
ZABRISKIE a sprawa polska
Death Valley – Zabriskie Point. Utrudzony wędrowiec ociera pot z czoła i z zachwytu zamiera w bezruchu.
Widok bajkowy, widok wspaniały niczym bezmierna, rozlana z nieziemską fantazją smakowita kassata. Tak jakby Pan Bóg, zmęczony po sześciu dniach tworzenia, zdrzemnął się nieco przy deserze w niedzielne popołudnie, a włoskie lody z boskiego kielicha spłynęły kaskadą wprost w najgorętsze miejsce globu wraz z niebiańskimi bakaliami, anielsko ubitą śmietaną, powlekając się łagodnie cynamonowym pyłem, pomieszanym z kolorami tęczy...
Aliści polski turysta, dociekliwie uparty i niecierpliwy, nad grafomańskie opisy przedkłada konkrety:
- Zabriskie? To tutaj brzmi dziwnie, a dla nas swojsko...
- Ani chybi słowiańsko...
- Może to był Czech?
- Nie, raczej Litwin, tak z amerykańska zniekształcony...
- Przecież tam na tablicy pisze jak byk, że Amerykanin!
- Napisać to można wszystko, prawdziwymi, rdzennymi Amerykanami są tylko Indianie!...
- A dlaczego nie Polak? Zabrski, Zabirecki, Zabrzewski, ale zamerykanizowany...
Wspaniałe widoki są już tylko tłem, dyskusja rodaków tężeje niczym spiekota Death Valley, to już prawie kłótnia. Miała być demokracja, a tu każdy ma własne zdanie, jakby powiedział nasz były wąsaty prezydent.
- Oczywiście, że ten Zabriskie to był Polak! – wtrąca się fertyczna brunetka w okularach.
- Nazywał się Zabierski, o czym możecie sobie przeczytać w książce “Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa. Trzeba czytać, proszę państwa! Trzeba więcej czytać!
Zanim potencjalnych adwersarzy odmurowało, fertyczna brunetka umknęła z podniesionym czołem w kierunku najbliższego zakola kassaty. Ale co się rzekło, to się już ostało. I z czasem się rozniosło. Tak bardzo kochamy miłe dla nas słowa, stale powtarzane łechcą naszą dumę, z czasem stają się legendą, a legenda – gdy się chce w nią wierzyć – łatwo podszywa się pod prawdę. Zatem Zabriskie to Zabierski, a Zabierski to Polak! – fakt udokumentowany na piśmie, mamy więc jeszcze jedno “polskie miejsce” w dumnej Ameryce! Oczywista oczywistość! - jak zwykł mawiać nasz aktualny premier.
A przecież nic bardziej błędnego. Przykro to stwierdzić, ale gorący zwolennicy “polskości Zabriskie” albo książki Brandysa nie znają, bądź niewiele z niej zapamiętali, albo też “połknęli” ją bez refleksji, ukończywszy z trudem kurs szybkiego czytania.
“Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa ukazały się w druku w 1972 roku. Z obwoluty tegoż wydania – bo były i następne – dowiadujemy się, że to barwny, epistolarny apokryf, w którym autor w kolejnych listach ojców do synów i synów do ojców odzwierciedla losy jednej rodziny, wplecione w dzieje polskie w czasach od 1770 do 1970 roku. I na tym można by dywagacje na temat Zabriskie – Zabierski zakończyć, bo przecież już w szkole nas uczono, że utwór apokryficzny znaczy tyle co nieautentyczny, niewiarygodny, fałszywy.
Ergo – Zabierscy to postacie literackie, nigdy nie istniejące, zrodzone w wyobraźni pisarza. Skąd więc te skojarzenia z Zabriskie Point i związane z nimi błędne, nadal podtrzymywane opinie? Nadawca pierwszego listu z 1770 roku Prot Zabierski opisuje synowi Jakubowi koszmarne katusze, jakich
doznaje od wściekle bolącego zęba, co najpirwej drzewem się zdawał, poźniej babą, teraz dzwonem, a na końcu diabłem, przymuszającym Prota bólem świdrującym do przejścia na luteranizm. W końcu Żyd Hirszko drutem do krowiego ogona wykoncypował zęba przywiązać, marchwią przytkniętą do pyska krowę do pędu zachęcił i Prot zęba stracił,a wiarę uratował. Paradoksalnie senior rodu Zabierskich “na zęba” jednak umarł, podczas gdy jego potomkowie uchodzili z życiem ze stokroć gorszych i niebywałych opresji.
Syn Prota Jakub, konfederata barski pojmany w niewolę turecką, więziony był w klatce z małpą Zaphirą, z którą związany łańcuchem tańczyć musiał przed gośćmi Wielkiego Wezyra. Żyjąc jak zwierzę, zwątpił w Boga, bluźnić mu zaczął, a zaznając ludzkiego odruchu jedynie od małpy, w pewną noc księżycową spełnił z Zaphirą ten grzech, który podobnież z kózkami pasterze ochotnie czynią. Okrutnie doświadczył los Seweryna, żołnierza kampanii napoleońskiej 1812 roku. Pisany przezeń wiele lat później list do syna Jana Nepomucena to spowiedź, jakiej przed konfesjonałem wielokrotnie mu odmawiano, bo jego uczynku mądrość Kościoła nawet w regestrach grzechów nie ma zapisanym.
Otóż w odwrocie spod Moskwy – wyznaje Seweryn – nie w gorączce głodowej lecz z głodu kiszkowego, przy zmysłach będąc, acz w trwodze (...) własną moją nogę zżarłem. Nogę tę wcześniej wskutek ran amputowaną , z rozmysłem w żarze ogniska nieszczęśnik poobracał, posługując się jak widelcem ... krzyżem prawosławnym, bo w cerkwi na wpół rozwalonej to się działo, we wsi Niegoriełoje...
Kusi mnie, aby jeszcze Was pozachęcać do przeczytania niezwykłej sagi rodu Zabierskich i odsłonić choćby po odrobinie równie tragiczne co i groteskowe losy pozostałych członków rodu: Jana Nepomucena – emigranta i cyrkowego woltyżera; Huberta – zesłańca na Sybir, po powrocie zgorzkniałego życiem introligatora; Juliana – bohatera kryminalnego romansu i właściciela podejrzanego zakładu przyrodoleczniczego; wreszcie autora ostatniego listu, Zyndrama, artysty rzeźbiarza i alkoholika. Wszakże słyszę Wasze niecierpliwe pytania: A gdzież tu Dolina Śmierci? I co z Zabriskie? To jeszcze trochę potrwa...
Otóż ów enigmatyczny wątek, na który czekacie, wiąże się z postacią Michasia Zabierskiego, który nie napisał żadnego listu, natomiast jawi się w relacji jego brata Seweryna (piszącego do ojca) jako człowiek zagadkowy, eteryczny, uduchowiony, myślami daleko błądzący.
- Mam z Bogiem sprawę – mawiał Michaś
- bo to nie tylko, że poznać Go trzeba, ale stać się Nim...
Niespodziewanie dla rodziny Michaś po kryjomu porzucił szkolę w Warszawie, związał się z tajemniczą sektą
“frankomasonów”, czczących Syna Bożego zamieszkałego we Szwajcaryi i zniknął na 22 lata. Kiedy powrócił – o czym Seweryn pisze już do swego syna – zachowywał się jeszcze dziwniej, wreszcie postradał zmysły i śmiertelnie strzelił sobie w głowę gałką marmurowa, odpalając zardzewiałą armatkę pradziadka.
Wiele lat później, bo w 1867 roku więziony na Syberii Hubert Zabierski opisuje ojcu Janowi Nepomucenowi zasłyszaną od innego polskiego zesłańca historię ...o pustyni Mojave. Ponoć miejscem tam najstraszniejszym jest całkiem bezludna Death Valley , przez mieszkańców osad nad rzeką San Joaquin zwana też Zabersky Valley.
Starzy ludzie opowiadali, że około 1810 roku żyła tam gromadka przybyszów z Europy, sekta mistyczna z rodzaju późniejszych fourierystów lub uczniów Saint-Mamina (...) nasiąknięta ponadto wierzeniami buddhyzmu. Świętym owej konfraternii był człowiek młody jeszcze, imieniem Michael.
Nazwisko jego, tak dziwnie z naszym współbrzmiące - pisze Hubert - nie wiadomo kędy dotarło do okolicznej ludności, wszakże pewnym to jest, że od niego bierze się zwyczajowa nazwa doliny .Znajomy powiadał, że żyją jeszcze ludzie, co go pamiętają modlącym się na skałach, gdy sępy siedziały wokół niego, jako i on w zdrętwieniu nieruchome.
Owo bractwo pustynne przestało istnieć po nocnym ataku Indian, którzy ludzi wyrżnęli, uprowadzając kilka młodych niewiast.
“Świętego” jednak oszczędzili, w trwodze przed zemstą jego ducha. Człowiek ów o zmysłach pomieszanych wałęsał
się po nadrzecznych osadach, dopóki słuch całkiem o nim nie przepadł. Jak już wiemy, wrócił w rodzinne strony i wystrzelił do siebie z armaty. W 1900 roku Julian Zabierski żali się ojcu, iż brak mu tej siły olbrzyma, jaką miał pradziad jego stryjeczny Michał, co w Ameryce dowodził walką o wolność Indian. A Zyndramowi w 1970 roku Kazimierz Brandys wkłada w usta te oto słowa:
- Przeszłość się dziedziczy w postaci wspólnej nieprawdy dla powszechnego użytku. Moment stawania się historii jest zwykle lekkomyślny...
Powieść napisana w formie listów, poprzez osobisty, szczery i spontaniczny charakter wypowiedzi zawsze stwarza wrażenie autentyczności. W “Wariacjach pocztowych” podtrzymuje to wrażenie – ale tylko pozornie – bardzo wyraźna zmienność języka na przestrzeni epok. Pozornie, bo uważna wędrówka poprzez stylistyczne fajerwerki – poczynając od barokowego języka schyłkowej Sarmacji, poprzez style Romantyzmu, Młodej Polski, międzywojennego Dwudziestolecia aż po język współczesny – uświadamia nam oto, że mamy do czynienia z zabiegiem czysto literackim, jakim jest wyszukana stylizacja. A w stylizowaniu polszczyzny Brandys był mistrzem. Fikcyjnego, literackiego charakteru dzieła dowodzi również jego staranna konstrukcja. Powieść tworzy sześć par listów: ojciec pisze do syna, syn mu odpowiada, a po mniej więcej trzydziestu latach już jako ojciec inicjuje nowy korespondencyjny dialog, pisząc do własnego potomka. Tylko ostatni list Zyndrama do syna Jacka pozostaje bez odpowiedzi. W tej konstrukcji utworu nie ma narratora, brak słowa odautorskiego, nie podaje się żadnych źródeł.
Tymczasem zaledwie 13 listów napisanych na przestrzeni aż 200 lat - mimo tego braku “pomocy z zewnątrz” – znakomicie układa się w dopowiedzianą w pełni fabularną całość. Widoczna jest tu zamierzona nadorganizacja listów, ich konsekwentne literackie uporządkowanie. Brandys bawił się językiem, każdym słowem, ba, każdą literą nawet. Skojarzenie Zabriskie – Zabierski jest prostym tej zabawy efektem: ZABIERSKI to przecież anagram nazwiska ZABRISKIE. Na koniec porównaj sobie Czytelniku następujące zbiory literowe:
| KAZIMIERZ BRANDYS
ZYNDRAM ZABIERSKI |
...to również anagram, ani mniej liter, ani więcej. A Brandys śmieje się zza grobu!
Christian Brevoort Zabriskie (1864 – 1936), postać autentyczna, ze sprawą polską nie miał więc nic wspólnego, ale Zabierscy – bardzo wiele. Bo “Wariacje pocztowe” to przede wszystkim rzecz o polskości i polskiej naturze.
Zwierciadło, w jakim każe się nam przeglądać autor – raz wykrzywione, to znów do bólu wyraziste – mówi jacy jesteśmy ze swą odwagą, ale i bohaterszczyzną; z patriotyzmem trzeźwym i patriotyczną błazenadą; z Bogiem na ustach, a w sercu z wiarą robaczywą; ze słowiańskim gestem, lecz i nieposkromioną zazdrością i zawiścią; zespoleni w nieszczęściu, lecz skłóceni, gdy budować pora; pyszni, uparci, zacietrzewieni, wściekli...
U nas drobniutki pryszczyk – pisze pod dyktando Brandysa Julian Zabierski – rozdyma się do ogromu wrzodu, z czego następnie urastają potworne wieże Babel, istne burdele kłótni i gadania... Języki Kainowe! – lży rodaków Jakub, zaś Seweryn dopiero w obliczu śmierci zapyta:
- Fundament mej niedoli, Synu Mój Osobliwie Kochany, w tym zależy, że mam dwa sposoby trzymania o sobie. Zacnym-em człowiekiem czyli niecnym? (...) Niechże mnie kto odpowie, którym człowiekiem ja jestem, bo oboma razem być mi trudno.
Kazimierz Brandys wyznał kiedyś, iż najbardziej pociągało go to, że prawdziwe wydarzenia w Polsce mają charakter nadrealny, jakby samo życie przetwarzało się w absurd, w bajeczny idiotyzm. A wobec tego: kiedy i w jaki sposób rzeczywistość staje się opowiadaniem, a opowiadanie rzeczywistością...?
Podążając tym tropem, dręczy mnie pytanie jak w dzisiejszej rzeczywistości potoczyłyby się losy Zabierskich, gdyby na wysłany z Warszawy ostatni w powieści list Zyndrama odpowiedział przebywający wówczas za Oceanem jego syn Jacek? No i dlaczego nie odpowiedział?
Była to jesień 1970 roku, “spadał” Gomułka, “rósł w siłę” Gierek. Listy słane z Polski do USA rzadko trafiały do adresatów, częściej do rożnych “teczek”. Zresztą jeśli Jacek list nawet dostał, to czytając go wnikliwie, mógł stracić resztki nadziei, iż tatuś w jedynie słusznym systemie kiedykolwiek wytrzeźwieje. Aliści z listu Zyndrama
- rozpoczętego szyfrem, lecz w miarę opróżnianych “ćwiartek” coraz błyskotliwiej wylewnego - dowiadujemy
się oto, że Jacka, studenta teorii filmu na Virginia State University , straszliwie coś ciągnie ...na pustynie Mojave, a ściślej do Death Valley. Więc może teraz – zacni polscy Wolni Najmici, koczujący tam jak zwykle wiosną – on jest miedzy Wami?!
Trudno rozpoznawalny, bo fikcyjny, przecież wymyślony? Tym gorzej dla Was! Tedy miarkujcie się w słowach i figlach, w aluzjach nawet, bo jeśli Jacek pod osłoną pustynnej nocy pisze właśnie list do swego syna w Polsce, albo Was nagrywa i filmuje, to niebawem przeczytacie o sobie w krajowych tabloidach, a wtedy – że użyję polszczyzny XXI wieku
- macie przewalone, a nawet przerąbane”!
W kraju naszym bowiem teraz “nie ma przebacz”, każdy – często nie wiedząc za co – może zdrowo oberwać.
“Teczki”, przecieki, pomówienia, oszczerstwa, oskarżenia - pogrążają jednych, innych wywyższają. Mamy kraj
wolny, hula więc od pryszczyka do wrzodowiska, od afery do skandalu siermiężna sarmacko-ludowa swawola.
Politycy to same giganty. Przekrzykujące się, warczące, bełkotliwe głowy w telewizji. “Między Bugiem i Nysom ważne tylko my som”! Niebywałe, niedorzeczne, cudaczne i głupie staje się możliwe, co gorzej – normalne.
Demokracja? Nie ma takiej, ale ma być! Jaka? Polska, najlepsza, jakiej jeszcze nie było, na wzór przedwiecznej wspólnoty szczepowej. Świat zamarł w zdumieniu, nic z tego nie rozumie. I nikt wytłumaczyć mu tego nie zdoła, bo “dyplomacyi” naszej przewodzi białogłowa może i gładka, ale niemowa...
- Spotęgowana paradoksalność życia! Co z nas odkopią za sto lat?! – jakby po trzeciej “ćwiartce” zakrzyknął Zyndram. No cóż, ucząc się od Brandysa, można tylko żywić nadzieję, że kiedyś ta rzeczywistość nasza dla wnuków stanie się tylko opowiadaniem, zwolna zapominaną, niechcianą legendą. Czego życząc potomkom naszym, podpisuję się dla konspiracji nie anagramem żadnym, lecz wspak:
KECAJ ZRAMAŁAP
...tak właśnie się zowiąc, od prekolumbijskich czasów zameldowany jestem na stałe jako Stary Indianin i miejscowy guru w rezerwacie indiańskim Crazy Duckshuntersville w górzystej części Montany, co niniejszym dokumentuję na piśmie. Gdybym miał stracić resztki powodów do śmiechu albo musiał zjeść własną nogę, wrócę tam niechybnie i za lat trzydzieści z tegoż “polskiego miejsca w Ameryce” prześlę Wam kolejną epistołę. Howgh!
Kraków, marzec 2007