał szansę rzeczywiście przeistoczyć się, gdyby z tego skorzystał. Albowiem była to najpiękniejsza religia, jaka kiedykolwiek powstała, taką ufność pokładała w człowieku - i to ją właśnie zgubiło. Jak wszystko, co dobre, źle się w dziejach kończy, kwitła wieki całe, ale po wiekach - na dowód, że człowiek pozostanie barbarzyńcą - narodził się Prorok, wizjoner siódmego nieba, poeta i zabijaka z kindżałem w ręce, nie żywił złudzeń co do zaborczych instynktów człowieka, wiedział, jak im dogodzić i na tym łez padole, i na łonie Allacha. Więc uświęcił żądzę władzy i żądzę posiadania, własny interes, wyniósł go tak wysoko, że zbrodnia przestała być zbrodnią, zamieniając się w cnotę, dżihadzę, świętą wojnę, którą wydał wszystkim niewiernym, całej reszcie świata. Magowie Zaratusztry osłupiałym wzrokiem musieli patrzeć na taki szaleńczy proceder, taką bezwzględność, egzekwowaną w imię Boga. Na ich oczach gasła natura miłosierdzia, Bóg w człowieku umierał. Święty ogień, ufna religia starożytnych Persów została zadeptana przez mahometan, bez nadmiernego rozlewu krwi uduszona przez poborców podatkowych, terror fiskalny posłużył jako dodatkowy oręż do nawrócenia na wiarę Proroka. Wyznawca Alego, potomek Trzeciego Imama Husseina, zasiadł na nieśmiertelnym koniu Dariusza i to był koniec staroperskiej potęgi i chwały, rozparł się w siodle i siedzi w nim po dziś dzień.
Więc zgasł święty ogień i próżno dziś szukać popiołów. Próżno szukać krainy zieleni i ogrodów róż. Albowiem wówczas, gdy umarła religia ufności, odmieniło się słońce Ormuzda. Tego właśnie nikt się nie spodziewał. Błogosławione słońce, które wielbił Syn Gwiazd, wzięło odwet za zagładę oczyszczającej, miłosierne] wiary, okazało się tak zawzięte i niełaskawe, że biedną krainę wyprażyło do białości, na kośc. I tam, gdzie kwitły róże, zostały suche badyle. Wyschły rzeki, zieleń pochłonęły piaski. Na zachłannych pustyniach kępki zżółkłych traw przetrwały Allachowi na pociechę. Przetrwała ziemia ruin i grobów, które wołają do nas przez wieki. Zagubiony wśród piasków grobowiec Cyrusa Wielkiego, z nieprawdopodobną inskrypcją: "Byłem przyjacielem moich wrogów"... Sterczące w mroku zaczątki wieży, gdzie magowie z zasłoną na ustach, aby nie skazić go swoim oddechem, podtrzymywali święty ogień, z którego poczęło się wszystko, co istnieje, ziemia i niebo, wszelkie żywioły... Smagane wiatrem Persepolis, którym Dariusz pragnął zadziwić świat, szalone rumowisko, z wizerunkami "Nieśmiertelnych", idących znikąd donikąd... I słowa "Awesty" złotą głoską w świętej księdze wypisane na szyderstwo losu: "Każdy z was powinien wybrać własną wiarę dla siebłe"... Któż dziś słowa te pamięta pod perskim niebem? Został na nim sęp, nie ma Syna Gwiazd. Sęp, jedyna żywa istota nad padliną Cyrusa, magów, Persepolis i "Awesty"... A to takie piękne niebo, granat szczery jak rozpacz. Zawładnął nim bóg ciemności, ale czy zawładnął na zawsze, to się dopiero okaże. Albowiem walka Ormuzda z Ary-manem ma trwać dziewięć tysięcy lat, więc są jeszcze pewne nadzieje. Może człowiek przestanie zaprzeczać samemu sobie, wstydzić się samego siebie i ofiaruje światu dobre myśli, słowa i uczynki, jak tego pragnął Zaratusztra, Syn Gwiazd. Albo też wszystko jest równie daremne i tak rozpaczliwe, jak "zemsta Kserksesa - pozostanie nam z bezsilności wychłostać morze.
Od wydm nadkaspijskich wieczorny wiatr niósł zapach piołunu. Pomyśleć, że było stąd już blisko do kolebki - w objęciu wielkich rzek, Tygrysu i Eufratu. Blisko do Sumerów, Babilończyków i Asyryjezyków. Do praeposu o człowieku poszukującym nieśmiertelności, znanym pod imieniem Gilgamesza, Do wielu mitów, którymi żywiła się Biblia, a za jej przyczyną cały świat. Więc może nic nie umarło, choć piasek przysypał Sumerów i Asyryjezyków, magów i cien Zaratusztiy. Może w tej jałowej ziemi nie tkwi przekleństwo, lecz błogosławieństwo życia, które człowiek kiedyś odkopie, odnajdzie i zrozumie. Bóg jest we wszystkim, a więc i w człowieku. "I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie" - jako rzecze poeta, syn polskich gwiazd. Nieśmiertelny Panie, "chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi".
W szałasach polscy pielgrzymi śpiewali swoje święte pieśni, zanim wyruszą i pójdą przez ziemię magów. Przejdą tamtędy nie bez śladu, niejeden zostawi tam twoje kości. Pogrzebane po bożemu, jak należy, po naszemu, po chrześcijańsku. I one tam są, próchnieją w przyszłym zapomnieniu. W tym kraju dawno już nie wystawia się zwłok sępom na pożarcie. Ale one tam są, krążą nad nami żywymi i umarłymi. Krążą nad całym koczowiskiem, nie opodal portu Pahlawi. A śmierdzą naftą i padliną. Pod wydmami dogasał wielki ogień. Wieczorem pielgrzymi podpalili na piasku górę śmieci. Nadbiegł wiatr I rozniecił się ogień ku czci tego, co dobre i złe, czyli tego, co ich czeka w dniach, które przyjdą. Stary, dobry bóg Ormuzd powinien być zadowolony, że uczynili zadość czystości i świętości ziemi, uczciwszy go przy tym ogniem oczyszczenia. Spalili swoje grzechy, nie zdając sobie sprawy, że niezależnie z czego wykwitając, ogień ma świętą moc. Jeszcze snuł się kwaśny dym, a stos popiołów dogasał jak uśmiech Ormuzda, Pana Mądrego. I wkrótce oczyszczeni pogrążą się w sen ziemi perskiej.
17-go września, 1939 r. Stołpce - Początek wędrówki.
Obudziło mnie wolanie i tupot na schodach. Ktoś biegł i wołał: - "telefon... ważny telefon!"- Potem ruch w odległym sypialnym pokoju ojca. Przetarłem zaspane oczy i spojrzałem na zegarek. Była piąta rano. Do uszu moich doszło wołanie Mamy. Na razie nie słyszałem wyraźnie słów. Po chwili Mama wbiegła do mojego pokoju. -"ubieraj się , bolszewicy są pod miastem". Dziwne to były słowa, które chyba na zawsze utkwiły w mej pamięci.Tymczasem w domu wrzało jak w ulu. Kiedy wybiegłem z pokoju przekonałem się o całej grozie naszego położenia. Służba w zamieszaniu pakowała co było pod ręką.. Ojciec już pobiegł do starostwa wydać ostatnie zlecenia. Dom jak gdyby płonął. Tak było w całym mieście. Gdy wsłuchałem się w odgłosy z ulicy, usłyszałem już wyraźnie strzały karabinów maszynowych. Ktoś zawołał - "są już na dworcu!". Zawyła syrena. Najwyższy czas aby wyjeżdżać. Auto pod zajazdem. Ojciec nagli do wsiadania. Każdy coś niesie w ręku. Weranda wejściowa zastawiona walizkami. Po co te pakunki? Przecież do auta zmieści się tylko kilka osób, bez rzeczy. - I tak się stało, nawet nie wiedzieliśmy co mamy przy sobie. Auto ruszyło, Mama wychyliła sie przez okienko i zawołała do pokojówki: -"Zakopać kandelabry, cenne rzeczy schować!"... byliśmy już za bramą.
Przejeżdżamy przez zaniepokojone ulice. Szeroki trakt, wysadzony brzozami otworzył nam drogę do ucieczki. Obraliśmy kierunek na puszczę Nalibocką, Oszmianę i Wilno. Droga ciężka, wyboista i bardzo utrudniająca pośpiech. Zaczęła się puszcza. Zorientowaliśmy się, że jedziemy bez mapy. Postanowiliśmy wstąpić do księdza prałata, mieszkańca puszczy, by poprosić go o mapę. Skręciliśmy w las do plebanii. Ojciec szybkim krokiem udał się do księdza, który wyszedł na ganek. On nie uciekał, - "co zrobią moi?" - powiedział i pożegnał nas smutnym uśmiechem. Jedziemy dalej, aby szybciej do Oszmiany.
Widocznie bolszewicy szybko idą naprzód, bo słychać ciągle dalekie strzały za nami. Oszmianę już widać, pierwsza ulica, druga ulica, zakręt, .. i jesteśmy w starostwie.. Tu pakują ostatnie walizki. Na placu za budynkiem płonie wielki stos papierów. Starosta już wyjechał, policja już wsiada do aut. Dostaliśmy jeszcze trochę benzyny. Zaczynamy wychodzić z auta , bo nogi bardzo zdrętwiały. Mamy ochotę napić się herbaty, ale gdzież! Już wyje syrena. Wszyscy naglą do drogi - "Wsiadać, miasto ostrzeliwują, już są na przedmieściu"! Dajemy gazu. Oszmiańscy Zydzi juz zdazyli zebrac czerwone kwiaty i przypiac do klap czerwony kolor. Oszmiana! - wstretne wspomnienie... Jedziemy dalej. Na szosie sznur samochodów, wozów i pieszych. Wszyscy do Wilna...
Dochodzi godzina dwunasta. Wjeżdżamy do miasta. Tu też rozgorączkowane ulice, ale spokojniejsze i cichsze. Ozwały się dzwony na wieżach kościołów. W Ostrej Bramie pod którą przejeżdżamy, dzwonią dzwoneczki. Podniesienie. Całe mrowie wiernych klęczy na ulicy. Matka Ostrobramska spokojnie spogląda ze swej wysokości .W serca wstąpiła otucha. Jedziemy do Województwa. Przed gmachem sznury samochodów. Wszyscy mają zamiar jechać na Łotwę. Decydujemy się. Wstępujemy do naszych bliskich znajomych na ulicę Zygmuntowską. Tam też taki straszny ruch.. Nareszcie trochę ogarnęliśmy się i dali nam coś zjeść. Położenie okropne. Siedzimy w płaszczach w salonie. Co robić dalej?
Droga na Łotwę odcięta. Wszyscy do obrony Wilna! Legion się tworzy. Wszyscy jadą na Litwę. Boże jesteśmy bezsilni i otoczeni.
Ojciec poszedł do Legionu, będą bronić naszego Wilna, ale przecież nas jest taka garstka - jedno zabarykadowane miasto! Wilno kipi, uchodźców tysiące. Jedzenia brak, jak zwykle w takich wypadkach. Na ulicach tłok, pełno wojska. Sznury aut jadą w stronę granicy litewskiej. Wieczór się zbliża, zaciemnione miasto. Slychac strzaly , które wzmagaja sie z kazda chwila. Wojsko sie cofa...Ojciec wpada szybko po schodach do domu. Zegna się. Wojsko wycofuje się na Litwę, potem może do Francji. Staliśmy na klatce schodowej gdy ojciec pobiegł dołączyć do oddziału wycofującego się ulicą Zygmuntowską. Już słychać strzały armatnie, ostrzeliwują domy, walka na Zielonym Moście, a potem świst kul nad domami. To była straszna noc, - zajęto Wilno.
Do Wilna zciągnęły tysiące uciekinierów. Na ulicach spotykało się pełno znajomych z rozmaitych stron Polski. Wszyscy krążyli po mieście w poszukiwaniu jedzenia. Przezorni kupcy zdążyli już pochować wszystkie produkty. Przed domem towarowym Braci Jabłkowskich stoją samochody bolszewickie. Ich właściciele szybko wypełniają limuzyny i ciężarówki wielkimi pakunkami. Pierwsze dni zaczęły się bardzo ciężko. Na razie zamieszkaliśmy u naszych znajomych przy Zygmuntowskiej ulicy . Prawie w każdym pokoju mieszkała jakaś rodzina znajomych uciekinierów. Z mieszkaniami było bardzo kiepsko. Po kilku dniach przeprowadziliśmy się wieczorem do pani W. W jej mieszkaniu jeszcze nikt z uchodźców nie mieszkał.
Spodziewała się jednak, że lada dzień. przyjedzie jej rodzina z majątku pod Wilnem. Jakoż i przyjechali. Uciekli z garstką rzeczy. Cały dwór został obrabowany przez chłopów. Opowiadali nam przygody nadzwyczajne. Jak się okazało rabunkom uległy prawie wszystkie dwory. Powoli zaczynała się zima, a z nią coraz większy brak jedzenia i ubrania. Trzy dni stałem w kolejce z przerwami na noc i kupiłem ciepłe walonki. To był naprawdę wielki skarb, jak się potem okazało. Nareszcie otworzono szkoły i gimnazja. Zapisałem się do gimnazjum Zygmunta Augusta. Przed wojną było to gimnazjum o najwyższym poziomie w kuratorium wileńskim. Zaczęła się nauka, przy której dziwnie nie mogłem się skupić Wszystkie przeżycia tak żywo wbiły mi się w pamięć, że prawie nie słyszałem, co się dzieje na lekcjach. Dość ciężko zaczęła iść mi nauka, W owym to czasie zaczął organizować się Komitet Uchodźców. Tysiące uciekinierów, my też, zarejestrowało się.
Jeszcze przed Bożym Narodzeniem zaczęła się pomoc. Zaczęto organizować stołówki uchodźcze. Amerykański Czerwony Krzyż przysłał duże fundusze. My również zapisaliśmy się do stołówki. Ciężka to była dla nas chwila. Pierwszy obiad jedliśmy ze łzami w oczach; byliśmy biednymi uciekinierami. Trudno, trzeba się z tym pogodzić. Zaczęto mówić, że odzież też przywieziono. Nie wyobrażam sobie jakby wyżyli uchodźcy bez pomocy, pracy przecież nie było. Zima robiła się coraz ostrzejsza. Przenieśliśmy się z powrotem na ulicę Zygmuntowską do znajomych D. ponieważ u pani W. po przyjeździe rodziny po prostu nie było miejsca, Na Zygmuntowskiej mieliśmy mały, ciepły pokoik. Tam było przytulnie i trochę lepiej. Bardzo nas niepokoił los ojca, o którym wszelki słuch zaginął. W mieście zarządzono rejestracje oficerów, uchodźców, stałych mieszkańców Wilna i.t.d. Można było dostać kręćka i nikt nie wiedział co robić Rejestrować się, czy nie, a na dodatek poczęły krążyć rozmaite pogłoski i plotki, że N.K.W.D. będzie aresztować, wywozić i.t.p. Byliśmy wszyscy bardzo zaniepokojeni.
I rzeczywiście rozpoczęły się aresztowania. Jednej nocy zabrano adwokatów, sędziów, oficerów, rozmaitych lekarzy i zasłużonych na polu społecznym ludzi. To przeleciało elektryczną iskrą po mieszkańcach Wilna. Wszyscy mówili: - "zaczęło się"! Od tego dnia część ludzi zaczęła chować się po nocach do innych mieszkań, po przedmieściach. Bolszewicy swoim zwyczajem zaczęli urzędowanie w nocy. Ich urzędy były całą noc oświetlone, co wprowadzało ludzi w słuszny niepokój. Nadeszło pierwsze Boże Narodzenie w niewoli, bardzo smutne, a zarazem pełne nadziei, że po Nowym Roku będzie lepiej . I rzeczywiście, - rozeszła się wieść, że Wilno oddają bolszewicy Litwinom. Wstąpiła w serca nadzieja, że będzie jakoś lepiej, gdyż sytuacja zaczęła być bardzo naprężona. Wszystko jedno jaki diabeł, byle nie oni. Bolszewicy rozpoczęli "ewakuację" swoich urzędów. Objawiała się ona w dziwny sposób. Najpierw wywieźli wszystkich z więzień, potem ostatki zapasów z magazynów, inwentarz ze szpitali parkiety wyrwane z budynków państwowych i wszystko co się dało załadować na ciężarówki. W ostatnim dniu tej tak zwanej "ewakuacji" widziałem auto naładowane "nocnymi naczyniami" i rolkami papieru toaletowego.. Widocznie i tego łaknęli! W ostatnim dniu zabrali jeszcze wielu ludzi.
Wreszcie przyszli Litwini. Przez parę dni był ogólny bałagan. Każdy robił co mu się podobało. Żydzi jeszcze ciągle śpiewali "międzynarodówkę", Polacy manifestowali na ulicach z "Warszawianką" na ustach. U nas w szkole też było rozluźnienie. Trochę zrobiło się weselej. Zaczęto się wybierać zagranicę, nadchodziły pierwsze wiadomości z Francji. Przyszedł też pierwszy list od Tatusia z Litwy. Był on tam internowany w obozie jeńców wojennych. Zaczęło się lepiej dziać. Litwini dniem. i nocą przywozili do Wilna jedzenie, swoje sławne wyroby litewskie: wędliny, nabiał i wszystko co mieli. Bardzo się to wszystkim podobało. Wymienili trochę pieniędzy polskich na litewskie.
Każda osoba otrzymała po 25 litów. Wszyscy byli pełni podziwu dla ich mądrości. Okazało się jednak, że jest inaczej.. Litwini zapragnęli z Wilna zrobić w przeciągu paru dni litewską stolicę. Na gwałt zmieniano szyldy i napisy na litewskie, orły na Pogonie i wszystko, co polskie Litwini gwałtem usuwali. Naturalnie spotkali się z oporem Wilnian. Zaczęły się, jak zwykle, aresztowania. Dwunastego maja (1940 r.) w rocznicę śmierci Marszałka Piłsudskiego wybraliśmy się na cmentarz na Rossie, Chcieliśmy zanieść na mauzoleum trochę przylaszczek i fiołków. Nie przypuszczałem że tak źle się to zakończy. Mianowicie policjanci litewscy sprowokowali nas i zaaresztowali siostrę, naszą koleżankę 14-letnią i mnie.. Zaprowadzili nas pod strażą na komisariat, tam wszystko spisali, badali nas i przesłuchiwali, wymyślając nam od najgorszych słów. Po chwili zaprowadzili mnie do odległego pokoju. Od razu wydało mi się to podejrzane. Tam nagle zaczęli okładać mnie ze wszystkich stron gumowymi pałkami. To była straszna "łaźnia", po której długi czas miałem sine pręgi na ciele. Po biciu po prostu pokazali mi drzwi wyjściowe . Siostrę zaś i koleżankę zawieźli do więzienia na Łukiszki.. Trudno opisać ile nalataliśmy się z Mamą po adwokatach, urzędach i.t.p.. Nareszcie szczęśliwym zbiegiem okoliczności przeprowadzono śledztwo - i zostały wypuszczone z więzienia.
Komitet Uchodźców wszczął starania, ażeby zostało utworzone gimnazjum uchodźców. Ta nowina bardzo mnie ucieszyła. Miało to być gimnazjum o przedwojennym programie polskim. Na razie rozpoczęły się zapisy. Uchodźczej młodzieży zebrała się spora gromadka. Organizacja gimnazjum szła w szybkim tempie Po kilkunastu dniach zaczęły się wykłady.. Ach, jak było przyjemnie i swojsko! Nie mordowaliśmy się nad litewskim językiem i nad ich mało zajmującą geografią. Nauka szła w przyśpieszonym tempie. Mieliśmy bardzo dobrych pedagogów i uczniowie bardzo pracowali. Wykłady były do 12-godz. w południe, a po obiedzie następne trzy godziny.
Trzeba bylo sie spieszyc, poniewaz Litwini ograniczyli nam czas, w którym mielismy przerobic kurs caloroczny. Nadszedl koniec roku szkolnego. ..."Pytaczki", klasówki, inspekcje i ciągłe zdenerwowanie. Otrzymałem małą maturę. Rozpoczęły się wakacje.
Litwini coraz bardziej prześladowali Polaków. Uchodźcy byli bardzo biedni. Zupełnie nie otrzymywali pracy, a o ile ją mieli zostali zwolnieni. W naszej rodzinie również stawało się coraz ciężej, Wszyscy czekali na jakieś zmiany, o których zaczęto coraz głośniej rozprawiać w stołówkach uchodźczych i w kawiarniach całego Wilna. Najbardziej elektryzująca była wieść o bliskim wkroczeniu bolszewików. Zauważyliśmy napięcie w państwie litewskim. Aresztowań było mnóstwo. Studentów, jako element przewrotowy, zupełnie usunięto z Wilna. Podobno mieli wysiedlać wszystkich uchodźców z miasta. Było jakieś dziwne podniecenie. Przez radio podano kilka wypadków zabicia litewskich żołnierzy przez nieznanych sprawców Znowu aresztowania. Nawet na czarnej giełdzie, która odbywała się na sławnej Rudnickiej ulicy był wielki ruch. Złoto i dolary "szły w górę"., co jak mówiono, jest faktem znamiennym, bo "Żydzi mają nosa". Co działo by się dalej trudno przewidziec. Wszystko przerwal upalny czerwiec. Bolszewicy najzwyczajniej zajeli Litwe... Ach! -co się działo w mieście! Wszyscy latali jak opętani z koszami w rękach i kupowali, co tylko wlazło do worka. Ja z Mamą również zrobiłem tego dnia wielkie zapasy.. Kawiarnie wrzały. Tam omawiało Wilno wszystkie aktualne sprawy. Właściwie ludzie trochę byli zadowoleni, że nareszcie Litwini dostali po karku.
Bolszewicy wzięli ich do galopu. Poaresztowali ich, wojskowi musieli przywdziać gwiazdy, Pogoń litewską wymienili na gwiazdę. Litwini przycichli. Drżeliśmy o los Ojca internowanego na Litwie w Wyłkowyszkach. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że bolszewicy przejęli obóz od Litwinów i wszyscy polscy wojskowi wyziezieni zostali w głąb Rosji w nieznanym kierunku. Od tego momentu straciliśmy kontakt z Ojcem. Rozpoczęła się władza żydowska . Żydzi zaś sami nie wiedzieli co robić. Mityngi i wiece już spowszedniały. Pochody składające się z samych Żydów przestały być atrakcją. Biedne Wilno obwiesili znowu czerwonymi szmatami. W szybkim tempie rozpoczęły się zmiany. Kamienice i sklepy zostały odebrane właścicielom. Znacjonalizowali wszystko co mogli. Nam, uchodźcom zabrali pomoc i zlikwidowali Komitet, a wraz z nim zapasy żywności, odzieży i dolarów, które znikły gdzieś na "dobro ojczyzny sowieckiej". Uchodźcom powiedzieli swoje ulubione: - " kto nie pracuje, ten nie je". Dali naturalnie pracę. Były to roboty przy drogach, budowlach, zamiataniu ulic itd. Nadszedł rok szkolny. Szkoły przeorganizowano na wzór bolszewicki, to znaczy na tak zwane "dziesiaciletki". Ogłoszono egzaminy, które były bardzo powierzchowne. Ja rozpocząłem naukę w gimnazjum, Spotkałem tam byłe koleżanki i kolegów z Gimnazjum Uchodźców. Było nam jakoś raźniej w gromadce, w tej szkole pod gwiazdą czerwoną.. Przekonaliśmy się, że reszta towarzystwa jest też morowa i zawiązała się w naszej klasie przyjaźń na śmierć i życie. Zgadzaliśmy się wszyscy pod każdym względem.
Rozpoczęła się nauka o nieustalonym i zmiennym programie. Na przykład profesor historii odwołał swoje dotychczasowe wykłady i zaczął uczyć inaczej, wszystko w innym niż dotychczas naświetleniu. Nasze zachowanie w szkole było tragiczne. Nauka - kto myślał o nauce? o konstytucji czerwonej?! Lub historii partii?
Okres ten w moim życiu szkolnym był jedną, wielką "grandą". Jedzenie marchwi na lekcjach i rzucanie ogryzkami w tablicę to był normalny odruch ręki . Przyznaję, że w takich okolicznościach praca profesora nie była zbyt przyjemna. Na jednej tylko lekcji literatury polskiej, było cicho jak w kościele, Mieliśmy profesora o nadzwyczajnych zdolnościach, no i sam przedmiot zasługiwał na to, aby uczyć się go z wielką przyjemnością. Literatura! - jedyny nasz kochany przedmiot wraz z wykładowcą.
A tymczasem władze szkolne organizowały "komsomoł". Zebrali paczkę szubrawców oraz Żydów, którzy od tego dnia stali się przedstawicielami gimnazjum, szpiclami i rozpoczęli nas tropić. Komsomoł miał swoją milicję szkolną. Niby miała ona pilnować porządków w klasach, ale jakieś inne było jej zajęcie. Milicjanci dostawali pieniądze za swą gorliwą pracę. Należało do nich kilku prawdziwych sympatyków komsomołu, między innymi syn wyższego oficera polskiego. Jemu nie podawaliśmy ręki i w ogóle nie braliśmy go pod uwagę, jako kolegę i Polaka. Komsomoł organizował dość często zabawy taneczne, na które chodzili w pierwszym rzędzie partyjni komsomołcy i ich sympatycy. Stałym gościem tych zabaw, ku naszemu oburzeniu, była nasza koleżanka, córka oficera, Irka Jaroszewska. W tym okresie garstka młodzieży bardzo się zepsuła. Było im z tym dobrze, szczególnie, że władze szkolne na to nie zwracały uwagi.
Wielki ruch w szkole wywołała ulotka, która niechcący dostała się do rąk dyrektora, wstrętnego Litwina, komunisty. W klasach zrobiono rewizje. Strasznie baliśmy się, aby nie znaleziono tajnych numerów gazetki , ukazujących się na terenie wszystkich szkół. Komsomoł dostał gorączki ze zdenerwowania. Nic nie znaleźli! My od tego czasu staliśmy się bardziej ostrożni . Atmosfera stała się ciężka i smutna, brali nas za głowy. Trochę straciliśmy tupet i wszyscy byli teraz spokojniejsi.. Postanowiliśmy zachowywać się tak, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Zaczęło się dziać nie dobrze, gdyż w szkole zaaresztowano kilku kolegów, a nawet naszą koleżankę z klasy. Kto by przypuszczał, że jednak coś wykryją W mieście też było dużo aresztowań. Z Łukiszek wywieziono więźniów do Rosji. Gmach N.K.W.D. każdej nocy był oświetlony.
Ukończono wszystkie rejestracje paszportowe, co zawsze się smutno konczylo -"teraz - mówiono - na pewno beda wywozic". Ta mysl zaczela nas zupelnie powaznie przesladowac W takim nastroju przygotowywano Wilno do wyborów. Znowu zebrania, wiece , mityngi, pochody... Do agitacji przedwyborczej postanowiono użyć młodzież szkolną. Polegała ona na zachęcaniu do uczęszczania na zebrania przedwyborcze i roznoszeniu zawiadomień po domach, kiedy kto ma się zgłaszać na mityng. Ja zostałem wyznaczony do tej "zaszczytnej" roli, jak mi powiedział wychowawca klasy. Od tego dnia przestałem chodzić do szkoły. Po miesiącu mojej nieuzasadnionej nieobecności na wykładach, zostałem wyrzucony z gimnazjum. Spadł mi kamień z serca. Koledzy mówili mi, że w porę opuściłem szkołę, ponieważ stawało się to już niemożliwie. Biedacy byli już zamęczeni zebraniami i obchodami. Szczególnie zaś "interesujące" były wykłady politruków (komunistycznych agentów politycznych). Co za cuda opowiadali o Związku Sowieckim, trudno sobie przedstawić. Na nasze zapytanie czy jedli pierwiastki i suszone logarytmy odpowiedzieli z upewniającym nas spojrzeniem, że naturalnie, na Krymie jest tego bardzo dużo. Politrucy mieli być naszymi opiekunami i kierownikami naszych uczuć.
Było nam bardzo ciężko bez żadnej pomocy materialnej. Siostra i ja zaczęliśmy dawać korepetycje, zawsze w tradycyjnie mokrych butach i z czerwonymi od zimna rękami. Praco- wałem również w teatrze kukiełek jako rzeźbiarz. Miałem niezbyt poetyczną pracę, ponieważ robiłem tylko ręce i nogi dla marionetek. Długo tam nie pracowałem, bo znacjonalizowali nas, a mnie nowe władze teatralne nie uznały, jako stałego pracownika i tak to się skończyło. Zima była bardzo ciężka (1940/41 r.).. Z opałem istna tragedia. W naszym pokoiku wisiały sople lodu na oknie i marzła woda. Z ust leciała para, a wszyscy chodziliśmy pookręcani czym się dało. Obiad - jak były kartofle z kiszoną kapustą , - to jedliśmy. Codziennie rano biegłem do mleczarni w kolejkę po mleko, ponieważ w upaństwowionych mleczarniach było taniej. Marzyliśmy zawsze o paru groszach i smacznym jedzeniu. Niedzielne pójście do kościoła to była jedyna przyjemność, szczególnie kazanie i na koniec mszy pieśń "Boże coś Polskę".
Kler wileński wspierał duchowo całe Wilno. Jakże było przyjemnie posłuchać kazania.. zawsze pokrzepili księża na duchu i dodali otuchy i werwy. Kościoły były zawsze tak pełne, że na ulicy przed kościołem stały masy wiernych. Na kościoły swoim zwyczajem władze nakładały kontrybucje. Całe miasto biegło wtedy do kościoła z pieniędzmi.W kościołach odbywały się wieczorami lekcje religii. Były to zawsze piękne wykłady najlepszych pedagogów. Oni nie bali się i na ambonach zupełnie jawnie wypowiadali walkę Kościoła z bolszewikami. Nie bali się aresztowań ani wywożeń.
Grubiańskie walenie do drzwi obudziło nas wszystkich o szóstej rano. Iskra niepokoju przebiegła po naszych rozbudzonych twarzach,. Przez chwilę nie szedł nikt otworzyć, ale walenie kolbami i krzyki były tak natarczywe, że Mama wybiegła w szlafroku otworzyć. Przekręciła klucz i w tym momencie wpadli jak bomba bolszewiccy enkawudowcy.
Wiedzieliśmy co to znaczy. Wywożą nas, a z ust enkawudowców usłyszeliśmy słowa: - "zabierajcieś z wieszczami"!. Nie zwracając wcale uwagi, że w pokoju są dwie nie- ubrane niewiasty, rozpoczęli rewizję. Ubraliśmy się. Narazie nie pozwolono nam pakować rzeczy. Sprawdzali dokumenty, wszystko robiąc szybko, nie odpowiadając na nasze pytania. Rozpoczęliśmy pakowanie. Ja z siostrą w pierwszym rzędzie spakowaliśmy garnki i patelnie. Już z listów kazachstańskich wiedzieliśmy, że w tym raju jest to podstawą egzystencji. Po czym pakowaliśmy ubrania i pościel. Rozmaite myśli nurtowaly nas . Myślałem, że tylko nas zaaresztowali i zabierają na Łukiszki. Pomimo wszystko pakowaliśmy ile tylko wlazło w nasze nędzne walizki i koszyki.
Poczciwa i z anielskim sercem sąsiadka obdarowała nas jedzeniem na drogę. Było to naprawdę szczęście, jak się okazało, bo my nie mieliśmy w domu jedzenia, a prowiantów jakie mieliśmy w zapasie nie pozwolili nam zabrac. Nasz schludny pokoik wygladał jak po burzy. Wszystko wywrócili do góry nogami. Kazali nam brać pakunki na plecy i wychodzić. Zniesliśmy rzeczy do dorożki wynajętej naturalnie na nasz koszt i piechotą, pod konwojem, udaliśmy się do komisariatu. Teraz przekonałem się, że nie wywożą tylko nas. W stronę komisariatu jechało wiele dorożek i ciężarówek z ludźmi Zobaczyliśmy sporo naszych znajomych uchodzców i sąsiadów. W komisariacie te masy Polaków poprowadzono w głąb budynku do dużej sali na pierwszym piętrze, w której pełno już było ludzi. Otucha wstąpiła w nasze serca bo zawsze w gromadzie lepiej . Tymczasem do komisariatu przywozili ciężarówki pełne ludzi, a innych gdzieś odwozili. Nie wiedzieliśmy co z nami będzie. Godzina mijała za godziną , a my siedzimy i czekamy. Nareszcie o czwartej popołudniu kazano nam się zbierać Wyprowadzili nas na dziedziniec. Lał deszcz jak z cebra, błoto, ślisko i zimno. Pełen plac ludzi i bagażu.
Spotykamy po drodze znajomych. Bez ceremonii załadowali nas na cięzarówkę i ruszyliśmy w stronę miasta. Jechaliśmy przez całe miasto Wyglądało to strasznie. Ludzie stali gromadami na ulicach, płakali i błogosławili nas krzyżami na drogę. Właśnie wtedy był Anioł Pański i wszystkie dzwony biły w kościołach. Ciągle lał deszcz. Jedziemy w kierunku Zarzecza. Domyśliłem się, że wiozą nas do Wilejki na stację kolejową. W tamtą stronę jedzie dosłownie sznur ciężarówek z ludźmi otoczonymi wojskiem z bagnetami na karabinach. Deszcz zalewa nam oczy. Dojeżdżamy do Wilejki. Wszystkie tory zastawione pociągami towarowymi. Nagle auto skręca szybko w stronę rampy towarowej i oczom naszym ukazał się długi wąż towarowych zakratowanych wagonów Wagony były zamknięte. Przez małe zakratowane okienka wyglądały twarze jeszcze elegancko ubranych ludzi. Z wielu okienek wystawały ręce z miseczkami i łapały w ten sposób deszczową wodę Dreszcz przeszedł po mnie na ten widok. To była straszna rzecz.
Po niedługim czasie kazano nam zejść z auta, wziąć nasz bagaż na plecy i iść. Szliśmy do dalszych, pustych jeszcze wagonów. Po drodze spotykaliśmy naszych znajomych. Szczególnie dużo było uchodźców. Zatrzymano nas przed pustym wagonem. Jako wejście do niego służyła długa , wąską kładka . Wydało mi się to dość śmieszne, a zwłaszcza gdy wnosiłem toboły robiąc przy tym tak śmieszne figury, że nawet enkawudowców bardzo to bawiło. Nareszcie jakoś weszliśmy do wagonu. Wagon był ciemny. W kąciku na górnej półce siedziała skulona i zmoknięta nasza dobra znajoma ze stołówki. Zrobiło nam się trochę raźniej, Zaraz ułożyliśmy się obok niej, opowiadając sobie nawzajem o wszystkich wydarzeniach dnia. Zrobiło się ciemno.. Do wagonu pchali tyle ludzi, że po chwili mowy nie było o zejściu z pryczy na dół. W ogóle było jak w gotującym się garnku zupy - walizki, toboły, ludzie , garnki i wszystko co można sobie wyobrazić fruwało w powietrzu. Nasi "opiekunowie" nie zwracali wcale na to uwagi dopychając jeszcze ile wlazło. Po chwili z hukiem zamknięto drzwi, zaryglowano i kompletna ciemność opanowała wagon. Wekslowali nasz pociąg co chwilę. Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni i przemoczeni. Po trochu usadowili się wszyscy i przekonaliśmy się , że jest nas wszystkich w wagonie 25 osób. Przed odjazdem dali nam przez szparę w drzwiach sporo chleba. Nad ranem pociąg z wielkim hukiem i wstrzasami ruszyl. Pedzilismy strasznie...
Pierwszy dzień. jazdy był okropny. Pociąg tak szybko jechał, że cały czas musieliśmy się trzymać jeden drugiego, bo tak rzucało. Jechaliśmy jeszcze przez polskie Kresy. Po drodze widziałem zupełnie wyludnione wioski. Ich mieszkańcy, biedacy, już oddana byli wywiezieni. Przejechaliśmy granicę sowiecką i jechaliśmy na Mińsk. Pociąg jak szalony przeleciał przez dworzec miński i pomknął dalej. Nadzieje nas zawiodły. Spodziewaliśmy się, że wypuszczą nas choć na chwilę, dla załatwienia potrzeb osobistych. Nasi "opiekunowie" powiedzieli nam, że załatwiać to trzeba przez rynienkę, którą w tym celu wmontowano w dziurze w podłodze wagonu. Z konieczności usłuchaliśmy tej szczerej rady. Można sobie wyobrazić jakie było powietrze w wagonie i jak wyglądał ten miły zakątek. Trzeba dodać, że pociąg w pierwszych dniach tak pędził, iż trudno było zachować porządek w całym wagonie, a szczególnie w tym tak nieprzystosowanym urządzeniu. Ciągle spadały z półek jakieś toboły i walizki. Woda rozlewała się ustawicznie z wiader, tak, że często nie było czym ugasić pragnienia. O jakimkolwiek wymyciu się mowy nie było. Jechaliśmy ciągle dalej. Z przerażeniem zorientowaliśmy się, że wiozą nas w kierunku Archangielska. Zaczęły się tundry i zimno. Nastrój był fatalny.. Zatrzymaliśmy się w Wołogdzie, skąd ku naszej radości pociąg zaczął jechać na południe.
Podroż bardzo się zaczęła dłużyc Zbliżamy się do Uralu. W tym to czasie spostrzegliśmy wielki ruch wśród bolszewików. Transporty wojskowe szybko pędziły na zachód - masy wojska, armat i czołgów. Bardzo nas to ucieszyło i domyślaliśmy się, że to chyba wojna. i tak było. Pewnego dnia ujrzeliśmy transparent na dworcu ogłaszający wojnę i wzywający wszystkich do broni. Otucha i radość wstąpiły w nasze serca. Pewnego dnia dostała się do naszego wagonu gazeta podana po kryjomu przez jakiegoś poczciwego rosyjskiego chłopa. Litwa i Wilno były już w rękach niemieckich. Niemcy szli i szli dalej, a my właśnie przejechaliśmy Ural.. Ruch kolejowy jeszcze większy. Bardzo często czekaliśmy całe godziny odstawieni na boczne tory, przepuszczając transporty wojskowe.. Jechaliśmy teraz trans- syberyjską linią kolejową. Domyśleć się było łatwo, że czeka nas Kazachstan albo Syberia.. Pewnego ranka, a była to Syberia, pociąg zatrzymał się. po trzytygodniowej jeździe. Było to małe miasteczko Rubcowka. Staliśmy długo na dworcu, wreszcie koło południa wyładowano nas i furami przewieźli nasze rzeczy na duży plac. Tam odbyła się segregacja według zawodów, bo jak opiekunowie informowali, wszyscy będą zatrudnieni "po specjalności". Przy okazji gruby enkawudysta, trzeba zaznaczyć, że tylko wśród nich można spotkać ludzi o okazałej tuszy, wygłosił do nas mowę. Ostrzegł nas, aby nikt nie próbował uciekać, bo ich opiekuńcze ramię zawsze i wszędzie nas dosięgnie. Wyraźnie oznajmił nam, że od dnia dzisiejszego jesteśmy ludźmi w niewoli. -"Tutaj będziecie żyć, pracować i umierać", - tymi słowy zakończył swą mowę z papierosem w obleśnej twarzy.
Zaczął padać deszcz i zrobiło się zimno. Podjechały wozy i auta ciężarowe. Wszyscy mówili, że zawiozą one ludzi do sowchozu i my, nie zastanawiając się wiele, wsiedliśmy na pierwszy lepszy wóz ciężarowy i odjechaliśmy. Zaczęto nas wieźć za miasto, w step. Po kilkunastu minutach na horyzoncie ukazała się grupa chałup. Był to sowchoz. Wjechaliśmy między dwa szeregi białych chałup glinianych, pobielanych i krytych słomą. Wybiegły gromady dzieci ubranych w krótkie do pępka koszule. Zrobiło to na nas niesamowite wrażenie. Umieścili nas w szkole na dużym placu, w środku wsi. Całe gromady tubylców okrążyły nas dopytując się o nasze koleje losu. Podziwiali nasze stroje, bagaże, które im wydawały się piękne, jak nam potem powiedzieli, a które w rzeczywistości były bardzo zniszczone po tak ciężkiej podróży. Nigdy nie zapomnę jednego obrazka: - Mieliśmy trochę spleśniałego chleba z podroży i postanowiliśmy oddać to jakiejś kobiecie dla kur. Mama zawołała stojącą opodal staruszkę mówiąc jej, że ma oto chleb dla kur.. Kobieta zobaczywszy, że Mama daje jej chleb, padła na kolana i całowała Mamy stopy dziękując i głośno polecając Mamę opiece Boskiej. To była straszna groza rzeczywistości, - brak chleba i mąki.
Mama dostała gorączki i kaszlu. Wreszcie dostaliśmy się do szkoły, gdzie stały przygotowane łóżka. Mama bardzo źle się czuła Ledwie zasnęliśmy, a już przyszli ściągać nas z łóżek, bo chcieli nas przewozić na inne "oddzilenje". Jakoś z awanturami udało nam się zostać na noc.
Następnego dnia pojechaliśmy na inne lokum. Zawiezli nas na jeszcze gorszą wioskę. Stały tam małe gliniane chatki, pełno śmieci i zielska w okół baraków przed które zajechało wiozące nas auto.. Nasz barak była to dość duża stajnia szczelnie wypełniona już Polakami. Szczury grasowaly tak, że zgłodniałe gryzły walizki i nogi gdy się je opuszczało w nocy na ziemię.. Po ścianach chodziły roje pluskiew. Warunki okropne, a i sąsiedztwo niezbyt miłe. Byli to ludzie miejscowi,, robotnicy sezonowi. Wożono ich z miejsca na miejsce. Nie posiadali oni żadnych dokumentów i siłą faktu byli po prostu w niewoli. N.K.W.D. robiło z nimi, co chciało.. Była to największa nędza, jaką można sobie wyobrazić..
Sowchoz jest to majątek państwowy. Pracownikami są przeważnie przesiedleńcy, lub robotnicy, których powyzej wymieniłem. Wgląd do spraw sowchozu miało N.K.W.D.. Sowchoz w którym znaleźliśmy się był podzielony na cztery oddziały. Naczelnikiem sowchozu był rzekomy agronom z wyższym wykształceniem. Każdy oddział miał swego agronoma i "uprawlajuszczego", czyli naczelnika od spraw administracyjnych. Nasi urzędnicy z sowchozu były to zwykłe rosyjskie chamy. O agronomie miejscowi ludzie opowiadali, że był on kiedyś koniokradem. Myślę, że mieli rację, gdyż oblicze jego nie wzbudzało zbyt wielkiego zaufania. Natomiast konno jeździł cudownie i to chyba było jego największą umiejetnością, a nie nauka o strukturze agralnej. Wszyscy robotnicy sowchozu podzieleni byli na brygady, na czele których stali brygadierzy, z reguly ostatnie bestie, które zwykle obliczając wykonaną pracę zaliczali mniej, niż. rzeczywiście było zrobione. Z tego powodu nasze już skromne zarobki były jeszcze bardziej uszczuplone. Do pracy trzeba było się stawić na 7-mą godz, rano. i z przerwą "obiadową" od godz. 12-ej do 2-giej pracowało się do 7-ej wieczorem. Zwykle próbowano przetrzymać nas na robocie dłużej, ale gdy przekonali się, że mamy zegarki, dali spokój.. Trzeba zaznaczyc, że zegarek w Rosji jest szczytem marzeń każdego obywatela, nawet enkawudowca. Bardzo imponowaliśmy im naszymi zegarkami.
Obiady przywozili w beczkach na pole. Naturalnie trzeba było płacić. Opłata nie była wielka, ale stosunkowo do naszych zarobków nie zawsze obiad był dostępny. Po skończonej robocie brygadier wymierzał pracę i zapisywał. Najczęściej się zdarzało, że brygadier był analfabetą, z tego więc powodu wypływało wiele nieporozumień. Zwykle wieczorem, po robocie gotowaliśmy sobie kolację rozpalając ogień przeważnie kradzionym drzewem, bowiem innego paliwa nie było.W ciemnościach nocy rozkradaliśmy płoty i co tylko się dało. Później dostaliśmy pozwolenie na palenie słomą, która była od wioski oddalona o kilometr. Żeby ugotować kolację, trzeba było dobrze się nabiegać przynosząc słomę w wielkich ilościach, spalała się ona bowiem bardzo szybko na wietrze. Gotowaliśmy na polu, przed barakiem, ponieważ jedyny piec w baraku był zepsuty. Głównym pożywieniem były kartofle i buraki, które sadzono w sowchozie, kasza oraz sześćset gramów chleba, po który, aby go kupić, stało się w kolejce często bardzo do godz. 1-ej w nocy. Kto nie poszedł do roboty, nie mógł kupić chleba.
W lepszych warunkach byli ludzie, którzy mieszkali w sowchozie już od kilku lat na stałe. Mogli mieć krowę, kury i kawałek ogrodu. Ich chaty składały się z jednej izby, sieni i obory. W naszym sowchozie byli to przeważnie przesiedleni Ukraińcy. Byliśmy z nimi w bardzo przyjacielskich stosunkach.. Gdy przyjechaliśmy, Ukraińcy przyjmowali nas czym tylko mogli. My poznaliśmy tam bardzo miłe rodziny i często chodziliśmy do nich na pogawędki. Opowiadali nam tak okropne rzeczy, że włosy stawały nam dęba. Nasze przeżycia były niczym, wobec ich długoletnich cierpień. Mówili nam. że w 1920 roku czekali na Polaków z nadzieją, że ich wyzwolą z niewoli.
Wszyscy ludzie w sowchozie żyli w stałym strachu przed N.K.W.D. Wszyscy urzędnicy sowchozu byli to ludzie partyjni. Wśród robotników tkwili opłacani agenci, którzy donosili o wszystkim do zarządu sowchozu.. Nas również szpiegowano, ale łatwo dawaliśmy sobie z nimi radę przekupując ich podarunkami i w ten również sposób wyciągaliśmy od partyjnych ludzi wiadomości z kantoru, gdzie odbywały się posiedzenia naszych władców. Co kilka dni odbywały się zebrania. organizowane zawsze w nocy, po robocie. Obecność była obowiązkowa. Zwykle na tych zebraniach obłaziły nas wszy i zarywaliśmy godziny snu., a po zebraniu trzeba było jeszcze iść na zakup chleba i stać w kolejce. Na zebraniach zwykle omawiano sukcesy we wszystkich dziedzinach pracy w Związku Sowieckim. Po skończonej takiej mowie wszyscy zaspani słuchacze bili brawo z idiotycznymi minami. Zwykle zebranie kończyło się uchwaleniem pracy w następną niedzielę i w dodatku bez wynagrodzenia, które rzekomo ofiarowywano na armię, a w rzeczywistości było to wspaniałe rozwiązanie, gdy w zarządzie zabrakło pieniędzy.
Nad zdrowiem sowchozu czuwała "doktorka", zwykła dziewczyna od krów. Badała brzuch słuchawką, mądrze kiwając przy tym głową. W tym czasie rozszalała się jak corocznie, epidemia biegunki spowodowanej złym odżywianiem i brakiem warunków higienicznych. Ubikacja znajdowała się daleko od baraków i cierpiący nie mogli dobiec do celu załatwiając potrzeby po drodze. Po niedługim czasie okolica baraku stała się wonną nie do wytrzymania.. W takich warunkach epidemia rozprzestrzeniała się raptownie niszcząc nasze słabe i nadwątlone zdrowie.
Co za szczęście, że doszły nas słuchy o pakcie polsko-sowieckim. Początkowo N.K.W.D. nie zmienialo swego stosunku do nas, tyle, że nie podawali do sądu tych którzy odmówili chodzenia do pracy. Pewnego dnia przyjechali nasi stali "opiekunowie" enkawudowcy i najspokojniej w świecie rozdali nam dokumenty, komunikując nam, że od tego dnia jesteśmy wolni.
Postanowiliśmy natychmiast uciec przed zbliżającą się zimą syberyjską i jechać na południe, do Samarkandy. Tam czekały na nas dalsze "dobrodziejstwa" ustroju sowieckiego: głód, nędza i straszliwe epidemie tyfusu plamistego i malarii, koszące ludzi tysiącami.
Wilno - 14 czerwca, 1941 r.
W dniu tym od wczesnego ranka zaczęło się wywożenie Polaków oraz Litwinów Do mieszkania, które zajmowałam wraz z matką i bratem o godz. 6-tej rano wtargnęło kilku bolszewików: jeden oficer, trzech żołnierzy z bagnetami oraz jeden człowiek cywilny, miejscowy Żyd, jak się później okazało.. Kazano nam w ciągu 10-ciu minut przygotować się do drogi i zabrać ze sobą potrzebne rzeczy. Na nasze zapytania, co zamierzają z nami zrobić, kazali nam milczeć Wiedzieliśmy jednak, ze wywożą nas gdzieś do Rosji. Osobnik w cywilnym ubraniu spisał nasz cały dobytek, który miał pozostać, kazał nam podpisać, po czym zawołał sąsiadkę i oddal jej klucz od mieszkania. Nas zabrano do komisariatu, gdzie spotkaliśmy wiele osób w podobnej jak nasza sytuacji. O godz. 16-ej załadowali nas na samochód ciężarowy i zawieźli na stację kolejową w Nowej Wilejce. Przez cały czas byliśmy pod strażą żołnierzy uzbrojonych w karabiny z bagnetami. Na torach w Nowej Wilejce stały przygotowane pociągi złożone z wagonów towarowych.
Przeciętnie każdy pociąg mógł liczyć po 30 do 40-tu wagonów,. do których ładowano ludzi po 25 - 35 osób do każdego wagonu. Przed załadowaniem oddzielono wszystkich mężczyzn i odprowadzono ich do osobnego pociągu. Wielu z nich pozostało prawie zupełnie bez rzeczy, bo zapakowane one były w walizkach żon, czy też innych członków rodziny. Po załadowaniu zaryglowano drzwi wagonów, przed którymi stanęła straż z bronią w ręku. Transport nasz stał do następnego dnia i rano dopiero ruszył w drogę W wagonie, do którego nas załadowano było ciasno i ciemno. W sumie było 25 osób ( mężczyzn 6, kobiet 16, dzieci 3) . Ponieważ w czasie przewożenia ludzi z Wilna do Nowej Wilejki padał ulewny deszcz, wszystkie rzeczy były mokre. W ciemnościach nie można było zorganizować jakiegoś porządku i całą noc przesiedzieliśmy na mokrych tobołach w mokrych ubraniach. Rano pociąg ruszył i od tej chwili zaczęła się uciążliwa podroż trwająca około trzech tygodni. Transport nasz liczył 33 wagony z tego około 10-ciu były to wielkie podwójne wozy "podróżne" mieszczące w sobie od 60 do 70 osób. Wśród wywożonych znajdowali się przeważnie właściciele majątków ziemskich z Wileńszczyzny, właściciele większych sklepów w Wilnie, uchodźcy, rodziny policyjne, rodziny gajowych (nie wiem czemu do gajowych czuli bolszewicy specjalne uprzedzenia, graniczące z paranoją), oraz sporo Litwinów - rodzin urzędników i policjantów przywiezionych w ostatnich czasach do Wilna.
Higieniczne warunki podroży były opłakane. Przez cały czas jazdy tylko jeden raz, w drugim tygodniu podróży wypuszczono nas na pół godziny na jakichś moczarach. Jako urządzenie kanalizacyjne w wagonie służyła drewniana rynienka wmontowana w otwór w podłodze wagonu. Nie było mowy o wymyciu się. ponieważ dostarczana nam woda wystarczała jedynie do picia. Jedzenie przynoszono nam przeważnie raz dziennie: chleb, zupę oraz kaszę, w ilościach dostatecznych, aby nie umrzeć Dwa razy dziennie pozwalano chodzić dwóm osobom z wagonu po wodę, naturalnie pod strażą karabinów W niektórych miejscowościach ludność tubylcza wychodziła na stacje kolejowe i przynosiła produkty, pragnąc nam je sprzedać. Przeważnie jednak władze transportowe odpędzały ich nie dając możności na kupienie czegokolwiek. Obsada transportujących nas enkawudowców była dość liczna. Zajmowali oni dwa duże wagony. Na każdym miejscu postoju otaczali pociąg żołnierze z bagnetami na karabinach, bacząc pilnie, aby więźniowie nie wyglądali przez okienka i nie rozmawiali z ludnością tubylczą. Parokrotnie udało nam się porozumieć z pasażerami stojących obok nas na dworcach pociągów pasażerskich Wyrażali oni oburzenie na metody swoich władz, których jednocześnie bali się w paniczny sposób. W każdym wagonie były w górze cztery małe okienka , dwa otwarte, dwa zabite. W czasie naszej jazdy zaczęły się upały. Przez maleńkie okienka szło bardzo mało powietrza , zbyt mało , aby wystarczyło to dla 25-ciu osób. W dodatku powietrze, które szło przez owe okienka było gorące i zanieczyszczone dymem z lokomotywy. Woda, która przynoszono nam do picia była przeważnie brunatna i brudna.
Wskutek tych warunków wiele ludzi zachorowało na dyzenterię. Wtedy warunki podróży stały się wprost nieznośne dla chorych i zdrowych. Wśród wywożonych było dużo starszych wiekiem ludzi, dla których podróż była istną męką. W naszym wagonie jechała 65-letnia kobieta, której 67-letniego męża oddzielono na stacji w Wilejce. Pociąg szarpał przez cały czas w niemożliwy sposób. Zdarzało się, że ludzie spadali z półek. Spać można było tylko w czasie postojów, które znowu z innej strony były straszliwą męczarnią, bo pociąg ustawiano przeważnie gdzieś w pobliżu smaro-wozowni, gdzie powietrze było tak duszne i przesycone zapachem cuchnących smarów, że ludzie zamknięci w wagonach opadali zupełnie z sił. Co drugi dzień. władze, które nas transportowały robiły przegląd wagonów, sprawdzając, czy aby ktoś nie uciekł.
W ten sposób jechaliśmy aż do 1-go lipca ( w sumie 17 dni). W dniu tym wyładowano nas w jakiejś miejscowości, położonej na stepie. Okazało się, że była to Rubcowka (Rubcowsk - Ałtajski Kraj, Barnaulskaja obłaść). Po wyładowaniu z pociągu przeprowadzono nas na duży, ogrodzony płotem plac. Tam spędzono wszystkich wokół dużego stołu, na który wlazł naczelnik miejscowego N.K.W.D.i który przemówił do nas dając nam dobitnie do zrozumienia, że od tej chwili jesteśmy "spiec-pieresieleńcy", że nie wolno nam nigdzie stąd wyjechać , że wyznaczą nam przymusową pracę i że "ZDIEŚ BUDIECIE ŻYĆ I ZDIEŚ BUDIECIE PAMIERAĆ".
Dodał nam jeszcze, żebyśmy nie liczyli na zadna pomoc z zagranicy, bo nikt sie juz nigdy za nami nie ujmie i aby nikt nie myslal o ucieczce, bo napewno zostanie schwytany i ukarany Ludzie przyjeli przemówienie drwinami i dowcipami, a wreszcie wybuchneli wielkim smiechem...
Kazano nam oddać wszystkie posiadane dokumenty i zarejestrować się w jakim dziale pracy może każdy pracować. Doprawdy, pożałowaliby lepiej potrzebnego do rejestracji papieru, który był u nich tak cenny ( wszelkie sprawy w urzędach załatwiano na tapetach).. Nikt przecież nie mógł pracować w swoim zawodzie w tym kraju stepów i nędzy.
Po jakimś czasie na tym targowisku niewolnikami zjawili się przedstawiciele różnych przedsiębiorstw i urzędów państwowych, chcących z naszego grona wybrać sobie pracowników. Jak się po tym dowiedziałam, tranzakcja takiego "wynajmu" robotników przedstawiała się następująco: N.K.W.D. dostarczało ludzi do pracy różnym przedsiębiorstwom, jak sowchozy, fabryki i biura, a za to otrzymywali od władz tych instytucji pewną sumę "od głowy" każdego dostarczonego niewolnika. Był to więc handel żywym towarem w całym tego słowa znaczeniu. Ja wraz z moją rodziną nie zastanawialiśmy się nad wyborem "zawodu", a ponieważ właśnie zaczął padać rzęsisty deszcz. załadowaliśmy nasz dobytek na pierwszy z brzegu samochód ciężarowy, który zawiózł nas do oddalonego o 10 km. sowchozu.
SOWCHOZ - Z pojęciem tym zetknęłam się po raz pierwszy. Sowchoz jest to państwowy majątek rolny, nad którym władzę sprawuje grupa wyznaczonych partyjnych ludzi, będących w ścisłym kontakcie z N.K.W.D. Sowchoz, do którego nas przywieziono, był producentem buraków cukrowych (Rubcowskij Ćwiekło-Sowchoz). Składał się on z 4-ech oddziałów. Na pierwszym oddziale (oddzielenju) była centrala z naczelnym agronomem, kierownikiem sowchozu na czele. Nazywał się Gorbik. Każdy inny oddział miał również swoje biuro, na czele którego stali "uprawlajuszczy" i agronom, oraz na każdym oddziale były grupy "brygadierów", którym podlegali bezpośrednio robotnicy Każdy brygadier miał jeszcze kilku ludzi t.zw. przewodników, których zadaniem było wyprowadzanie robotników w pole do roboty, pilnowanie ich pracy oraz mierzenie wykonanej roboty .Nas przydzielono na 3-ci oddział, który składał się z kilku domków skleconych z gliny i desek, z "kantory" (biura), kilku obszernych baraków oraz szop na sprzęt gospodarski. Miał także ów oddział wielką osobliwość, a mianowicie sadzik z jabłkami, który co roku obfitował w jabłka. Jabłek tych jednak nikt nigdy nie skosztował (chyba ze ukradł), bo były własnością państwową i tylko N.K.W.D. miało prawo wywozić je workami.
Na czele tego oddziału stali , jak wszędzie "uprawlajuszczy" i agronom. "Uprawlajuszczy" był to typ z pod ciemnej gwiazdy, znienawidzony przez robotników, szpiegujący i posądzany przez ogół o autorstwo wielu oszustw i krętactw. Agronomem był Kazach, o nazwisku Pożydajew, koniokrad z "zawodu", były więzień uprzedniego reżymu, człowiek głupi i nie posiadający prawie żadnej wiedzy z dziedziny rolnictwa. Nic więc dziwnego, że wydajność gospodarki, przy glebie pierwszorzędnej, była przerażająco niska pod takim kierownictwem. Było też w naszym "oddzielenju" laboratorium chemiczne, gdzie chemik (Ukrainiec) badał zawartość cukru w wyhodowanych burakach cukrowych. Oddział nasz, według moich przypuszczeń, mógł; liczyć około 400 robotników. Robotnicy ci dzielili się na trzy grupy. Pierwsza grupa to byli Ukraińcy "spiec-pieresieleńcy" wywiezieni z Ukrainy w r. 1930. Druga grupa, to byli robotnicy kontraktowi, rekrutujący się z tubylców (Sybiraków), którym odebrano gospodarki rolne na skutek nacjonalizacji własności prywatnej. Ludzie ci nie mieli dokumentów, byli więc jak gdyby wyjęci z pod prawa. Trzecią grupę stanowiliśmy my, obywatele polscy. Natychmiast po przyjeździe zetknęliśmy się z Ukraińcami, którzy odnieśli się do nas nadzwyczaj życzliwie, czując w nas towarzyszy niedoli. Pomagali nam w czym się dało, byli nadzwyczaj życzliwi i gościnni, a co najważniejsze udzielili nam wiele cennych wskazówek odnośnie naszego przyszłego życia. Wtedy to poznałam ich straszną tragedię i beznadziejność położenia. Byli oni wywiezieni z Ukrainy w r. 1930, w tym to bowiem roku znacjonalizowano na Ukrainie wszystkie majątki rolne. Prawie wszyscy byli rozdzieleni z resztą swojej rodziny. Żony pozostały bez mężów, matki bez synów. O losie oddzielonych nikt nie dowiedział się nigdy. Kilka Ukrainek opowiedziało mi swoje przejścia.
Wywieziono ich w tundry, gdzie nie było żadnego śladu życia ludzkiego.. Tam ich wyładowano, dostarczono materiału budowlanego. Wybudowali sobie chatki w warunkach nadzwyczaj trudnych, przy minimalnych racjach pożywienia i braku ciepłej odzieży. Ludność nie przyzwyczajona do syberyjskich chłodów marła w wielkich ilościach. Miejsce ich pobytu leżało o setki kilometrów od kolei, a przywieziono ich tam barkami, a właściwie zwykłymi, zbitymi z bali tratwami. Już w czasie tej podróży wielu ludzi znalazło śmierć w nurtach wzburzonej rzeki, bowiem tratwy były przeładowane, a kierownictwo ekspedycji nie zwracało uwagi na to, iż wskutek nieostrożnej jazdy wielu ludzi na ostrych zakrętach spadało z tratew do wody. Później wiele osób dostało pomieszania zmysłów. Po sześciu latach tego strasznego życia przeniesiono resztki ludzi, którzy utrzymali się przy życiu, do sowchozu. Trzeba jeszcze nadmienić, że w okresie tych sześciu lat przenoszono ich kilkakrotnie w różne miejsca, ale zawsze wtedy, kiedy ich domki zostały wybudowane.. Na nowym pustkowiu zaczynali budowę od nowa. W ten sposób rozbudowuje się Związek Sowiecki, krzywdą i męką swych obywateli. W sowchozie byt tych ludzi nieco się poprawił o tyle, że w ciągu ostatnich 5-ciu lat prowadzili tryb życia osiadły i mogli się jakoś zagospodarować Pobudowali sobie chatki, z biegiem czasu niektórzy kupili krowę (na kupno krowy trzeba mieć pozwolenie N.K.W.D. i można mieć tylko jedną krowę). Właściwie źle się wyraziłam pisząc, że przywieziono ich do sowchozu. Sowchozu wtedy jeszcze wcale nie było, - był pusty ogromny step. Oni własnymi rękami zbudowali wszystkie chaty i szopy, przekopali sieć licznych kanałów nawadniających pola. Przyznać muszę, że kanały przekopane były planowo, a konstrukcja śluz i spustów była prosta i prawidłowa. Patrząc jednak na te kanały przychodziło mi na myśl jak bardzo musieli się męczyć ludzie, którzy je kopali, była to bowiem naprawdę mrówcza praca.
Na tym jednak nie skończyły się cierpienia Ukraińców. Wiele Ukrainek miało podrastających synów, którzy w czasie ich tułaczki stali się dorosłymi ( w Z.S.S.R. dorosłym mężczyzną jest 18-letni chłopak, a od wieku lat 12 już pracuje fizycznie).
Nie mieli oni prawa, jako "spiec-pieresieleńcy", służyć w wojsku, natomiast pod najmniejszym pretekstem, lub bez pretekstu, byli oni aresztowani i znikali prawdopodobnie zsyłani do "łagrów", czyli obozów przymusowej pracy. O losach ich rodziny nigdy się nie dowiedziały. Ukraińcy na każdym kroku zaznaczali swoją odrębność narodową, a dzieci ich, pomimo uczęszczania do szkół rosyjskich, nie wynaradawiały się.
Po przywiezieniu do sowchozu ulokowano nas w dość dużej sali. Właściwie trudno to salą nazywać, bo była to wielka, sklecona z niedopasowanych belek izba, podparta drewnianymi słupami, po których maszerowały całe zastępy pluskiew. Barak miał około 6 metrów (18') szerokości i 12 metrów (35') długości. Było w nim 8 okien, jedne niezbyt szerokie drzwi i jeden piec. Podłoga zbita była z nierównych i niedopasowanych desek, a z wielkich dziur i szpar w podłodze wychodziły ogromne szczury i spacerowały po całym baraku , nie bojąc się nikogo, zjadając nasze skromne zapasy żywności, oraz gryząc nasze walizki i spakowane w nich rzeczy. Mieszkało nas tam 63 osoby. (32 kobiet, 7 mężczyzn i 14 dzieci). Po kilku dniach dostarczono nam żelazne, wąskie i połamane łóżka, których tylko 36 zmieściło się w baraku. Było tak ciasno , że między łóżkami ledwo można się było przecisnąć. Utrudniało to bardzo utrzymanie porządku, a także uniemożliwiało poruszanie się jednocześnie tylu osób. Barak w przybliżeniu wyglądał tak: (zobacz załączony szkic)
Łóżka tworzyły labirynt i dostanie się do drzwi przedstawiało nieraz wiele trudności, szczególnie w nocy. Dach był nieszczelny i w czasie deszczu woda przeciekała do środka i na naszych łóżkach tworzyły się kałuże. Średnio jedno lóżko przypadało na dwie osoby. W "budynku" mieszczącym nasz barak znajdowały się również dwa podobne pomieszczenia zajmowane przez ludzi, którym należy poświęcić więcej uwagi. Byli to ludzie z okolicy Rubcowki, w każdym razie z Ałajskiego Kraju. Ongiś, przed rewolucją, posiadali gospodarstwa rolne, a ponieważ ziemia w tym kraju jest bardzo żyzna, a gospodarstwa były duże, ludzie ci byli dość zamożni. Po znacjonalizowaniu majątków prywatnych zostali oni bez dachu nad glową, warsztatu pracy i źródła dochodów. Utworzono z nich brygady lotne, które podpisywały umowy na określony czas z okolicznymi sowchozami. Sowchozów tych nie mogli jednak wybierać sobie sami, tylko kierowano ich do wyznaczonych przez władzę. Nie mieli oni żadnych dokumentów, wskutek tego pozbawieni byli praw. Nie wolno im było nigdzie wyjechać bez specjalnego zezwolenia, ani też nie mogli opuścić miejsca pracy. Żyli w barakach gromadnie, jako przedmioty posiadania mając jedynie tobołek podartych i brudnych łachmanów. Dzieci ich mieszkały razem i od 12-go roku życia pracowały w polu.
Wszyscy mieszkańcy sowchozu obowiązani byli pracować w polu przy wyznaczonych przez brygadierów pracach. Brygady liczyły po kilkudziesiąt ludzi i dzieliły się na grupy po kilkanaście osób, które do pracy wyprowadzali "przewodnicy". Praca zaczynała się od 7-ej rano i z dwugodzinną przerwą trwała do godz. 19-ej. Do pracy zazwyczaj szło się po kilka kilometrów (dochodziło do 10). Praca latem w polu, gdy słońce bardzo mocno grzeje (przeciętnie do +50 stopni C.) jest strasznie uciążliwa. W dodatku na stepie nie ma żadnego drzewa, w cieniu którego można by odpocząć i pracownik narażony jest na 12-godzinne przebywanie w żarze płynącym z nieba. Dla nas nieprzyzwyczajonych do pracy w pozycji schylonej przychodziło to z wielkim trudem. Praca obliczana jest na normy. Normy są tak duże, że rzadko który wykwalifikowany robotnik mógł ją wykonać. Myśmy przeciętnie wykonywali 1/4 normy, bardzo rzadko 1/2. Dniówka wynosiła od 4 do 6 rubli. Zarabialiśmy więc maximum 2 ruble dziennie, przy uciążliwej i męczącej pracy W dodatku wyprowadzający nas do roboty dozorcy zazwyczaj nie umieli dobrze pisać, nie mówiąc już o obliczaniu zarobków, w skutek czego w czasie wypłaty dostawaliśmy śmiesznie niskie sumy. - średnio 40 rubli na miesiąc. Robotnikom sowieckim wypłacano więcej, pomimo że wydajność ich pracy też była bardzo mała Nikt nie miał ochoty pracować, a pracę wykonywano niedbale, na oko tylko starannie. W rezultacie zboża były stratowane, zniszczone i zbiory małe. Nieznośną dla nas pracą było plewienie pszenicy z prosa lub owsa. Ponieważ pszenica była mniej więcej w 50% zarośnięta innym zbożem, oczyszczenie jej było pracą nadzwyczajną. Robotnicy sowieccy nauczyli nas świetnego sposobu. Mianowicie : zamiast wyrywać, bierze się kłos owsa w dwa palce i posuwa się nimi od dołu do góry. Ziarno opada w ten sposób z kłosa i samorzutnie sieje się na nowo. Skutek jest taki, że w roku następnym w tym samym miejscu wyrasta zamiast jednego kłosa, kilkanaście nowych. Gdyby przeprowadzili plewienie pszenicy nieco wcześniej, gdy zboże było jeszcze niedojrzałe, może miałoby to jakiś realny skutek, ale "fachowy" agronom nie pomyślał był o tym. Pszenica była zupełnie przez nas stratowana. W innych miejscach pszenica zarośnięta była wielkim mleczem, do tego stopnia, że zginęła doszczętnie. Ogromne zielska, które na Syberii przewyższają wzrostem człowieka, a średnica łodygi dochodzi do 4 cm. panoszyły się na polach w miejscu drogocennej pszenicy. To były skutki "racjonalnej" gospodarki prowadzonej przez ludzi nie mających o niej żadnego pojęcia. Ludzie pracują niedbale, bo dewizą ich jest myśl: "I tak to nie moje, co się będę męczyć na cudzym; byleby zarobić parę rubli i zapełnić kaszą pusty żołądek". - Oto psychologia mas pracujących w tym systemie.
O godz. 12-ej przyjeżdżał na pole wóz z obiadem. Obiad składał się z talerza wodnistej zupy z małym kawałkiem brudnych ochłapów mięsa i z talerza nieokraszonej kaszy. Obiad taki kosztował 1 rubla, 20 kopiejek. i uważany był przez władze za wielkie dobrodziejstwo. Niestety nasze zarobki nie wystarczały zazwyczaj na kupienie obiadu każdego dnia. My, Polacy, żyliśmy ze sprzedawanych rzeczy, które w dniu wolnym od pracy nosiliśmy do odległej o 10 km. Rubcowki. Za otrzymane ze sprzedaży pieniądze kupowaliśmy w miasteczku produkty. Można było kupić mięso, jarzyny, miód i kaszę - i na plecach dźwigaliśmy wszystko do sowchozu. Dzień. wolny od pracy stawał się przez to nie mniej uciążliwy od każdego innego. Z czego żyli ludzie miejscowi w sowchozie nie mogę sobie wyobrazić. Za całodzienny ich pokarm służyła rano wodnista zupka, w południe "obiad" i wieczorem znów wodnista zupka. Czasami wieczorami robotnice gotowały suche kartofle paląc w piecyku stojącym przed barakiem słomę przyniesioną na plecach parę kilometrów. Tego rodzaju pokarm miał tak małe wartości odżywcze, że ludzie byli wychudzeni i mieli mało sił. Młode, kilkunastoletnie dziewczęta są już tak zniszczone pracą i warunkami, że wyglądają zazwyczaj na 10-15 lat więcej, niż. mają.
W związki małżeńskie wstępują bardzo młodo (dziewczęta 16 - 18 lat, chłopcy -18). Życie rodzinne jest jednak bardzo luźne. Zazwyczaj mąż porzuca żonę, gdyż uzyskać rozwód jest bardzo łatwo Wystarcza przepisać w urzędzie nazwisko, przy czym porzuconej kobiecie nie przysługują żadne alimenta. Zazwyczaj zostaje ona z kilkorgiem małych dzieci, które sama ciężką pracą musi utrzymać. Skutek jest taki, że dzieci są niedorozwinięte i fizycznie prawie nie zdolne do pracy. Biedna matka nie może sobie dać rady, aby wychować swe dzieci. Wielki procent dzieci jest nieprawych, niewiadomego ojca. O nich nie troszczy się nikt, a matka, zazwyczaj młoda dziewczyna, nie może dziecku zapewnić wystarczającego odżywiania.
Kobieta brzemienna jest zwalniana od pracy i po urodzeniu dziecka również czas jakiś nie musi chodzić do roboty. Przez ten czas otrzymuje pewną sumę, aby mogła się nędznie utrzymać {płacono jej tylko w wypadku, gdy nie była na utrzymaniu męża). Skutkiem tego, kobiety, które niechętnie pracowały tak ciężko, mając możność otrzymania pieniędzy bez wielkich wysiłków, były okrągły rok w stanie brzemiennym. Przy ich nędznej egzystencji i złym odżywianiu w tym okresie, dziecko po przyjściu na świat jest wprost zdegenerowane. W sąsiednim baraku widziałam jedno dziecko, które mając pół roku (nie wiem w jaki sposób przeżyło aż tak długo) miało wzrostu około 40 - 50 cm., nie wydawało z siebie żadnego głosu, ręce i nogi miało takie, że trudno sobie coś podobnego wyobrazić. Ale najgorszy był wyraz twarzy, -był to wyraz zwierzęcy, jakiego nie spotkałam nigdy. Oczy były zupełnie bez wyrazu, wyłupiaste i nieruchome. Nieruchome w ogóle było całe dziecko. Pamiętam, zrobiło to na mnie takie wrażenie, że spać w nocy nie mogłam. Gdy po kilku dniach spotkałam matkę i spytałam o dziecko odrzekła mi obojętnie - "zdechło już". Matki w ogóle nie darzą dzieci wielką miłością . Widzą w nich całą swą udrękę i przyczynę ciężkiej pracy. Wielokrotnie widziałam, jak matka kopała ze złością swoje małe dziecko. Dzieci mają wielkie głowy, wielkie brzuchy i krótkie, krzywe, pałąkowate nogi. Nie zdradzają najmniejszych śladów prymitywnej chociażby inteligencji. Trochę lepiej przedstawiały się dzieci Ukraińców .( te o których wspomniałam powyżej, były to dzieci robotnic kontraktowych z baraków). Ukrainki na ogół dbały o swe dzieci i wychowywały je w duchu ukraińskim. Mały Ukrainiec zdawał sobie sprawę, że cierpi jak i jego rodzice , niesłusznie. Nastrój wśród Ukrainców jest smutny i beznadziejny. Ludzie szeptają między sobą pocichu, nawet we własnym domu i żyją w atmosferze ciągłej konspiracji. Pamiętam, że ilekroć wchodziłam do izby ukraińskiej, gospodyni zamykała szczelnie drzwi i szepcząc mi do ucha pytała o nowiny, patrząc jednocześnie w okno, czy nikt nie nadchodzi. W ogóle wszystkich tam ludzi cechuje straszna rezygnacja, apatia i zniechęcenie. My, Polacy buntowaliśmy się na każdym kroku i nie mogliśmy się pogodzić, że tak będzie zawsze. Pytaliśmy się ich, jak mogą to wszystko wytrzymać latami, a oni nam jedno tylko odpowiadali: -"przywykniecie i wy i zdechniecie tu równie marnie, jak my".
Kiedyś, gdy na cegiełkach (w ten sposób gotowaliśmy jedzenie), między którymi paliły się z trudem nazbierane patyki, gotowałam zupę, zbliżył się do mnie jeden oberwaniec z baraku i opowiadać mi zaczął o swej niedoli, kończąc opowieść słowami: - "my to już zwierzęta, nie ludzie".
Zwykle w każdym baraku jest jakiś płatny donosiciel do N.K.W.D. Do naszego baraku przychodziła codziennie dziewczyna i przesiadywała patrząc na wszystkie strony co kto robi, co kto ma. Uprzedzono nas że jest to konfidentka N.K.W.D. Z drugiej zaś strony, gdy wsunęło się jej parę rubli do ręki, dziewczyna wyśpiewała wszystko co się tam knuje na nas, kiedy będzie rewizja i wizyta naszych miłych gości z N.K.W.D.
Ponieważ osią życia jest naładowanie pustego żołądka, ludzi nic więcej nie interesuje. A tu co jakiś czas władze organizują zebrania wieczorowe dla wszystkich robotników (obecność przymusowa). Zazwyczaj zebranie takie ma miejsce przed wprowadzeniem pewnych zmian (zawsze na gorsze), czy to przed ustanowieniem zwiększenia normy pracy, czy też przed skasowaniem wolnego od pracy dnia i.t.p. Zebranie rozpoczyna się zazwyczaj bezsensownym przemówieniem, w czasie którego większość ludzi zmęczonych ciężką całodzienną pracą, natychmiast zasypia. Następnie któryś z członków zarządu wysuwa propozycję wprowadzenia pewnych zmian. Na to wstaje jakaś dziewczyna i przemawia w imieniu wszystkich obecnych proponując, że na przykład, wszyscy pragną poświęcić swój dzień wolny od pracy i pracować bezpłatnie. W tym miejscu trzeba bić brawo (sprobój nie bić!)., co ma wyrażać ogólną, entuzjastyczną zgodę obecnych. Ludzie budzą się z drzemki i nie wiedząc o co chodzi biją brawo z bezmyślnymi minami, a potem klną w duchu i między sobą ten wyzysk. Ale niech ktoś spróbuje oponować! Za kilka dni przyjeżdża wtedy N.K.W.D. i zabiera delikwenta nie wiadomo dokąd. Zebranie zwykle kończy się odczytaniem jakiegoś aktualnego przemówienia lub przeglądu politycznych wydarzeń, nabitego pustymi frazesami, których ludzie słuchają z otwartymi ustami, śmiejąc się głupkowato zwykle tam gdzie nie trzeba. W czasie ówczesnej wojny z Niemcami posuwającymi się w głąb Rosji, opowiedziano nam o zajęciu Warszawy przez wojska sowieckie. Przed wojną opowiadano o wyzysku w państwach kapitalistycznych, o nędzy i bezrobociu w Ameryce, o prześladowaniu robotników w kapitalistycznych państwach, natomiast Związek Sowiecki przedstawiany był jako raj. Przytaczano statystyki wypadków śmiertelnych na skutek głodu w innych państwach. Zazwyczaj w tym czasie przywożono do miejscowego sklepiku trochę perkalowych czerwonych lub zielonych sukienek, trochę tandetnych koszul męskich , mydło, - a czasem (o dziwo !) trochę cukierków, lub pierników Wszystko wydzielano racjami.
Główną jednak podstawą egzystencji jest racja chleba sprzedawana codziennie wieczorem w sklepiku. Na początku wojny i przed wojną racja wynosiła 800 gr. na pracującego i 400 gr na niepracującego, lub na dziecko. Potem rację pracującego zmniejszono do 600 gr. Kilogram chleba kosztował średnio 1-go rubla (było kilka gatunków chleba w cenie od 80 kopiejek do 1.20 rubla). Po chleb chodziło się po pracy i kupowało się go po długim wystawaniu w kolejce. Często trwało to do godz. 23-ej, a pamiętam wypadek, kiedy brat mój Janusz wrócił z chlebem o 2-giej w nocy.. W kolejce wybuchały często bitwy. Bili się Sybiracy z Polakami, Ukraińcy z Sybirakami, bo ludzie byli głodni i zmęczeni, a przez to źli. W czasie 4-ro miesięcznego pobytu mego w sowchozie tylko raz sprzedano nam cukier . Dokładnie nie pamiętam ile. Zdaje mi się, że 1/2 kg. na osobę.
W sowchozie była łaźnia, która czynna bywała raz na miesiąc przez trzy dni, jednego dnia dla kobiet, drugiego dnia dla mężczyzn, a trzeciego dnia kto chciał mógł z niej korzystać Byłam tam raz tylko i obiecałam sobie solennie więcej tam nie chodzić. Ludność tubylcza jest tak zawszona, że obrzydzenie brało wejść do łaźni., gdzie wszystkie ich wszy spłukane wodą rozłaziły się po deskach i wchodziły do twego ubrania. My kąpaliśmy się w kanale, który płynął w odległości 100 metrów od baraku. Woda była czysta, dość głęboka (do piersi) i wszyscy po pracy wskakiwaliśmy do niej, co było naszą jedyną przyjemnością. Później, gdy zaczęły się chłody, skończyło się nasze mycie. W baraku było tak ciasno, że mowy być nie mogło o wymyciu się. Wtedy zaczęły się straszne brudy i wszy. W dodatku nie można już było gotować na cegiełkach przed domem i wszyscy zmuszeni byli używać pieca w baraku.. Na jednym piecu gotowały dla siebie posiłki 24 rodziny. W piecu paliło się słomą, której całe toboły trzeba było przynosić, aby ugotować jeden garnek zupy. Można sobie wyobrazić, co się działo wtedy w baraku, gdy jeszcze w dodatku w czasie ulewy woda lała się z sufitu, a burany (wietrzne burze) powyrywały nam okna. Życie stało się nie do zniesienia. Żyliśmy w głodzie, ciasnocie, gryzieni przez szczury, pluskwy i wszy, zasypani słomą, dusząc się w dymie z pieca, z mokrą od deszczu pościelą, przeziębieni wszyscy od wichru, który szalał w baraku, a w dodatku pracując ciężko fizycznie przez dwanaście godzin dziennie. Co za szczęście, że wtedy właśnie nastąpiła "amnestia" i mogliśmy stamtąd wyjechać, bo o przetrwaniu tam syberyjskiej zimy myśleć nie było można.
W sowchozie, w centrali, była "doktorka" (wraczka) .Była nią dziewczyna, która ukończyła jakieś prymitywne kursa medyczne. Wiadomości jej z medycyny były tego rodzaju, iż brzuch badała drewnianą słuchawką . Diagnoza jej zależała zazwyczaj od stopnia wymowności pacjenta.. Jeżeli chodziło o nas, to dawaliśmy sobie z nią radę doskonale. Sama parokrotnie zwolniłam się z pracy, wmówiwszy jej, że jestem chora.
podając jej takie argumenty, że na skawku tapety napisała mi zwolnienie od pracy (sprawka w tom czto ana bolieła), kiwajac głową ze współczuciem i zrozumieniem. Gorzej było gdy chodziło naprawdę o pomoc lekarską w wypadku choroby. Można było wprawdzie jechać do Rubcowki po uzyskaniu skierowania od "doktorki", ale podwody szły bardzo rzadko i ktoś naprawdę bardzo chory nie mógł przecież jechać trzęsącą furą lub rozbitą ciężarówką po wertepach 10 kilometrów. Zresztą nie wiadomo było, czy lekarz przyjął by chorego tym właśnie dniu.. Na ogół prawie w każdym wypadku diagnoza lekarza była identyczna: - pacjent jest zdrów, a choroba to głupstwo (irunda).. Gdy zdarzały się wypadki chorób zakaźnych, zabierano chorego do szpitala, zwykle zapóźno, bo albo chory zmarł na skutek braku pomocy lekarskiej, albo zdążył zarazić kilkanaście osób z otoczenia. Wtedy zwykle w baraku robiono dezynfekcję polegającą na wyniesieniu łóżek, przetrząśnięciu brudnych łachów i skropieniu ich, oraz ścian baraku, płynem dezynfekcyjnym. O ile sobie przypominam, to rąk nikt nigdy nie mył. Po pracy pracownicy opłukiwali ręce w kanale (aryku), bez mydła naturalnie, bo go nigdy nie mieli, a jeśli mieli, to sprzedawali nam natychmiast. Jedynie niektóre dziewczęta myły się od czasu do czasu i utrzymywały się czyściej, ale mężczyźni zarastali brudem. Przez całe lato, każdego roku panuje epidemia dyzenterii, na którą chorują wszyscy bez wyjątku, a która doprowadza organizm do ostatecznego wyczerpania.
Choroba ta rozprzestrzenia się w tak straszliwy sposób wskutek braku warunków higienicznych i sanitarnych. Na przykład dla całego naszego "budynku", składającego się z trzech wypełnionych tłumem ludzi baraków, była jedna ubikacja, (do użytku obu płci). oddalona od baraku o 100 metrów. Był to długi, wąski barak z 2-ma drzwiami w obu końcach, zbudowany z desek z szerokimi szparami (prawie ażurowy) Wewnątrz była długa, drewniana ława z szeregiem (chyba 12) dziur, jedna obok drugiej, bo ludność tamtejsza nie czuje wstydu, albo potrzeby chwilowej choćby samotności. Ponieważ szopa ta była dość oddalona, chorzy na dyzenterię nie byli w stanie dobiec do niej na czas i zwykle swe potrzeby fizjologiczne załatwiali w pobliżu domu. Łatwo można sobie wyobrazić, jak wyglądał teren w okolicy baraków i jakie było powietrze. Dlatego epidemia ta przybierała tak wielkie rozmiary.
System nauki rożni się od systemu szkolnictwa w innych krajach Nie ma szkolnictwa podstawowego i średniego, jest tylko "dziesiacilatka". Jest to dziesięcioletni okres nauczania, po skończeniu którego uczeń ma prawo wstąpić na wyższe studia t.zw. Instytuty, które trwają cztery lata. Oprócz instytutów istnieją szkoły techniczne, do których można wstąpić przed ukończeniem "dziesiaciletki" ( zdaje mi się że po ukończeniu sześciu klas, dokładnie nie pamiętam) Technikum jest zbliżone do naszej szkoły technicznej, lub liceum zawodowego. W systemie szkół europejskich okres nauki w szkole podstawowej i średniej trwa lat dwanaście, podczas gdy w ZSRR trwa to lat dziesięć. Program więc siłą faktu musi być zmniejszony. Szkoły w Kraju Ałtajskim są w języku rosyjskim, pomimo że uczęszcza do nich bardzo dużo dzieci Ukraińców, Tatarów i Kazachów. Jednym z najważniejszych przedmiotów nauczania w szkołach jest konstytucja stalinowska.. Gdy przeczytasz parę jej paragrafów, widzisz w niej wielki humanitaryzm, nadanie jak największych praw swobody i wolności, podczas gdy 1/3 część ludności tego kraju są to "spiec-pieresieleńcy" i więźniowie "polityczni". zamknięci w więzieniach i obozach pracy. Dużo się w tej konstytucji mówi o tolerancji religijnej, gdy tymczasem zetknęłam się z faktami prześladowania religijnego.
Mąż gospodyni u której po opuszczeniu Syberii mieszkałam w Kirgizji, siedział w więzieniu skazany na lat 10, bo ktoś podpatrzył go modlącego się wieczorem we własnej izbie i doniósł o tym do N.K.W.D. Mówi też konstytucja o wolności słowa w mowie i piśmie, a w rzeczywistości nikt nie może powiedzieć tego co myśli, bo znalazłby się natychmiast w obozie koncentracyjnym. Tej to właśnie konstytucji uczą się dzieci na pamięć, zupełnie bezmyślnie. Oprócz tego wykładają w szkołach przedmioty ogólnokształcące, poziom nauki jest jednak bardzo niski. Najniżej stoją nauki humanistyczne, które wymagają pewnego stopnia kultury i inteligencji zarówno wśród uczniów jak i profesorów, aby znaleźć się na dostatecznym chociażby poziomie. W sowchozie naszym była szkoła w centrali ( kilka klas "dziesiacilatki", wydaje mi się, że pięć). Wyższe klasy były w Rubcowce. Mój pobyt w sowchozie przypadł na okres letnich wakacji, więc nie wiele mogłam zaobserwować. Ze szkołą zetknęłam się później gdy po "amnestii" przeniosłam się na krótki czas do Rubcowki, gdzie dzieci uczyły się wtedy w szkole tylko trzy dni w tygodniu, a drugie trzy dni tygodnia spędzały na przymusowej pracy w polu w okolicznych sowchozach i kołchozach. Tam też, w miasteczku, zetknęłam się bliżej z kwestiami religijnymi. Mniej więcej 90% tubylczej ludności to ludzie wierzący (prawosławni) - reszta jest bez wyznania, wychowankowie komunistycznego reżymu. W miasteczku była kiedyś stara cerkiewka, obecnie zamknięta i bardzo już zniszczona.. Jedna z kobiet tamtejszych opowiedziała mi, że cerkiewka przetrwała otwarta do r. 1935 i było dwóch popów, którzy odprawiali w niej nabożeństwa. W każde święto cerkiewka gromadziła rzesze wiernych. Zaczęły się jednak prześladowania. W czasie nabożeństw wokół cerkwi zbierały się bandy młodzieży bezwyznaniowej obrzucając cerkiew i wiernych kamieniami i błotem, gwiżdżąc w czasie modlitw i.t.p. W końcu cerkiewkę zamknięto i zabroniono wiernym uczęszczać do niej.
U tej samej mojej narratorki wisiała w rogu izby ikona zasłonięta innym obrazem. Kobieta objaśniła mnie iż zasłania ikonę, ponieważ niektórzy ludzie plują na nią. i wyśmiewają się z właścicielki. W wielu (prawie wszystkich) domach, które odwiedziłam wisiały takie ikony. Młodzież wychowana w szkołach sowieckich jest prawie w 100% bezwyznaniowa.. Rzadko którzy rodzice mają odwagę, aby wpoić wiarę w swoje dziecko. Pamiętam ile niesmaku wzbudziła we mnie scena, gdy pewna 13-letnia dziewczynka w obecności babki, matki i mojej upadła na kolana, i zaczęła w sposób wysoce niesmaczny naśladować jak modlą się ludzie. Dodała po tym, że modlą się tylko starzy i głupi. Pamiętam zakłopotane miny jej matki i babki, uciekinierek z Moskwy, które spoglądały na mnie z zawstydzeniem, nie zwracając się jednak do dziecka z żadnym upomnieniem. Tego nauczyli dziecko w szkole, a nie w domu.
W ogóle wychowanie młodzieży sowieckiej jest zasadniczo inne niz. nasze. U nas wpaja się w młodzież poszanowanie dla starców i kobiet. Tam jest zupełnie odwrotnie. Starzy ludzie są wyśmiewani i uważani za niepotrzebnych. Wiele razy widziałam, jak niedołężny lub chory starszy mężczyzna, czy też kobieta wzbudzali śmiech i drwiny wśród sowieckich wyrostków . O jakiejś pomocy kalece czy starcowi, o podaniu mu ręki, gdy nie mógł sobie poradzić, nie może być mowy. W stosunku do kobiet mężczyźni są brutalni i zaznaczają zawsze swoją przewagę fizyczną nad słabszą kobietą. Ile to drwin i śmiechów wzbudzały w wśród młodzieży objawy uprzejmości ze strony mężczyzn Polaków, gdy pomagali nam, kobietom, wejść lub zejść z wysokiego samochodu ciężarowego, gdy podawali nam ręce przy przeskakiwaniu rowów, lub gdy wyręczali nas w noszeniu ciężkich przedmiotów lub wiader z wodą. Towarzyszyły temu sprośne i chamskie komentarze sowieckich ("mołodców") młodzieńców. Kobiety sowieckie gorzko odczuwają swoje położenie. Na ich twarzach nie zobaczysz uśmiechu.
Nie dbają także o swój wygląd. Usta ich są zacięte, oczy ponure. Widać w tych twarzach ślady prymitywnej walki o byt., który spotykamy tylko między dzikimi zwierzętami. Dziwne jest także ustosunkowanie się ludzi do wszelkiego rodzaju zbrodni i zabójstw. Nie wzbudza to w nich wstrętu, oburzenia czy potępienia. Dla przykładu przytoczę tu jeden fakt. Będąc już w Rubcowce zamieszkaliśmy w chałupie u kobiety, mieszkanki miasteczka.
Kobieta miała syna w wojsku, na wojnie, oraz córkę, która leżała w szpitalu po nieszczęśliwym wypadku (traktor przejechał jej przez nogę, gdy spała w polu w czasie przerwy w pracy). Pewnego dnia, siedząc wszyscy razem przed chałupą, spytaliśmy kobietę, co się stało z jej mężem. Kobieta przestała na chwilę bić wszy ( na tym zajęciu spędzała większa część swego wolnego czasu) i zaczęła opowiadać swoje dzieje.. Pierwszy jej mąż zmarł. Miała z nim coś około 10-ro dzieci. Połowa z nich umarła. A po tym wyszła zamąż po raz drugi. Pytam, co się stało z drugim mężem? - "A, rzucił - powiada;(tu ziewnęła) - a teraz siedzi w więzieniu, bo żonkę ubił". Zauważyłam mimo woli że musiał być to chyba straszny, okrutny człowiek. - "ee - odparła - taki ,jak wszyscy oni."
W ogóle stosunek między kobietą i mężczyzną pozbawiony jest jakiegokolwiek podłoża duchowego. Przypomina współżycie z sobą dwojga zwierząt. U ludzi tych, zatwardziałych w ciężkiej walce o byt, zabita została radość i miłość. Życie ich zamieniło się w smutną i beznadziejną wegetację.
W całym miasteczku nie mogłam znaleźć jakiejkolwiek książki do czytania. Owszem było dużo rożnych pism partyjnych, pełnych tak jaskrawej i sprzecznej z rzeczywistością propagandy, że nikt ich nie czytał. Pisma te rozkupywane były przez ogół obywateli jako makulatura. Najbardziej "poczytnym" było pismo "Bolszewik", zawierało ono bowiem najwięcej kartek cienkiego papieru, dobrego do palenia w nim machorki. Ani razu nie widziałam książki beletrystycznej, jak również ani razu nie widziałam człowieka, który by cośkolwiek czytał. Samo miasteczko Rubcowka robiło zawsze na mnie jak najgorsze wrażenie. Było ono dość duże, gdyż liczyło około 40.000 mieszkańców. Leżało przy kolei i stanowiło dość duży i ważny węzeł w sieci dróg kolejowych. Największy też procent ludności pracował na kolei. Ulice były niebrukowane. Przez najważniejsze, główne ulice położone były wąskie, drewniane chodniki. dla pieszych. Środkiem szła jezdnia, która w okresie deszczów zamieniała się w istną, błotnistą topiel. Fury konne grzęzły w błocie, a biada ci, jeśli musiałeś przejść z jednej strony ulicy na drugą. Trzeba było zdjąć buty i puścić się w uciążliwą wędrówkę, zapadając po kolana w grząskim, śliskim błocie. Nie rzadko zdarzało się usiąść w tej topieli, niszcząc przy tym swą cenną garderobę W mniejszych uliczkach, gdzie nie było drewnianych chodników, przejście stawało się niemożliwe.
Pod względem estetyki miasto przedstawiało wygląd opłakany. Nikt nie dbał o to, aby nadać ulicom choćby prymitywne pozory piękna.. Nikogo to nie obchodziło i nikt nie miał na to czasu. Głównym gmachem, największym w całym mieście, był "Klub". Mieściły się w nim sale gier, koncertowa, biblioteka i czytelnia, a także kino.. Sam gmach na zewnątrz robił na mnie wstrętne wrażenie. Jego architektura miała w sobie coś obrzydliwego,- jakieś nędzne, bezmyślne, bezsensowne sklecenie brył geometrycznych. Architekt mający choć minimalne poczucie piękna i harmonii zapłakał by z pewnością gorzko patrząc na tę profanacje sztuki budowlanej.
Miasteczko składało się przeważnie z parterowych domków. Piętrowych domów było zaledwie kilka. Na przedmieściach można było spotkać czasem ogródki wokół domu, ale w centrum miasta nie było ani jednego kwiatka, ani jednej trawki ani drzewka, jak na lekarstwo.
Miasto miało kilka większych sklepów. W okresie gdy ja tam byłam, można w nich było kupić jedynie jakieś mało potrzebne, czy używane przedmioty, jak spinki do włosów, guziki, potniki (!) i.t.p. Ubrań nie sprzedawano w tym okresie, ani butów. Można było natomiast kupić sznurowadła, oraz wodę kolońską o zachęcającej nazwie "Duchi Stalina" (oddech Stalina). Pamiętam że po całym mieście szukałam w sklepach łyżki do jedzenia zupy. Nie znalazłam, natomiast można było kupić rycynę w nieograniczonych ilościach. W sklepach tych sprzedawano rówież racje chleba na kupony. Nam należało się po 4oo gramów na osobę, bo nie pracowaliśmy w tym okresie.
W mieście było kilka tzw stołówek Był to rodzaj restauracji gdzie można było kupić zupę i kaszę, rzadziej potrawę z mięsem Trzeba było posiadać własną łyżkę. Mała porcja mięsa z kaszą kosztowała 6 rubli. Stołówkę w porze obiadowej zamykano (od 12-ej do 16-ej), bo w tym to właśnie czasie obsługa robiła w lokalu porządki. Jako jedno z "najmilszych" wspomnień z tych czasów pozostała mi pamięć o obsłudze tych stołówek, która traktowała klijentów z najwyższą łaską i którą trzeba było długo błagać, aby raczyła przynieść talerz zupy wodnistej i niesmacznej. Zarządy stołówek wprowadzały często raptowne zmiany i inowacje w ich funcjonowaniu. Nagle zmieniano godziny wydawania posiłków i klijent musiał czasem głodny czekać kilka godzin przed drzwiami, bo w porze, w której wczoraj wydawano obiad, dzisiaj odbywa się "uborka" (porządki). W końcu, na wzór europejski, wprowadzono szatnie, gdzie przymusowo odbierano palta.. Kiedyś usiadł przy stole na przeciwko mnie jeden chłop bardzo zażenowany, w czapie futrzanej i w koszuli. Wstydził się bardzo koszuli i przepraszał mnie, tłumacząc że kurtkę sciągnięto z niego siłą w szatni. Czapek natomiast nikt nie zdejmował. Palto moje odbierałam z szatni zawsze straszliwie zawszone.
Wreszcie w końcu października udało nam się wyjechać z Rubcowki. Jako wolni obywatele polscy wyruszyliśmy wszyscy troje do Uzbekistanu, do Samarkandy, pełni nadziei na lepszą przyszłość ( o. jakże bardzo byliśmy w błędzie!), zostawiając miłe miasteczko z solennym postanowieniem, że za żadne skarby nigdy tam nie powrócimy.
Nasze zapiski syberyjskie kończą się w momencie, gdy po otrzymaniu "Udostawierenji" opuszczamy Syberię. Otrzymanie tych dokumentów, po podpisaniu umowy Sikorski-Majski (30 lipca, 1941 r.), było dla nas epokowym wydarzeniem, graniczącym z cudem. Obywatele litewscy, którzy byli razem z nami wywiezieni, dokumentów tych nie dostali. Nikt się o nich nie upominał.Umysły nasze natychmiast opanowała decyzja ucieczki z Syberii gdzieś na południe ZSRR. Lato się kończyło, a opierając się na relacjach i poradach Ukraińców i tubylców, nie mieliśmy absolutnie przekonania, iż przetrwamy w obecnych warunkach ciężką syberyjską zimę. Nie posiadaliśmy ani schronienia, ani zapasów żywności i opału, ani żadnych funduszów, oprócz kilku rubli otrzymywanych ze sprzedaży naszej odzieży, a były to wszystko sprawy życia i śmierci. W Rubcowce i okolicach mogło być wtedy 1000 -1500 Polaków. Nikt nigdy dokładnie tej liczby nie sprawdził. W większości były to kobiety i dzieci od wieku niemowlęcego do 18-19 lat. Była jednak niewielka ilość dorosłych mężczyzn, przeważnie w wieku starszym i oni ujęli ster w swoje ręce. Na pierwszym oddziale naszego sowchozu uformował się komitet, którego głównym zadaniem było szybkie zorganizowanie dużego transportu i ucieczki z Syberii przed nadchodzącą zimą. Celem naszej podróży miała być SAMARKANDA
Muszę tu tej nieznanej, wymarzonej Samarkandzie parę słów. poświęcić. Wielokrotnie starałam się bezskutecznie dociec, jak powstała ta myśl: "Jedziemy do Samarkandy". Nie mieliśmy żadnych map i z pewnością ogromna większość podróżników nie wiedziała dokładnie, gdzie się ta Samarkanda znajduje (ja też nie wiedziałam). Samarkanda śniła mi się po nocach: biale, piekne domy wsród ogrodów, szerokie, lsniace ulice... Cos, jakby wiszace ogrody Babilonu... Ciekawe jest to, ze wszyscy jadacy w pociagach z pólnocy, z Kolymy, Archangielska, zwolnieni z obozów Polacy, równiez jechali do Samarkandy...
Jako że na naszym 3-cim "oddzielenju" ja byłam najstarszą z młodzieży, zostałam mianowana łącznikiem i chodziłam przez step na wszystkie zebrania komitetu. Od samego początku nie podobała mi się decyzja zorganizowania takiego ogromnego transportu. Sądziłam, że w sowieckim systemie terroru, liczne zgrupowanie ludzi staje się zbyt widoczne, a przez to niebezpieczne. Ale jak to zrobić, aby się od tego transportu odłączyć? Ta myśl zaczęła mnie nurtować. Miałam wtedy lat dwadzieścia i poczułam, że to ja staję się teraz głową rodziny i muszę podjąć odpowiedzialność za los naszej trójki. Mama była dzielna i zaradna, ale nie przyzwyczajona do planowania i decydowania o losie rodziny. To była zawsze rola Ojca, którego teraz nam zabrakło. Mama radziła sobie bardzo dobrze w sporadycznych wypadkach, gdy znalazła sie w trudnych sytuacjach, była odwazna. Nigdy nie zapomnę jak następnego ranka po przywiezieniu nas na nasze "oddzielenje", o świcie wpadł do baraku agronom Pożydajew z wielkim wrzaskiem: -"Wsie na rabotu"!- Wszyscy zaczęli wychodzić z baraku, gotowi do odmarszu. Mama jednak nie miała zamiaru iść do żadnej roboty. Widząc to Pożydajew doskoczył do niej z krzykiem -"Na rabotu!' - Mama stała z włosem rozwianym... Gdy była młodą dziewczyną marzeniem jej było poświęcić się sztuce teatralnej. Uczęszczała do Szkoły Dramatycznej i grała w kilku dramatach, jednak musiała z tej kariery zrezygnować na skutek oporu rodziców, którzy nie chcieli się pogodzić z myślą, iż córka ich zostanie "aktorką". A teraz Mama stała przed wrzeszczącym, dzikim koniokradem. Jedną ręką podparła się w pasie, a drugą wskazała Pożydajewowi prosto w nos i głosem donośnym, niby Nike z "Nocy Listopadowej" krzyknęła, że do żadnej roboty chodzić nie będzie, bo jest chora. Sara Bernhardt nie odegrałaby tej sceny lepiej!. Pożydajew ścichł i wycofał się niby pies z podwiniętym ogonem. Nigdy już więcej do Mamy się nie zbliżył, a Mama nigdy do roboty nie poszła. Zostawała w baraku, starając się zdobyć składniki na zupę, którą gotowaliśmy wieczorem.
Nasza jednak sytuacja w tym momencie, oprócz odwagi wymagała przede wszystkim strategii i to ja musiałam tym się zająć. Janusz był jeszcze młodym chłopaczkiem. Miał siedemnaście lat.
Często wracając z zebrania szłam poprzez step w towarzystwie pana Józefa Nietza, byłego policjanta, który jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazł się na zesłaniu wśród kobiet i dzieci, a nie zginął zamordowany w Ostaszkowie. Pan Józef rezydował na 4-tym "oddzielenju" i szedł jeszcze dalej niż ja. Jego postanowiłam zwerbować, a poszło mi to wyjątkowo łatwo, bo pan Józef również nie popierał idei wielkiego transportu. Zawiązaliśmy więc nasz własny "komitet". Pan Józef obiecał powędrować do Rubcowki nazajutrz i zrobić wywiad jak i w jakiej cenie można by wynająć od N.K.W.D. wagon towarowy do Samarkandy. Okazało się, ze jest to mozliwe, a cena była taka, iż po znalezieniu około 20-tu ochotników, opłata stawała się dostępną. W największej konspiracji postanowiliśmy z p. Józefem zwerbować 20 osób, po 10 każdy z nas i zebrać potrzebny kapitał. Poszło to względnie szybko i pewnego dnia z biciem serca powędrowaliśmy z p. Józefem do Rubcowki do biura N.K.W.D. Oni zaś przyjęli nas, jak normalni "businessmen'i" i wynajęli nam wagon na ustaloną datę Wagon miał być podstawiony za kilkanaście dni. Nie było ani chwili do stracenia. Mama sprzedała (dobrze) futrzaną bekieszę ojca, nasz ostatni skarb, wynajęła izbę w Rubcowce i na ciężarówce wyładowanej górą buraków wyjechaliśmy z sowchozu wraz z naszymi tobołami i walizkami. Mieszkaliśmy w miasteczku dni kilkanaście, a przed wyjazdem zakupiliśmy worek mąki i Mama razem z Januszem w ostatnią noc upiekli pyszny chleb, który zapakowany w duży worek miał nam służyć jako pożywienie w czasie podróży, której czasu trwania nikt nie mógł przewidzieć.
W dniu naszego odjazdu spadł na Syberii pierwszy śnieg. Zrobiło się strasznie zimno. Czekaliśmy na stacji kolejowej cały dzień, aby podstawiono wagon. Dopiero wieczorem załadowaliśmy się do bydlęcego wagonu trzęsąc się z zimna, wyczerpania i nerwów. - Wyruszyliśmy w nieznany i odległy świat.
Pociąg nasz jechał dość regularnie, bez długich przystanków na bocznych torach. Wkrótce wydostaliśmy się ze stepów syberyjskich i pejzaż się zmienił. Temperatura też była coraz łagodniejsza. Życie w wagonie ułożyło się dobrze, nikt nie robił nikomu przykrości . Większość pasażerów stanowiła młodzież. Jak już wspomniałam, zwerbowałam 7 osób z moich znajomych, no i nas troje. Wśród moich znajomych była rodzina Deputatów - mama i troje podrastających dzieci : Adam (18 lat), Ania (16) i Krysia (15). Była to bardzo miła rodzina. Mieszkaliśmy razem w baraku w sowchozie, wspomagając się nawzajem. Pani Deputatowa w wolne dni od pracy, przy pomocy Ani smażyła wspaniałe bliny w patelni ustawionej na cegiełkach przed barakiem. Siedzieliśmy na ziemi zwartym kołem podziwiając smażące się, rumiane bliny, czekając na poczęstunek Ja zaś strzygłam włosy całej rodzinie, jak również i innym mieszkańcom baraku. którzy ustawiali się w kolejkę i czekali na postrzyżyny, odbywające się na połamanej, znalezionej w szopie ławeczce. Nie byłam żadnym specem od strzyżenia, ale jedyną osobą, która miała odwagę to robić i moje umiejętności zdobyły w końcu uznanie. Oprócz Deputatów namówiłam na tę podroż rodzeństwo Juliana i Felicję Markowiczów, uciekinierów z Warszawy. Julek był moim kolegą na wydziale Sztuk Pięknych w Wilnie. Fela miała ukończony wydział ekonomii na uniwersytecie warszawskim. Znalazłam ich oboje na tych moczarach gdzieś koło Uralu, gdy enkawudowcy wypuścili nas na chwilę z wagonów i od tego czasu byliśmy w kontakcie. Julek zaś sprowadził swego kolegę Jurka, studenta politechniki. W Rubcowce pracowali razem w fabryce cegieł (Kirpicznyj Zawod ). Pan Józef zwerbował małżeństwo z trojgiem małych dzieci, (ziemianie z pod Wilna) i jeszcze cztery inne osoby.
Choć jechaliśmy wagonem podobnym do tych, którymi wywieźli nas z Wilna, tym razem podroż wyglądała zupełnie inaczej. Drzwi wagonu zasuwaliśmy tylko na noc, w dzień. zaś były szeroko otwarte z obu stron wagonu i mogliśmy oglądać mijane okolice. Teren stał się pagórkowaty i pojawiła się roślinność. Mijaliśmy osady i wsie z domami i chałupami dużo lepszymi od tych syberyjskich glinianych lepianek. Pewnego dnia pociąg zatrzymał się na stacji Ajaguz. Stała tam grupka kobiet z małymi dziećmi, wszystkie młode, ładne i dobrze ubrane po europejsku. Były to obywatelki Besarabii, również wywiezione. Życzyły nam pomyślności ze smutkiem i żalem. O nie, biedne, nikt się nie upominał.
Pociąg zatrzymywał się dość często, tak że nie było potrzeby używania "sanitarnej" dziury w podłodze. Na każdym postoju biegliśmy na dworzec, gdzie zawsze można było dostać "kipiatok" (wrzącą wodę), a bardzo często można było kupić coś do zjedzenia od siedzących koło stacji kobiet.. Czasami były to pierogi, lub pieczone kartofle, a nawet ogromne jak melony, gotowane buraki, które kobiety sprzedawały krojąc burak w talarki. Ponieważ była nas niewielka grupa, zawsze cos się znalazło. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jakby to wyglądało, gdy nagle wyskakuje z pociągu tysiąc głodnych ludzi. Na porannych postojach biegliśmy z miskami do lokomotywy, gdzie maszynista pozwalał nalewać do misek gorącą wodę kranikiem sterczącym z lokomotywy. Wkrótce został naszym przyjacielem i trąbił na nas, gdy myliśmy się ochoczo, aby nas wystraszyć, udając, że już pociąg rusza. Po raz pierwszy od opuszczenia Wilna poczuliśmy się jak ludzie.
Pewnego dnia , gdy "słońce chyliło się ku zachodowi" jak pisywał Henryk Sienkiewicz, nagle pociąg się zatrzymał, a po chwili zaczął się cofać. Wyjrzeliśmy przez otwarte drzwi . Na półkolistym torze kolejowym zobaczyliśmy nasz pociąg znikający za zakrętem. Nasz wagom i trzy następne, oderwały się od pociągu. i po lekko pochyłym terenie sunęły w odwrotnym kierunku, na szczęście coraz wolniej i wolniej, aż zatrzymały się kompletnie. Staliśmy w ładnej okolicy, porośniętej drzewami i krzewami. Księżyc już rysował się blado przy zachodzącym słońcu. Niedaleko toru stała duża chałupa, więc nie wiele myśląc udaliśmy się w tym kierunku. Mieszkańcy chałupy przyjęli nas gościnnie. Dla nich była to niebywała atrakcja. Poczęstowali nas mlekiem i usadzili na ławach na ganku., zapewniając, że władze kolejowe szybko nas wyciągną, jako że w Rosji linie kolejowe nie są dwukierunkowe. Jest tylko jedna linia, podzielona na odcinki z przystankami gdzie znajdują się rozjazdy, przepuszczając pociągi raz w jednym, a raz w drugim kierunku. Tak też i się stało. W nocy podjechała lokomotywa i zaciągnęła nas na najbliższy "rozjazd.". Niestety od tego wypadku skończyła się nasza przyjemna podroz . Nasz wagon zostal dolaczony do jakiegos transportu, który wiecej czasu stal na bocznych torach, niz. jechal. Nie bylo na to zadnej rady...
Wreszcie zbliżaliśmy się do Taszkientu, stolicy Uzbekistanu. Dotarliśmy tam przed wieczorem. Kilka ostatnich kilometrów pociąg jechał wzdłuż taszkienckich podmiejskich osiedli. Mijaliśmy domy otoczone ogrodami. W oknach zapalały się właśnie światła. Z niektórych domów dolatywały dźwięki gitar i śpiewanych pieśni. A my już dawno zapomnieliśmy, że takie rzeczy istnieją. Nagle opanowała mnie żałosna świadomość naszej nędzy, bezdomności i niepewności jak przeżyjemy następny dzień. Z Mamą i Januszem mieliśmy w tej chwili jedyny plan: w Taszkiencie musimy szukać ojca.
Pani Deputatowa obiecała siedzieć w wagonie i pilnować naszych tobołów. Młodzież, gdy dowiedziała się , że planujemy wycieczkę, natychmiast zdecydowała się nam towarzyszyć, a więc Fela, Julek, Jurek, Adam Ania i Krysia i nasza trójka wyskoczyliśmy z wagonu, jak tylko pociąg stanął na stacji. Nie przewidywaliśmy jednak trudności, które na nas czekały, aby wydostać się z dworca na ulicę. Peron był ciasno nabity ludźmi. Jakoś pchając się dotarliśmy do sali dworcowej. Tam tłum był jeszcze ciaśniej zbity razem. Postanowiliśmy działać siłą i w zwartym szyku. pchając się i rozdając szturchańce powoli zbliżaliśmy się do drzwi wyjściowych, które nagle, nie wytrzymując naporu, wyrzuciły nas z impetem na zewnątrz. Znaleźliśmy się na ulicy mocno wymiętoszeni i nagle stwierdziliśmy, że Mamy nie ma. Drzwi były znowu zatrzaśnięte, a my staliśmy bezradni nie widząc co począć. Jednak, po chwili drzwi się trochę uchyliły i przez szparę wypsnęła się biedna, poturbowana Mama, niosąc pantofle w ręku.
Od dworca do miasta prowadziła pusta, niezabudowana po obu stronach ulica, a w odległości może kilometra widać było miejskie budynki. Środkiem jezdni biegły szyny tramwajowe. Poszliśmy wszyscy w kierunku miasta. Było już ciemnawo i pusto. Nagle zobaczyliśmy, że od strony miasta idzie ku nam postać męska. Był to wysoki i wysmukły młody człowiek w fufajce i w "fufajkowych" obcisłych spodniach, zaciśnięty w pasie, w kierpcach podwiązanych na łydkach, prosty, o kocich, sprężystych ruchach, w ogromnej futrzanej czapie. Szedł ku nam szparko i zręcznie, a gdy podszedł bliżej ujrzeliśmy metalowego orzełka na czapie i biało -czerwoną opaskę na. ramieniu. O, Boże, serca nam załomotały. Był to przedstawiciel naszej, polskiej władzy!. Otoczyliśmy go dokoła gadając, gadając. Okazało się, że był on pracownikiem Polskiej Delegatury Opieki Społecznej. Nazywał się Czerkaski i był najpiękniejszym chłopakiem, jakiego widziałam w życiu. Wytłumaczyliśmy panu Czerkaskiemu, ze szukamy ojca, oficera armii polskiej. Właśnie nadjechał tramwaj i pan Czerkaski polecil nam do niego wskoczyc objasniajac, ze zawiezie nas do hotelu, gdzie mieszka glówny delegat rzadu polskiego na Uzbekistan. Jechalismy teraz przez miasto..."normalne" miasto, ..."normalni" ludzie szli ulicami. Zdaliśmy sobie nagle sprawę, że zupełnie zdziczeliśmy przez te kilka miesięcy.
Dochodziła godz. 9-ta wieczorem gdy weszliśmy do hollu hotelowego, trochę późno na wizytę urzędową. Pan Czerkaski poszedł porozmawiac z p. Delegatem, który pomimo późnej godziny obiecał nas przyjąć. Po chwili zeszedł po schodach do hollu major wojsk polskich, pan Frankowski i usiedliśmy wszyscy na krzesłach ustawionych wokół stolika. Przedstawiliśmy Delegatowi naszą sprawę tłumacząc, że poszukujemy męża i ojca, Stefana Eichlera, oficera rezerwy, wywiezionego z obozu oficerów internowanych na Litwie. Pan mjr. Frankowski uśmiechnął się lekko i odrzekł.- "proszę Państwa, pan Eichler jest moim starym kolegą, a wywieźli nas razem z Litwy do Kozielska w ZSRR. Jest on żywy i zdrowy i znajduje się obecnie w Buzułuku w Sztabie Armii Polskiej.". - Wydało mi się, ze śnię. Ta scena była jak z filmu, jak z powieści. Czy naprawdę zdarzają się takie przypadki? Jednocześnie poczułam radość ogromną, bo już od prawie dwóch lat nie mieliśmy wiadomości od Taty, ani pewności, że żyje, że nie został zamordowany. Objaśniliśmy panu Frankowskiemu iż jesteśmy w Taszkiencie tranzytem i celem naszej podróży jest Samarkanda. Pan Frankowski poinformował nas, że w Samarkandzie istnieje placówka Delegatury Polskiej i doradzil nam, abysmy natychmiast po przyjezdzie skontaktowali sie z Kierownikiem placówki, oraz obiecal nam, iz wysle telegram do Sztabu w Buzuluku i zawiadomi ojca, by nas szukal w Samarkandzie...
Pożegnaliśmy panów Frankowskiego i Czerkaskiego dziękując im gorąco i serdecznie. Wyszliśmy z hotelu pełni euforii. Miasto było już uśpione, gdzieniegdzie ulice oświetlało słabe światło latarni. Poczuliśmy głód nieznośny. Już prawie od trzech tygodni żyliśmy na przypadkowo znalezionych kąskach oraz chlebie, którego każdy z nas miał trochę w zapasie, konsumując go bardzo oszczędnie. W oddali, przy końcu ulicy zobaczyliśmy ledwo widoczny dwukołowy wózek i chłopaka krzyczącego -"Pierazki"!! Ruszyliśmy pędem w jego stronę. Przerażony chłopak chwycił wózek i zaczął uciekać. Dopadliśmy go momentalnie i ku jego zdumieniu kupiliśmy, a nie zrabowali, wszystkie pierożki Niestety było tego zaledwie tyle "co psu mucha ".
Szlismy dalej głodni i nagle minęliśmy krótką kolejkę ludzi stojących przed zamkniętymi drzwiami kamienicy.
"A co tu dają?" - padło sakramentalne w Rosji pytanie, jak gdyby możność zakupienia czegokolwiek, była niezwykłą zaletą szczodrego systemu. Okazało się, że jest to restauracja dla oficerów armii sowieckiej, ale od czasu do czasu pozwalają wejść do sali restauracyjnej również ludziom cywilnym. Stanęliśmy w kolejce pełni nadziei., było nas dziewięcioro. Staliśmy tak dość długo, aż nagle drzwi się uchyliły i wpuszczono nas wszystkich do środka. Była to duża sala, zastawiona stolikami cztero-osobowymi, oświetlona intymnie przyćmionym lampkami. Większość miejsc przy stolikach zajęta była przez oficerów sowieckich konsumujących sute porcje mięsiwa, kartofli i jarzyn. W końcu sali była mała scena, na której stał oficer i przy akompaniamencie bałałajki właśnie śpiewał bardzo rzewnie pieśń, znaną również w Polsce przed wojną, p.t. "Serce". .Doprawdy atmosfera była niezwykła dla nas, głodnych byłych. spiec-pieresieleńców. Nie zauważyliśmy ani jednego enkawudowca pomiędzy stołownikami. Kelner poprowadził nas do wolnych stolików, a my idąc zbieraliśmy ze stolikow resztki pozostawionego przez klijentow chleba, chowając to do kieszeni. Zamówiliśmy wszyscy kolację, składającą się z dużego kotleta , gotowanych kartofli i marchwi z grochem. Wśród nas były cztery młode dziewczyny, co oczywiście rozanieleni oficerowie szybko spostrzegli. Słali nam uśmiechy, podnosili kieliszki do góry, byli gotowi uściskać nas i ucałować Tak to zakończyliśmy tę niezwykłą noc w Taszkiencie.
- A teraz trzeba było wracać do pociągu. Nagle strach nas ogarnął:- "co będzie jeśli pociąg już odjechał, a w nim pani Deputatowa i wszystkie nasze toboły, które stanowiły podstawę naszego bytu"?- Nikt przecież nie wiedział, jak długo pociąg miał stać na stacji. W ZSRR rozkłady jazdy nie istniały. Na pociąg trzeba było czekać po kilka dni, siedząc na peronie.. Poszliśmy szybko w kierunku stacji kolejowej. Dworzec był już zamknięty na cztery spusty. Obeszliśmy budynek wzdłuż ulicy i przez jakiś otwór w płocie przedostaliśmy się na tory. Było ciemno i w mroku majaczyły długie pociągi na rozlicznych torach, jeden za drugim i obok siebie. Gdzie zatrzymał się nasz pociąg nikt oczywiście nie pamiętał. Zaczęła się uciążliwa wędrówka między wagonami. lokomotywami. Prawie utraciliśmy nadzieję, że pociąg znajdziemy, a tu nagle zamajaczyła postać siedząca w drzwiach otwartych w ciemnym wagonie. Była to pani Deputatowa, przerażona , drżąca, modląca się w trwodze do Boga. Zaczela nas po kolei wciagac do wagonu, a gdy wciagnela ostatnia osobe ... pociag zaskrzypial, szarpnal i ze zgrzytem ruszyl naprzód...
Możesz mi Czytelniku uwierzyć lub nie, ale cała ta noc taszkiencka był to przedziwny łańcuch niezwykłych wydarzeń!
Do Samarkandy dojechaliśmy naszym "żółwim" pociągiem dopiero po kilku dniach Wjechaliśmy w godzinach popołudniowych na stację wypchaną ruchliwym i hałaśliwym tłumem Toboły mieliśmy gotowe "do skoku". i trzymając się razem z Markowiczami, pomagając sobie wzajemnie udało nam się wyskoczyć z wagonu razem z naszym bagażem z całości. Staraliśmy się wydostac z tlumu nie straciwszy nic z naszego drogocennego ładunku, co nie było wcale łatwe. Powoli pchając się w stronę opłotków wypsnęliśmy się z peronu poprzez jakąś furtę na przydworcową ulicę. Straciliśmy z oczu resztę naszych towarzyszy podróży, Deputatów, Jurka, pana Józefa i innych. Nie spotkaliśmy ich już nigdy.
Znaleźliśmy się w bocznej ulicy, wzdłuż której tkwiły w zachwaszczonych ogródkach niewielkie, parterowe domy. Na chodnikach, po obu stronach ulicy koczowały szpalery ludzi siedzących w zwartych gromadach na swych bagażach. Szliśmy ulicą w poszukiwaniu wolnego miejsca, aby złożyć bagaże i rozejrzeć się w sytuacji. Odeszliśmy dość daleko, dźwigając bagaże na plecach, zanim znaleźliśmy kawałek chodnika, gdzie usadowiliśmy się, składając ciasno nasze walizki i tobołki . Gadatliwy Julek rozpoczął pogawędkę z sąsiadami, by uzyskać trochę informacji. Cóż dowiedzieliśmy się? Jedzenia brakuje, nie ma mowy o wynajęciu jakiegoś pokoju , czy hotelu, w nocy bandy opryszków grasują po ulicach , porywają i kradną ludziom walizki, co jakiś czas zjawia się milicja i zabiera gdzieś gromady bezdomnych. Sytuacja była bez wyjścia Usiedliśmy ciasno na walizkach i tobolkach, nie tyle, aby siedzieć wygodniej, ale by bronić naszego dobytku w razie napadu. Wkrótce noc zapadła .W ciemnosciach zaczęły przebiegać ulice bandy wrzaskliwych.opryszków.. Słychać też było krzyki obrabowanych ofiar. Siedzieliśmy całą noc sterroryzowani. Mnie przyszedł pomysł do głowy, że skoro nie można wynająć pokoju, to może można wynająć miejsce w którymś z zarośniętych ogródków, aby nie siedzieć na ulicy strasznej i niebezpiecznej. Rano poszłam z Julkiem na poszukiwanie. Zapukaliśmy do drzwi jednego z pobliskich domów. Kobieta uchyliła drzwi i zobaczywszy nas zaczęła wołać; -"Kwartiry niet!"- "Babuszka, my nie chcemy "kwartiry", my chcemy wynająć od ciebie kawałek ogródka i zapłacimy ci za to. Będziemy tu siedzieć dopóki nie zajdziemy jakiegoś pomieszczenia".- Kobietę ta propozycja najwyraźniej zdumiała i zaskoczyła Pomyślała chwilę . -" Nu charaszo"- zawołała - " A w którym kawałku chcecie siedzieć?"- Rozejrzeliśmy się po ogrodzie i w tyle domu, gdzie rosło kilka małych drzewek i duże zarośla wybraliśmy sobie miejsce, mało widoczne od ulicy. Uzgodniliśmy cenę i przezornie obiecaliśmy zapłacić za chwilę, po przyniesieniu bagaży. Pobiegliśmy pędem, momentalnie przenieśliśmy wszystkie rzeczy na plecach i ulokowali się wszyscy w krzkach w ogrodzie.
Było to cudowne, chwilowe rozwiązanie Kobieta przyniosła nam "kipiatok" i okazało się, ze była to calkiem niezła osoba i pomocna. Pożyczyła nam łopatę, aby zakopywać śmieci i nieczystości. Wypiliśmy kipiatok, zagryzając sucharami i Mama, razem z Felą postanowiły udać się na poszukiwanie placowki Polskiej Delegatury Opieki Społecznej, aby nawiązać kontakt, a też zasięgnąć rady, jak się się zakwaterowac z Samarkandzie. Julek, Janusz i ja zostaliśmy na "gospodarstwie" i kiedy obie powróciły po kilku godzinach, zupa była gotowa, posłania urządzone , my wykąpani w kabince urządzonej z rozpiętych koców między drzewkami.. Siedząc przy zupie wysłuchaliśmy wszystkich przyniesionych wiadomości. Otóz Samarkanda składa się z dwóch części: Nowego i Staregi Miasta. Nowe Miasto przylega do stacji kolejowej. Zbudowane zostało pod zaborem rosyjskim, a więc na sposób rosyjski. Stare Miasto jest to antyczna część uzbecka, datująca się od czasów z przed najazdu Dżengis - Chana ( 11 wiek)...
( Później, po latach, interesowały mnie dzieje tej części świata. Samarkanda była kiedyś stolicą państwa Transoxiany odgraniczonej na wschodzie od Mongołów Dżagataja, potomka Dżengis-Chana, rzeką Syr-Daria , a na zachodzie od państwa perskiego, rzeką Amu-Daria. Na południu graniczyla z górami Afganistanu, a od północy ze stepami, po których wędrowały liczne plemiona nomadów. Byla to bogata, zyzna kraina z wielkimi miastami o zaawansowanej jak na tamte czasy cywilizacji, pelna ogrodów, rzadkich owoców i zielonych pastwisk. Przez Transoxiane prowadzily glówne szlaki handlowe z Chin do Persji i Azji Mniejszej)...
Kierownik placówki polskiej objaśnił Mamę i Felę że mowy nie ma, aby znaleźć jakiekolwiek pomieszczenie w Nowym Mieście, a jeżeli są, czynsz jest tak wysoki, że trzeba być bogaczem, aby to opłacić. Doradził, aby szukać na Starym Mieście, oddalonym od stacji kolejowej o 8 kilometrów, ale i tam nie będzie to łatwe. Mama poinformowała go, iż czekamy na wiadomość od ojca, która przyjdzie na adres placówki. Kierownik polecił nam, abyśmy natychmiast po znalezieniu kwaterunku zawiadomili go o adresie, i byli z nim w stałym kontakcie.
Ułożyliśmy się na posłaniach, między krzakami i tej nocy spaliśmy spokojnie i bezpiecznie, pomimo krzyków i hałasów dobiegających z ulicy.
Rozsypane przez nieuwagę ziarnka kysz-myszu znikały momentalnie w jamach ustnych tych głodomorów, którzy godzinami wyczekiwali na podobną okazję. Przed okalającymi bazar budami gromadziły się grupy zgłodniałych obdartusów w oczekiwaniu, że może w którejś budzie otworzy się nagle małe okienko i. zaczną sprzedawać 4oo-gramowe porcje chleba.
Wtedy natychmiast formowała się długa kolejka (oczeredź) w której porządek i karność znikały natychmiast po ukazaniu się pierwszego kawałka chleba.. Z tą chwilą rozpoczynała się prawdziwa walka na pięści, łokcie i kopniaki, przy akompaniamencie wrzasków i płaczu słabszych, wypchniętych z kolejki. Grząskie, gliniaste błoto oblepiało obwiązane szmatami nogi. Uzbecy w kolorowych, egzotycznych kaftanach i haftowanych czapeczkach, ruszali się żwawo i z pogardą patrzyli na brudny, chory i zawszony tłum nędzarzy. Ich zdrowe, smagłe oblicza odcinały się od trupich, opuchłych twarzy byłych "lagierników" i wynędzniałych obywateli sowieckich z Ukrainy i zachodniej Rosji, uciekinierów przed postępującą armią niemiecką.
Główna brama bazaru wychodziła wprost na ulicę Guzarską, którą należało się wspinać ku górze, ku rozlicznym tupikom (zaułkom) zamieszkałym wtedy tak licznie przez obywateli polskich, w większości Żydów. Ulica Guzarska była gliniasta i obślizgła. U jej ujścia , na rogu, królowała rozległa czajhana, o ozdobnej i ciekawej architekturze, gdzie na podłodze wysłanej matami rozsiadali się uzbeccy mężczyźni, pijąc zielony czaj (herbatę) z porcelanowych czarek, zagryzając kysz-myszem. Wieczorami przed czjhaną wystawały lwowskie, tarnopolskie, stanisławowskie dziewczyny uliczne, owinięte w brudne i zawszone szmaty, bezwstydne w swej nędzy, szczerząc żółte i popsute zęby do przechodzących ulicą Uzbeków.
Aby się dostać do naszej izdebki należało wspiąć się dość wysoko. Ulica biegła krawędzią wielkiego pagóra, a w dole widać było drzewa, a może ogrody, a także jakieś duże stajnie, które w tym egzotycznym pejzażu przywodziły na pamięć mitologiczne stajnie Augiasza.. Teren za stajniami stawał się górzysty i w dali widniały cudne, bajkowe budowle, może grobowce, a może meczety. Nie wiem, bo nigdy tam nie poszłam. Odwracałam głowę z goryczą i niechęcią od tych pięknych dzieł starodawnej sztuki, przytłoczona nędzą, głodem i brudem.
Od Guzarskiej ulicy w bok odchodziły niezliczone, kręte tupiki - zaułki nie szersze niż. dwa, trzy metry. ograniczone przez wysokie mury otaczające prywatne zagrody, gdzieniegdzie tylko przecięte przez ciężkie drewniane bramy, prowadzące na prywatne podwórka W zaułkach grzęzły w błocie ogromne wielbłądy, pozwalając przechodniom z trudnością przesunąć się bokiem pod murem.. Na szczęście zwierzęta te były spokojne, pobłażliwe i całkowicie pozbawione złośliwości.
W jednym z takich tupikow, przekroczywszy ciężką drewnianą bramę, wchodziło się na dziedziniec domu Izhabajewa., który po długich prośbach i targach odnajął Mamie i Feli, od wielu godzin poszukującym daremnie kwaterunku, maleńką izdebkę o powierzchni 2.5 x 2.5 metra, służącą mu dotychczas jako obora dla krowy. Kiedyś musiała być to jednak izba mieszkalna gdyż w jednym rogu stał nieczynny, ceglany piecyk. z metalową rurą wystającą przez ścianę, a po środku w podłodze było wgłębienie na "mangał" - metalowy płaski kosz, w którym Uzbecy rozpalają węgiel drzewny i w ten sposób ogrzewają izby. Do tej obórki przywieźliśmy nasze bagaże wynajętą uzbecką dwukołową arbą, zaprzężoną w małego konika.. Było nas razem pięcioro dorosłych ludzi i rozlokowaliśmy się niby w podmiejskiej willi, po wielu dniach i nocach spędzonych w bydlęcym wagonie, lub na ulicy. Choć ciasno było niesamowicie, poczuliśmy się jak w domu. Od pierwszego dnia życie zostało zorganizowane, a więc chodzenie na poszukiwanie chleba, chodzenie na "barachołkę" (targowisko "barachła") by coś sprzedać, gotowanie strawy "na cegiełkach", zdobycie paliwa no i wreszcie bicie wszy co wszystkim ludziom w Rosji wypełnia czas t.zw. wolny. Role się zmieniały, aby nikt nie czuł się pokrzywdzony. lecz wszy biliśmy wszyscy.
Już następnego ranka wpadł do nas niespodziewanie nasz sąsiad, mecenas z Krakowa. Od bramy, zobaczywszy Mamę, wołał głosem tubalnym: -"Pani łaskawa, a kości pani łaskawej nie potrzebne? Świeże kości! Codziennie mogę pani łaskawej dostarczyć je po niskiej cenie!" - A więc od tego dnia Pan Łaskawy przynosił nam kości na zupę. Biegał po nie o świcie nie wiadomo gdzie i na ten temat snuliśmy rożne, mniej lub bardziej makabryczne hipotezy.
Nasz gospodarz Izhabajew pozwolił użyć deski, których stos leżał na dziedzińcu Zbudowaliśmy prycze. Po jednej stronie izby stanęła wąska dwuosobowa prycza dla Feli i Julka, a po drugiej stronie trochę szersza dla Mamy, Janusza i mnie. Pomiędzy pryczami stanął "stolik" zrobiony z walizek i poza paru pakunkami upchanymi pod pryczami, nic już więcej się nie zmieściło. Wieczorami paliliśmy " kopciłkę".. W słoiku po "Kremie Prałatów" mojej Mamy zrobiliśmy dziurkę w pokrywce. przez którą przewlekliśmy knot zrobiony ze sznurka. Do słoiczka nalewało się trochę nafty i tak to kopciło, nie dając prawie wcale światła, natomiast od tego kopcenia wszystkie nasze nosy i okolice nosa były pokryte czarną sadzą. Bardzo to surrealistycznie wyglądało. szczególnie, gdy prowadziliśmy poważne dyskusje na rożne tematy.
Ja od pierwszego dnia przerobiłam się na chłopca. Obcięłam włosy, chodziłam w spodniach narciarskich i po pewnym czasie nikt już prawdy nie pamiętał. O Mamie mówiono: "Ta pani z dwoma synami". Czułam się w ten sposób bezpieczniej.
Grupie żydowskiej przewodził pan Kaftal, mecenas z Małopolski, drobny, żwawy i życzliwy człowiek, który czynił jakieś nadludzkie starania, aby wszystkich swoich podopiecznych wyprowadzić z Rosji do Meksyku, niczym Mojżesz z niewoli egipskiej. Rozpoczęła się samarkandska zima polegająca głownie na przejmującym chłodzie, obfitych deszczach i błotnistej, śliskiej topieli w zaułkach. Miasto było przeładowane tłumami przybyłych z dalekich łagrów i zsyłek obywateli polskich, oraz uchodźców z sowieckich obszarów zajętych przez posuwającą się armie niemiecka. Żywności i kwater zabrakło, a na dodatek zapanowała straszliwa epidemia tyfusu plamistego roznoszona przez wszy , oraz dyzenterii, przy kompletnym braku opieki lekarskiej. i higieny. Bezdomni chorzy marli na ulicach. Znaleźliśmy się na dnie piekła.
Co kilka dni Mama lub ja chodziłyśmy do Nowego Miasta, do placówki Polskiej Delegatury, aby sprawdzić, czy nie ma wiadomości od Ojca. Czekaliśmy na nią jak na wybawienie. Tygodnie mijały, coraz mniej mieliśmy rzeczy, aby sprzedać na barachołce i coraz mniej mieliśmy sił, aby bić się o chleb w kolejkach. Powoli wpadaliśmy w stan apatii i depresji. Pewnego dnia Mama powróciła z placówki, przynosząc depeszę od Taty wysłaną do kierownika placówki, z prośbą o podanie naszego adresu. Kierownik zapewnił Mamę, że już wysłał telegraficznie odpowiedź. To nas ożywiło i dodało nam nowych sił, ale cóż, w dalszym ciągu była cisza i brak jakichkolwiek wiadomości. Nic dziwnego, ta pierwsza depesza od ojca, wysłana jako "mołnia" ( błyskawiczna) szła prawie trzy miesiące.
Na początku lutego (1942 r), pewnego dnia gdy leżeliśmy na wpół żywi na pryczy, ktoś załomotał do drzwi i nagle wkroczył do izby wysoki, postawny podchorąży Armii Polskiej dźwigając wielki wojskowy wypchany worek na placach. Zerwaliśmy się z uczuciem, że oto nastąpił cud, ratunek, wybawienie.! Przybysz nazywał się Michał Feldman, przysłany przez ojca, aby zabrać nas do Ługowoje, w Kirgizji, gdzie formowała się właśnie 10-ta Dywizja Armii generała Władysława Andersa.
Wyjechaliśmy do Ługowoje następnego dnia. Pan Feldman był człowiekiem niezwykle praktycznym i zorganizowanym. Miał już ze sobą wojskowy, imienny rozkaz podroży, podpisany przez władze sowieckie, więc nie było żadnych problemów, aby dostać się do pociągu bez kilkudniowego wyczekiwania na dworcu. W worku, który przywiózł, Tata przysłał niezwykłe skarby, a więc kilka krążków kiełbasy , kilka bochenków chleba, koszulki dla Mamy, buty z cholewami dla Janusza, a dla mnie mundur po szczupłym rotmistrzu kawalerii. Mundur ten rozwiązał palący problem mojej garderoby i stał się moim strojem na codzień i "od święta", w którym dojechałam do Iranu. Wszystko co było w możliwym stanie z mojej skąpej garderoby sprzedaliśmy już dawno na barachołce. Mama, która przez całe życie nigdy nie była na czas "gotowa" w ostatnim momencie stwierdziła, ze nie będzie gotowa na następny dzień., aby wyjechać, ale zakrzyczeliśmy ja wszyscy i szybko spakowała tobołki.
Przyłączyło się do naszej grupy trzech znajomych mężczyzn: syn pana Lewina, znanego właściciela znakomitego zakładu szewskiego z Suwałk, u ktorego Mama zamawiała kiedyś buty dla całej rodziny, jego zięć- lekarz i ich przyjaciel muzyk -. wszyscy z postanowieniem zgłoszenia się do służby wojskowej w 10-tej Dywizji.
Tym razem, po raz pierwszy w Rosji, podróżowaliśmy pociągiem pasażerskim, zaopatrzonym w ławki do siedzenia i półki do spania oraz toalety. Pociąg wypełniony był młodymi Polakami, którzy jechali do Ługowoje na wieść o tworzeniu się dywizji gen Andersa. Nastrój był radosny, a widok mojego rotmistrzowskiego munduru, na którym przypięte były ciągle wszystkie gwiazdki i proporczyki, nastrajał ich bardzo przyjaźnie. Gdy przepychałam sie do umywalni zewsząd slyszałam: "Rotmistrzuniu! -a może napijecie się z nami wódeczki"?
Gdy przesiadaliśmy się na jakiejś stacji i poszłam z p. Feldmanem załatwiać formalności, na Mamę, Janusza oraz naszych towarzyszy podróży, stojących z bagażem na peronie napadła gromada opryszków i ukradła naszą najlepszą walizkę, z resztkami naszych rzeczy.
Dnia 12 lutego 1942 r. w południe dojechaliśmy do Ługowoje w Kirgizji. Pan Feldman zostawił wszystkich na stacji zabierając tylko mnie i udaliśmy się do dowództwa dywizji, które mieściło się w byłym budynku szkolnym. Pan Feldman poszedł odszukać ojca. Czekałam na korytarzu i za chwilę z jednego z biur wybiegł Tata. Nie wiele się zmienił, tyle, że był bardzo szczupły Krotkie było nasze powitanie. Pobiegliśmy razem na dworzec.
Mogło się było wydawać, że oto kończą się nasze udręki, ale zły los nie popuścił nas jeszcze ze swych szponów. Tata przygotował izbę wynajętą od tamtejszych chłopów. Już idąc do niej ze stacji. kolejowej Janusz ledwo powłóczył nogami. Najwyraźniej miał bardzo podniesioną temperaturę Natychmiast położyliśmy go na posłaniu i ojciec pobiegł po lekarza. Był to tyfus plamisty, straszna choroba przenoszona przez wszy, polegająca głównie na bardzo wysokiej temperaturze trwającej ponad 10 dni. Rzadko które organizmy to wytrzymują. Siedzieliśmy wokół nieprzytomnego Janusza opowiadając sobie o naszych przeżyciach. Mama czuwała nad nim dzień. i noc.
Tata miał przygotowaną dla mnie "posadę" cywilną, nie mogąc się pogodzić z myślą, że jego kochana córeczka pójdzie do wojska. Właśnie wtedy zorganizowano w Ługowoje placówkę Delegatury Opieki Społecznej. Codziennie zjeżdżały do tej małej mieściny setki Polaków z nadzieją dostania się do wojska. Ludzie młodzi i zdrowi mieli szansę, ale przybywało mnóstwo ludzi chorych, starych, i kobiet z dziećmi Delegatura miała się nimi zaopiekować. Piekna to była myśl, ale niestety na poparcie tego projektu nie było żadnych funduszy. Na placówkę wynajęto niewielką dwuizbową, chłopską chałupę.
Kierownikiem został energiczny człowiek w sile wieku p. Stefanowicz, a ja zostałam sekretarką. Do moich obowiązków należała rejestracja wszystkich przybyłych ludzi. Po środku większej izby stanął stół ze stołkiem i rozpoczęłam urzędowanie. Oprócz rejestracji, nasza pomoc polegała na wypłaceniu każdej zarejestrowanej osobie po 10 rubli jako jednorazowego zasiłku (za 10 rubli można było zjeść w stołówce dwa lub trzy posiłki składające się z wodnistej zupy i porcji kaszy). Wokół naszej chałupy był niezagospodarowany teren, w tej porze roku pokryty grubą warstwą grząskiego błota. Ktoś z dowództwa dywizji wpadł na pomysł, aby żołnierze wstępujący do wojska zostawiali swe fufajki dla ludzi potrzebujących odzieży, Fufajki te przynoszono do nas z dywizji, a ponieważ nie było miejsca, aby je magazynować, kierownik wydał zarządzenie, aby je składać przed budynkiem. Wkrótce dokoła chałupy powstał wał ułożony ze stosów fufajek, prawie poruszających się od rojowiska wsz