Jak to za kółkiem bywa

Andrzej Badura

17 kwietnia. Załadowany dziesięcioma paletami z towarem do małej miejscowości 158 kilometrów na wschód za Montrealem. Oraz 12 paletami do Halifaksu na drugim końcu Kanady jestem gotowy do drogi.
To mój drugi trip w nowym zawodzie. Tankując paliwo na stacji Shell zastanawiam się co mi przyniesie nowego ten mój drugi w życiu trip. W okienku kasy po raz pierwszy w tej turze się wściekam. Otóż moja kompanijna karta kredytowa na zakup paliwa jest bez pokrycia. Próbuję więc dodzwonić się do właściciela aby wyjaśnić sytuację. Niestety pomimo dwóch godzin różnicy w czasie pomiędzy Calgary a Mississaga mój bos jest nie uchwytny. Wściekły płacę więc swoją kartą kredytową. A jest to wcale nie mała suma, wraz z olejem opiewa ona na 534 dolary. Taki numer już mnie raz spotkał jadąc z Ontario do Calgary. Wtedy to w White Riwer karta nie miała pokrycia na sumę 648 dolarów i 56 centów. Ale bos za dwa dni wysłał czeka na moje konto. Wreszcie wyruszam, przedemną do pokonania jest prawie 6000 kilomtrów i to tylko w jedną stronę, a przecież jeszcze muszę tu wrócić. A biorąc pod uwagę że w Montrealu muszę zmienić kierunek będzie tego chyba więcej niż "mówi" mapa.

Kilometry mijają szybko, a razem z nimi przemija też i ciepła słoneczna pogoda. Im bardziej w dół tym zimniej i pojawia się deszcz. Piszę w dół bo przecież Calgary leży ponad 1049 metrów nad poziomem oceanu.
Po pięciu godzinach jazdy robię sobie małą przerwę na "rosprostowanie" kości. Kawa zaparzona przez Kruszynkę w domu smakuje wyśmienicie. Kanapka z szynką w tych warunkach jest naprawdę pyszna.

Założony 15 minutowy odpoczynek mija szybko. Jeszcze tylko sprawdzam opony czy są OK i po chwili ruszam dalej. Na prostej wstędze drogi Saskacheun człowiek się nie męczy fizycznie. Zato męczy go monotonia krajobrazu. Ciągle prosto i bez żadnych jakiś widoków o które można by zachaczyć okiem. To najcięższa chyba droga w Kanadzie. Nie radzę się w nią wypuszczać temu kto jest zmęczony. Można usnąć za kierownicą jak nigdzie indziej. Kolejny punkt kontroli na wadze daje chwilową zmianę toku myślenia i zmienia kolejność ruchów a także i napięcia. Ładunek jest lekki. Nie mam się co przejmować rozłożeniem nacisku na osie. Jednak zawsze jest jakiś dreszczyk emocji. Nigdy przecież nie wiadomo co może wpaść do głowy znudzonemu oficerowi na wadze. A może będzie mu się chciało oglądnąc dokładnie traka, sprawdzić jego stan techniczny i a nóż widelec coś znajdzie.

Jest takie powiedzonko trakerów, otóż dobry wagowy oficer stwierdzi defekt traka który jeszcze nawet nie został wyprodukowany. To przypomina mi polskie powiedzenie prokuratorskie, "dajcie mi człowieka a ja już znajdę jego winę". Na szczęście dostaję zielone światło i pomału wracam uśmiechając się pod wąsem wracam na drogę. Mijam Maplle Creek. To tutaj kilka dni temu zginęło trzech kierowców. Czwarty wciąż walczy o życie w calgaryjskim szpitalu. Ten czwarty umarł gdy ja byłem w drodze. Oczami szukam śladów kolizji. Lecz puszysty kożuszek śnieżny ukrył pod sobą ślady tragedji. Wreszcie jest Branton, mam już za sobą 13 godzin jazdy. Jest ciemna noc a ja odczuwam zmęczenie. Pomału zjeżdżam na Husky track stop. Ostrożnie wpasowoję się pomiędzy spiące traki. Tej nocy napewno będzie spało mi się wygodnie. Moje lóżko teraz już nie pokrywa tylko sam spiwór jak w drodze do Calgary. Jest zaścielone czystym prześcieradłem, mam wygodną podusię i koc. Zasypiam chyba nim przytuliłem się do poduszki.

Po czterech godzinach budzi mnie wmontowany w mój mózg budzik. Ten cholerny budzik robi mi zawsze pobudkę skoro świt. I nie ważne jest to ile spałem. Rad nie rad, wiedząc że już i tak nie zasnę wstaję. Z podręczną torebką idę na track stop obmyć się. Do mycia zębów zmusza mnie obowiązek i siła przyzwyczajenia, ale nie mam już takiej siły abym się zmusił do golenia. Zakupiona kawa pozwala mi na świrzsze spojżenie na budzący się ranek. Ale w Calagary u mnie w domu jescze wszyscy śpią. Już jest jedna godzina różnicy w czasie. Na gazowym palniku przyżądzam sobie kawę do termosu na drogę. Jak narazie nie mam jeszcze wcale chęci do jedzenia. Nim jednak wyruszę muszę "przepisać" drivers daily log boog.
To jest tajemnica poliszynela że każdy kierowca truck'a pracuje dłużej niż odpoczywa. Jednak prawo jest prawem, a więc log book musi być właśnie zgodnie z nim.

Po chwili z potężnych dwóch rur wystających nad kabinę wydostaje się masa spalin. Wielkie auto znowu wyrusza w drogę. Na drodze jest pusto i cicho. Tylko co jakiś czas z przeciwnej strony mijam się z podobnym do siebie trakiem. Pozdrawiamy się machnięciem dłoni i po kilku sekundach gubimy się w głębi lusterek.
Nagle czuję potężne szrpnięcie do tyłu, żut oka w lewe lusterka przeraża mnie. Czyż by to był ten zabujca "Jack Knife". Nie mam czasu jednak się zastanawiać co to jest i dlaczego, potężna siła ciągnie mój cały tył gdzieś na lewą stronę. Zaś przód wytrącany z prędkości kieruje się prosto do rowu. Z pośród chałasu dochodącego od silnika wychwytuję jakiś odległy syk. Co za cholerna moc i czort robi to wszystko.

Zablokowane koła robją wielkie czarne pręgi na asfalcie szosy. Wreszcie pomału ten smok wytraca prędkość i staje. Jestem wyczerpany i przerażony. Niezdając sobie sprawy co się stało i co mogło by się jeszcze stać, na nogach z waty wychodzę z kabiny. Rzut oka do tyłu powoduje masę kropelek potu na mym czole, a może one już były wcześniej. Cały tył tej 53 stopowej naczepy jest na lewym pasie. Pomału idę do tyłu i jednocześnie patrzę na boki. Na całe szczęście nigdzie nie widzę żadnych szczątków jakiegoś innego auta.

Jednocześnie mój mózg pracuje na najwyższych i chyba na najszybszych obrotach na zadawane mu pytania. Co to mogło być??? Co się wogóle stało???? Co teraz????
Świadomość że nie zabiłem nikogo uspakaja i daje szansę na trzeźwe myślenie. Jednak już po chwili za mną twoży się sznur samochodów. Trzeba zroboć coś aby je przepuścić. Wracam do kabiny, startuję silnik i staram się ruszyć do przodu. Potężne wycie 430cio konnego silnika daje mi świadomość że problem jest poważny. Jednak ta moc jest tak wielka że ciągnie za sobą tę potężną masę stali i Bóg wie czego jeszcze. Stopa za stopą robi się luka na sąsiednim pasie. A na nim pozostaje czarna pręga. Teraz już wiem że problem jest w zablokowaniu chamulców w naczepie. Tylko dlaczego jeżeli wszystko sprawdzałem kilka godzin wcześniej i wszystko było OK.
Wypalenie papierosa przywraca mnie pomału do rzeczywistości. A to pozwala mi usłyszeć syk powietrza na jaki nie zwróciłe uwagi wcześniej poza krótkim momenten na samym początku.

Nie gasząc silnika ruszam do przeglądu całego składu. Po chwili odnajduję przyczynę awarji. Na lewym siłowniku hamulcowym w przedniej osi naczepy odnajduję rozerwany gumowy przewód. To przyczyna wszystkiego. Gdy pókł przewód to oczywiście uciekło wszystkie powietrze. Ale nim uciekło zadziałała sprężyna siłownika i koło zostało zablokowane. To przy prętkości 110 kilometrów na godzinę spowodowało ściągnięcie naczepy na sąsiedni pas. Szczęście od Boga że nic tam nie jechało. Lepiej nie myśleć co by z tych ludzi zostało.

O dziwo pomimo wczesnej godziny łapię "szefa" w ofisie. Po moim sprawozdaniu czuję w jego głosie wielkie zdenerwowanie. Pyta mnie czy potrafię usunąć tą awarję na tyle aby dojechać do Winnipeg, a do niego mam przecież coś około 100 kilometrów. (później okazało się że było 102 km.) Cóż mam mu powiedzieć, nie znam się kompletnie na naczepach. Dzwonię więc do właściciela firmy gdzie wypżyczona była naczepa.
Po dyskuji z mechanikiem wiem już co mam zrobić. Mam zaślepić miejsce gdzie rozpruty przewód wychodzi, rozregulować szczęki na tym kole i pomału dotrzeć do jakiegoś warsztatu.
Leżąc na asfalcie pod naczepą zaślepiam przewód tym co mam pod ręką. Rozregulowuję też ten siłownik tak aby szczęki nie dotykały bębna. Uruchamiam silnik i sprawdzan czy powietrze nie uchodzi. Patrząc na zegarek sprawdzam czy ubytek powietrza mieści się w trzech minutach. Jest w normie a więc mogę jechać. Gdy dojeżdżam do Winnipeg muszę wiechać na wagę, jak na złość jest otwarta.

Przejeżdżam jednak bez problemu i odrazu skręcam w lewo do warsztatu. Wymiana przwodu trwa krócej niż wypisywanie rzachunku. Oczywiście płacę za to swoją kartą gdyż mój bos znowu jest nie uchwytny. Przedemną jeszcze tylko parę godzin jazdy przez Manitobę a potem już wielkie Ontario.

Nie dane jednak mi było opuszczenie tej prowincji bez problemów. Otóż na ostatniej wadze, tuż przed granicą z Ontarjo, dostaję czerwone świtło. Jest to wezwanie do kontroli. Muszę się zgłosić do oficera wagowego ze wszystkimi dokumentami do kontroli. Oczywiście wiedząc że mam wszystko w porządku szlak mnie trafia że tam muszę iść. Przecież już za godzinę byłbym na Husky truck stop'ie i smacznie bym sobie spał. Przez okienko podaję swoje dokumenty oraz dokumenty traka i ładunku. Po chwili jednak nie słyszę z ust oficera że mogę dalej jechać, lecz zostaję poinformowany że złamałem prawo prowincji Manitoba i że muszę zapłacić 500 dolarów mandatu i wykupić permit na tą prowincję. Oświatczenie to całkowicie mnie pozbawia rozsądnego myślenia. Jaki permit, jaki mandat????? Przecież wszystkie moje papiery są okey. No właśnie, są czy nie!

Oficer cierpliwie zaczyna mi tłumaczyć to co nie wiem, czego wcześniej mi nikt nie powiedział.
Otóż dowiaduję się że każdy trak który jećdzi po Kanadzie musi mieć wykupione odpowiednie zezwolenia na dane prowincje aby mógł po nich się poruszać. Wściekły na mojego bosa że nie załatwił tego a na dodatek że mam zapłacić te 500 dolców zaczynam pertraktować z oficerem. Na szczęście natrafiłem na ludzkiego człowieka. Po około dwóch godzinach rozmowy zostaję oczyszczony z zażutu świadomego złamania przepisów. Po następnej godzinie zostaję zwolniony z zapłacenia tego mandatu. Suma sumarum płacę tylko za permit i za jego wypisanie. W sumie jest tego 66 dolarów. Jadę więc na swój nocleg na Husky trak stop a w mojej głowie są tylko potworne klątwy na mego bosa i wielkie zapytanie. "W co ja się władowałem".

Gdy wreszcie dotarlem do tego Husky Track stop było już dobrze po jedenastej w nocy. Zmęczony i wściekły że w taki perfidny sposób zostałem nabity w butelkę walę się na swoją koję w "przedziale" sypialnym i za chwilę zasypiam kamiennym snem. Poranek jak zwykle witam wypoczęty i pełen werwy do działania.
A podejżewam że czeka mnie dzisiaj wiele do zrobienia. Ale najpierw śniadanie. Na gazowej kuchence gotuję sobie wodę na kawę, potem robię kanapki a gdy widzę że na stacji zaczyna się ruch biorę moją saszetkę z przyborami toaletowymi i idę się obmyć i ogolić. Dzisiaj jest już środa i praktycznie za dwa dni zacznają się święta wielkanocne. Tak bardzo pragnąłem je spędzić w Montrealu w gronie mojej rodziny. Tam mieszka mój brat, tam mieszkają moi kanadyjscy kuzyni. Tak dawno ich niewidziałem a żadki kontakt telefoniczny czy listowy to jednak nie to samo. Tam też mieszkają moi przyjaciele. No i samo miasto, tak bliskie tym wszystkim którzy wywodzą się z Europy. Miasto które mnie przygarnęło i dało wolność po wielu latach czerwonego ucisku w Polsce. Wymyty i najedzony dzwonię z mojego cella (komórka) do mojego bosa.
O dziwo jest na "posterunku". Wściekły na to co się wczoraj stało rozmowę zaczynam od tak "polskich" słów.

Czyli od "no kurwa w co ty mnie wrobiłeś". Rozmowa jest krótka i węzłowata. Oświadczam mu że ma wykupić permity na odpowiednie prowincje które mam przejechać i przesłać mi faksem na stację Husky.

Najchętniej "cisnął" bym to wszystko w cholerę i najbliższym autobusem wrócił do Calgary. No ale przecież podpisałem wszystkie dokumenty. Teraz to ja odpowiadam materjalnie za to co wziąłem i co mam przekazać odbiorcy. Pomału mija godzina za godziną a ja ciągle nie mam żadnej wiadomości że permity zostały wykupione i przesłane mi faksem. Wreszcie około połodnia nie wytrzymuję i dźwonię do Mississauga czyli do bosa. Dowiaduję się że właśnie to wszystko załatwia, że nie jest to taka prosta sprawa no a pozatym kosztowna. Ale cóż mnie to obchodzi, ja jestem tylko kierowca a firma jest jego. To on ma załatwić mi wszystkie licencje itp. Stawiam sprawę ostro i oświadczam że jeżeli w przeciągu godziny nie dostanę licencji na przejazd przez Ontario, Quebeck i dalej to podstawiam traka pod Policję i najblizższym autobusem wracam do Calgary. To chyba poskutkowało bo po pół godzinie panienka ze stacji powiadamia mnie że mam do odebrania dwa faksy. Oczywiście za każdy muszż zapłacić. Nie są to wielkie pieniądze, coś w sumie ponad trzy dolary, ale i to mnie złości. No bo już mam dosyć dokładania do cudzego biznesu. Tym bardziej że pomału zaczynam sobie zdawać sprawę że mogę mieć problemy aby odzyskać te wszystkie pieniądze. Wreszcie około drugjej wyruszam w dalszą drogę. A nie jest ona wcale łatwa, a dla takiego żółtodzioba to nawet bardzo trudna. Dzisiaj jeżdżąc na trasie Calgary-Vancouver śmieję się z tego.

Ale wtedy przed trzema miesiącami gdy dopiero co zacząłem raczkować w tym fachu to drogi północnego Ontarjo wydawały mi się bardzo ciężkie. Około 18stej przejżdżam przez malowniczo położone miasteczko o nazwie Tunder Bey. To właśnie niedaleko ztąd narodził się pierwowzór opowiadania o słynnym misiu o imieniu Kubuś Puchatek. Oczywiście książka została napisana w Angli, ale autor posłużył się autentyczną historją z czasów początku XIX wieku zrodzoną właśnie tutaj w dalekich stronach północnej Canady.

I własśnie tutaj moja Kruszynka łapie mnie na cel i oświadcza mi że ma już dosyć. Po chwili ze sztrzępków słów montuję całość. Otóż ten czek który dostałem od mojego bosa mający zwrócić mi koszty za kupno paliwa został zwrócony przez bank jako czek bez pokrycia. Czyli NSF czek. Wściekły staram się złapać tego "mojego" skurwiela ale jest nie uchwytny na żaden telefon. Jadę więc dalej, czy mam jakieś wyjście???
Wreszcie około północy docieram do miejscowości o nazwie Maratton. Tam kompletnie wykończony walę się do "wyrka" i zasypiam kamiennym snem. Jednak gdy słonko zaczyna przebijać się przez chmury ja już jestem na nogach. Normalny poranny rytuał zajmuje mi około pół godziny. Dzisiaj jest czwartek, a przedemną do pokonania ponad 1500 kilometrów, około tyle dzieli mnie do Montrealu.
Na szczęście mam jeszcze po połowie paliwa w każdym zbiorniku.
Ruszam ostro nie dbając o to że może rozwalić się silnik czy że mogę dostać mandat za przekroczenie predkości. Dozwolona przedkość 90 km/h jest ciągle przezemnie łamana. Wreszcie około drugiej w nocy docieram do znajomych mi ulic Montrealu.

Powiadomiony przez telefon Krzysztof czeka na mnie przy drodze. Odrazu poznaję jego niebieskie Subaru. Pilotowany przez niego docieram na miejsce gdzie mogę zostawić truck'a i udajemy się do jego mieszkania.
Już jest prawie poranek gdy kładziemy się spać. A przecież jeszcze w tym dniu, czyli w wielki piątek mam dostarczyć część ładunku do niewielkiego miasteczka na wschód od Montrealu. To zaledwie 158 km. od Montrealu ale czy starczy mi paliwa???

Budzik budzi mnie punktualnie o ósmej rano. Tym razem już nie zaufałem swojemu organizmowi i słusznie bo po trzech i pół godzinach spania wstaję potwornie zmęczony. Jednak gorący a potem zimny prysznic przywraca moje ciało i mózg do życia. Pierwsza przesyłka (drop) jest już u odbiorcy, na resztkach paliwa docieram spowrotem do Montrealu. Oczywiście karta paliwowa Comcheck jest bez pokrycia. A zresztą nawet gdyby była to przecież tutaj w Quebeck nigdzie na nią nie kupię paliwa bo tutaj ona jest nie honorowana. Wracam do Krzyśka i od niego dzwonię do tego "Sk....go" bosa, ale mogę sobie dzwonić.

Wszystkie telefony są głuche. Dzwonię więc do mojej kuzynki Krysi. Było nie było ona napewno doradzi mi co mam robić. Umawiamy się na sobotę po południu. Będzie tam też moja kuzynka Zosia, a także i kuzyn Adam. Niestety nie ma w Montrealu mojego brata Piotra. Właśnie wyjechał z rodziną na świeta do Toronto.

Dzwonię jeszcze do Bogdana. Mój telefon sprawia mu wielką radość. Jeszcze tego samego dnia Boguś zabiera mnie do siebie na śledzika. Jestem tam bardzo serdecznie przyjęty i opowiadań nie ma końca.
Umawiamy się na niedzielę że razem z nimi zabiorę się do Wandy i Tadeusza. Potem wracam już na "kwaterę" i po małym koniaku oraz rozmowie z Krzyśkiem idę spać.

Rano o dziwo już za pierwszym dzwonkiem mam kontakt z "moim" bosem. Grzecznie więc pytam co mam dalej robić. Nie mam pieniędzy na paliwo, zbiorniki puste, do tej pory nie mam licencji na wjazd do prowincji Nowego Brunswika a także do Nowej Szkocji. Odpowiedć jest naprawdę wspaniała, otóż pan bos poleca mi dalej jechać już bez licencji. No bo teraz są święta i kto mnie tam teraz będzie kontrolował. A paliwo, no cóż on nie ma pieniędzy i może kupię za swoje. Po tej odpowiedzi chce mi się bardziej śmiać niż złościć.
Oświatczam mu że może mnie pocałowac w d.... a jak chce to nich sobie sam przyjedzie i jedzie dalej. Po czym odkładam słuchawkę.

Wieczorem jestem u Krysi. Razem twożymy moje wypowiedzenie z pracy. Wszystko to w perfekcyjny sposob Zosia przenosi na komputer i zawodowo przepisuje. Około północy odwieziony przez Zosie wracam na kwaterę do Krzyśka. A rano zabrany przez Bogusia i Rite prujemy za Montreal do Wandy i Tadeusza. Tam jak zwykle jest pełno ludzi. Wanda wita nas bardzo serdecznie. Zostaję przedstawiony wszystkim gościom.

Nie poznaję Magdy, ich córki. Ale przecież gdy ją ostatni raz widziałem ponad 10 lat temu to był to zaledwie podlotek. Teraz jest już dorosła kobieta z dyplomem magistra a na dodatek pracująca już nad swoim doktoratem. Dzień mija nam na jedzeniu, rozmowach a na dokładkę przy doskonałym winku i innych wspaniałych trunkach. Do Montrealu wracamy dobrze po północy. I chociaż wcale tego dnia za kołnierz nie wylewałem jestem trzećwywy jak przysłowiowa świnia. Ale jest to zasługa wielkjej ilości jedzenia i napewno mojego stanu nerwowego, który pomimo że towarzystwo było fantastyczne to moje myśli ciągle krążyły koło jednego. A tym było tylko jedno pytanie, co jutro????

Przedświąteczny szał

Przedświątecznym szałem można nazwać to wszystko co się dzieje w sklepach. Wcześniej nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego jak dużo pracy muszż włożyć w zaopaczenie wszystkich sklepów zwykli kierowcy. Dopiero teraz gdy sam jestem kierowcą przekonałem się jak dużo pracy trzeba włożyć w to aby na półkach sklepowych niczego nie zabrakło. Ludzie opanowani przedświatecznymi zakupami kupują niesamowite ilości jedzenia, ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego i przeróżnego rodzaju rzeczy związanych z obdarowywaniem swoich bliskich. Od początku grudnia kierowcy wielkich ciężarówek pracują prawie bez odpoczynku, śpiąc po cztery godziny na dobę, pokonują ogromne przestrzenie aby zdążyć na czas z dostawą towarów które wypełniają ich potężne naczepy. I ja jezdżę tak jak inni, a więc non-stop. Śpię wtedy kiedy już nie mogę patrzeć na oczy. Jem wtedy kiedy już z głodu nie można wytrzymać.

Zima jaka zawitała do nas w tym roku jest naprawdę bardzo ciężka. Śnieżne sztormy i bardzo niska temperatura dodatkowo utrudnia nam pracę. Motor w moim samochodzie pracuje bez przerwy juz od dwóch tygodni. Gdy wyłączyłem go raz na kilka godzin, (o 2-giej w nocy) dokładnie było to cztery godziny przerwy w jego pracy, to niemożliwe było go ponowne uruchomienie bez pomocy technicznej. Rozpięcia specjalnego namiotu nad silnikiem i podłączenia specjalnych dmuchaw do jego podgrzania. Ta lekcja, zresztą bardzo kosztowna, wystarczyła mi w zupełności do tego aby go nie gasić. Ostatni mój kurs zaczął się 3 grudnia (a zakończył 23 grudnia). Potwornie obładowany wyruszam o dziewiątej wieczór z Calgary w Albercie do uroczo położonego miasteczka górskiego o nazwie Nelson w Brytyjskiej Kolumbii.

Mam tam być następnego dnia (12.04.2000) o godzinie 14:30. W letnich warunkach wyruszył bym nastepnego dnia rano i zdążył tam bez problemu w wyznaczonym czasie. Ale teraz przy temperaturze minus 38° Celsjusza, przy ciągle sypiącym śniegu i potężnym wschodnim wiatrze, prosto z wielkich kanadyjskich prerii czas na pokonanie sześciusetpiedziesięciu kilometrów bardzo się wydłuża. Gdy po czterdziestupięciu minutach wyjeżdżam z małego Okotoks na drogę nr.22 zaczynam czuć co to jest wiatr pędzący z siłą 75 kilometrów na godzinę. Tak przynajmniej podaje radio które cały czas mam nastawione na stacę CNN na "weather network". Każdy z nas słucha tego programu bo jest on naszym przewodnikiem w zimie po niezmierzonych kanadyjskich drogach.

Radio to też ma specjalną linię telefoniczną dla truckerów. Gdy na drodze nagle coś się zmienia, np. spada lawina, zaistniał poważny wypadek albo coś innego też poważnego, to kierowca który wcześniej się zarejestrował w CNN może przez swoją "komórkę" podać te fakty i one natychmiast znajdą się na falach eteru.

Właśnie zbliża się 10-ta wieczór, moja koncentracja musi się więc podzielić. Jedna jej część musi ciągle skupiać się na drodze i prowadzeniu traka, druga stara się nie przeoczyć wiadomości o pogodzie i stannie dróg nr. 22 i nr. 3. Droga nr.22 to droga która oddziela wielkie kanadyjskie prerie od wielkich skalistych gór. Po lewej, wschodniej stronie ciagną się niezmierzone ogromne polacie równin, tylko gdzie nie gdzie pofalowanych. Po tych równinach pędzi niepowstrzymany przez nic potężny wiatr, niesie ze sobą zwały suchego śniegu, drobnego jak mąka. Ta "mączna" śnieżyca tworzy potężne zaspy śnieżne przez które mój potężny Mack przebija się jak starożytny taran wznosząc potężne chmury białego pyłu wokół siebie. Wtedy na kilka sekund ja siedząc za kierownicą tego wielkiego Buldoga, (Buldog jest symbolem i maskotką samochodów Mack) przestaję widzieć cokolwiek poza pędzącymi na najwyższych obrotach ramionami wycieraczek na mojej szybie. Wreszcie śnieżna kużawa zostaje w tyle i cyrk na drodze powraca do normy. Padający śnieg z góry i nawiewający śnieg na drogę ze wschodu kompletnie nie pozwala dojżeć nawierzchni. Śnieżny płaszcz szczelnie okrywa to przed czym drży każdy kierowca tracka. Jest to tak zwany "czarny lód", (black ice) największy wróg potężnych ciężarówek. To on w większości wypadków powoduje "Jack Knife", czyli złożenie się naczepy pod kątem 90° do ciągnącego ją traktora. To już jest tragedia, kierowca może się wtedy tylko już modlić o przeżycie. Skupiam się więc maksymalnie aby wyczuć wszystkie odchylki naczepy od osi jaka tworzy mój kierunek jazdy i traktor. Najlepszym i najwcześnieszym czujnikiem wykrywającym te odchyłki są plecy, plecy wciśnięte głeboko w oparcie fotela. Ręce na kierownicy odbierają tylko wszyskie nienormalności jakie napotykają przednie koła. Nogi, a szczególnie prawa stopa jest uczulona na wszystko co jest związane z napędem, lub hamowaniem kół.

Moja naczepa wypełniona jest tym wszystkim co jest potrzebne do wypełnienia opustoszonych półek przez klientów sklepu Wal-Mart w Nelson. A jest tego wagowo ponad 20 ton. Są tam i telewizory, i narty, i rowery. Jest też 10 palet z jedzeniem dla naszych milusińskich, czyli dla piesków i kotków. Na dokładkę mam w tym wszystkim jeszcze tzw. "DANGEROUS LOAD" tym mianem okresla się tutaj wszystkie ładunki chemiczne, toksyczne lub detonacyjne. W specjalnym liście przewozowym wypisane jest co i w jakiej ilości ja przewożę. Kogo należy informować w razie wypadku i co robić aby uniknąć skażenia środowiska. W tym przypadku akurat nie są to bardzo groźne towary. Jedynie pojemniki z odczynnikami fotograficznymi do wielkich automatów fotograficznych. Nie mniej na moich wszystkich czterech stronach są umieszczone żółte tablice informujace o tym. Minęło już trzy godziny od wyjazdu z Calgary, moje oczy są obolałe i czuję je aż gdzieś z tyłu głowy. To na skutek ciagłego wypatrywania drogi posród padającego śniegu. Te przepiękne śnieżne gwiazdeczki kłują milionami igieł zadając ból gałkom ocznym. Można to całkiem śmiało nazwać śnieżną torturą. Wreszcie jest "trójka", skręcam więc w prawo i teraz wiatr bede miał w plecy. Droga też jest szersza i jest na niej większy ruch, mogę więc dodać "gazu". Mój Buldog jakby wyczuł lepsze warunki, nie wie jeszcze że za kilkanaście kilometrów czeka go ciągła praca na najwyższych obrotach, a ja żeby mu ulżyć ciągle bedę "mieszał" w osiemnastobiegowej skrzyni dobierając najodpowiedniejszy bieg do jego obrotów. Już za trzy kilometry będę musiał wjechać na rządową wagę. W myślach sprawdzam czy wszystko mam OK. Moj log book, papiery na ładunek, plomby na naczepie, no i waga. Rachunek sumienia wypada dobrze więc po chwili już wjeżdżam na wagę mieszczącą się kawałek od drogi.

CB radio mam przełączone na kanał 20 i po chwili słyszę pytanie oficera dokąd jadę i co wiozę. W tym samym czasie moje przednie koła wjeżdżaja na wagę i na tablicy przedemną zapala się czerwona lampa i napis stop. Odczytując jakie mam obciążenie na przedniej osi, 4850 kg. jednoczenie odpowiadam na pytania i pomału ruszam do przodu bo właśnie zapalił się napis "jedź dp przodu pomału". Informuję oficera że jadę do Nelson, złośliwie jednak mówie że nie wiem co jest w środku bo naczepa jest zaplombowana. Informuję go tylko o ładunku "Dangerous goods" co zresztą on doskonale wie po umieszczonych napisach na czterech moich stronach. Nacisk na obydwie moje osie napędowe wynosi 16,750 kg, a więc do maksymalnego dozwolonego obciążenia brak mi tylko 250 kilogramów.

Według moich obliczen i poprzedniego zwazenia w Calgary bede miał nadwagę na dwóch osiach naczepy. Pomału wtaczają się one na wagę a ja z niecierpliwością czekam aż uspokoi się jej chybotanie i pokaże wynik. Jest, i kamień spada mi z serca, 17,010. dziesiec kilo nadwagi, to jest nic, zawsze można to zwalić na śnieg który oblepia wszystko. Zresztą jeszcze nigdy nikt się nie przyczepił o 10 kg. A więc cały ważę 38,610 kg. Na wadze w Calgary ważyłem nie całe 38,500 kg. a więc ta nadwaga to śnieg. Tam jednak mogłem się zważyc tylko w "całości" a nie poszczególne osie - inny rodzaj wagi.

Wreszcie zapala się zielone światło, mogę jechać dalej. Ale moja jazda kończy się już po kilku kilometrach. W przydrożnym parkingu moje zmęczone oczy wypatrzyły jeszcze wolne jedno miejsce wsród wielu spiących trucków. Jadąc na wolnych obrotach wciskam się więc w to miejsce, nie gasząc silnika szybko się rozbieram i po nastawieniu budzika na budzenie za trzy godziny walę się do łóżka i od razu zasypiam. O ósmej rano głośne piszczenie wyrywa mnie ze snu. To ten cholerny budzik ma taki specyficzny bardzo wysoki głos. Potrafił by chyba umarłego zerwać na nogi. Jejku jak wszystko mnie boli. Oczy pieką niemożliwie, czyżby ktoś mi tam nasypał piasku gdy spałem???

Szybko się ubieram i wyskakuje na zewnątrz. Śnieg już nie pada, ale przed samochodem utworzyl się potężny jego wał. Bez lopaty się nie obejdzie, tyle ze narazie mam co innego do zrobienia. Najpierw to co jest nalbardziej ludzkie i konieczne. Tę sprawę załatwiam prosto na koło, prawie na wzór mojego Spota. Potem w dłonie nabieram śniegu, zaciskam usta i oczy i myję się nim tak jak woda. Czuję w policzkach szczypanie i chyba szybsze krążenie krwi. Za chwilę wycieram się już w mojej sypialni we włochaty ręcznik. Teraz z pod łóżka wyjmuję moją kuchenkę, do radia wędruje woda na kawę a ja wyskakuję z auta. Ze schowka wyjmuję łopatę i szybko biorę się za odsnieżanie mojego przodu auta.

Kątem oka widzę że brakuje już wielu aut, widocznie wcześniej przyjechali i juz się wyspali, ale i sa dwa trucki które przyjechaly juz po mnie i z braku mjejsca zaparkowaly na drodze dojazdowej. Rozgrzany przymusowa gimnastyka z przyjemnascia zasiadam w swoim fotelu i popijajac aromatyczna, mocna jak siekiera kawe zaczynam rozpisywać mój log book. Oczywiście nie mam w nim mjejsca na ponadnormatywaną jazdę. Czyli 375 kilometrów przejechałem w tępje dozwolonej predkości na drodze, to jest 100 km.na godzinę. Daje mi to siedem godzin spania na papierze, w razie kontroli wszystko jest OK. Mogę pracować więc dalej. Jeszcze tylko dokładne wysłuchanie prognozy pogody i w drogę, za śniadanie musi wystarczyć papierosek, kanapki przygotowane przez Kruszynkę będę jadł jadąc.

Wreszcie okolo pierwszej po południu dojezdżam do Nelson. Od dłuższego już czasu z mojego pokładowego komputera co chwilę dobiega piszczenie, to dzwiękowy sygnał informuje mnie że dostałem od mojego dispatcher'a message. Jednak śnieg zalegający pobocza nie pozwala się na zatrzymanie. Tak dojezdżam do zaplecza sklepu i wreszcie mogę odczytać przesłaną mi wiadomość.

To jest "dispatch" (zlecenie) na dalszą pracę. Po jego przeczytaniu z moich ust pada mimowolnie jedno tylko słowo "Oh Shit". To jest odpowiedź na zlecenie. Otóż mam jechać na pusto do Grand Fork, tam w firmie Romax mają mnie załadować watą szklaną i mam jechać do Edmonton. W Edmonton mam być przed 12 rano następnego dnia. Zgrzytając zębami szybko zmieniam naczepy, pustą odciągam od doku, zostawiam ją na parkingu, przy okazji całkowicie go blokując. Podpinam się spowrotem do tej co ja przyciagnąłem i pomału cofam do doku. Jeszcze tylko podpisanie papierów i już podpinam się do pustej i w droge do Grand Fork. Jest słonecznie jeszcze ale i zimno, wiatr gdzieś się zgubił, może to dla niego już za wysoko. Bo droga teraz wspina się coraz wyżej i wyżej. Jest coraz więcej zakrętów i pojawiają się przekute tunele w skałach. Wreszcie przed ósmą wieczorem melduję się w Romax. Oni ładują naczepę a ja w swojej sypialni układam się wygodnie aby chociaż trochę się przespać.

Nie trwa to jednak dlugo, juz po dwoch i pol godzinach budzi mnie jeden z pracowników. "Mozesz jechać, już skończyliśmy". Podpisuję więc przejęcie ładunku i w drogę. Na szczęście śnieg dal sobie na wszczymanie i nie pada, ustal tez wiatr, jest tez jakos widniej. Cisne wies gas i rozwijam maksymalna predkość jaka jest możliwa w tych warunkach. I tak mija godzina za godziną, wreszcie jest Red Deer, to już tylko 145 km. do Edmonton. Jest też i lubiany przezemnie truck stop. A tam restauracja gdzie podają fajne steki. "Wypoczęty" i naprawdę najedzony wyruszam w koncówkę drogi. Po cichu planuję że dzisiejszą noc spędzę nareszcie w domu.

Niestety, dostałem ładunek do Calgary ale zaraz po tem wyjechałem na Victorie do miasta Victoria. Potem znowu było Calgary, Cranbrook, Kamloops, Calgary, Victoria, Calgary, Kelona, Vancouver, Calgary i wreszcie por ostatni przed świętami wyjazd do Victorii i powrót do Calgary. Z jazdą na Victorię już tak się wyrobiłem że rozkład "jazdy" promów nauczyłem się na pamięć.

Ponieważ rezerwując bilety na prom wymawiałem swoje imie po polsku utrwaliłem się też u osoby dokonującej rezerwacji. Nigdy więc nie usłyszałem brak mjejsc. Jestem tez przyjaźnie witany przez obsługę promu. Wreszcie zaczynam żyć zbliżającymi się świetami. Ostatni kurs na Victorię już za mną.

Mam zaklepane juz wolne dni. Sa to 23,24,25,i 26 grudnia. Nareszcie się wyspię i wypocznę, zapomnę o śniegu, wietrze i wypadkach. A tych ostatnich ostatnio nie brakuje. Jeszcze tylko powrót z Vancouver do Calgary. To zaledwie trochę ponad 1000 kilometrów, ale w tych warunkach to ponad 14 godzin jazdy. A gdzie czas na spanie, na jedzenie itp. A tu jak na złość nie ma ładunku do Calgary. To bliskość świąt daje znać o sobie. Wreszcie około 12 w południe dostaję wiadomość, mam wziąć z "yardu" naczepę chłodnię i podstawić się do Western Grocery. To drugi koniec Vankouver, ale melduję się tam przed pierwsza. Juz wiem że ładunek będzie skończony około 16:30. Dzwonię więc do kumpla z myślą że wyskoczymy na obiad i wreszcie się spotkamy. Ostatni raz Pinokia widziałem prawie dwa lata temu. Niestety jest on w pracy. Kocura też nie ma w domu. Więc kręcę się koło auta co chwilę pacząc jak przebiega załadowanie. Ale załadowanie mojej naczepy stanęło. Po rozmowie ze starszym brygadzistą, (supervisior) dowiaduję się że bedę musiał czekać aż do 22, a to dlatego że śnieżyca utrudniła przyjazd wielu truckow z USA. A ponieważ w tutaj benzyna poszedła o 30% w górę to wszyscy "badylarze" już dawno pozamykali interesy do wiosny. Po prostu produkcja jarzyn stała się nie opłacalna. Teraz Rząd Brytyjskiej Kolumbi znowuż będzie musiał zmienić swoje ustawy na temat podwyżek. A rząd w B.C. jest rządem socjalistycznym więc takich pomyłek w roku jest bardzo dużo. No a płacą za nie zwykli podatnicy. Jak dobrze że ja mieszkam w Albercie. Najbogatszej prowincji Kanady, jedynej która nie ma prowincjonalnego podatku, i jedynej prowincji w Kanadzie która nie ma żadnych długów.

Około 9 wieczór wreszcie spotykam się z Pinokio, najpierw idziemy na kolację a potem Pinoki porywa mnie do siebie do domu gdzie przy polskiej muzyce piję smaczną kawę. Tematów mamy tyle że tygodnia by było mało. Niestety czas wracać, około 24:30 Pinokio odwozi mnie spowrotem, jeszcze wypalamy po papierosku i żegnamy się życząc sobie wesołych świąt. Na koniec z jego ust pada to co mowią teraz wszyscy do kierowców. "Proszę, uważaj na siebie".

Co mam odpowiedzieć, przecież to nie tylko odemnie zależy. Wreszcie o 2 w nocy wyjezdżam do Calgary, niestety jestem tak zmęczony że mijam tylko rogatki Surry i zaczymuję się na nieczynnej w nocy rządowej wadze i walę się do łóżka. Już o szóstej na wadze zaczyna się ruch i gwar, powodują go pierwsze samochody które są zatrzymywane do kontroli. Szybciutko więc wymykam się z parkingu, nawet nie wypełniam log book'u.

Na śniadanie zaczymuje się w Chiloowack, tam też się tankuję, biorę prysznic, no i golę potwornie zarosnietą facjatę. Doprowadzony do ludzi ruszam w drogę do Calgary. Droga jest bardzo ciężka. Znowuż sypie śnieg i jest bardzo ślisko.

Z trzech pasów ruchu pozostał tylko jeden, ten środkowy. Dwa boczne są zawalone ponad metrowym śniegiem. Samochody pługi wogóle się za ten śnieg nie biorą. Pomimo że jest ich bardzo dużo z ledwością uczymują ten jeden pas w miarę przejezdny. Na szczęście nie ma samochodów osobowych, te w tych warunkach powodują dodatkowe utudnienia w ruchu. Często się zakopują albo wylatują z drogi wbijając się w śnieg. To powoduje postoje i potężne korki. Wreszcie jest Kamloops, potężne szczyty Coquichalla i Merrit już są za mną.

Teraz jest mniej śniegu ale za to coraz więcej osobowych aut spieszących się niewiadomo gdzie. Co jakiś czas można je zobaczyć poza drogą. To efekt nadmiernej prędkości. Przeważnie są to niegroźne wypadki. Ale już po objedzie za Sicomous w rowie leży kompletnie rozbity truck. Wokół rozwalonej naczepy leżą porozbijane kartony z jakimiś słoikami. Z pryzmy śniegu wystają też porozbijane telewizory. Pracownik drogowy, dyrygujący ruchem, uspakaja mnie że z kierowcą jest wszystko OK. Wreszcie około trzeciej nad ranem mam już za sobą Golden, to już prawie dom, zaledwie 280 kilometrów.

Droga jest dużo lepsza, to pozwala mi już za Banff'em rozwinąć moją normalną predkość, czyli 115 km/h. A za godzinę jestem już w Calgary, jest dokładnie 7:15 rano, o przepraszam, jest 8:15 rano 23 grudnia. Ta pomyłka to efekt nie przestawienia zegarka. Pomiedzy Albertą a Brytyjską Kolumbią jest jedna godzina różnicy. Dzwonię do domu, "Kochanie już jestem, i bedę z wami aż całe cztery dni".

A w domu wita mnie przepiękna choinka ślicznie ubrana. Przygotowania do wigilii też są w pełnym toku. Kruszynka z Magdą właśnie robią pierogi, a chłopcy, chłopcy wyobraźcie sobie pakują prezenty dla taty i mamy aby sprawić im przyjemność na 20-tą rocznicę ślubu. Juz za kilka godzin zasiądziemy do stołu, podzielimy się opłatkiem i tradycyjnie już jak co roku, przez chwilę zapanuje cisza. Wtedy nasze myśli pobiegną daleko do Was. I gdy już wrócą będziemy nadal radośni i uśmiechnięci. Bo będziemy wiedzieli że nie jesteśmy sami, że ktoś też o nas myśli i tęskni.

No i tyle by było na dzisiaj. Żegna Was i życzy wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia a także i Nowego 2001 roku, wasz Lajkonik driver.

Piatek, drugiego lutego trwa juz od calej godziny. To tutaj, w Vancouver, bo w Calgary wlasnie jest druga w nocy. Ta ruznica czasu pozawal na mi na ruzne sztuczki w moim "jog boock". Sztuczki w zasadzie tylko na pol legalne. Nie mnie bardzo poczebne w tym trakerskim zawodzie. Wlasnie obliczam sobie kiedy powinienem byc z powrotem w domu. Trailer, czyli po polsku naczepe, mam juz przypieta do mojego truck, teraz tylko jeszcze musze sprawdzic swiatla, hamulce, plabe na drzwiach, wypelnic odpowiednie papiery, tz. po angielsku "Bill of lading" i w droge. Delty, czyli "malego miasta w wielkim Vancouver" mam do Calgary dokladnie 599 mil. Jest dokladnie 15 minut po pierwszej w nocy gdy wiezdrzam na brame i poddaje sie kontroli dokumentow przez pracownika security. Wszystko gra i w droge. Jedynka, dwojka, trujak i cos nie tak. Auto nie moze rozwinac swojej przewidzianej pretkosci. Zmieniam wiec bieg z trujki na dwa i pol, potem w gore na trzy, trzy i pol, wreszcie cztery. Juz mge przejsc na "gorna" polke i wrzocic piatke. Lecz przy zmianie na wyzszy bieg naczepa wychamowywuje predkosc z jaka sie poruszam i w efekcie spadaja obroty silnika. Skrzynia biegow natychmias glosno protestuje. Cos jest nie tak, albo znowusz jakis czymbal ladujac naczepe pomylil sie i zamiast obliczyc wage towrow w kilogramach jak jest wazony produkt w Europie potraktowal to jako funty i zaladowal mnie "podwojnie" albo blokuja mnie hamulce w naczepie. Innej ewntualnosci nie widze. Skrecam wiec z drogi prowadzacej mnie prosto do Trans Canady Hwy. i jade na wage. Govermencka waga o tej godzinie jest pusta, ta waga nie pracuje w nocy. A raczej nie tak, waga pracuje i mozna sie zwazyc ale inspektorzy tutaj pracujacy teraz smacznie sobie spia. Na wielkim placu przycupnelo kilka trakow w swoim nocnym odpoczynku. Kierowcy zapewne w snie maza teraz o wygodnym lozku przy boku zony. A ja wlasnie rozpedzam sie do okolo 40 km/h i wciskam pedal hamulca do oporu. Rozlega sie pisk zablokowanych kol a za mna pozostaja czarne pregi. To wszystko jest wyraznie widoczne w swietle poteznych jupiterow oswietlajacych caly plac. Teraz nastepna pruba, wrzucam jedynke i pomalu ruszam do przodu. No i juz wiem. To jedno z kol w naczepie ma zablokowane szczeki, cofam wiec do tylu i szczeki puszczaja. Zastanawiam sie co robic, dochodzi juz druga w nocy, wszyskie warsztaty sa zamkniete. Serwisowe wozy dyzurujace 24 godz. na dobe wyjezdrzaja tylko gdy jest powazne zagrozenie. Np. wypadek czy gdybym zablokowal jakas droge. Rad nie rad wyciagam klucze, dywanik i klade sie pod osia. "odpuszczam" calkowicie regulacje szczek na blokujacym kole, teraz kolo powinno sie krecic. Jeszcze dwokrotne sprawdzam czy po nacisnieciu hamulca kolo i nie blokuje, i ruszam w droge. Wszystkie plany wziely w lep. Wlasnie dochodzi trzecia w nocy, do Sicomous juz nie bede jechal. Musze zaczymac sie w Chilliwack i tam oddac naczepe do naprawy. Nawet w glowie mi nie swita pomysl aby z niesprawnymi hamulcami wyruszac w gory. Mijam Surry, i nastepne satelitarne miasta przylaczone do "wielkiego" Vancouver. Tak naprawde to samo miasto Vancouver jrst bardzo male, cos takiego jak Pruszkow albo Piaseczno. Dopiero gdy sie polaczylo z innymi miastami stwozylo potezna 2.5 miljonowa metropolje. Tuz po czwartej zaczymuje sie na parkingu firmy International Truck. To tutaj musza mi z glowy zdjac moj problem. Nastawiam budzik na 7:45 i wale sie do luzka. Za soba mam prawie 23 godziny pracy. Najpierw jazda z Golden do portu promowego o przeokropnej indianskiej nazwie niemozliwej do wymawiania przez normalnego czlowieka, czyli TASSAWWASEN. Na dodatek prawie kazdy kanadyjczyk wymawia ja inaczej i wcale nie tak jak wymawiaja ja indianie. No w moich ustach ona zawsze jest pokrecona. Cztery godziny plyniecia na promie, po dwie godziny w kazda strone dal mi troche odpoczynku.Potem znowusz jazda ze Swartz Bay do Victorii i spowrotem az do Delty. No a teraz spac. Nagle budzi mnie walenie w kabine, co do cholery, przeciez ja spie i wstane gdy zadzwoni budzik. Ale przezornie pacze na zagarek, o rany jest juz prawie 8:30 rano. A wiec musialem przespac budzik nawet go nie slyszac. Ale kto go wylaczyl, no bo on jest tak skonstrulowany ze jak sie go nie wylaczy to bedzie dzwonil dokad starczy pradu w baterii. Pewnie zrobilem to "na spiku". Tak sie kiedys mowilo w polsce na kierowcow ktorzy usypjali za kierownica, "prowadzil na spiku". Krzycze wiec do tego co wali w kabine ze juz wychodze. Pospiesznie zrzucam wiec moj "specjalny" dres do spania i wskakuje w ubranie. Za chwile juz jestem na zewnatrz i tlumacze jaki mam problem. Po chwili jestem juz na duzej chali, osie naczepy zostaja podniesione i po kilku prubach nacisniecia hamulca mechanik stwierdza zapiczenie sie walka rosprezajacego szczeki. On poprostu po zdjeciu nogi z hamulca nie wracal do swojej poprzedniej "neutralnej" pozycji. Powod bardzo prosty, brak serwisu a smarowania. Gdy "chlopcy " przystepuja do usuwania problemu ja z recznikiem i moimi przyborami ide do lazienki doprowadzic sie do ludzkiego wygladu. Jest na szczescie ciepla woda moge sie wiec ogolic. Tej cieplej wody po ostatnich podwyzkach pradu i gazu "brakuje" na truck stopach. Jest troche po jedenastej gdy podpisuje inwojs i moge wyruszac dalej w droge. Oczywiscie to nie ja bede placil za ta naprawe lecz Glenncoe, czyli firma dla ktorej jezdrze, to przeciez ich naczepa i ich zaniedbanie. Pozostaje tylko niesmak w glowie, "Co by sie stalo gdyby tak ten CAM zapiekl sie w gorach". No ale to ryzyko jest wpisane w ten zawod. Przedemna jeszcze pare trudnosci, najpierw Hope, male bardzo ladne gorskie miasteczko, a w nim "Goverment Inspection Station" wraz z waga. Ale wiem ze wszystkom mam OK. wiec nie dostaje gesiej skurki. Zeczywiscie po przejechaniu przez wage dostaje zielone swiatlo a w CB - radio odzywa sie glos oficera. "Have a nice day Andrew". Znaja mnie tutaj juz dobrze i nic dziwnego regularnie od osmiu miesiecy widza mnie i mojego truck conajmniej dwa razy na tudzien. Za chwile zaczynaja sie juz potezne gory. To slynna Coquihalla otwiera wiazd na trase ktorej tak bardzo boja sie kierowcy z USA albo kierowcy ze wschodniej czesci Kanady. Po dokladnie trzech kilometrach zaczyna padac snieg, zaczyna sie tez wielka sinaczka. 33 kilometry pod gore na najnizszych biegach. Niema zadnych zjazdow w dol, jedynie w kilku mjejscach jest troche plasko i te wlasnie miejsca wykozystano do tego czego nienawidzi zaden trakowiec. Tam zaklada sie lub zdejmuje lancuchy. Jest to naprawde ciezka i zmudna praca, a na dodatek zawsze w warunkach gdy nawet przyslowiowego psa nie wygania sie z domu. Jak bedzie dzisiaj, chyba nie dobrze bo snieg sypie coras mocniej i na drodze jest go juz chyba ze 20 cm. No masz babo placek, na wielkiej tablicy mrugaja ruzove swiatla. To jest nakazem aby wszystkie auta powyzej 2700 kg. zjechaly na odpowiednie miejsce i zalozyly lancuchy. I od tego niema odwolania. Na ta droge nawet latem nie wolno wiezdrzac takim autom gdy nie maja ze soba lancuchow. Zima zaden kierowca nie wypusci sie tutaj bez conajmniej dwoch lancuchow. Ustawiam sie wiec grzecznie w kolejce za poprzedzajacymi mnie trakami i czekam na swoj "moment". Co jakis czas podjezdrzam z wielkim trudem do przodu i zaczymuje sie jak najblizej poprzedzajacego mnie traka. To dlatego aby pozostawic jak najmniej wolnej przeszczeni na ktora moze padac snieg. Wreszcie jestem na tym malym plaskim skrawku na ktorym z trudem mieszcza sie cztery traki po dwa w parze. Przez okolo godzine trwa wytezona praca. Kazdy sie spieszy bo kazda chwila poza kabina to wieksze zmarzniecie i przemoczenie. Wreszcie mokry i brudny wsiadam do kapiny. Zrzucam brudna i mokra kurtke i siada na fotelu wczesniej kladac na niego recznik aby go nie "uswinic". Teraz jedynka i w gore. Narazie to bolka z maslem, zaledwie 6% wzniesienie ale zaraz za tunelem zaczyna sie prawie "pionowa" wspinaczka. To tam najczesciej staja cysterny czy niektore z trucks o slabszych silnikach. Ale do tego miejsca mam jeszcze okolo 20 kilometrow. Pomalu wiec staram sie troche rozpedzic ten moj pociag towarowy. Jednoczesnie popijam sobie smaczna i aromatyczna kawke zjadajac juz mniej smaczna kanapke. Poprostu to juz nie jest ten sam chrupiacy chlebus jaki dala mi moja Kruszynka na droge. Kanapki zrobilem sobie juz wczesniej, jeszcze w warsztacie. Nagle jak cos zaczyna walic w podwozie naczepy, zut oka w lusterko i juz wszystko wiem. To na lewym kole napedowym w moim ciagniku pekl lancuch. Z mojego gardla wydobywa sie jedno slowo, "O, shit !!!! " Goraczkowo mysle co robic. Zjechac nie ma gdzie bo na normalnir trzy pasmowej drodze jest tylko jedna. Czyli wszyscy jada po tych samych sladach i jak tutaj stane to zamna stana wszyscy no i za 10 minut bedzie zator na calym podjezdzie. Zjechac na pobocze, ba ale jak i na ktore, no i czy puzniej rusze. Wreszcie decyduje sie zjechac na prawo tam mam dobry lancoch, ten z lewego kola pewnie nadawal bedzie sie do wyzucenia. Przez CB-radio informuje tych co jada za mna o mojej sytuacji, ktos mi sie pyta o rozmiar moich opon bo ma jeden lancuch w zapasie i moze mi pozyczyc, oddam na szczycie. Ba ale moje opony sa o dwa cale wieksze w obwodzie, nic z tego, nie mniej serdecznie facetowi dziekuje. Jak tylko moge najglebiej zjezdrzam na prawa strone. Z przerazeniem pacze na to co sie stalo. Najprawdopodobniej peklo jedno z ogniw lancucha po zewnetrznej kola, to pozwolilo na to ze lancuch sie zsunol i obwinol sie miedzy oponami na blizniaczych felgach. Cholera jak go z tamtad wyciagnac. Najlepiej bylo by zdjac kolo i strzepy lancucha same by spadly. Ale to jest nie realne. Po pierwsze nie mam wogule klucza do kol, pozalym czym podniesc taki ponad 16 tonowy ciezar. Takie obciazenie mam na osiach truck-a. Wsiekly i z niklymi nadziejami na sukces klade sie na sniegu i zaczynam rozplatywac ten stalowy poplataniec. Taki mijaja dlugie minuty. Co jakis czas wskakuje do kabiny, grzeje sie i popijam goraca kawe prosto z termosa. Co chwile tez musze odpowiadac przez radio do kierowcow. To zawodowa troska o kumla nakazuje im zapytac, "Hi, a you OK" odpowiadam wiec, "Yes, no problem, i am OK". Taki mija godzina a potem jeszcze pol. Wreszcie udalo mi sie zdjac poszarpany lancoch. Moze gdybym stanol odrazu nie wygladal by tak strasznie i nie mial bym az tyle pracy. W kabinie wlanczam ogrzewanie na maksymum i przebieram sie kompletnie. Wszystko jest calkowicie mokre, nawet moje slipy. A zewnetrzna odzierz przeokropnie brudna od piasku do ktorego sie dostalem lezac na sniegu ktory sie topil podemna. Teraz w ruch idzie lopata, musze odkopac wszystkie kola, wyobrazic sobie gdzie bede wyjezdrzal na "przetarty szlak" i przekopac sie przez wal sniegu utwozony przez plugi. Mija nastepne pol godziny i znowusz mokry ale nie az tak bardzo jak wczesniej startuje. Najpierw sprzegam powietrznie wszystkie kola ciagnika potem wrzucam "lower firs gear" czyli polowke biegu pierwszego i odrazu tez przez CB-radio prosze jadace traki o wolna droge. Nikomu nie musze tlumaczyc co sie stalo i dlaczego stalem a teraz zaklucam ich mozolna wspinaczke. Kazdy wie ze jezeli tutaj stalem to mialem problem i bez dyskusji traki zwalniaja, aut osobowych prawie niema, no moze gdzies tam jakies jedzie pomiedzy trakami, jedzie poto aby wczesniej lub puznie zakopac sie w sniegu i juz tak pozostac na dluzej. Pomalu popuszczam sprzeglo i o dziwo zaczynam ruszac, pol metra, metr, dwa metry, Jade i krzycze sam do siebie, i do mojego truck, no jeszcze, jeszcze troche i bedzie ci lzej. Truck chyba to slyszy bo chociaz jest mu bardzo ciezko to z mozolem pokonuje dzielacy go sniezny dystans do kolein pozostawionych przez inne szczesliwsze trucks. Jeszcze tylko 20 metrow i juz nasz wysilek zostaje nagrodzony, teraz moj Buldog (to symbol trakow Mack, buldog jest na masce kazdego traka Mack) pokazuje co potrafi. Obroty silnika ida szybko w gore, juz jest 1600, juz 1800, i zaczymuje wreszcie ich ped na cyfrze 1900. Teraz chociaz pali on jak wawelski smok to wiem ze juz nie stane, no chyba ze natrafie na lod. Mam juz 30 km/h i pomalu zblizam sie do tunelu, za chwile go mijam i do mikrofonu kieruje slowa ktore przed chwila sam slyszalem, Hi, a jou OK .??? Do do tych ktory ciezar ladunku a slaba moc silnika, lub jakis defect nie pozwolily na pokonanie ostatniego najciezszego podjazdu. Wreszcie jest szczyt i zaczymuje sie aby zdjac pozostaly lancoch. 10 min. pracu i jest po wszystkim. Teraz juz wiem ze dalej dam sobie rade nawet gdybym musial zakladac moj jedyny lancoch. Placac "myto" w toll boots pytam o stan drogi Merrytt - Kamloops,i ciesze sie z uslyszanych slow. O, it's BARE. To znaczy ze droga jest odkryta, a wiec niema sniegu. Tyle ze i Coquihalla wczoraj byla odkryta i czarna, a dzisiaj dala mi ostro popalic i na dodatek musze wydac pare stowek na nowe lancuchy. Juz po kilku kilometrach mozna zapomniec ze tam stylu szaleje sniezyca. Tutaj jest slonecznie i zerowa temperatura. Czarna sucha nawierzchnia pozwala na przecietna jazde 110 km/h. Mijam wiec Merritt i zblizam sie do Kamloops. Juz jest pierwszy "break check area" obowiazkiem kazdego trakera jest tam zjechac i dokonac przegladu. I ja to wlasnie robie, o moich hamulcach wiem wszystko wiec ograniczam sie tylko do "obstukania" mlotkiem opon. Wszystko gra wiec ruszam. Do Kamloops jest z tego miejsca juz tylko 18 km. ale ta osiemnastka to to caly czas w dol i w dol. potem jest nastepny "brake check" a prosto z niego wiezdrza sie na kolejna "goverment scale" a juz za miastem to latwa droga az do Golden. Na tym punkcie sprawdzania hamulcow juz nie mozna sie tylko zaczymac. Przez okan budynku gdzie siedza inspektorzy doskonale widac plac gdzie zaczymuja sie trucks. lepiej nie ryzykowac inspekci w ich wykonaniu, oni zawsze cos znajda a potem pisza odrazu wysoki mandat. Sprawdzam wiec wszystko dokladnie i znowusz z moich ist wyrywa sie " O, shit". To dlatego ze na prawym tylnim kole ostatniej osi w naczepie mam kapcia. Musialem go zlapac na tych 18 km. Podjezdrzajac wiec na stanowisko wagi przelanczam kanal w radiu na 19-tke, od Kamloops az do Montrealu pracuje sie na kanale # 19, wczesniej uzywalem kanal # 1.) i informuje officera o tym ze mam kapcia czyli "flat tire" Gdybym go nie poinformowal a on by to zobaczyl, a to widac, to moglby uznac ze nie dokonalem inspekcji i wyrwal by mi z kieszeni conajmniej 200 dolarow. Trafilem akurat na tego sztywniaka, ktory juz wczesnie dal mi dwa mandaty oszczezenia, tz. "warning ticket". Poniewaz zalecone usterki byly usuniete w przewidzianym terminie i dokumenty na to jemu przedlozylem, wiec mam mandat zaufania bo puszcza mnie dalej i tylko nakazuje zjechac w miescie do warsztatu celem naprawienia kola. Inne wyjscie to zaczymanie auta i zawezwanie samochodu serwisowego. To oczywiscie wiaze sie z nastepna strata czasu no i kosztami tyle ze te ostatnie to juz Glenncoe problem. Jest czwarta trzydziesci po poludniu gdy Kamloops pozostaje z tylu za mna. Pomalu robi sie ciemno, moje dalsze plany to non stop jazda do Golden, tam krotki odpoczynek na kolacje i dalej do Calgary. Tym sposobem powiniennem byc u odbiorcy przed polnoca a taki wlasnie mam czas oddania naczepy. Na ekranie mojego komputera w poleceniu wyjazdy wyraznie jest napisane."Del's b/4 midhnight 02/03." To po rozszyfrowaniu znaczy, dostarczyc przed polnoca z 2 na 3. Jest za 15 minut szusta gdy minolem polozone okolo 100 metrow ponizej drogi miasteczko Chase. Swiatla ulic i domow z trudnoscia przebijaja sie przez mle nadchodzaca od pobliskiego ogromnego jeziora ktorego nazwy nigdy nie moge zapamietac. Teraz chociaz jest ciemno wskazuwka szybkosciomierza stoi caly czas na stowce, to jest tylko 10 km wiecej niz zezwalaja znaki i z doswiatczenia wiem ze na ta predkosc zaczajone w krzakach radiowozy przymykaja oko na traki. Droga jest prosta i pusta, tylko w lusterkach widze swiatla nastepnych aut. To stary trick aut osobowych. Oni wiedza ze na nas RCMP (policja federalna, dziala tylko poza miastami) przymyka oko do 10 km/h wiec nas nie wyprzedzaja, a tym samym i ich nie zaczymuja no bo w sadzie i tak by wygrali. No bo jak to tolerowac przekroczenie jednych a karac za to samo drugich. No i pewnie mieli by racje gdyby jeszcze mieli takie doswiadczenie jakie maja trakowcy. Ale aby je miec trzeba przejezdrzac tyle tysiecy kilometrow jakie wlasnie my pokonujemy. Nagle w poteznych swiatlam moich leflektorow widze ze cos spada na jezdnie nie dalej jak 30 - 40 metrow przed moim nosem. Jeszcze sekunda a rozbije sie ot co spadlo, lezy a na to cos leci juz nastepne. Na hamowanie nie ma czasu, z ta pretkoscia poczebuje okolo 300 metrow aby sie zaczymac. Calym cialem, juz nie tylko rekami biore potezny skret w lewo, czuje jak lewe przednie kolo wpada na lewe pobocze i zaczyna tracic przyczepnos, skrecam wiec w troche w prawo i gdy kolo odzyskuje przyczepnosc cos potwornego dzieje sie z moja naczepa. To tak jakby cos w nia z ogomna sila udezylo i przenioslo ja kilka metrow w lewo. Nie mam czasu jednak na medytacje, bo nagle czuje ze tyl mojej naczepy zaczyna plywac z lewa na prawo. Jednoczesnie skrecam na srodek jezdni i wciskam hamulec, gdy spada pretkosc plywanie naczepy ustaje, spocony jak koscielna mysz zjezdrzam na prawe pobocze. Wlanczam swiatla awaryjne i wyskakuje z auta czymajac juz w reku potezna policyjna latarke. W jej swietle w tyle drogi widze cos wielkiego i ciemnego, jednak duza odleglosc, okolo250 -300 metrow nie pozwala mi na okreslenie co to jest. Porywam ze schowka odblaskowe trujkaty i pedem biegne do tylu. Pod swiadomie jakos czuje ze tam moze byc tragedia. Juz dawno tak szybko nie bieglem jak teraz. Gdy juz jestem blisko juz wiem co sie stalo. Na droge spadla lawina, lawina kamieni i sniegu. Przez row lewego pobocza przedostaje sie na druga strone zwaliska. A tam stoi van Ford E-250 z przysypanym przodem przez kamienie i snieg. Kolo niego stoi kierowca, domyslam sie ze to kierowca bo stoi po lewej stronie auta i nikogo wiecej nie widze. Wlasnie probuje zapalic papierosa. Nie myslac o tym wczesniej krzycze do niego, "DON'T SMOK I SMEL GAS" ( nie pal ja czuje bezyne. ) Dziwne bo dzisiaj wogule nie pamietam ze to czulem, znaczy sie czulem ale ten zapach odebralem dopiero puzniej. Nie wiem jak to sobie wytlumaczyc ze krzyknolem wczesniej niz zdalem sobie sprawe z tego ze po jezdni plynie struga benzyny z dwoch rosprutych zbiornikow. I znowusz pytam, "a you OK." Kierowca jest w duzym szoku, i jego odpowiedz jest troche pogmatwana. Ale widze ze sie porusza, ze nie zapalil wiec wiem ze mysli Pytam sie czy ktos z nim jechal, nie jechalem do rodziny do Sorento po zone, pada jego odpowiedz. Kaze mu wiec isc razem ze mna zobaczyc co z ludzmi i autem ktore rozbilo sie kilkadziesiat metrow za jego wanem. Maszerujac szybko, klne sie w duchu ze zostawilem w traku moja komurke i ze bede musial po nia teraz biec. Nastepnym "rozbitkiem" okazuje sie osobowy Ford. Dwie jadace nim osoby na szczescie wyszly z tego bez zadrapania. Rostawiam wie za tym autem moje trujkaty osczegawcze w odleglosci okolo 30 metrow jeden od drugiego. Aby sie nei pomylic licze krokami odleglosc. Nagle zaczymuje sie i zaczynam sie zastanawiac czy zemna jest wszystko w pozadku. Po jaka cholere ja licze te kroki, dochodze do wniosku ze pewnie to wszystko na wslutek nerwow. Stawiam ostatni juz znak bez liczenia i wracam do Forda. Pytam o telefon, okazuje sie ze nikt z nich go ze soba niema, niemaja tez latarki, ale maja w bagazniku swietlna flare. Kaze wiec im ja zapalic i pendem biegne do swojego traka. Zdaje sobie sprawe co sie stanie gdy z przeciwka nadjedzie auto i wpadnie w rozlewajaca sie benzyne. Na szczescie droga jest jeszcze pusta, gdy jestwm juz blisko traka pojawiaja sie z przeciwka swiatla pedzoacego auta. Rospaczlwie macham rekami a w jednej z nich czymam latarke. Pewnie te gesty jak i pulsujace swiatla mego traka nie daly im cos do myslenia bo juz z daleka slysze pisk opon, zaczymuja sie kilka metrow przd moim trakiem. Nic nie tlumaczac wskakuje za kierownice i stawiam ciezarowke w poprzek drogi. Dopiero teraz biore telefon i wystukuje 911, to emergrncy numer, odbiera kordynaror, wysluchuje mojego raportu, pyta szczegulowo o dane miejsca wypadku, moje dane personalne i czy poczebny jest helikopter medyczny. Ten akuran nam nie jest poczebny, ale poczebujemy, po pierwsze policje do regulacji ruchu i sporzadzenia raportow, poczebujemy straz do dezaktywizacj rozlanej benzyny a takze poczebny jest ciezki sprzed od usuniecia rumowiska skalnego i sniegu. No i conajmniej dwa towingi do aut osobowych. O swoim truck nic nie moge powiedziec bo jeszcze go nie przejzalem. W odpowiedzi slysze, OK. natychmias wysylam odpowiednie sluzby. Wykrecam wiec drugi numer, tym razem jest to emyrgency numer mojej kampani. Po chwili relacjonuje mojemu dyspozytorowi o calej sytuacji. Dyspozycja jest krutka, czekac na policje, spozadzic protokol, przeprowadzic inspekcje truck, naczepy i ladunku, nie zrywac plab. O wynikach poinfornowac dyspozytora i safety dyrektora. Z latarka w reku zaczynam ogladac caly zespol. na pierwszy zut oka wszystko jest OK. lecz nie, dwa kola z lewej strony sa zmasakrowane, potezne stalowe obrecze sa pogjete jak puszka po sardynkach, opony poszarpane po zewnetrznym obwodzie jak by byly z papieru anie poteznej gumy z zatopiona stalowa siatka. I wlasnie wtedy podchodzi do mnie policjant. Wita sie i pytasie czy jestem caly i zdrow. Coz, mnie sie nic nie stalo ale zobacz jak wygladaja moje kola, czy ty wiesz co by ze mnie bylo gdybym tak jechal secunde puzniej. Tak wiem, i widzialem takich, i ty napewno tez widziales, jestes profesjonalista wiec wez sie w garsc, zrobiles madrze zamykajac trakiem przejazd. A wiec jestes profesjonalista wiec wes sie w garsc. Takie uslyszalem wlasnie od niego slowa. I sie wziolem, co mam robic pytam wiec go, czy poczebujesz mojej pomocy. Tak, pada odpwoedz. Narazie jestem sam. Juz jedzie straz z Kamlops. Bedzie tutaj za jakies pol godziny, jedzie tez radiowoz z Salmon Arm, ale oni maja do przejechania 65 kilometrow wiec beda puzniej a na dodatek od twojej strony juz jest korek az do Sakramento. Masz tu flore i zapal ja z trzydziesci metrow przed swoim trakiem na wolnym pasie jezdni i nie dopuszczaj tutaj zadnych ludzi. Tak tez zrobilem, tyle ze drugiego polecenia nie musialem wykonywac bo kanadyjczycy pod tym wzgledem sa inni niz nasi rodacy. Wcale sie nie pchaja na takie spektakle jako widzowie. Siedzieli wiec grzecznie w swoich autach i czekali. A ja stojac tak oparty o traka robilem sobie rachunek zdarzen z dzisiejszego dnia. Jednym slowem to byl dla mnie czarny piatek. Gdy nadjechaly potem juz nastepne uta, pogotowie, policja, straz a takze i pracownicy sluzb drogowych, dokonczylem przegladu mojego "unitu". Potem zabralem wszystkie dokumenty i poszedlem do radiowozu spozadzac raport. W zasadzie to spozadzal go policjant na podstawie moich i drugiego kierowcy zeznan. Jak sie to stalo ze rozbilo sie trzecie auto ktore bylo daleko od nas. Otoz kierowca widzial moje swiatla, po ich rozmieszczeniu domyslal sie ze to "truck" i ze ten truck nagle zjechal na lewa strone jezdni. Potem zobaczyl ze van ktory jechal przed nim nagle zaczol moscno chamowac i wtedy i on zrobil to samo. Na jego nieszczescie samochod jego sciagnelo na pobocze a potem do plytkiego rowu ale dzieki temu nie rozbil sie o skalna sciane. Gdy juz wiedzialem co jest trakowi, a protokul byl spozadzony zadzwonilem do domu do mojego dyspozytora. Poprosilem o przyslanie service z KalTire. Poczebowalem dwie opony i dwie felgi. Jednoczesnie powiadomilem ze przemieszcze sie z tego miejsca na odlegla o dwa kilometry "rest area" aby nie utrudniac oczyszczania drogi. Pomalu jadac nie szypciej niz 25 km/h dojechalem tyljko na dwoch kolach naczepy z lewej strony do tego miejsca. Tam tez odnalazl mnie samochod service Kal Tire. Niestety pogl mi tylko pomoc czesciowo. Jedna z felg byla tak pogjeta ze nie mozna jej bylo odkrecic. Poczebny byl aparat acetylenowy do jej pociecia, a tego na aucie nie bylo. Pojechalem wiec 65 kilometrow dalej do Salmon Arm. Tam juz na mnie czekal zespl mechanikow, (az trzech). Jeden wymienial, ( ciol/) kolo. A dwoch dokladnie sprawdzalo traka i naczepe. Kontrola ta ujawnila jeszcze jedno zniszczenie. otoz jeden z kamieni musial walnac w oslone chlodnicy bo jest ona cala potrzaskana. Przy dotknieciu palcem odlecial tez jej kawalek. Musialem wiec dzwonic na policje i poprosic o dopisanie tego do protokolu. To wazne ze wzgledu na iszuranc. Wreszcie o godzinie za piec minut pierwsza pojechalem dalej. Ale tylko 30 kilometrow dalej, do Sicomous. Tam ustawilem sie grzecznie pomiedzy spiacymi juz trucks i strasznie zmrdowany walnolem sie do luzka. Pomyslalem sobie wtedy, ze jednak piatek i 13 to cholerna kombinacja. A tak wlasnie byli, byl piatek a trzynastka jest w ewidencyjnym numerze naczepy, R 134. To byl naprawde dla mnie fucken black friday, na szczescie gdy zasypialem to juz byla sobota.