
Widząc Magdę bladą i zmęczoną czuliśmy się, z jednej strony, usprawiedliwieni w naszej decyzji wyjazdu tutaj, z drugiej było nam jej żal. Zdecydowaliśmy że najlepsza będzie forsowne wprowadzenie jej w tutejsze warunki, i przez pierwsze kilka dni była tylko plaża La Ropa - złoty piasek, ciepłe morze, gorące słońce, romantyczne palapas (restauracje z patyków i liści palmowych stojące tuż nad wodą), zimne piwo z solą i sokiem z limony.
Plus krokodyl. Nigdy jeszcze, w żadnej z moich podróży nie widziałem żeby krokodyl - imponujaco duży i całkiem dorosły, dziki, nie na łańcuchu - dzielił plaże z publicznością. Krokodyl każdego prawie dnia wypływa z ujścia małej rzeczki, wyłazi na plażę i układa się na słońcu, często z szeroko otwartym pyskiem. Wygląda dokarmiony i zrelaksowany. O ile nie jest wegetarianinem z preferencją do orzechów kokosowych trudno nie podejrzewać że żywi się albo psami albo lokalnymi dziecmi - jednych i drugich jest mnóstwo, wygląda na to że nikt ich nie liczy. Jestem przekonany że któregoś dnia skusi się na turystę, patrząc na ich (turystów) zachowanie, jest to tylko kwestja czasu. Mam nadzieję uchwycić ten moment na filmie, światło tutaj jest zawsze bardzo dobre i użycie migawki na 1/1000 sekundy nie przedstawia problemu, a moje krzesło dzieli od krokodyla tylko 30 metrów. Zdjęcia "wprowadzające" typu "Magda i krokodyl", "Krystyna i krokodyl" już mam, te były łatwe, dopiero to "co się stało potem", wciąż jeszcze w projekcie, będzie prawdziwym osiągnięciem.
Stoimy u Rodrigo (N$90/dzień jeśli się stoi przez przynajmniej miesiąc), lokalnego prawnika który postanowił przebudować część swej posiadłości na kamping dla przyczep turystycznych (przebudowa wciąż trwa). Plaża "La Ropa" jest wygodne 200 m. od naszej "Mavourneen".
Ale wróćmy do Magdy i mego kataru: to jest jej pierwsza wizyta w Meksyku, więc każdego popołudnia braliśmy ją na oglądanie tutejszych wystaw sklepowych - oczywiście głównie tych z wyrobami ze srebra i ze "sztuką ludową" - żeby ją jak najszybciej przyzwyczaić do lokalnej "atmosfery handlowej". Ottawa - z ustalonymi cenami, wyprzedażami, etc. - jest całkiem inna. Magda szybko okazała żywe zainteresowanie biżuterią ze srebra, więc postanowiliśmy pojechać do Taxco (meksykańskie "miasto srebra"), 500 km stąd. Wyjeżdżając z Zihuanatejo o 5-tej rano (coś dwie godziny przed wschodem słońca) wzieliśmy HWY 134 do Iguala i potem HWY 95 do Taxco. W Taxco byliśmy około 14:00, raczej zmęczeni, i pełni respektu dla Sierra Madre. Z HWY 134 zapamiętałem nie tyle górskie widoki co niekończącą się serię "niebezpiecznych kurw" (po hiszpańsku "curvas peligrosas" - co brzmi prawie tak samo dobrze). Na widoki mogłem spojrzeć tylko podczas przystanków. HWY 134 zdecydowanie nie nadaje się na podróż z przyczepą kampingową. My wzieliśmy tylko Silverado, ale i tak jazda była może nie tyle nawet niebezpieczna ile nudna i bardzo męcząca, i bez nagrody widokowych zachwytów. Tyle że często spotykane ręcznie malowane ogłoszenia: "aqui se venga mescal, primera cualidad" ("tutaj sprzedaje się mescal pierwszej jakości") sygnalizują kwitnący lokalny przemysł chałupniczy. Mescal i tequila są jak bimber i żubrówka - ten sam proces i surowiec, różna technologia.
Taxco jest położone dużo wyżej niż Iguala, dojazd jest po bardzo przyzwoitej dwupasmowej szosie która w samym mieście zmienia się w gmatwaninę uliczek szerokości Fiata 500, biegnących we wszystkich możliwych kierunkach tylko nie prosto i nie po równym, i zapełnionych żwawymi VW typu Garbus, skuterami, i, jako że to było niedzielne popoludnie, spacerowiczami. Parkować wolno wszędzie i za darmo. "Nastrój ulicy" jest fantastyczny - kiedy Silverado utknął w za wąskiej uliczce i musiałem wycofywać się przez jakieś 20 metrów, ani jeden z chyba pięciu kierowców z tylu za mną, którzy przez to musieli "rozplątać się" jadąc na wstecznym, nie zareagował nieprzyjaźnie czy zachował się nie po dżentelmeńsku. To wprawiło nas od razu w świetny humor, i potem reszta dnia była bardzo udana: K&M utonęły w srebrnej biżuterii (przewodnik mówił że w Taxco jest 1000 sklepów), Magda znalazła dwa wyroby na które ją było stać, zjedliśmy dobrą pizzę (na zocalo [rynek], obok domu Bordy [odkrył główną żyłę srebra], na drugim piętrze, do stolika zaraz podchodzi starszy, zadbany i elegancko ubrany [konserwatywnie skrojony szary wełniany garnitur, krawat] pan. Pan jest właścicielem lokalu, ale, odniosłem wrażenie, ma potrzebę uzewnętrznienia swego niewyżytego ja - podaje pamflet z listą utworów muzyki klasycznej jakie dziś wieczór będzie odtwarzał na pianinie. W międzyczasie, podczas oczekiwania na zamówioną średniej wielkości pizzę (65 pesos i dosyć na troje), gdzieś z głośników dyskretnie płynie muzyka epoki Rudolfa Valentino. Będąc w połowie mego drugiego kawałka zauważyłem siedemdziesięcioprzeszloletnią panią ze wspaniałą twarzą, w pięknym futrze, starannie umalowaną i z papierosem w długiej cygarniczce. Stała koło balustrady patrząc na zocalo. Musiała być daleko myślami - pewnie gdzieś w przeszłości, na swoim własnym Sunset Boulevard. Piszę tu o niej, bo ostatnio - od kiedy stałem się "panem po sześćdziesiątce" - zacząłem zauważać starszych ludzi. Ze strachem myślę że pewnie niebawem będę zaczynał czytanie gazety od sekcji "Wypadki i zgony". Nawiasem mówiąc, jeżeli zgubiliście się w tym nawiasie, nie dziwię się Wam zupełnie - poza pizzą wszystko w tej restauracji było zaskakujące i pełne ukrytych znaczeń), i dostaliśmy pokój w "Posada San Juarez". PSJ jest skutkiem przebudowy czegoś innego, ale jakiekolwiek jej początki, obecny "produkt końcowy" jest rzeczywiście śliczny i pełen uroku. I ma basen zachęcający do kapieli. Zwroćcie uwagę że "zachęcający" jest kluczowym słowem - basenów w Meksyku jest mrówków.
Następnym dniem był poniedziałek. K&M znikły w tych sklepach ze srebrną biżuterią które były zamknięte wczoraj (bo była niedziela). Ja założyłem obiektyw 35 mm i wziąłem się za fotografowanie miasta. Tuż koło rynku był w toku napad na bank (na Banamex), policja wyskakiwała z ciężarówek, ulice były zablokowane Volkswagenami, czekałiśmy wszyscy na strzelanine, ale do strzelaniny nie doszło. Odkryłem zupełnie nieprawdopodobny targ ukryty poniżej rynku, na nim piekarnie ze świetnymi bułeczkami. Koło katedry (cała w środku ze złota, ściany różowe - dokładnie tak jak obiecywali ci co tu już byli) zauważyłem turystę czytającego przewodnik po Meksyku po polsku (notatka dla Was: wiedząc że taki istnieje omijam opisy miast etc.). Przewodnik był na poziomie Michelin, czytający był inżynierem od zatrucia środowiska. Przyleciał z Warszawy do Meksyku (stolicy) za U$700 powrotny, potem podróżował po San Salwador, Gwatemali i Meksyku autobusami. Dzisiaj właśnie kończył mu się urlop. "Ale" - powiedział - "będę tutaj za dwa tygodnie. Udało mi się dostać pracę w Kostaryce". Piszę o tym bo przyjemnie było, dla odmiany, spotkać rodaka sprzedającego tego typu "towar" na globalnym rynku...
Zdecydowaliśmy wracać HWY 95 (nie pobieraja myta) przez Acapulco, i potem HWY 200 na północ do Zihuanatejo. HWY 196 która odchodzi w kierunku Zihuanatejo wcześniej, koło Chilpancingo, wyglądała na mapie na odcinku przez Sierra Madre dużo za kręta.
Do Acapulco dotarliśmy około 18:00 - dokładnie w godzinie szczytu. Ruch był niesamowity - Magda spodziewała się zderzenia w każdej chwili. Ale w porównaniu z ruchem w Gwatemala City ruch tutaj był całkiem przyjazny i prawie niespieszny. Widzieliśmy kawałki zatoki (zatoka jak zatoka, jestem pewien że ma złoty piasek etc.), i szczęśliwie moje panie nie były zainteresowane dokładniejszym oglądaniem uroków Acapulco. Musieliśmy nabrać benzyny, i na stacji Pemex stanąłem za kombi z rejestracją z Arizony. Kombi stało i stało, wydawało mi się że oni dodają oleju do silnika puszkę po puszce, za każde poł litra płacąc osobno. Poszedłem popatrzeć - w kombi było około dziesięciu osób, nie wyglądali na rodzinę. Nikt nie mowił po angielsku. Dwóch młodych ludzi - wyglądali na osiemanstolatków - miało wściekle blond fryzury "na szczotkę" i kolczyki w nosach. Kombi pełne było materaców i poduszek, trudno było uwierzyć że oni się tam wszycy mieszczą. Nie byli ani przyjacielscy ani zaczepni, sytuacja mogła się rozwinąć w każdym kierunku. Mój hiszpański ratuje sytuację i wszyscy jsteśmy w uśmiechaćh - nie, nie mają awarii, za chwilę będą odjeżdżać. Odjechali rzeczywiście zaraz potem, zaczęto mi wlewać benzynę do Silverado, a ja sobie myślałem że Paweł (w Warszawie) mógłby użyć to spotkanie do napisania referatu z socjologii. Kombi było całkiem nowe, warte około U$ 10,000 w Arizonie, przynajmniej dwa razy tyle tutaj. Najprawdopodobniej komuś się powiodło - właściciel wyjechał do USA na dorobek, teraz wracał żeby się tym dorobkiem popisać w rodzinnej wiosce. Reszta jadących - pasażerowie, złożyli się na benzynę. Oni też musieli być w USA jakiś czas - nikt stąd nie ufarbował by sobie włosów i nie zainstalował kolczyków w nosie podczas weekendowej wycieczki do Phoenix. Ich zerowy angielski sugerował że podczas pobytu w USA musieli mieszkać w meksykańskim gettcie - ale nie mogli być nielegalnymi imigrantami, dla takich ryzyko takiej "wizyty w domu" było by zbyt wielkie.
To dlaczego mieszkali w gettcie? Presja jakich rówieśników spowodowała że zainteresowali się właśnie i przedewszystkim takimi aspektami amerykańskiej kultury jak kolczyki w nosie i dziwnie ufarbowane włosy? Jadąc z Tecate przez Baja California do La Paz, i potem z Topolobampo do tutaj, ani razu nie widziałem meksykańskiego chłopaka nastolatka z ufarbowanymi włosami, zapomnijmy o kolczyku w nosie (ale nie wiem co jest modne teraz właśnie w Mexico City, czy w Guadalajara). Komu ci dwaj z kombi chcieli zastroić tutaj? A może widziałem przejaw działania NAFTA na "poziomie ludu"? W sytuacjach takich jak ta mój nieadekwatny hiszpański jest rzeczywiście frustrujący.
Teraz była już głęboka noc. HWY 200 jest - po za kilkoma krótkimi odcinkami - prosta. "Topes" (betonowe przeszkody wbudowane wpoprzek drogi - trzeba przez nie przejeżdżać 5 km/godz o ile się nie chce stracić podwozia) w miasteczkach są głównym niebezpieczeństwem. To była moja pierwsza długa (230 km) nocna jazda w Meksyku. Dojechałem do Zihuanatejo cały i zdrowy jadąc przeważnie 100-110 km/godz. Jazda przypominała mi Quebec: tutaj tak jak tam zawsze mnie ktos mijal, niezaleznie od szybkosci z jaka jechałem. Sztuka polega na tym zeby jechać w bezpiecznej za wyprzedzającym odległości na krótkich światłach, licząc na to że jeśli on przed chwilą tędy przejechał, mnie tez się uda. Pomaga sprawie jeśli ma się przy tym oczy otwarte. Przerażające historie których pełne są wszystkie przewodniki - o krowach, osłach, kozach i pijanych meskykańskich kierowcach są, uważam, poważnie przesadzone. Bydło któremu udało się przeżyć dzień musi być wystarczająco inteligentne żeby spędzać noc po za asfaltem szosy - nie widziałem ani jednej sztuki, mimo że spostrzec je łatwo. Żywo pamiętam tłum małych saren urządzających nocne zebrania towarzyskie na szosie w QCI. Lokalni pijani kierowcy może i pędzą nocną szosą, ale ich obecność jest z nawiązką kompensowana przez brak leciwych kierowców północnoamerykańskich w ich wolnych "domach na kółach" - wystraszonych przerażającymi historiami o niebepieczeństwach nocnej jazdy po meksykańskich szosach...
Wróciliśmy z Taxco przekonani że wszystkie najlepsze prace tamtejszych złotników musiały być wysłane z miasta - nie znaleźliśmy nic oryginalnego wsród tysięcy pierścionków, braznoletek, etc. wylożonych w lokalnych sklepach.
Mieliśmy (znaczy, Magda miała) nadzieję że Ixtapa będzie miała do zaoferowania coś lepszego, jako że wyrafinowani i bogaci Amerykanie tam się wprost przewalają - stąd ta wycieczka o której było na początku.
Ixtapa miała, niestety, takie samo barachło jak Taxco (ale Magdzie udało się znaleźć coś ładnego), tyle ze atmosfera byla, calkiem doslownie, inna: we wszystkich sklepach zainstalowano klimatyzację - tak silną że od razu poczułem się jak w Ottawie - minus 15°C i wiatr w oczy. Wieczorem kichałem, wczoraj miałem poważny katar, dzisiaj K&M uznały że najgorsze mineło.
Zihuanatejo jest naszym najdłuższym postojem od Courtenay. Będziemy u Rodrigo około miesiąca. Dokąd potem jeszcze nie jest zdecydowane - nawet dalsza jazda na południe aż do Costa Rica jest możliwa. Mamy nadzieję że dołączy do nas na kilka tygodni Stefano (z Rzymu) - wydaje mi się że będzie mu się Meksyk podobał, a jego towarzystwo będzie dla nas bardzo mile widzianym urozmaiceniem podróży.
Na podobnym luzie byliśmy wyjeżdżając z Vancouver - mogliśmy pojechać przez Utah, Newadę, Arizonę, Nowy Meksyk, lub przez Waszyngton, Oregon, Kalifornię. Mogliśmy też sprzedać Mavourneen i osiąść na Vancouver Island i nigdzie nie jechać. Czyli w zasadzie mieliśmy pełna wolność wyboru - byliśmy w sytuacji która, mimo ze dostępna dla wiekszości z nas - wykorzystywana jest przez bardzo niewielu. Tych niewielu musi, po mojemu, posiadać dość informacji (adekwatną bazę danych) żeby wychwytać możliwości niecodzienne a kuszące, a także i umiejetność użycia wyobraźni do spojrzenia dalej niż tylko na bezpośrednie i oczywiste konsekwencje wynikające z ich niekonwencjonalnych posunięć.
My zdecydowaliśmy się na najkrótszą drogę na południe z dwu powodów: moja baza danych sugerowała bankructwo w razie długiej podróży przez USA, i Andrzej, mój przyjaciel z Los Angeles, ekspert od Baja California, był zdania że listopad jest najlepszym miesiącem na pojechanie tam.
Od lat sześćdziesiątych, kiedym był jeszcze w Polsce, chciałem zrobić dwie wyprawy:
(1) - pojechać z Cape Town przez Karoo, Johannesburg, na wschód do Lourenco Marques (Maputo), i potem na północ do Kairu wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, i
(2) - poznać Baja California. Mimo że do Cape Town dotarłem nawet stosunkowo prędko (marzec 1963), i spędziłem w RPA ponad czternaście następnych lat, pierwsza wyprawa nigdy nie doszła do skutku. Głównie na skutek znanych okoliczności na które nie mogłem mieć wpływu, ale także na skutek mego związania się z nieodpowiednią kobietą (moja ex-żona) która nigdy nie chciała podróżować w moim otwartym MG TD 1954 i która odmawiała spania w namiocie w buszu (inne czynniki nie obchodziły jej specjalnie, jako że nigdy nie interesowała się historią, geografią czy polityką). Musiało upłynąć prawie 40 lat, ale chyba zmądrzałem: Krystyna kocha jazdę w Silverado i może spać gdziekolwiek.
Co do Baja California, ani historia ani polityka nie były już problemem, geografię załatwiliśmy kupując "Guia Roji por las carreteras de Mexico, generacion 2000" (meksykański atlas drogowy, wydanie 2000).
Tak więc zdecydowaliśmy jechać najkrótszą drogą do Los Angeles, wzdłuż zachodniego wybrzeża USA, i potem przekroczyć granicę USA do Baja w Tecate.
Wjazd do Waszyngtonu kosztował nas nasze jabłka i część naszych kartofli z Vancouver Island (kartofle sadzone na VI and tamże nabyte były skonfiskowane, kartofle sadzone na VI i kupione w Vancouver były OK) - zostały zabrane na zniszczenie przez parę nieśmiałych funkcjonariuszy z Departamentu Rolnictwa USA (USDA) którzy poinformowali nas że i ziemniaki i jabłka mogą być zarażone jakąś niebezpieczną odmianą wirusa. Drzwi do ich biura były otwarte, i wyjeżdżając zauważyłem że nasze jabłka zostały wrzucone do dużego pudła z napisem "Jane" - drugie pudło (jego ?), do którego powędrowały kartofle, nie miało imienia właściciela. Pamiętam że powiedziałem że można przypuszczać że ten podział albo zaspokoi ich potrzeby odnośnie dzisiejszej kolacji, albo jest skutkiem wysoce wyspecjalizowanych metod niszczenia używanych przez USDA.
K była zdania że i tak nam się udało - Jane i kolega nie znaleźli dużego kartonu pełnego próżniowo-pakowanego salami, prosciutto, kiełbasy, etc., żeby już nie wspomnieć czternastu chyba butelek, 750 ml każda, "Gnieznieńskiej gorzkiej żołądkowej" (GGZ) - czterdziestoprocentowego lekarstwa na każda z fizycznych, duchowych czy politycznych bolączek niemożliwych do unkinięcia w czasie tak długiej podróży. Po wcześniejszych doświadczeniach w Gwatemali i w Meksyku byliśmy, tym razem, dobrze na nie przygotowani.
Zgodziłem się z K całkowicie - ostatecznie łatwo sobie można było wyobrazić że funkcjonariusze USDA wiedzieli też o złośliwej mutacji wirusa którą zarażone były najlepsze artykuły naszej spiżarni. Jasne było że nie mieliby najmniejszego problemu z ich zniszczeniem - ich biuro było też wyposażone w olbrzymią lodówkę.
Tu dygresja: GGZ odkryta została przypadkiem i może być kupiona, o ile wiem, tylko w trudnych do znalezienia polskich delikatesach w Vancouver. Nie widziałem jej nigdzie w Warszawie, Montrealu, Toronto czy NYC. Jest rodzajem ziołowego kordiału (digestif), i zważywszy że - po wypiciu - ma czarodziejski wprost wpływ na organizm, przy jej obecnej cenie kupna jest podarunkiem, nie nabytkiem. Nasz zapas liczy teraz już tylko 5 butelek, więc wiem o czym piszę.
Inne produkty kupione zostały w Vancouver ponieważ w większości wypadków ceny za żywność w USA są liczbowo te same co w Kanadzie - ale cyfra odpowiada U$, czyli dla kanadyjczyków wszystko jest o przynajmniej 40% drozsze. Dla produktów rzeczywiście wysokiej "delikatesowej" jakości różnica jest dużo bardziej drastyczna - te w USA kosztują fortunę. Jazda przez Oregon etc. potwierdziła słuszność naszej decyzji.
Waszyngton wogóle nie zapisał się w mojej pamięci. Za to Oregon - o którym nie wiedzielismy właściwie nic - zostawił mi wrażenia fantastycznej linii brzegowej, niewielu turystów, kilometrów imponującej wielkości wydm, braku urzadzeń sanitarnych dla przyczep kampingowych, i olbrzymich ilości grzybów (których nikt nie zbierał) rosnących wszedzie. Olbrzymie tablice stojące na każdej plaży zapewniały nas że najprawdopodobniej będziemy obrabowani - co się nie sprawdziło, być może pora roku była nieodpowiednia. O parkingach dla przyczep kempingowych nie mam opinii - nie zajechaliśmy do żadnego, nie tylko w Oregon, ale i podczas całego naszego pobytu w USA. Albo przyjaźni krajowcy mówili nam gdzie się można bezpiecznie na noc zatrzymać, albo korzystaliśmy z gościnności Wal-Mart (chyba już go macie i w Polsce?). Jedna niespodziewana obserwacja: w naszej podróży wzdłuż całego wybrzeża Oregon nie spotkaliśmy ani jednego Amerykanina pochodzenia afrykańskiego. Także, nie widzieliśmy ani jednej tablicy zachęcającej do wyboru Al Gore na Prezydenta. Ciekawe czy te dwie obserwacje mają z sobą coś wspólnego.
Cena benzyny nagle wzrasta do U$ 2/galon. Dojechaliśmy do bogatej, wrażliwej na zatrucie środowiska Kaliforni. Kontynuowaliśmy jazdę HWY 101. Po Oregon słynna kalifornijska linia brzegowa nie robiła na nas specjalnego wrażenia. Przeważała opinia że wszystko w Oregon było czystsze i lepiej zadbane niż tutaj. Odkryliśmy że w Kalifornii każde małe miasteczko (nawet Elk, 300 mieszkańców) ma pusty plac o niewiadomym przeznaczeniu, doskonały do zaparkowania na noc. Trzeba tylko zajechać po zachodzie słońca i nie pytać nikogo o pozwolenie - krajowcy w Kaliforni są mniej przyjaźni, ale, raz postawieni wobec faktu dokonanego nie chcą ryzykować kłopotu interwencji. No, a nazajutrz rano faktu dokonanego już nie ma.
Jadać na południe z Tulare wzieliśmy szarą (nie miała numeru na mapie, tylko kolor) drogę do Las Padres National Forest - Frazier Park - Tejon Pass. Droga miała tylko dwa pasma, ale była asfaltowa, dobrze utrzymana. Nie miała żadnych znaków drogowych. Po obu stronach widzieliśmy "ekskluzywne osiedla z domami gnieżdżacymi się we wspaniałej scenerii" - pamflet z agencji nieruchomości zupełnie nie przesadzał. Do każdego osiedla wjazd był przez łukiem-uwieńczoną bramę, ozdobioną recznie robioną okragłą drewnianą tarczą z wyciętym napisem: "Wstęp tylko dla mieszkańców", czy coś w tym rodzaju. Nie mogłem nie pomyśleć o tabliczkach "Nur fur Deutsche" widzianych w Warszawie podczas okupacji, ale, przyznaję, mogłem być niesprawiedliwie uczulony - amerykańska demokracja ma wiele niuansów, a lokalna ludność najwyraźniej zaakceptowała tę "eksklusywność" jako coś normalnego.
Okolica byla praktycznie pozbawiona ludzi, widoki były fantastyczne, ruch drogowy nie istniał. Turystyki nikt tutaj nie popiera - w miasteczku Frazier Park nie moglismy znaleźć jednego choćby pamfletu zachwalającego lokalne atrakcje. Bardziej szczegółowej mapy też nie było.
Nasza "szara droga bez nazwy" rozdzielała się wkrótce na dwie, obydwie prowadzace w kierunku HWY 33. Znaku drogowego nie było, wybraliśmy drogę w prawo, wyglądała na bardziej używaną.
Chcieliśmy dojechać do Ojai możliwie wcześnie, ten nasz wybór to udaremnił - po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do HWY 33 koło Cuyama, a nie koło Scheideck. Specjalnie nie żałowaliśmy - sceneria budziła podziw, jadąc ciągle raz pod górę, raz z góry widzieliśmy ten sam zachód słońca kilka razy, kolor światła za każdym razem był inny, konsekwentnie i góry i doliny wyglądały za każdym razem inaczej. Po jakimś czasie wjechaliśmy na teren kempingowy Narodowego Departamentu Lasów - nazywało się to "Pine Forest Club" (gdzieś w Pleito Hills). Oboz był dziki, bez udogodnień z wyjątkiem domku z gorącym prysznicem. Na drzwiach przybite było drukowane ogloszenie ostrzegajace czytajacego przed pieszczeniem "wiewiórek i gryzoni", jako że w okolicy panuje dżuma. Odróżnienie było ciekawe bo świadczyło że ani Narodowy Departament Lasów ani lokalna ludność nie wiedzą o tym że urocza wiewiórka też jest paskudnym gryzoniem - czyżby Disneyowski "lapsus psychologiczny"?
Opłata za kemping była, pomimo tej dżumy, U$15 za noc - z tym że "eksluzywni obywatele" mogli, o ile dobrze pamiętam, parkować za darmo. My zdecydowaliśmy nie skorzystać z okazji.
Było już prawie ciemno gdy wreszcie dotarliśmy do skrzyżowania z HWY 33. Księżyc świecił jak głupi, postanowiliśmy jechać dalej do Ojai, przez Las Padres National Forest. Natrafiliśmy na dwa znaki drogowe: pierwszy mówił że "droga do Ojai jest zamknięta, trzeba się spodziewać godzinnego opóźnienia", drugi, postawiony 60 km dalej, ostrzegał że "droga może być zamknięta w każdej chwili". Obydwa znaki sprowadziły się w praktyce do niewielkich prac drogowych, dojechaliśmy do Ojai bez przeszkód. Myślałem o komentarzach jakie robiłby jadący tę drogą turysta ze Szwajcarii czy z Niemiec - w obu tych krajach do znaków drogowych podchodzi się bardzo poważnie.
W Ojaji 8 galonów propanu (nikt tutaj nie słyszał o funtach czy kilogramach - sprzedają ciecz, musi być w galonach. Dlaczego w takim razie nafta, zwana przeciez "ciekłym złotem", mierzona jest w baryłkach a nie w "ciekłych uncjach" ?) kosztowalo U$17.01. W Courtenay napełnienie tej samej butli kosztowało C$16.00.
W Ojai spędziliśmy Halloween i wróciliśmy na HWY 1, potem wjechaliśmy na HWY 405. Jazda była bezwrażeniowa, z wyjątkiem może super domów w okolicach Malibu i Santa Monica - rzeczywiście trudno byłoby ich nie zauważyć.
W Tulare (a także w LA) spotkaliśmy odcinki głównej szosy (HWY 95 na przykład) zrobione z betonu i wyglądajce na całkiem nowe po których jechało się jak po tarce do prania - podobnie jak to było na polnych drogach w bardziej odludnych częściach RPA. Próbowałem dobrać szybkość tak aby jechać "po wierzchołkach" i w ten sposób zminimalizować wibracje (w RPA 80 km/godz naogół załatwiało sprawę), ale nawet przy 110 km/h jazda była okropna, Mavourneen mogła się roztrzęść na proszek w każdej chwili. Trudno było nie pomyśleć że najprawdopodobniej "trzy siostry" (General Motors, Ford, Chrysler) zapłaciły za budowę tych odcinków - to wyjaśniało by specyfikę konstrukcji.
Pomimo powyższego nie myślcie sobie jazda przez USA była typu "im dalej tym gorzej" - z Los Angeles wywieźliśmy wiele miłych wspomnień. Costa Mesa goscila nas zaparkowanych przez tydzien za darmo na olbrzymim wybetonowanym placu przed bardzo dużym budynkiem w którym było kino, spa, i lodowisko. Nikt nas nie napastowal w nocy i nie obrabowal w ciagu dnia, mimo że Mavourneen stala tam czesto sama przez dlugie godziny. Byliśmy na pchlim targu - nieprawdopodbne ilosci nikomu niepotrzebnych rzeczy z cenami z nowojorskiej 5th Avenue (ubrania były tansze - K kupila sobie 5th Avenue zakiet za 1 U$). Pietnastoletni entuzjasta wprowadzil mnie w tajniki udoskonalania zmotoryzowanej hulajnogi. Zafascynowany sluchałem co trzeba zrobic zeby zredukowac wage o 230 gramow i podwyzszyc moc jej 15 cm3 silniczka. Dobrze ponad 200 godzin pracy pozwolilo na zwiekszenie szybkosci o 4 km/h - i ulatwilo (tu nastapila demonstracja) jazdę z podniesionym przednim kolem. Bylem "pod wrazeniem", tym bardziej kiedy wlasciciel oswiadczyl że owoc jego wysilkow może być moj za jedne U$350 - on chcial kupic lepszy model (rozstaliśmy się w przyjazni, mimo zem hulajnogi nie kupil). Zaprowadzono nas do rosyjskich delikatesow - mieli swietny dzem wisniowy, wedliny, kielbasy. Moi przyjaciele karmili nas po krolewsku. Jezdziliśmy z nimi na rowerach wzdluz rzeki z najwieksza iloscia ptakow jaka do tej pory widzialem w USA zeby ogladac z brzegu oceanu lokalna specjalnosc - zachod slonca. Kupiliśmy dla Silverado i Mavourneen ubezpieczenie (konieczne na jazdę po Meksyku) na rok za U$350 - doskonala cena zwazywszy że AAA (amerykanski klub autombilowy) chcial od nas U$1,380 za, o ile dobrze pamietam, 6 miesiecy (mam nadzieje że nasze ubezpieczenie nie jest "warte ceny która zaplaciliśmy" i że AAA po prostu zdziera z czlonkow ile może). Pojechaliśmy tez, a jakze, do Hollywood i wrociliśmy z mocnym przekonaniem że "dobrze zesmy widzieli, ale nigdy wiecej" - Sunset Boulevard jest, nie watpie, pelen wspomnien, ale, po pierwsze, zadne z nas nie jest w odpowiedniej na te wspomnienia grupie wieku, po drugie, wspomnien nie widac spod brudu, tandety, ogolnego zaniedbania. Bawiły nas ceny w sklepach dla "pięknych ludzi" - mówiąc nawiasem odniosłem wrażenie że ci co ich na to stac albo kupuja z katalogu, albo odwiedzaja sklepy tylko wtedy kiedy sa one zamkniete dla publicznosci - przez chyba 3 godziny nie widzialem nikogo kto aktualnie cos kupowal. O ile w Nowym Jorku mozna jeszcze znalezc "towar warty ceny", tutaj ceny nie mialy wiele wspolnego z rzeczywistocia.
Ale spotkaliśmy osobnika jadacego nowiutenkim "Wroblem" ("Sparrow") - super atrakcyjnym ekologicznie-przyjaznym samochodzikiem na dwie osoby za jedne U$14,000. Kierowca był tez wlascicielem firmy produkujacej "Wroble", ma e-mail (anthony@ecarmotors.com) i jest na Internet (www.ecarmotors.com). Spotkaliśmy "Najmitow" (www.najmici.net) "na zywo" i spedziliśmy u nich przeszlo dwie godziny robiac notatki z ich opowiadan o Baja California. Rozstaliśmy się tylko dużo lepiej zorientowani, ale i z ksiazka o kampingu w Meksyku która nam pozyczyli i która okazala się tak przydatna że nie przestajemy ich blogoslawic.
Nasza ostatnia noc w USA spedziliśmy w El Cajon - nie z wyboru, ale bo tam zabladziliśmy. Nigdzie nie było znakow jak zjechać na HWY 94 na południe do Tecate. Byliśmy tak wpieprzeni tym jezdzeniem w kolko że zapomnieliśmy kupic benzyne w El Cajon za U$1.73/galon. Stacja beznyznowa po stronie amerykanskiej w Tecate miala trzy pompy, tylko ta z najdrozsza benzyna była w uzyciu (wyglada że to jest permanentna sytuacja). To był pierwszy raz kiedy Silverado dostal benzyne dziewiecdziesieciosiedmiooktanowa za U$2.50/galon.
Przejazd przez granice do Meksyku bezprzygodowy. Amerykanow nigdzie nie było - nieobecnosc raczej arogancka niż przyjazna, jak się czlowiek zastanowi. Meksykanie byli przyjzani i pomocni - kiedym usiłował, z przerażeniem na twarzy, cofnąć Mavourneen na lepsza pozycje, zdecydowali dać mi spokój, mimo że prawie blokowałem ulicę tuż przed urzedem cel. Zajęło mi coś pół godziny żeby przekonac meksykanskich urzednikow że papiery o które prosilem sa mi istotnie potrzebne, ale wjechaliśmy w Meksyk z dwoma kartami turystycznymi i ze specjalnym metalizowanym znakiem, zezwalajacym na wwoz Silverado, swiecacym na szybie w blasku słońca.
Jazda z Tecate do Ensenada była typu "gorka - dolek - gorka", wszedzie naokolo pelno było winnic kompanii Domecq i olbrzymich glazow niewiadomego (dla nas) pochodzenia. Pemex w Ensenada był jedynym (potem brali juz tylko gotowke) co przyjal karte kredytowa. Glownym plusem miasta Ensenada jest mozliwosc omniecia go, co uczyniliśmy, kierujac się prosto na Bufadora. Bufadora to naturalna "jaskinia z kominem" w skale w która wala fale, powodujac wytrysk gejzera wody przez ten wlasnie komin wysoko w powietrze. Meksykanom kojarzy się to z parskaniem byka, stad nazwa (bufar = parskać). Spędziliśmy noc przed restauracja cos 200 m od parskania, rano obejrzeliśmy bufadore za darmo - sezon się jeszce nie zaczal, nikt nie pobieral oplaty. Na pewno warto zobaczyc, nawet przy spokojnym oceanie widok jest imponujacy, strach myslec co się dzieje przy rzeczywiscie dużej fali.
Stad do Catavinia nic się specjalnego nie dzieje. Sceneria przypomniala mi niektóre okoloice RPA, minus fauna - pelno było tylko lokalnych kawkopodobnych czarnych ptakow i od czasu do czasu sepy krazyly po niebie. Pustynia wydawala się calkiem wymarla. Droga odznaczala się iloscia smieci nagromadzonych wszedzie, nawet zdala od osad ludzkich. Taka sytuacja powinna spowodowac eksplozje ilosci szczurow, ale najwidoczniej nie powoduje, bo szczurow nigdzie widac nie było, nie było tez plakatow które ostrzegalyby przed nimi. K zauwazyla że ta tolerancja zasmiecenia jest zastnawiajaca zwazywszy że Meksykanie, nawet ci biedni, sa czysci, chociaz trudno zgadnac jak oni potrafia osiagnac taki poziom higieny osobistej przy generalnym braku wody biezacej i w warunkach w jakich wiekszosc musi zyc. Musi co ta akceptacja zapaskudzonego pleneru znajduje wyjasnienie w jakimś aspekcie ich narodowej psyche - bo maszyn do budowania drog jest pelno wszedzie (spychaćzy, koparek etc.), robocizna jest tania, a nikt jakos nie pomyslal że moznaby wykopac dziury w ziemi i tam to cale plugastwo zadolowac.
O Catavinia mówiłi "Najmici" dużo, i Catavinia spelnila ich obietnice. Jestem pewien że gdyby ta okolica była kiedys zamieszkana przez jakies plemie europejskie mielibysmy teraz bajke o olbrzymie który chcial wybudowac sobie zamek i który, bedac glupim i leniwym, zdecydowal przyniesc caly potrzebny budulec odrazu, w olbrzymim worze. Ciezar był zbyt wielki, olbrzym potknal sie, upadl, wor pekl i rozsypujace się glazy zabily go i przysypaly. Jego krew zabarwila ziemie na czerwono (niemiecka bajka), on wciaz jeszcze jeczy pod glazami i mozna go slyszec kiedy wieje wiatr (angielska bajka), jego ukochana wciaz go szuka i mozna ja zobaczyc kiedy ksiezyc jest w pelni (francuska wersja), ona spiewa podczas tych poszukiwan (wloski dodatek, mam nadzieje że Stefano doceni), olbrzym niosl takze barylke doskonalego meskalu, która jakimś cudem się nie rozbila i która wciaz mozna znalezc (polska bajka, my zawsze byliśmy romantycy i optymisci).
Catavinia rzeczywiscie jest wyzwaniem dla fotografa, wszystko tutaj obiecuje doskonale zdjecie ale tylko kosztem ciezkiej pracy - nigdzie nie widac strzalek prowadzacych do "miejsca z gwarantowanym super widokiem".
W Santa Rosalia odkryliśmy ze N$50 (N$ = peso, 1U$ = 9.5N$) "Lada" karta telefoniczna wsytarcza na zaledwie 3 minuty rozmowy z Magda w Ottawie - cos 3 C$ za minute. Ale udalo mi się podac jej numer telefonu w "Tercos Pollito" (gdzie zjadaliśmy swietnie przyrzadzonego kurczaka), Magda uzyla swoja DT (Deutsche Telefon, nie wiem skad nazwa, najlepsze karty telefoniczne w Kanadzie) karte, i w piec minut potem rozmawialiśmy po polsku za C$0.1/mim. Restauracja była, kiedy podjalem telefon, pelna gwaru i rozmow, nikt nie odzywal się slowem kiedy skonczyliśmy, wszyscy wpatrzeni byli we mnie w niemym zdumieniu. Jezyk polski, slyszany po raz pierwszy, czesto dziala na ludzi w ten wlasnie sposob. Biuro SEMATUR (prom morski) w Santa Rosalia powiedzialo nam że ceny zostaly zmienione, i że obecny koszt przejazdu stad do Guaymas czy z Pichilingue do Mazatlan jest N$10,300 (14 metrow przyczepy i ciezarowki plus nas dwoje). Ale wciaz maja specjalna oferte - za N$6,380 moga nas przewiezc z Pichilingue (kolo La Paz) do Topolobampo. W pazdzierniku SEMATUR oglaszal na Internet cene N$1,104.80 za przejazd z Pichilingue do Topolobampo, ale uzalanie się na ta 580-cio procentowa podwyzke teraz nie mialo sensu, wrecz przeciwnie, dobrze że mieli te "promocje" - oby tylko i ta cena nie ulegla zmianie do czasu naszego dojazdu do La Paz.
Ta umiejetnosc doceniania pozytywnych cech każdej okolicznosci, niewtapliwie wazna w wiekszosci sytuacji zyciowych, staje się specjalnie przydatna podczas podrozy po Meksyku - ludzie jej pozbawieni czesto maja wakacje tutaj zrujnowane.
Po Santa Rosalia, cos 35 km przed Mulege, zjechaliśmy z HWY 1 w strone Punta Chivato - ponad 20 km po polnej drodze. Nawierzchnia była typu "tarka do prania", nieprzyjemne doswiadczenie dla Mavourneen, ale przejezdzalna na malej szybkosci. Droga kończyła się na dlugiej plazy z twardym, ubitym piachem. Cala okolica była starannie podzielona na duże prostokatne dzialki, i na wielu z nich staly juz ladne domy o pastelowych kolorach. Domy wyglądały na niezamieszkale. Zdecydowaliśmy zostac na noc - było dopiero południe ale K chciala poszukac muszli - wiec wyszedlem z Silverado żeby znalezc to "najlepsze miejsce". Najblizsze "pastelowe drzwi" otwarly sie, stala w nich ladnie ubrana kobieta mówiąca do mnie po amerykansku że jakkolwiek ona osobiscie nie ma nic na przeciw zebysmy wlasnie tutaj zatrzymali się na noc, Jose, który jest straznikiem, i którego akurat po cos wyslano, może miec, poniewaz czuje się odpowiedzialny (tlumaczenie: placi mu sie) za to żeby tylko wlasciciele domow i ich znajomi byli wpuszczani na teren (tlumaczenie: za to żeby usuwal taka holote jak my). Pani dodala że wie o miejscu "dokladnie dla nas", obok pobliskiego ujscia rzeki, wlasnie wczoraj skierowala tam dwie przyczepy jak nasza, bedziemy mieli towarzystwo. Poczem powiedziala mi jak tam jechać. "OK" powiedzialem ja, "dziekuje, to rzeczywiscie wyglada lepiej niż zatrzymanie się tutaj". Pani weszla do domu, ja zacząłem zawracac, w rezultacie znalazlem się blizej jej domu niż poprzednio. Pani znowu stala w drzwiach. "Czy chcialbys troche lodu" powiedziala pani do mnie "moge ci dac caly worek". Powinienem odpowiedziec "nie, dziekuje, my niepijacy" oddajac jej zgadake za zagadke, ale tylko "nie dziekuje, jestesmy OK" przyszlo mi do glowy i odjechaliśmy. Dziesiec minut potem ugrzezliśmy w blocie, zupelnie i beznadziejnie. Instrukcje pani były dobree, i, jadac przez plaski teren który, widac było, stal pod woda każdej pory deszczowej, widzieliśmy w oddali te dwie zapowiedziane przyczepy - ale tuz przed nami droga znikala w olbrzymiej kaluzy. Powinienem, oczywisicie, wysiasc i przejsc przez kaluze żeby zbadac jej dno, Mozambik nauczył mnie że tak się robi zawsze i bez wyjatku. Ale lacha naokolo wyglądała sucha, widac na niej było slady opon, i wydawało mi się że te dwie przyczepy zajely juz cala powierzchnie nadajaca się do zaparkowania. No i nie wyszedlem żeby zbadac kałuże ale zjechałem z drogi i zacząłem zakrecac. Daleko nie ujechałem, tyle tylko żeby ugrzeznac w gestym blocie, ugrzeznac pelna miara, po osie Mavourneen. GMC krecil tylko tylne kola - mimo że naped na wszystkie cztery był wlaczony przednie kola nie brały udzialu w akcji. K - musze jej to przyznac - zbladla ale nie zadrzala. "To była aberacyjnie nieodpowiedzialna decyzja, zainicjowanie tego zakretu bez uprzedniej z Toba konsultacji, jest mi bardzo przykro" powiedziałem, nie będąc wcale pewnym czy to co mowię ma sens, ale w nadziei że w ten sposób, raczej niż uzywajac przekleństw i brudnych wyrazów, przekonam K, która tych wlasnie przeklenstw się spodziewala, że jestem OK i że pozostaje w dalszym ciagu w pelni panem sytuacji.
K powiedziala mi potem że moje odezwanie zadzialalo z innych powodow - kiedy zachowalem się jak kretyn stawiajac nas bez powodu w paskudnej sytuacji, była wsciekla i juz gotowa powiedziec jaki ze mnie idiota w slowach dobranych i bez cackania się z moim ego, ale kiedy zacząłem mowic spokojnie i w raczej dziwny sposob pomyslala że może cos mi w glowie jeklo, jej instynkt samozachowawczy włączył się i kazał jej dac z siebie wszystko żeby sytuacje ratowac. Moral tego jest że moja podejscie odnioslo sukces - wszystko jedno z racji jakiej psychologji - i moge je polecić tym którym od czasu do czasu zdarza się zdenerwować partnera w sposób poważny, nagły i zaskakujący.
Poszedłem do tych dwu przyczep żeby poprosic o pomoc. Zostałem powitany przez dwie pary i ich 12 psów bardzo różnego pochodzenia. Panowie nie byli zdolni do żadnych wysiłków, właśnie dopadły ich problemy z krzyżem, ale zgodzili się pomóc kiedy zapewniłem ich że potrzeba mi tylko holu, i że sam wykonam wszystkie potrzebne podnoszenia. Pomogło kiedy K natychmiast zaprzyjaźniła się z psami - one jest niesamowita że zwierzetami (z wyjatkiem pajakow, komarow i mrowek). Panowie powiedzieli że dobrze będzie wyprobowac ich nowy wyciąg - pokico mieliśmy szczescie w nieszczesciu. Panowie ustawili swoja ciezarowke (jakis Ford Ram z dieslem), podlaczyli stalowa line do Silverado i wyciag zaczal się krecic. Siedzac w Silverado byłem pewien że - wziawszy pod uwage moja i ich wage - wyciag będzie raczej przyciagal ich ciezarowke do Silverado, niż odwrotnie. Wciaz nie rozumiem jak to się stalo że mnie wyciagneli, ich ciezarowka nawet nie drgnela. Operacja zajela okolo godziny, ich Forda trzeba było dwukrotnie przestawiac, ale wkoncu stalem znowu na twardym gruncie. Moment był klopotliwy - powinienem okazac swoja wdziecznosc, ale jak ? Jakos ciezko mi było powiedziec "bardzo panom dziekuje, ile jestem wam winien ?" - kto wie jak cyfra moglaby zostac wymieniona, zwazywszy że oni byli Amerykanami, mysleli w dolarach US, musieli utrzymywac 12 psow i, być może, oczekiwala ich kosztowna kuracja. Zdecydowalem zmniejszyc nasz zapas GGZ o jedna butelke i zostawilem ich w przekonaniu że ten ziolowy kordial pomagal Polakom z bolącym krzyżem przez generacje. Uscisneliśmy sobie rece i odjechałem w kierunku Punta Chivato. Mineliśmy pastelowego dom w którym wciaz na nas czekał worek lodu, i zdecydowaliśmy stanac dużo dalej, na kawalku pustego (ale juz wyrownanego) brzegu, tuz nad plaza. Tutaj tez było kilka domow o pastelowych kolorach, ale staly daleko. Chcialem zawrocic, żeby stanac "twarza do ladu" (zawsze warto zapewnic sobie pozycje szybkiego odwrotu), K doradzala bezpieczny ale czasochlonny manewr typu "dwa kroki w tył, trzy kroki wprzód", ale szybciej było pojechać przez piach, wiec przez piach pojechałem. Ściśle mówiąc, zacząłem jechać, i ugrzazlem znowu po kilku metrach. Silverado, jak poprzednio, znowu krecil tylko tylne kola. Tym razem wstrzymalem się od uwag (po jakimś czasie czlowiek uczy się wyczuwac te "co za dużo to niezdrowo" sytuacje) i czekałem co powie K - ale K zatkalo zupelnie. Jej spokoj, zrownowaznie i jej zielone oczy pelne niemego wyrzutu utrwalily mi się w pamieci na zawsze.
W ciagu dwu godzin pomogl nam Amerykanin z blizszego domu - wyjechałem bez trudności, Silverado dużo nie było trzeba żeby ruszyc.
W drodze tutaj widzieliśmy ogloszenie hotelu, zaprosilem K na piwo. Mavourneen zostala sama, okolica wyglądała calkiem bezpieczna. Po 10 kilometrach, brudnym osiedlu dla meksykanow, i po malym lotnisku dojechaliśmy do dużego osiedla z bogato wygladajacych domow, w którym jeden zwlaszcza budynek, z imponujacym wjazdęm, był tak duży że mysleliśmy że to wlasnie ten hotel. Budynek okazal się być domem mieszkalnym - przynajmniej 50 pokoi w samym srodku osiedla, ale bez bezposredniego dostepu do morza. Trdno się domyslec kto mogl być wlascicielem - pp. Clinton wlasnie nabyli dom gdzieindziej. Widac było że domy musialy kosztowac kupe forsy, ale nikt jakos nie pomyslal o ulicach - wszystkie były typu "polna droga", najwidoczniej nikt nie dbal o ich utrzymanie. Pewnie wlasciciele domow doszli do wniosku że korzystniej jest zainwestowac w Jeep Cherokee niż w meksykanska infrastruckture.
Znalezliśmy i hotel - bardzo wykwintny i "Meksykansko-przytulny" w stylu: wszedzie kolorowe kafelki, oddzielne male domki, egzotyczne rosliny, wielka restauracja że wspanialym widokiem na morze, i ladna, mloda manadzerka z Chile mówiąca bezblednym amerykanskim. Hotel byl, naturalnie, pomalowany na kolor ochry. Gosci nie było widac. Hotel mial promocje - jedna noc że sniadaniem kosztowala U$100, noc w malym domku - U$150 (nie było przeliczenia na pesos, najwidoczniej nie było to miejsce dla klientow myslacych w tej walucie). Menu w restauracji zaczynalo się od U$20 - nie chcialo nam się nawet zapytac ile chca za zimny Budweiser...
Wracaliśmy pod wspanialym ksiezycem. Mavourneen stala na miejscu, czekajac na nas w stanie nienaruszonym.
Nastepnego dnia odkryliśmy że Mulege nie ma IC (Internet Café = dojscia do Internetu). Spotkaliśmy moich "wyciagaczy z blota" i ich 12 psow. Panowie dziekowali mi za GGZ - ich bole krzyża przeszly jak reka odjal. Panie tez były cale w usmiechaćh - pomyslalem że GGZ mogla u panow wywrzec dobroczynny wplyw nie tylko na ich kregi. Zwiedziliśmy misje (XVII wiek), wyjechaliśmy z Mulege i zatrzymaliśmy się na noc na Playa Requeson - na samej plazy. Zadnych udogodnien nie było, stalo kilka przyczep i przepelniona beczka na smieci, ale sceneria była piekna. Bardzo urzedowo-wygladajaca mloda kobieta chodzila od przyczepy do przyczepy pobierajac oplate N$40. "Za co place", zapytalem, "nie macie tutaj nawet prysznica". "Za plaze", odpowiedziala kobieta, zaliczajac "punkt dla Meksyku".
Zatrzymaliśmy się na dwie noce - majac generator albo baterie sloneczne na pewno zostalibysmy na dluzej. Dopiero w chwili odjazdu zorientowaliśmy się że nasz sasiad w VW Westfalia jest Polakiem - pan Maciej Bielecki z Brooklyn, NYC. Jeszcze nam zdazyl powiedziec że warto zrobic wycieczke - bez przyczepy - do Puerta Agua Verde, okolo 50 km na południe od Loreto.
Dopiero na południe od Mulege Baja California zaczyna tak na dobre "stawac na wysokosci zadania". Szosa biegnie wysoko nad morzem, wije się wte i wewte, i prawie każdy zakret oferuje nowy fantastyczny widok. Nastepnym przystankiem było Loreto - moim zdaniem drugie (Santa Rosalia była pierwszym) miasto w Baja z pewna doza meksykanskiej (może lepiej byłoby powiedziec "kontynentalnej meksykanskiej") atmosfery. Zaparkowaliśmy w "El Moro" - posiadlosci pana Aristide Hernandez Solis, Libanczyka z ujmujaca osobowoscia i znajomoscia wielu jezykow, który osiadl tu dawno temu i jest zonaty i dzieciaty lokalnie. Kosztowalo U$10/dzien, pesy były też przyjmowane ale raczej bez entuzjazmu.
Loreto ma IC, straszne, nieprzyjemne, z wolnym komputerem i zlodziejska cena N$60 za godzine.
Interesu pilnuje nastolatka, umalowana jak jajo wielkanocne, niekompetentna i arogancka. Tuż obok jest jadłodajnia "Café au lait" - centrum wymiany lokalnych nowin. W nim na scianie wisialo ogloszenie "Dom sprzedam, U$79,000". Dom wyglądał bardzo interesujaco, zdecydowaliśmy zobaczyc. Wlasciciel był uroczym Wegrem osiadlym od lat w Meksyku, mówił plynnie po wegiersku i czesto odwiedzal rodzine "w starym kraju". Jego bardzo ladna i wesola zona była z Loreto. Wegier był specjalista od budowania pol golfowych, wspomnial nazwy kilku które były jego dzielem. Zaraz na poczatku stalo się oczywiste że nasza wizyta jest pomylka (cena sprzedazna była U$479,000 - czworka jakos znikla z ogloszenia), ale uprzejmosc gospodarza nie ostygła, oprowadził nas po wspanialym, wielkim domu w którym wszystko było albo robione na specjalne zamowienie, albo importowane, i to nie tylko z USA. Na malym stoliku zauwazylem (podkreslam że pan domu mi ich nie wskazal) dwie fotografie w ramkach - na nich prezydenci Regan i Bush wlasnorecznie dziękowali gospodarzowi za gościnę. Węgier budował także bliźniaki, gdyby ktoś z Was myślał osiedlić się w Loreto, z przyjemnościa załatwię wprowadzenie.
Następnego dnia - 15-go listopada - zostawiliśmy Mavourneen z Arystydem i pojechaliśmy do Puerta Agua Verde. Jazda jest ciekawa, ale trzeba miec mocne nerwy. Jest w niej przeszlo dwukilometrowy odcinek wydziabany w skale tak wazki że kola Silverado, te od strony przepasci, doslownie "wisialy nad krawedzia". To na pewno nie jest miejsce na zlapanie gumy - jezeli ktos z Was jezdzi na oponach Firestone, powinien zostawic je w domu. K powiedziala potem że czula się zawieszona w powietrzu a nie pasazerka w Silverado.
Co kilkaset metrow wysiadalem i szedlem przez nastepny odcinek starajac się zapamietac gdzie powinienem stawiac kola, okolica zdecydowanie wykluczala "improwizacje na zakretach". Podczas takiej wlasnie inspekcji jednego z bardziej antypatycznych odcinkow minela mnie stara polciezarowka Nissan wiozaca przywiazanego sznurkiem żywego konia. Zostawilem Silverado w niszy w skale, tak że NIssan moga przejechać, ale gdybysmy się byli spotkali gdziekolwiek w odleglosci nastepnych pieciuset metrow nie byłoby wyboru - jeden z nas (wlasnie ja, bo jechałem z gory) musialby wycofywac się tylem. Jadac ta "droga" pod gore w Silverado na wstecznym biegu byłoby aktem Wiary przez bardzo duże W - ja jestem niepraktykujacy katolik, wiec nikle sa szanse na to zebyscie mogli czytac niniejsze jezeli bylbym musial te jazdę wykonac natychmiast i na tym wlasnie odcinku. Dawno temu, z Adamem (teraz w Calgary) jechaliśmy Jeepem w Lesotho podczas urwania chmury - ale ta trasa była bardziej ekscytujaca.
Zjechaliśmy do poziomu morza bez dalszych przygod, na dole było rozczarowanie - jeszcze jedna kamienista plaza i wymagajaca naprawy palapa. Na jej podworku rdzewiala duża przyczepa kampingowa. Musiala albo przyplynac tutaj morzem, albo ktos ja przywiozl helikopterem. Nie było kogo zapytac - kobieta co była w palapa widzac nas uciekla w busz. Przeszliśmy się plaza, K nie znalazla muszli, był za to opuszczony oboz kajakarzy. Mapa mówiła że droga ciągnie się przez nastepne 14 km, ale zanosiło się na deszcz i woleliśmy wracać raczej niż ufac że "droga" deszcz przetrzyma. Powrot był OK, z tym że w te strone to ja byłem ten "zawieszony w powietrzu", a ja mam lęk przestrzeni. Deszczu nie było, w przeciwną stronę nikt nie jechał..
Z Loreto do La Paz dojechaliśmy w jeden dzień, zignorowaliśmy miasto żeby stanac na Playa Tecolote. Miejsce do zatrzymania się wspaniale, zawsze jest tutaj ktos jeszcze, przyczepa stoi dokladnie na samej plazy. Wiejacy bez przerwy wiatr odswieza i dzieki niemu nie ma komarow, ale po jakimś czasie mozna miec go dosyc. Puerto Balandra, plaza i zatoka tak piekne że superlatywow nie staje, sa tylko 2 km stad (z Tecolote), po dobrej drodze. Mowiono nam ze, niestety, komary na Balandra pozeraja człowieka zywcem - wokol sa bagna, dlatego. Sa fajne sciezki dla rowerow gorskich. Jest restauracja. I wszystko to jest opodal portu SEMATUR (Pichilingue) z którego odchodza promy - dla nas bardzo dogodna sytuacja, bo promem wlasnie mieliśmy z Baja wyjechać. Rezerwacja i kupno biletow, jak i procedura samego dostania się na prom, praktykowane przez SEMATUR osiagnely niemozliwe - przekroczyly, w swoim biurokratycznym idiotyzmie, przepisy BC Ferry, o których pisalem Wam wczesniej. Biuro w porcie Pichilingue (18 km od La Paz) nie zalatwia nic. Trzeba jechać z calym ekwipunkiem do biura SEMATUR w samym centrum miasta. Parkowac mozna tylko na ulicy. To stwarza problem, ale tylko dla tych co nie potrafili pozbyc się negatywnego podejcia do zycia (tutaj nazywa się to "mentalnosc gringo"). Ci zaasymilowani po prostu parkuja "na drugiego" na ulicy. Nikt się nie przejmuje jesli rezultatem jest zablokowanie ruchu w promieniu dwa czy trzech "cuadra" (blokow ulicznych) o ile partner, zostawiony w szoferce, udaje "idiote gringo" jaknajlepiej potrafi i mowi wylacznie po angielsku. K w tej roli przeszla najsmielsze oczekiwania. Malo tego, kiedy jest zdenerwowana, automatycznie przechodzi na polski. Zawsze ja pozostawiano w spokoju. Kierowca, w miedzyczasie, podchodzi do okienka, ustala date odjazdu, upewnia się że prom na którym będzie plynal pozwala na przejechanie przyczepa "na durch", przedstawia wszystkie potrzebne papiery, czeka az panie z okienka zrobia potrzebne im fotokopie, potem czeka jeszcze - dłużej lub krocej. Ewentualnie dwie urzedniczki, jedna z tasma do mierzenia, wychodza z biura, wszyscy ida razem do miejsca gdzie stoi przyczepa, i panie dokonuja pomiaru dlugosci. Potem wszyscy razem wracaja do biura, kierowca placi karta kredytowa, i czeka na wydrukowanie biletow. W momencie kiedy bilety i kwit z karty kredytowej sa spinane razem, pani która tego dokonuje mowi że tak naprawde to na prom którym się będzie plynac trzeba "wjechać tylem, wyjechać przodem". Mysle że ci z Was co beda plynac z La Paz promem SEMATUR docenia te informacje, jako że "ostrzezony - niezdenerwowany", żeby sparafrazowac znana reklame firmy ubezpieczeniowej.
Bardzo nam się kombinacja "La Paz - Tecolote" podobala, i zostaliśmy na kilka dnia parkujac albo na dziko na plazy, albo w "El Cardon" (N$130/d). W La Paz odkryliśmy "Le Bistrot Francais Café Restaurante" (calle Esquero No.10), z dobrym jedzeniem w granicach N$60-80 i z dobrymi obrazami na scianach.
Pojechaliśmy też z La Paz do El Sargento. Niedaleko od El Sargento droga jest najdluzszym prostym zjazdęm jaki widzialem - chyba 7 km prosto jak po linijce w dol, spadek jest calkiem stromy. Na koncu zakreca się w lewo kolo drzewa na którym wisi za zadnie nogi zdechla krowa. Jest też i znak drogowy.
El Sargento ma dluga, zawsze wietrzna plaze, i duży parking dla przyczep bez udogodnien, tyle że powinno się moc nabrac wody - widzialem przyczepy podlaczone do rur sterczacych z ziemi. Raz na dzien pojawia się niesmialy starszy pan, pobiera N$50 i daje pokwitowanie. Wszystkie najlepsze miejsca sa permanentnie zajete przez fanatykow roznych rodzajow surfingu którzy przyjezdzaja tutaj corocznie na kilka miesiecy. Nie sa specjalnie przyjazni - nikt nie podszedl żeby pogadac, byliśmy "zauwazeni ale ignorowani". Trzeba przyznac że wyglądałismy inaczej - wszyscy caly dzien biegali w piankowych ubrankach z suwakiem koniecznie rozpietym do pol brzucha, nasze szorty i koszulki musialy razic. Zbadaliśmy okolice w Silverado i na rowerach - to ostatnie zle się skończylo, male, okragle, twarde i bardzo kolczaste nasiona których wszedzie pelno poprzebijaly mi detke w wielu miejscach. Plaz jest wiele, wiekszasc jest kamienista, wszystkie sa bardzo do siebie podobne.
Ale wycieczka do Los Barriles (w Silverado) była inna. Droga (typu polska wiejska) też wiodla przez góry - tak samo jak ta do Puerta Agua Verde - ale tutaj biegla wysoko ponad Bahia de los Muertos i widoki były nie z tej ziemi. Cos tak jak pokaz przezroczy - każdy prawie zakret był jak nowe zdjecie - i każde z nich było technicznie bez zarzutu, trojwymiarowe i w FUJICOLOR.
Widzieliśmy wiele malych plaz, do niektórych mozna było dojechać. Na jednej z takich poznaliśmy pana z Utah który mieszkal tam w swojej podniszczonej przyczepie - bez wody, bez swiatla - przez kilka miesiecy każdego roku. Zyl "z morza" (zawsze udwalao mu się cos zlapac) i dojezdzal ponad 20 km do Los Barriles po zakupy. Zapytalem jak znosi samotnosc - powiedzial że na morze i pustynie może patrzec bez konca, że dużo czyta, i że jego ukochana, która wlasnie jest w drodze (ciezarowka) z NWT (North West Territories, polnocna Kanada) powinna dolaczyc do niego w najblizszym czasie.
W poblizu Punta Pescadero wyjechaliśmy nagle na zaskakujacy tutaj - bardzo dlugi i bardzo szeroki - pas startowy. Na nim poustawianych było dziesiatki prywatnych odrzutowcow - anie jednej Cessny nie było widac. Takie lotnisko w tej okolicy było tak niespodziewane że stanalem żeby zrobic zdjecia. Zagadka wyjasnila się za nastepnym zakretem - wyjechaliśmy na jeszcze jedno "osidele" z domow o pastelowych kolorach, tyle że z wiekszych i bardziej opulentnych niż domy z okolic Punta Chivato. Wygladalo na to że widzimy dzielnice typu "jeden dom - jeden samolot".
W Los Barriles tylko nazwa miasteczka jest meksykanska. Ceny w restauracjach i w sklepach były w U$, przechodnie rozmawiali glosno po amerykansku. Akurat było Wszystkich Swietych - którego jedynym przejawem tutaj był rodzaj targu z tymczasowymi straganami. Barachlo na straganach było straszne, glownie zabawki dla dzieci, wszystko plastikowa tandeta do niczego nieprzydatna, i wszystko odrazajacej brzydoty. Prawie wszystko robione było w Chinach, Indii, albo na Filipinach. Sprawil mi perwersyjna przyjemnosc fakt że rzeczy zrobionych w Meksyku wlasciwie nie było. Trudno powiedziec dlaczego - na pewno naiwne jest przypuszczenie ze, jak dotad, nie urodzil się jeszcze meksykanski producent o duszy wystarczajaco podlej żeby zarabiac pieniadze przez zatruwanie wyobrazni dzieci.
Po powrocie do El Sargento zastaliśmy drzwi wejsciowe do Mavourneen szeroko otwarte. Trudno uwierzyc, ale musi co zapomnieliśmy je zamknac wyjezdzajac. Nie brakowala niczego, widac było że nikt do srodka nie wchodzil podczas naszej nieobecnosci. Zaden że "stalych rezydentow" nie podszedl z komentarzem - mimo że nie było nas caly dzien i ktos musial te otwarte drzwi zauwazyc. Nastepnego dnia niesmialy starszy pan poprosil nas o N$100 (oplata za dwa dni) i powiedzial "ze był u nas wczoraj dwukrotnie, ale nikogo nie było".
27-my listopad był naszym "dniem D", opusciliśmy Tecolote żeby być w porcie Pichilngue 3 godziny przed odjazdęm promu, tak jak nam kazano. Bez trudu znalazlem zawodowego kierowce z SEMATUR który obiecal - za 10 pesos - wjechać nami tylem na "Loreto" bez zadnego problemu. Co i uczynil, i zaimponowal mi tak że dostal 40 pesos. Teraz to juz i ja nie jestem taki najgorszy za kierownica, ale on od niechcenia osiagal niemozliwe. Potem patrzyliśmy na wirtuozerje kierowcow z SEMATUR którzy wprowadzajali olbrzymie TIRY na prom tylem, bez wahania, szybko i zawsze sin problema, majac po każdej stronie tylko kilkanascie centymetrow "luzu". Noc spedziliśmy w wysokich fotelach podobnych do samolotowych, było calkiem wygodnie, czuliśmy się dużo lepiej niż w fotelach zainstalowanych przez BC Ferries. Do Topolobampo wpplyneliśmy o czasie. "Wyprawa moich snow No.2" doszla do skutku, 40 lat od czasu kiedy pierwszy raz o niej pomyslalem.
Moim glownym wrazeniem było że może czekałem zbyt dlugo. Jadac przez cala dlugosc Baja California byłem swiadkiem powtorki podboju "Dzikiego Zachodu" z XIX wieku. Tym razem nie było kawalerii i wozy zastapione zostaly odrzutowcami - podboju dokonuje bogactwo. Tylko osiedla budowane sa w dalszym ciagu. Caly proces przyspieszony jest przez technologie i trudny do zauwazenia przez brak widocznego konfliktu. Budowa prywatnego lotniska czy wykonczenie jednego wiecej "osiedla" z domami w pastelowych kolorach pozostaja niezauwazone - tylko spalenie jednego z nich zagwarantowaloby kilkuminutowy reportaz telewizyjny na ekranach swiata. Ale komu w Baja do podpalania - Apaczow tutaj nie ma. Meksykanie sa zazarcie nacjonalistyczni, sa dumni że swojej historii i swojej fascynujacej kultury. Wydawac by się jednak moglo że ci Meksykanie zyja w kontynentalnym Meksyku - Baja California, która po wiekszej czesci jest skalista pustynia i ma niewielu mieszkancow, nikogo wlasciwie nie obchodzi. Bogactw naturalnych wlasciwie tu nie ma, jedynie piekno scenerii jest swiatowej klasy. Z rzadem meksykanskim nie okazujacym zainteresowania (chyba że aprobujecie Cancun, Ixtapa, Acapulco, "Dos Cabos" etc.) to piekno staje się towarem którym handluja inwestorzy i agenci nieruchomosci. Nie ma restrykcji. Towar jest tani tylko dla Amerykanow - agencja nieruchomosci w Los Barriles nie miala na sprzedaz ani jednego domu ponizej U$180,000.
Tak to Kalifornia przemieszcza się na południe - az się prosi żeby powiedziec że z szybkoscia prywatnego odrzutowca. Bardzo być może że dwadziescia czy czterdziesci lat od teraz koszt (w dolarach amerykanskich, oczywiscie) zastapienia "Baja" przez "Lower" w dzisiejszej nazwie stanie się ogolnie znana statystyka. Wiekszoc naukowcow przyszlosci zgodzi się że była to dobra inwestycja, nawet jesli wezmie się pod uwage przerazajaca przestepczosc i katastrofalne zagrozenie srodowiska.
Topolobampo jest 1650 km od Zihuanatejo. Powinnismy miec dzienna przecietna 183 km żeby dotrzec tam (do Zihuanatejo) na kilka dni przed przylotem Magdy.
Dlugi odcinek z Topolobampo do Mazatlan nie ma wiele do zaoferowania. Miasta wygladaja jak Hamilton (Ontario), teren jak Manitoba (w lecie, naturalnie). Do Mazatlan dojechaliśmy wieczorem, ale kamping "La Ensenada" znalezliśmy bez trudu - dojazd z HWY 15 jest dobrze oznakowany i bardzo wygodny dla przybywajacych z polnocy. "La Ensenada" jest na sprzedaz i z tej przyczyny jest w stanie calkowitego rozkladu. Dozorca nie dba o nic i znalezc go niesposob, pojawia się tylko raz dziennie żeby zainkasowac oplate w wysokoci N$150. Przypuszczam że cos zlego spotkalo wlascicieli i jedynym dochodem dozorcy sa wlasnie te oplaty. Teren jest olbrzymi i był wyposazony we wszystkie udogodnienia, ale musieliśmy spedzic dużo czasu żeby znalezc miejsce gdzie wszystko (woda, prad, sciek) jeszcze dzialalo. Chyba nie wiecej niż 30% miejsc parkingowych jest wciaz jeszcze w dobrym stanie. Atmosfera była troche surrealistyczna - na 200 miejscach staly tylko 4 wielkie przyczepy, ustawione "na dlugi pobyt". Dwie z nich - i drzewo obok - przyozdobione były przez wlascicieli automatycznie mrugajacymi swiatelkami Bozonarodzeniowymi. Właścicieli nie było widac - pewnie spedzali czas wewnatrz, ogladajac telewizje, przyczepy najezone były antenami. My przeniesliśmy się nazajutrz na pobliska ulice konczaca się na Playa Cerritos, gdzie dolaczyliśmy do szeregu przyczep juz tam stojacych. Tyle że co wieczor dojezdzaliśmy do La Ensenada na gorący prysznic - dwa z 20 wciaz były OK.
Mazatlan ma dużo plusow. Ma naprawde dobrze poinformowane biuro informacji turystycznej (Coordination General de Turism-Sinaloa, Av. Camaron Sabalo esq. Tiburon, Edificio Banrural, 4to Piso, e-mail: cootusin@prodigy.net.mx i tursina@prodigy.net.mx) które, swiadome swej wartosci, zdecydowalo unikac reklamy. Biuro jest ukryte w budynky banku (Banrural) i zaden znak na ulicy nie swiadczy o jego istnieniu. Ale w biurze pracuje senor Jorge Barraza, którego angielski jest bardzo dobry, który jest cierpliwy i grzeczny, i który rzeczywiscie swietnie się orientuje w atrakcjach miasta i okolicy. Pan Barraza polecil nam "Tunel", restauracje z autentyczna kuchnia lokalna. Znalezliśmy ja na przeciw bardzo imponujacego teatru "Angela Peralta". Pani AP przybyła do Mazatlan w 1883 i zmarla na dzume zanim zdążyła wystapic na scenie - co najwidoczniej nie przeszkodzilo że jej slawa przetrwala do dzis. "Tunel" odznaczyl się rzeczywiscie dobrym i autentycznym jedzeniem i kelnerka która wyglądała jak mim - miala sniezno biala twarz i w niej bardzo wiele jszcze bielszych, bardzo dużych i rownych zebow które ciagle pokazywala w usmiechu. Jakos mi ten jej usmiech przeszkadzal w jedzeniu, może dlatego pamietam go tak wyraznie. I "Tunel" i teatr AP znajduja się na starym miescie które pelne jest ciekawych domow, przynajmniej stuletnich. Wiele z nich jest niezamieszkanych, niektóre ktos musial kupic niedawno i sa w stanie renowacji. To jest prawdziwy Meksyk, bardzo warty zobaczenia.
"Zona Dorada" jest inna - jest to nastawiona na turystow (czytaj: amerykanskich bturystow) aglomeracja wspanialych hoteli, sklepow z autentyczna sztuka ludowa masowej produkcji, z restauracjami o za wysokich cenach. Plus zadziwiajaca ilosc sklepow "Mr. Frog" (modne ubrania dla bogatych "sportsmenow"). Wlasnie w "Zona Dorada" kupiliśmy dwa bilety (N$80 każdy) na przejazd na wyspe Venado, bo zapewniono nas że lezy tam mnostwo wspanialych muszli na plazy. Sama przeprawa była dziwna, w pojezdzie sugerujacym skrzyżowanie barki desantowej z ostatniej wojny i maszyny do budowy drog z olbrzymimi kolami, ale wycieczka była strata czasu: Isla Venado ma tylko nienadzwyczajna plaze, nie ma muszli, brzegi sa skaliste, nie ma cienia, nie ma nawet gdzie spacerowac.
Nastepnym miastem było San Blas, gdzie zatrzymaliśmy się na noc na kampingu "Loco Coco". Zaplaciliśmy N$100 za elektrycznosc - woda nie dzialala, scieku nie było, były za to komary. Właściciel, ponury i nieufny, pasowal do miejsca.
San Blas ma klasyczny meksykanski rynek (zocalo), poszliśmy tam poznym wieczorem, wlasnie kończyla się jakas fiesta. Patrzyliśmy na przeglad lokalnego talentu (to nie była kompetycja z pierwszym, drugim, etc. miejscem) - był mikrofon, glosniki, wszystko co trzeba. Ktos gral na gitarze, ktos inny spiewal o fatalnym stanie swego corazon (serca), był nawet lokalny (zapowiadacz specjalnie podkreslil ten fakt) poeta co dlugo czytal swoje wiersze, i groznie wygladajacy facet który spiewal po amerykansku. Nie wydaje mi się żeby Ottawa potrafila zorganizowac cos takiego - przez 14 lat kiedym tam mieszkal nikt nawet nie sprobowal. Moze dlatego że Ottawa nie ma zocalo, a teren przed Parlamentem nadaje się wylacznie na manifestacje polityczne.
Po nocy w Sayulita (U$12, swietny camping, wszystko dziala) dojechaliśmy do Puerto Vallarta okolo 11:00, zostawiliśmy Mavourneen sama, i poszliśmy w miasto na kilka godzin żeby zobaczyc co się zmienilo od czasu naszej ostniej wizyty. Moje ulubione "chilaquilas con huevos" i "huevos motulenos" Krystyny wciaz jeszcze bardzo były dobre w Posada El Roger, tyle że cena się prawie podwoila. Niedaleko, na calle Basillo Badillo #274, odkryliśmy nowy sklep "Viva" który "Reprezentuje 135 artystow jubilerow z calego swiata. Francuskie baletowki, recznie robione espadryle i torebki" - tak opiewal ich pamflet. Sklep jest elegancki, drogi, i inny niż reszta - wyroby sa oryginalne, niektóre z nich sa rzeczywiscie bardzo dobre. Byl nawet bursztyn oprawiony w srebro, mysleliśmy że polski, ale okazalo się że rosyjski. Samo miasto nie zmienilo się wcale - duże "fantazyjne" figury z brazu wciaz staly na malecon (molo ale niezuplenie), może nawet było ich wiecej. Mysle że robil je Bustamante, ale nawet jesli, to i tak wiele "meksykanskosci" w nich nie ma. Sa po prostu dobra sztuka która pasowalaby do każdego miasta.
Wyjezdzamy z Puerto Vallarta pozno, i noc lapie nas chyba w Chamela - "osada nic", tyle że jest to miejsce gdzie kierowcy TIR-ow lubia zostawac na noc. Bylo juz po 20:00, ale jednopokojowy zaklad reperacji rowerow był wciaz otwarty. Właściciel chetnie zgodzil się zebysmy zaparkowali na noc na ulicy przed jego domem. Wlasnie zamykal, wypiliśmy piwo com je zaoferowal, gadac nam się nie chcialo, obydwaj byliśmy zmeczeni. Rano kupilem oden detke rowerowa - za N$20. Za taka sama placilem w La Paz N$35.
Caly czas mieliśmy nadzieje że podczas tej podrozy uda nam się znalezc miesjce które będzie prawdziwym "odkryciem". Tenacatita to było wlasnie to. Tenacatita polecal Tomek z Nairobi via e-mail. Trzy lata temu Tomek był u mnie w Ottawie przez kilka dni i też się tak jak ja zachwycal moim ulubionym miejscem nad jeziorem La Peche w Gatineau - wiedzac dzieki temu że "podobnie odbieramy nature" spodziewalem się czegos specjlanego. Tenacatita nie zawiodla. Jest to jedno z tych miejsc które może pozostac niezauwazone nawet kiedy się jest w okolicy. Strzeze go raczej odrazajace osiedle zwane El Rebalsito które ma fabryke robiaca cos z orzechow kokosowych, kilka brudnych uliczek, i standartowa plaze z nieapetycznymi restauracjami typu palapa. Trzeba miec wiare w Tomka żeby się nie zniechecic, zignorowac pozorny koniec drogi, kontynuowac przez okolo 300 metrow "pod gore i z gory" po szlaku zupelnie nie nadajacym się na ciagniecie Mavourneen (tutaj po raz pierwszy musialem wlaczyc najnizszy bieg jadac, naturalnie, z wlaczonym napedem na cztery kola, i tutaj po raz pierwszy K spanikowala i chciala wysiadac), ale po dotarciu na miejsce wszystko powyzsze okazuje się warte ryzyka. Teren jest rowny, doskonaly na kamping, chociaz nie ma cienia. Rozdziela dwie zatoki i kończy sie, po obydwu pozostalych stronach, na dwu gorkach. Jedna z zatok ma powazne fale, druga rafe koralowa i snorkeling (wdzieczny bede za polski odpowiednik) w niej jest doskonaly. Bliższa górka zapewnia widoki, zachody słońca i samotnosc na oniesmielajaca skale. Druga gorka wyglada mniej zachecajaco, na nia się nie wdrapaliśmy. Pierwsza zwiedziliśmy dokladnie zaraz po przyjezdzie, jeszcze za dnia - K szukala swego "specjalnego" kaktusa, ja robilem zdjecia. Wieczorem poszedlem "na sam szczyt" jeszcze raz, i kiedy siedzialem pod olbrzymim (była pelnia) ksiezycem zjechal po jego swietle Mały Książe (ten od Antoine Saint Exupery - jakos nigdy nie byłem zwolennikiem Piotrusia Pana) i usiadl obok mnie. Razem pchneliśmy zegar do tylu i probowali uporzadkowac wszystkie te lata które przezylem a o których jakos nigdy nie mialem czasu spokojnie pomysleć.
Po za nami stala tylko jedna jeszcze przyczepa, z Arizony, ustawiona na cala zime), i od czasu do czasu kilka osob nurkowalo kolo rafy, wiec mieliśmy Tenacatite wlasciwie dla siebie. Widac było że ktos chcial ja "unowoczesnic" - slupy "do pradu" staly wbite w ziemie - ale dalszych prac zaniechano. Strach pomyslec że powiedzmy za rok beda tutaj staly "pastelowe domy" i będzie przystan dla jachtow. Na prywatne lotnisko szczesliwie nie ma miejsca.
Podczas jazdy z Manzanillo do Lazaro Cardenas widzieliśmy z szosy kilka dzikich i zachecajacych zatok z plażami z białym piaskiem, dostepnych tylko od strony oceanu. Zanotowalem sobie żeby zaproponowac Piotrowi i Iwonie wspólna wyprawę - połowa uczestników jedzie szosą, połowa płynie łodzią, gdzieś w umówionym miejscu następuje zamiana. Wszyscy, naturalnie, zatrzymujemy się na dłużej w Maruata.
Maruata zasługuje na rozdział raczej niż na wzmiankę. Nie ustępuje Tenacatita, ale jej piękno jest inne, bardziej typu National Geographic/Cuda Natury. Jest to zbiór wielu zatok, wiele z nich jest odosobnionych, wszystkie z piaszczystymi plażami, które (te zatoki) sa rozdzielone przez skaliste "palce" i grzbiety wchodzace w ocean, z naturalnym tunelem który - zaleznie czy jest przyplyw czy odplyw - jest pelen oceanu lub polprozny, przez który, jesli się napisalo testament, mozna dac się przeniesc pradowi wody, z ujsciem plytkiej (była sucha pora roku) rzeczki z lodziami rybackimi i z mnostwem ptakow, i z bufadora. Nad tym wszystkim dominuje Palec Bozy i skalisty grzbiet z jedna strone prostopadla i z druga po której mozna nan wejsc. Na inna gorke, polozona blisko Bozego Palca, też mozna wejsc, i jesli się to uczyni, czuje się Jego reke wszedzie, widok jest tak wspanialy. Na wierzchu grzbietu mozna wynajac prymitywny szalas z hamakiem - wieczorem widok tych szalasow na tle nieba redukuje do zera wartosc wszystkiego co może zaofiarowac wielkie miasto. W takim miejscu mozna się spodziewac zobaczyc Szekspira, siedzacego przy stoliku w palapa nad rzeka i piszacego sekwens do "Romeo i Julia". Mysmy w tej palapa jedli smazona rybe i wypili kilka piw. Szekspira nie było widac, ale mieliśmy ksiezyc w pelni co się odbijal w wodzie i patrzyl nas zza palmy pochylajacej się nad laguna. Jakas duża ropucha brzmiala jak werbel, glosno i niedaleko. Kiedy ucichla, ktos gdzieś na gorze - pewnie w jednym z tych szalasow - zaczal bardzo dobrze grac na trabce "San Louis Blues".
Szkoda że te okolice skolonizowane zostaly przez Hiszpanie - gyby były zajete przez Polske osiagniecia naszej literatury romantycznej bylyby niewatpliwe jeszcze bardziej imponujace, a Wieszcz nie musialby się tluc po Krymie w poszukiwaniu natchnienia.
Lokalna ludność jest przyjazna i, czym byliśmy zdziwieni, nie jest "nastawiona na turystow". Miejsc do parkowania jest mnostwo i nikt nie żąda zapłaty. Fakt że Maruata jest dobrze znana i może być "od okazji" pełna przyjezdnych wydaje się być jedynym minusem. Myśmy mieli ja dla siebie - innych gringos prawie nie było widać.
Parku campingowego dla przyczep przy hotelu Playa Azul (N$150/d) należy unikać. Dojazd jest trudny, droga straszna, miejsca jest mało i parkuje się bardzo niewygodnie.
11-go grudnia zaparkowaliśmy (N$50 dziennie, tylko z elektrycznoscia, przed domem lokalnego rybaka, 20 metrow od plazy) w Troncones - 40 km na polnoc od Zihuanatejo. Osiedle składa się z mieszanki meksykańskich i pastelowych domów. Plaża jest długa, piasek czysty. Ludzi mało. Postalibyśmy tam kilka dni ale był jeden problem: ciagle robiliśmy krotkie spiecia w elektryce domu naszego gospodarza. Powinniście te jego instalacje zobaczyć jeżeli Wasza wiara w Opatrznosc potrzebuje umocnienia. Gospodarz reperował, ale widac było że jeśli pozostaniemy podłączeni nasz postój musi się skończyć nieszczęściem na duża skalę. Oczami wyobraźni widziałem jak wybucha pożar - jak z chałupy zostają dymiące zgliszcza - jak gospodarz i jego piecioosobowa rodzina dołączaja do nas w Mavourneen - jak w ciągu kilku dni stoimy wobec poważnych problemów wynikłych z różnego stylu życia. Dlatego wyjechaliśmy nazajutrz, kiedy on zajęty był zawieszaniem nowych drutów w miejsce tych które w nocy stopiły się w deszczu iskier.
Resztę o nas już wiecie: mieliśmy szczęście w znalezieniu Rodrigo - żaden przewodnik nic o jego kampingu nie mówi. Będziemy tutaj do końca stycznia. Miejsce jest pełne życia, towarzystwo jest miłe. Ciągle coś się dzieje. Krokodyl też chyba nie zawiedzie. Dokładne opisy dostaniecie - czekajcie na następny biuletyn.
Wszystkim Wam winien jestem przeprosiny za przemilczenie Wigilii. Właśnie w Wigilię chciałem Wam wysłać niniejsze pisanie razem z odpowiednimi życzeniami - od Krystyny, Magdy i od siebie - Feliz Navidad i obfitego we wszelkie dobra nowego Milenium. Do tej wysyłki nie doszło, z różnych przyczyn które ważne były pod ówczas. Przyjmijcie, proszę, te życzenia teraz, i - proszę - utrzymujcie z nami kontakt.
z Mahahual (Quintana Roo), 24 luty 2001.
Nastawiliśmy się na "dziki Meksyk", wróciliśmy rozczarowani: okolica jest w stadium intensywnego cywilizowania: buduje się hotele, szosy, uzdrowiska, porty dla okrętów wycieczkowych(?). I plaża była wąska, piachu nie było widać spod stosów plastiku, woda jest płytka, pchły piaskowe głodne, metr bieżący plaży sprzedaje się za U$2000. Ludzie przeważnie z Europy, Amerykanie pokico nie kwapią się na brzeg z cruise ships.
Dzisiaj jesteśmy w Bacalar - całkiem atrakcyjne miasteczko nad laguną, jutro zaczynamy powrót na Północ. Uściski, pozdrowienia, WJZ & K