Mój pamiętnik z Arabii

Michał Chomiński

Jest 19-ty grudnia 2003 roku. Lotnisko Okecie w Warszawie. Pozegnanie z Hania, nie lubie pozegnan, zwlaszcza, ze nie wiadomo kiedy znow sie zobaczymy. Najpierw krotki przelot do Frankfurtu a pozniej przesiadka do Airbusa i lot do Rijadu w Arabii Saudyjskiej. Na Okeciu mamy jakies problemy i samolot startuje z polgodzinnym opoznieniem. Mam pewne obawy czy we Frankfurcie zdaze na nastepny samolot bo jest malo czasu ale jakos sie udalo i nawet zdazylem wypalic jednego papierosa.
Lot przebiega bez zadnych zaklocen i o 22-giej czasu miejscowego ladujemy w Rijadzie. Udaje mi sie znalezc walizke i nie ma praktycznie zadnej kontroli bagazu, tylko rentgen i jestem w poczekalni. Pierwsze zaskoczenie, kobiety, ktore w samolocie byly ubrane w wiekszosci po europejsku, tu nagle ulegaja metamorfozie, i ni stad ni z owad sa teraz wszystkie w czarnych strojach do kostek a niektore maja nalozone na glowe czarne worki, ktore maja otwory na oczy lub siateczke tak gesta, ze nie widac twarzy. Tu kobiety moga pokazywac sie publicznie tylko w abaji a do tego tylko w towarzystwie meza lub brata. Potem rowniez bede je widywal czasem w grupach. Calkiem zakryte twarze maja tylko muzulmanki a pozostale nosza czarne chusty.
Przy wyjsciu duzo ludzi. Co chwile jakis taksowkarz oferuje swoje uslugi, wszyscy sa usmiechnieci i bardzo chca mi pomoc. Jest tylko jeden maly problem. Nie dostalem zadnego adresu ani numeru telefonu na wypadek jakiegos nieszczescia bo mieli na mnie czekac koledzy.
Chlopakow jakos nie widze i tak powoli zwiedzam lotnisko, ktore okazuje sie dosc duze, i coraz bardziej zednie mi mina. Tak mija godzina i zaczynam sie zastanawiac co robic w tej sytuacji. Wtedy spotykam Macka. Jestem uratowany. Okazuje sie, ze oni tez mnie poszukuja od dosc dawna i zdazyli juz zadzwonic do Polski, aby sie upewnic, ze wylecialem. Maciek udostepnia mi swoj telefon abym zadzwonil do Hani z wiadomoscia, ze sie odnalazlem. Jedziemy do Rijad Village. To dosc daleko. Jest ciemno wiec ta pierwsza przejazdzka "Rijad by night" nie daje zbyt duzego wyobrazenia o miescie. W koncu ladujemy w campusie. Przy wjezdzie niespodzianka. Straznicy sprawdzaja czy w samochodzie nie ma jakiejs bomby. Po drodze mijamy posterunki karabinow maszynowych. To jest prawdziwa twierdza. Tu mozna czuc sie bezpiecznie. Jeszcze chwila rozmowy z kolegami i trzeba isc spac. Moj pokoj w "villi" okazuje sie dosc wygodny i szybko zasypiam twardym snem strudzonego podroznika.

20-ty grudnia.
6-ta trzydziesci rano - pobudka. Mam jechac z Mackiem do biura a to dosc daleko. Maciek improwizuje na szybko sniadanie, wypijamy kawe i w droge.
Na miescie spory ruch. Tu wszyscy jezdza samochodami. Glowne ulice maja trzy pasy w kazda strone. Kierowca ma dobrze podniesiony poziom adrenaliny bo wydaje sie, ze tu nie obowiazuja zadne przepisy ruchu drogowego. Wszystko w rekach Allacha. Z prawego pasa skrecamy w lewa strone przed jadacymi na wprost samochodami.
Na swiatlach wszyscy trabia i jest ogolnie wesolo. Perspektywa jezdzenia tutaj napawa mnie dosc duzym przerazeniem. Na dodatek, choc miasto jest bardzo dobrze oznakowane, wiekszosc tablic informacyjnych ma napisy tylko po arabsku a wszystko wydaje sie byc jednakowe. Wiekszosc budynkow w centrum ma wysokosc kilku pieter.
Sa jednak dwa wiezowce gorojace nad Rijadem, jeden w ksztalcie wysmuklej piramidy z charakterystyczna kula w gornej partii, drugi ma ksztalt otwieracza do piwa.Tak tez sa przez nas nazywane. Miejscowi sa z nich bardzo dumni.Gdzies daleko widac rownie nowoczesna wieze telewizyjna. Przejezdzamy obok starego lotniska, ktore wciaz jest uzywane, i w koncu docieramy do biura. Maciek tu pracuje a ja mam zalatwic formalnosci akredytacyjne. Udaje mi sie wyslac od Macka krotkiego e-maila do Hani i po kilku godzinach oczekiwania dostaje kluczyki od bardzo brudnego samochodu z prawie pustym bakiem. Teraz moge wracac do Rijad Village do campusu. Moja znakomita orientacja w terenie powoduje, ze mimo tego, ze jade za Olkiem, ktory w miedzyczasie pojawia sie w biurze, gdzies gubie mojego przewodnika i zostaje sam na sam z Rijadem i moim Fordem Focusem. Domyslam sie prawidlowo, na ktorym skrzyzowaniu nie skrecilem w lewo, naprawiam blad i po kilku jeszcze wpadkach udaje mi sie w koncu dotrzec do campusu na ostatnich kroplach benzyny.
Jeszcze tylko dostaje dwie karty magnetyczne umozliwiajace wstep do miejsc zwiazanych z praca i tak sie konczy pierwszy dzien pracy w arabii. Nie mam na razie ani telefonu ani zadnych innych narzedzi. Mam je przejac od Olka, ktory w Wigilie Bozego Narodzenia wraca do kraju. Szczesciarz. On juz ma wszystko za soba.
Nadchodzi wieczoj i jedziemy z Olkiem i Kuba do Filipino Center gdzie mamy spotkac sie z Mackiem i cos zjesc. Jest to w poblizu starej czesci miasta - noszacej nazwe Musmak, tam znajduje sie tak zwany Chop Chop Square, gdzie w dalszym ciagu odbywaja sie egzekucje przez sciecie glowy, stad jego potoczna nazwa. W tym kraju w dalszym ciagu zgodnie z prawem koranicznym za kradziez obcina sie reke a za powazniejsze przestepstwa glowe. Dlatego ja czuje sie bezpiecznie.
Teraz we czworke wedrujemy uliczkami w strone jadlodajni. Musimy sie spieszyc z jedzeniem, bo tu kazdego dnia jest szesc modlitw i wtedy zamykane sa wszystkie bary i sklepy. Posileni idziemy poogladac sklepiki. W pewnym momencie podbiega do mnie czterech mlodych chlopakow. Jeden wpada na mnie, cos mowi i odbiega. Wszystko trwa kilka sekund i staram sie dogonic kolegow, ktorzy sa juz dosc daleko. Kiedy juz jestem z nimi, mam poczucie, ze cos jest nie w porzadku i zauwazam, ze kieszen w kurtce, ktora byla zamknieta, jest teraz otwarta, i zniknely wszystkie moje dokumenty. Pieniadze mialem w kieszeni spodni i one ocalaly, ale szczerze mowiac wolalbym je stracic zamiast dokumentow. Mowie chlopakom co sie stalo i szybko wracamy z powrotem, choc nie ma duzej nadziei. Jestem naprawde przerazony. W pewnym momencie widzimy, ze stoi jakis czlowiek i oglada moje dokumenty. Podbiegamy. Sprawdza czy to moje i jakims szczesliwym trafem odzyskuje moja zgube. Prawdopodobnie rabusie nie znalazlszy pieniedzy wyrzucili dokumenty na ulice. Jestem uratowany i dowiaduje sie, ze tu tez kradna. Od tej pory bede wiedzial, ze dokumenty trzeba trzymac w kieszeni spodni.
Koledzy, a szczegolnie Olek, ktory wkrotce wyjezdza, kupuja jakies drobiazgi a ja sie wszystkiemu przygladam. W koncu wracamy do samochodow. Na ulicach wciaz duzy ruch mimo poznej pory. Jest tez komunikacja miejska, male busy mieszczace po okolo dwudziestu pasazerow z napisanymi po arabsku trasami po ktorych kursuja. Jest sporo duzych amerykanskich limuzyn z zaciemnionymi szybami i prywatnych busow. Dowiaduje sie, ze to sa "zonobusy", ktorymi miejscowi woza swoje zony i dzieci. Tu kobiety nie moga prowadzic samochodu, podrozuja tylko pod opieka swoich mezow lub braci. Nie moga wchodzic do restauracji i kawiarni z wyjatkiem tych, ktore maja specjalne oddzielone od reszty sale dla rodzin.
W ten sposob mezczyzni moga byc spokojni, ze zony ich nie opuszcza. Miejsce kobiety to dom. Ma rodzic i wychowywac dzieci a nie walesac sie po miescie. Wsiadamy do auta i wracamy do Rijad Village. Tak minela sobota, tutaj pierwszy dzien tygodnia.

Niedziela 21 grudnia.
Z rana ide z Olkiem do biura w village. Tu przejmuje od niego narzedzia i laptopa, co zajmuje kilka godzin. Dostaje tez GPSa, bez ktorego tu nie mozna sie poruszac, przynajmniej tak jest w moim przypadku. Okazuje sie, ze mamy w nocy z Olkiem i Kuba prace na centrali. Jedziemy do miasta cos zjesc, chwila odpoczynku i do roboty. Na centrali poznaje Josepha, ktory przyjechal z Filipin. Joseph i Kuba robia mi krotki wyklad na temat pracy, ktora bede musial tu wykonywac, a o ktorej nie mam zielonego pojecia, bo w Polsce nigdy nie pracowalem na centrali. Po godzinie okazuje sie, ze akcja odwolana. Idziemy spac.

Poniedzialek 22 grudnia.
W biurze w capusie dowiaduje sie, ze mam jechac okolo 350 km do Qassim, gdzie bede mial dwa dni pracy. Moj szef, Libanczyk Naji kaze mi jechac do Olaya do biura, zeby dali mi pieniadze "in advance" i telefon. Jade, jednak nie mam koordynatow biura, zeby skorzystac z GPSa i zgodnie z tradycja zabladzilem w miescie. W zaden sposob nie moge odnalezc miejsca i po mniej wiecej dwoch godzinach walki wracacam do campusu, zadowolony, ze choc tutaj udalo mi sie trafic. Ide do Naji-ego i przyznaje sie do porazki.
W koncu daja mi przewodnika- pakistanczyka Muhameda, z ktorym jedziemy do biura.
Tam zalatwiam potrzebne rzeczy, co zajmuje jakies cztery godziny. Wracamy do Rijad Village. Tu Naji wrecza mi potrzebne do pracy dokumenty i sprzet, i w koncu o 21-szej jestesmy gotowi do wyjazdu. Jeszcze tylko po drodze wpadamy do Muhameda do domu, bo musi wziac troche rzeczy do ubrania i ruszamy. Moj wybawca i jedyna nadzieja na dotarcie do celu zna okolo dziesieciu slow po angielsku ale za to zna arabski.
Pochodzi z gorzystego rejonu Pakistanu graniczacego z Afganistanem, zwanego Urdu. W Arabii przebywa juz ponad dziesiec lat. W pewnym momencie, kiedy jezdzimy jeszcze po Rijadzie Muhamed mowi:
"Ty sie tu zatrzymac, jak isc mowic z ten czlowiek."
Ta operacja powtarzala sie kilka razy zanim wyjechalismy z miasta. Pomyslalem, ze on ma pewnie duzo znajomych ale w koncu zorientowalem sie, ze on po prostu usiluje sie dowiedziec, jak wyjechac w strone Qassim.
Po nastepnej godzinie jestesmy wreszcie na autostradzie. Jeszcze tylko mijamy "check-point", gdzie zatrzymywane sa samochody do kontroli. Tak wladze tego kraju staraja sie zapewnic bezpieczenstwo. Takie "check-pointy" znajduja sie przy wszystkich wyjazdach i wjazdach do miast, rowniez w roznych miejscach w samym miescie. Nas szczesliwie nie zatrzymuja, bo to skonsumowalo by nam znow sporo cennego czasu.
Autostrada okazuje sie byc bardzo dobra, trzypasmowa, wiec jade dosc szybko. Ograniczenie predkosci 120 km/h. Muhamed mowi, zebym nie jechal szybciej niz sto trzydziesci, bo jak mnie zlapia, to bede mial duze klopoty. Staram sie zastosowac do jego wskazowek. Okazuje sie, ze przy autostradzie od czasu do czasu stoja samochody, ktore notuja numer rejestracyjny i czas, a nastepnie przekazuja te informacje do nastepnego. Tam wyliczaja srednia predkosc i na tej podstawie moga zatrzymac i ukarac winnego. Okolo pierwszej w nocy docieramy do Hotelu Onajzah w miescie Unajzach. Trzeba szybko spac bo o piatej mamy byc juz w miejscu pracy.

Wtorek 23 grudnia.
Budzik dzwoni o wpol do czwartej. Szybko wstajemy, rzeczy osobiste zostawiamy w pokoju hotelowym i…..usiluje wprowadzic koordynaty do GPSa, ktory odmawia wspolpracy. Po pewnym czasie dochodze do wniosku, ze sa slabe baterie, mam zapasowe w torbie. Na miejscu jestesmy z godzinnym opoznieniem. Ekipa, ktora ma nam wykonac pewne prace twierdzi, ze to juz za pozno i nie zdaza do osmej. Dzwonie do Naji-ego z dusza na ramieniu, bo pewnie spi. Naji w koncu odwoluje akcje i wracamy do hotelu. Nastepna prace mamy o czternastej, wiec trzeba sie przespac. Z GPSa wynika, ze to tylko 35 kilometrow, wiec wstajemy o trzynastej i w droge. Jade zgodnie ze wskazaniami GPSa i wkrotce jedziemy przez pustynie. Czas ucieka niemilosiernie szybko a GPS pokazuje caly czas mniej wiecej tyle samo kilometrow. Tak jezdzimy przez dwie godziny az w koncu docieramy na miejsce po przejechaniu jakis stu dwudziestu kilometrow. Pracuje szybko starajac sie nadrobic opoznienie. W koncu okolo wpol do dziewiatej koncze i wracamy do hotelu. Idziemy na miasto cos zjesc. Dowiaduje sie, ze o piatej rano jest powtorka odwolanej porannej akcji.

Sroda 24 grudnia.
Tym razem zarzadzilem pobudke na trzecia rano. Oplacam hotel, bierzemy wszystkie rzeczy i docieramy na miejsce przed czasem. Podwykonawcy juz czekaja. Muhamed idzie do pobliskiego meczetu na pierwsza poranna modlitwe, ktora zaczyna sie o piatej, a ja biore sie do pracy.
Nawiazuje mila pogawedke z mlodym Hindusem Ashrawem, szefem grupy podwykonawcow. Pomaga mi nawet w paru czynnosciach, ktore wymagaly wiekszej ilosci rak niz posiadam. Moj wspoltowarzysz wrocil z modlitwy i drzemal w samochodzie z braku lepszego zajecia. Zauwazylem jednak, ze od czasu do czasu sie budzi i przestawia auto o kilka metrow. Pozniej sie okazalo, ze w ten sposob chcial dac mi do zrozumienia, ze potrafi prowadzic. Skonczylem okolo jedenastej i dostalem wiadomosc, ze mamy nastepna prace. Przejechalismy wiec kawalek do nastepnej stacji, ktora okazala sie byc blisko.
Dotarlem tam przed dwunasta i nastala wlasnie kolejna pora modlitwy, wiec moj przewodnik, zarliwy muzulmanin udal sie do meczetu a ja do kontenera.
Szybko zrobilem wszystko co mialem, wiec przed nastepna modlitwa, ktora jest o trzeciej popoludniu bylismy gotowi do drogi. Zadzwonil Naji i zadowolony powiedzial, ze jutro mam wolny dzien, i zebym sie zglosil do biura w village w piatek o dziesiatej rano. Musialem jednak poczekac az Mohamed wroci z modlitwy. W koncu wyruszylismy z powrotem do Rijadu. Tym razem bylo jasno i moglem podziwiac widoki. Postanowilem sie zatrzymac i zrobic kilka zdjec. Kiedy wsiadalismy Muhamed zaproponowal, ze teraz on poprowadzi. Zeby mnie przekonac, pokazal swoje prawo jazdy, z ktorego posiadania wydawal sie byc bardzo dumny. Spojrzalem na autostrade. Ciagnela sie od horyzontu do horyzontu prosta jak struna fortepianu, szeroka jak pas startowy dla Jumbo-jetow. Ruch byl niewielki, wiec pomyslalem, czemu nie. Ruszylismy. Z poczatku moj nowo objawiony as kierownicy mial troche problemow z opanowaniem rumaka ale jakos sie miescil przelatujac z pasa na pas. Z biegiem czasu szlo mu coraz lepiej, wiec postanowilem sie troche zdrzemnac.
Kiedy sie ocknalem, zobaczylem, ze moj szofer zrobil duze postepy i jedzie jakies sto szescdziesiat na godzine. Zwrocilem mu uwage, ze to chyba troche za szybko, bo tu wolno sto dwadziescia, ale stwierdzil, ze on jako miejscowy nie bedzie mial klopotow z policja. Zapadl zmrok, kierowca chyba w koncu sie zmeczyl i zatrzymalismy sie. Byl tak zadowolony, ze postawil mi kawe. Tym razem ja siadlem za kierownica. Do Rijadu zostalo okolo osiemdziesiat kilometrow. Z przerazeniem zobaczylem, ze zapalila sie rezerwa, a na autostradach stacje benzynowe sa bardzo rzadko. Jechalem wiec bardzo powoli zeby spalic jak najmniej paliwa . Zadzwonil Maciek, z wiadomoscia, ze mamy zaproszenie na Wigilie do Tomka, ktory juz tu jest bardzo dlugo, a ktorego jeszcze nie mialem okazji poznac. Stwierdzilem jednak, ze minie jeszcze troche czasu zanim dojade, tym bardziej, ze musialem jeszcze odwiezc Muhameda do domu. Tak wiec chlopcy pojechali sami na impreze a ja tymczasem dotarlem wreszcie do stacji benzynowej na ostatnich kroplach benzyny.
Najwazniejszym obiektem na stacji paliw jest meczet bo kierowca musi sie przeciez pomodlic. Czesto zdarza sie jeszcze sklep z podstawowymi czesciami do samochodow, przede wszystkim sa tam opony. Nie ma zadnych barkow ani innych sklepow. Tak wiec zatankowalismy i udalismy sie w dalsza droge. Stad do Rijadu bylo juz tylko okolo trzydziesci kilometrow. W koncu dotarlismy do domu Pakistanczyka. Wzial swoje rzeczy i zaniosl do siebie, poczym wrocil jeszcze do samochodu, poniewaz postanowil mi pokazac jak wyjechac w kierunku village. To bylo bardzo mile z jego strony. Przejechalismy kawalek podczas gdy on mi tlumaczyl jak jechac. Wtedy pozegnalismy sie i pojechalem ku swemu przeznaczeniu. Kilka razy skrecalem to w lewo to w prawo, wydawalo mi sie, ze zgodnie z otrzymanymi wskazowkami, az stwierdzilem, ze teraz juz zupelnie nie wiem gdzie jestem. Na szczescie przypomnialem sobie o GPS-ie. Wlaczylem go, pokazal wlasciwy kierunek i odleglosc dwadziescia trzy kilometry. To drobiazg pomyslalem i skrecilem w ulice, ktora wydawala sie byc najbardziej zgodna ze wskazaniami mojego satelitarnego pilota. Udalo mi sie zblizyc na jakies trzynascie kilometrow po czym musialem skrecic i dalej poruszalem sie w mniej wiecej tej samej odleglosci od celu. Zmienialy sie tylko kierunki. Po godzinie tej zabawy bylem juz troche zdenerwowany. Dlaczego los mi poskapil dobrej orientacji w terenie. Nie bylo wyjscia, w koncu znalazlem upragniona Kurais Road. Po dziesieciu minutach dotarlem do miejsca przeznaczenia. Tak sie zakonczyl moj wigilijny wieczor.

25-ty grudnia - czwartek.
Wolny dzien. Wstaje kolo dziesiatej bo musialem sie wyspac po emocjach dnia wczorajszego. Postanawiam zaczac od prania, bo uzbieralo mi sie juz troche brudnej bielizny i skarpetek a dzinsy tez wygladaja nienajlepiej.
Wkladam ciuchy, wsypuje proszek i puszczam machine w ruch. Jakie to proste. Teraz trzeba sie umyc, ubrac i pomyslec, co zrobic z tam pieknie rozpoczetym dniem. Maciek jest w biurze na miescie, ale wraca okolo pierwszej bo to ichniejsza sobota. Proponuje, zebysmy poszli wreszcie na basen. Jest to pierwszy naprawde cieply dzien wiec ani Kuba ani ja nie protestujemy i po drugiej jestesmy na basenie. Tam ani zywej duszy. Wszystko do naszej wylacznej dyspozycji. Maciek wskakuje od razu do wody.
Mowi, ze ciepla. Kuba sie wycofuje, a ja wchodze ale woda wydaje sie zimna.
Wychodze i staram sie jakos nastawic psychicznie na szok termiczny.
Wtedy dzwoni telefon Macka. Po chwili rozmowy Maciek oswiadcza:
"Chlopaki, mamy zaproszenie na obiad swiateczny od szefa dzialu finansowego- Justine’a. Natychmiast trzeba jechac, bo tam juz trwa balanga".
Wracamy sie przebrac i jedziemy do compoundu "Ronco". Jest to ekskluzywny campus dla VIP-ow, polozony blizej centrum miasta. Po czterdziesto-minutowej walce i kilkukrotnych konsultacjach telefonicznych docieramy na miejsce. Ja wystepuje w charakterze szofera. Na dyzurce ochroniarze ogladaja nasze dokumenty i pytaja, kto jest naszym sponsorem. Maciej wyjasnia i po chwili jestesmy na miejscu w luksusowej restauracji. Ten campus jest naprawde elegancki. Kelner- Hindus w stroju z epoki kolonialnej jest na kazde skinienie.
Witamy sie z gospodarzem oraz jego kompanami. Baluja tu juz od kilku godzin i wygladaja na nieco zmeczonych. Oprocz Justina sa tam; A.B. oraz drugi Anglik o nieco dalekowschodnich rysach twarzy- David. A.B. jest ze Szwecji ale jest muzulmaninem i ma zone Szwedke, ktora szybko znika. Justin jest Anglikiem ozenionym z Rosjanka Marina, ktorej nie ma. David tez jest sam.
Po krotkiej prezentacji panowie koniecznie chca wiedziec co my z Kuba tu robimy, wiec dla zartu mowie, ze pracujemy w secret service. To oczywiscie zart i w koncu opowiadamy nieco o sobie. Z A.B. troche rozmawiamy o Sztokholmie.
Panowie mowia, ze sa tu na wysokich stanowiskach finansowo-biznesowych i wszystko moga. Justine opowiada, ze byl tu mister Jin, ale juz wyszedl, pozniej jeszcze wyszlo paru gentlemenow i zostala tylko polowa mister Johny’ego, ktora jest wlasnoscia Macka. Johny jest z czarna naklejka, a wiec prawdziwy rarytas w krainie prohibicji.
Skads znajduje sie troche winopodobnego napoju wiec wznosimy toast swiateczny. Ja pije lyka i sie wymiguje od dalszej degustacji koniecznoscia prowadzenia samochodu, gdyz wlasnie dzis wypadl moj dyzur. Pada co prawda sugestia, ze w tym kraju istnieja taksowki ale podtrzymuje moje stanowisko. Panowie poprawiaja smak odrobina Mackowego Johny Walkera. Reszte drogocennego plynu wlasciciel zabezpiecza przelewajac go do butelki po Coca-Coli.
Wtedy dzwoni telefon naszego gospodarza. To jego zona. Justine pyta czy ktorys z nas zna rosyjski. Poniewaz odpowiedz jest twierdzaca dostajemy zadanie, zeby namowic jego zone aby przyszla, do tego koniecznie po rosyjsku. Koledzy wrabiaja mnie. oczywiscie. Staram sie jak moge, ale pani mowi, ze ma male dziecko, ktore niezbyt dobrze sie czuje i wobec tego moze innym razem. Nie ma ochoty na dluzsza konwersacje i prosi aby wyslac jej meza do domu. Koniec rozmowy.
Justine niezbyt zadowolony. Nasi gospodarze ida sie wykapac w pobliskim basenie a my czekamy na dalszy rozwoj wypadkow. Po jakis dziesieciu minutach szczesliwie wracaja i wtedy ktorys z nich wpada na pomysl odmowienia modlitwy z okazji swiatecznego spotkania. Stajemy wszyscy wokol stolu trzymajac sie za rece i David pierwszy wyglasza modlitwe anglikanska po angielsku a po nim A.B. muzulmanska po arabsku. Po tym wszyscy spojrzeli na siebie a A.B. powiedzial, ze slowa sa podobne i w koncu wszyscy modlimy sie do tego samego Boga. Prawdziwie wzniosla chwila i to na tym chyba polega ekumenizm.
Justine znow rozmawia prze telefon. Wrecza mi sluchawke mowiac, ze jak nie przyjdzie Marina to bede mial przechlapane. I koniecznie po rosyjsku. Marina mowi po angielsku a ja po rosyjsku. Oswiadczam, ze sytuacja jest powazna, i jesli chce odzyskac meza musi tu przyjsc, a przy okazji spelni dobry uczynek, i uratuje mi zycie, ktore jest zagrozone. Prosi aby dac sluchawke mezowi.
Po chwili dama pojawia sie we wlasnej osobie. To chyba moj najwiekszy sukces zyciowy w dziedzinie negocjacji. W wozku ich poltoraroczny syn, istna kopia Justine’a. Najwieksze osiagniecie w dziedzinie klonowania. Nawet lysina taka sama. Tatus nie ma szans na wyparcie sie ojcostwa.
Rozpoczyna sie ewakuacja. Justine probuje namowic malzonke do zaproszenia nas do nich do domu nastepnego dnia ale pani znajduje jakies wymowki i sprawa zostaje odlozona na moze kiedys.
Dziekujemy za mily wieczor, zegnamy sie ze wszystkimi i wracamy do domu.
Co z praniem. Najwyrazniej pralka zakonczyla juz swa dzialalnosc. Otwieram i….na podloge wylewa sie brudna woda. Szybka zatrzaskuje dzwiczki, probuje odwirowac i wypompowac wode. Nic z tego. Po dluzszym czasie udaje mi sie wyjac rzeczy i ide do Kuby dokonczyc pranie. Przed polnoca wywieszam rzeczy. To najdluzsze pranie w moim zyciu. Teraz trzeba isc spac.

Piatek 26 grudnia.
Wstaje o dziewiatej, myje sie szybko, pije kawe i wpada Kuba. Mowie, ze musze leciec do biura, bo Naji kazal mi sie stawic o dziesiatej. Kuba zdziwiony twierdzi, ze to jakas bzdura bo to ich niedziela i nikt tu nie pracuje. Mimo to ide, bo to kilka krokow . Ani zywej duszy. Czekam przez chwile ale nikt sie nie pojawia. Widocznie to jakies nieporozumienie. Trudno. Wracam do domku . Maciek robi pranie u Kuby a ja zdejmuje wysuszone rzeczy. Prasuje. Zelazko przypalone, troche je doprowadzam do stanu uzywalnosci ale prasowanie idzie bardzo ciezko.
Przychodzi ogrodnik i proponuje, ze wymyje mi samochod. Tego potrzebowalem. Troche ogladamy telewizje i rozmawiamy. Mamy tu campusowa kablowke. Jest nawet jeden polski program, Viva, na ktorej mozna posluchac troche europejskiej muzyki ale to glownie rap i temu podobne. Poza tym mamy Euronews, BBC World i Prime, CNN, niemiecki VOX, jakis rumunski program a dalej to Pakistan, Indie i caly przekroj telewizji arabskich z programem muzycznym, ktory tu nazywaja "habibi music", bo wszystkie piosenki, ktore tam leca, musza miec w tekscie slowo habibi. Habibi to po arabsku kochana, kochany itp. , a wiec to prawdopodobnie piosenki o milosci.
W telewizji saudyjskiej jest program w ktorym miejscowy doktor Miodek odpowiada na pytania zwiazane z obowiazujacym prawem koranicznym i regulacjami prawnymi. Oto probki pytan i odpowiedzi:
- "Czy kobieta moze opalac sie na plazy i kapac w morzu?"
- "Oczywiscie,ze moze, tylko musi byc w abaji"
- "Czy kobieta moze sie modnie ubierac?"
- "Oczywiscie, ze tak, abaja moze byc kolorowa, tylko musi byc czarna."
Przyklad jest byc moze anegdotyczny ale bardzo trafnie oddaje rzeczywistosc, a program istnieje naprawde.
W moim radiu jeszcze ciekawiej. Na ukf-ie piec miejscowych stacji, na srednich falach cztery. Jest jeden program propagandowy dla obcokrajowcow, ktory przez kilka godzin leci po angielsku. Glownie cytaty z Koranu z tlumaczeniami.
Raz byl wywiad z jakims anglikiem, ktory przeszedl na tutajsza wiare i uczy w szkole angielskiego. Twierdzi, ze tu znalazl sens zycia.
Czasem jakas kobieta opowiada jak jej dobrze.
Za to po zapadnieciu zmroku slychac dalsze stacje. Przy odrobinie szczescia mozna uslyszec BBC i to jedyna stacja co mowi w jakims zrozumialym jezyku.
W koncu idziemy na basen. Wreszcie odwazylem sie zanuzyc w wodzie i rzeczywiscie jest calkiem cieplo. Nawet Kuba do nas dolaczyl i we trzech sie pluszczemy. Jak na koniec grudnia to calkiem niezle.
Dowiaduje sie, ze chociaz z mojego telefonu nie mozna zadzwonic do Polski to prawdopodobnie moge wysylac SMS-y i odbierac telefony z kraju. Wysylam SMS-a do Hani i ku mojej radosci dostaje odpowiedz. Wreszcie jakis kontakt z domem.
Potem jedziemy do Filipinczykow na obiad. Musimy zrobic zakupy kulinarne, bo o dwudziestej drugiej przylatuje trzech kolegow z kraju I byc moze trzeba bedzie zaimprowizowac jakas kolacje. Ja powoze a koledzy maja niezly ubaw. Jest duzy ruch i Kuba mowi: " Tu sie jezdzi lewym pasem ".
Wykonuje ale cos sie zaklinowalo. Maciek rozkazuje: "teraz na prawy ".
Stajemy na swiatlach i samochody za mna strasznie trabia, bo chca skrecic w prawo a ja czekam, az zapali sie zielone zeby pojechac prosto. Mieszkancy tego kraju robia wrazenie spokojnych, flegmatycznych ludzi ale za kierownica staja sie strasznie nerwowi. Kuba twierdzi, ze trabienie pomaga im pokonac poczucie niedowartosciowania. Chyba jest w tym troche prawdy.
W koncu wracamy do naszej twierdzy. Ja zostaje a Maciek z Kuba jada na lotnisko po chlopakow. Ja mam przygotowac jakas kolacje.
Po jakims czasie Maciek dzwoni, zeby dac sobie spokoj z kolacja, bo ktos z biura w miescie zabral naszych do jakiegos hotelu. Za to spotkali na lotnisku Karola z zona Kasia, ktorzy przylecieli tym samym samolotem i przywioza ich do village.
Karol tu juz pracuje dlugo i byl w Polsce na urlopie. Po polgodzinie wpadaja wszyscy we czworke. Karol i Kasia nie chca nic jesc. Troche rozmawiamy i ida do siebie. Trzeba isc spac.

Sobota 27 grudnia.
O drugiej w nocy budzi mnie telefon. Dzwoni niejaki Willard z centrali. Pyta czy jestem na jakiejs tam stacji, bo ma napisane, ze wlasnie o tej porze mialem miec juz ja przygotowana do jego dzialan. Odpowiadam, ze nic o tym nie wiem a wogole to wlasnie wyrwal mnie z glebokiego snu. Przeprasza i komentuje, ze widocznie ktos zapomnial mnie powiadomic o nocnej pracy. "Trudno , wobec tego spij dobrze".
Ale jak tu spac. Nieco oprzytomniawszy, zaczynam sie zastanawiac, czy przypadkiem nie mialem sie stawic do biura o dziesiatej wieczorem a nie rano. Dzwonie do Willarda i pytam, czy nie sadzi, ze powinienem w srodku nocy zadzwonic do szefa, i spytac, czy cos wie na ten temat.
Willard odpowiada, ze to zalezy ode mnie, ale i tak jest juz zbyt pozno, zeby cokolwiek zrobic. Wobec tego postanawiam isc spac i zobaczyc co bedzie rano. W koncu zdenerwowany zasypiam.
Rano, jak by nigdy nic ide do biura szeryfa. Normalna rozmowa, nic na temat mnie interesujacy. W koncu nie wytrzymuje i opowiadam Naji-emu o nocnym telefonie. On zdziwiony mowi, ze nic nie wie i pozniej sprawdzi o co chodzilo. Wiecej juz ani slowa. Chyba za bardzo sie przejalem.
W koncu dowiadujemy sie, ze mamy z Kuba w nocy prace na centrali i na razie mozemy odpoczywac. Do dziesiatej wieczorem laba.
Dostaje wiadomosc, ze do naszego biura przyjechali koledzy z Gdanska. Ide sie z nimi przywitac. Okazuje sie, ze zaraz jada do Dammanu, miasta nad Zatoka Perska.
Na centrali wreszcie poznaje Willarda, z ktorym do tej pory rozmawialem przez telefon. Przyjechal z Zimbabwe, jest czarny jak smola i bardzo przyjemny z niego facet.
Pracy niewiele, w koncu rano idziemy spac.

Niedziela 28 grudnia.
Kolo poludnia wstaje. Maciek w pracy. Kuba nadal spi. Po poludniu idziemy do biura upewnic sie czy mamy nastepna nocke. Okazuje sie, ze nie. Jutro bedziemy mieli cos na miescie. Tez dobrze. Poza tym nic ciekawego. Jakos sie ochlodzilo.
Znow dzwonie w sprawie zepsutej pralki. W koncu po kilku godzinach przychodzi Hindus w garniturze i pyta sie o co chodzi. Wiec pokazuje, ze pralka nie wypompowuje wody. Obiecuje, ze zaraz zawola serwisantow. Przychodzi dwoch. Przez pol godziny fachowcy czyszcza filtr po czym wychodza. W pralce nadal stoi woda. Za chwile dzwoni Hindus z wiadomoscia, ze zaraz przyjda i zabiora pralke bo nam nie przysluguje.
Pralki naleza sie tylko malzenstwom, a my mamy korzystac z serwisu pralniczego. Trzeba jedynie wypelnic odpowiedni formularz i wrzucic rzeczy do odpowiedniego worka.
W ten sposob nie mamy juz pralki a serwis pozbyl sie problemu. Na szczescie Kuba wciaz ma pralke, tylko co bedzie jak wyjedzie pod koniec stycznia. Okazuje sie, ze tu mieszkaja jakies malzenstwa. Jeszcze nie widzialem zadnej niewiasty na terenie campusa, poza Kasia - zona Karola, ale to dobra wiadomosc. Moze sa tu gdzies jakies ukryte kobiety.

Poniedzialek 29 grudnia.
Rano w biurze dowiadujemy sie z Kuba, ze mamy jakas robotke na miescie. Jedziemy. Na miescie straszny tlok i w koncu docieramy na miejsce. W wolnych chwilach robie pare zdjec. Wkrotce wracamy.
Wieczorem po przedostatniej modlitwie jedziemy z kolegami Mackowozem do Filipino center. Moj samochod dla odroznienia nazywany jest Misiowozem.
Maciek przyspiewuje sobie pewna piosenke, ktorej kolejne zwrotki powstawaly przez kilka lat wspolnej pracy w Polsce. Jej refren brzmi: "My jestesmy biedne misie, u-haha, u-haha. Przechlapane mamy dzisiaj, u-haha, u-haha".
Wpadamy na kurczaka do barku u Filipinczykow. Nieglugo chyba zaczne gdakac.
Te kurczaki z ryzem w dwoch wersjach smakowych zaczynaja mi wychodzic uszami.
Ich podstawowa zaleta to cena, za te pieniadze nie kupisz produktow do ugotowania czegokolwiek, nawet w supermarkecie. Uciekamy szybko z baru bo zamykaja.
Za chwike zaczyna sie nastepna modlitwa. Idziemy w strone, gdzie skoncentrowany jest caly handel w tej dzielnicy. Na razie wszystko zamarlo. Idziemy wolno waskimi uliczkami. Powoli powraca zycie. Pakistanczycy i filipinczycy, ktorych tu jest najwiecej odkrywaja stoly z towarami. Co chwile ktos podchodzi i pokazuje jakis szwajcarski zegarek made in china, original. Bardzo duzo tu zegarkow na straganach. Mnostwo roznych gadzetow a wszedzie ten sam repertuar. Sa stragany z perfumami niewiadomego pochodzenia z napisami po arabsku, tez original. To chyba w wiekszosci sa towary indyjskie. Duzo sprzetu elektronicznego. Jakies male radyjka, walkmeny i discmeny.
Dochodzimy do budynku w stylu sukiennic w Krakowie. Tu sa male stoiska i sklepiki. Nagle widze mala kamerke kolorowa o jakiej marzylem. Jest wielkosci polowy paczki papierosow. Sprzedawca demonstruje jak to dziala. Cena bajeczna. Mowie, ze tu wroce. Wedrujemy dalej. Sa ekrany LCD, ktore mozna zamontowac w samochodzie, podlaczyc pod odtwarzacz DVD i masz kino dla dzieci podczas jazdy. Niezly bajer.
Wychodzimy na ulice. Z trudem przeciskamy sie kolo straganow przez tlum wolno poruszajacy sie w obu kierunkach. Sprzedajacy maja jakies odtwarzacze z glosnikami. Za ich pomoca zachwalaja swoje towary. Panuje straszliwy tlok i halas. Istna Sodoma i Gomora. Widze kilka kobiet w abajach z zakrytymi twarzami ktore siedza na malych dywanikach i maja do sprzedania puszki z jakimis napojami, i jakies drobiazgi glownie kulinarne. Kobiety tu nie moga byc ekspedientkami w sklepach ani na straganach. Im nie wolno jest robic zadnych interesow, nawet powazniejszych zakupow. Te, to widocznie samotne kobiety, ktore usiluja zarobic jakies pieniadze na zycie. Obok tego wszystkiego powoli poruszaja sie samochody z przerazliwym trabieniem, gdyz jezdnia tez jest zajeta przez przechodniow. Mijamy ulice, na ktorej znajduja sie liczne biura podrozy, ktore zajmuja sie wylacznie organizowaniem pielgrzymek do Mekki. Jest to jedyna forma turystyki funkcjonujaca w tym kraju. W koncu docieramy do samochodu . Jest juz pozno i trzeba wracac. Przejezdzamy przez centrum miasta, ktore o tej porze jest pieknie oswietlone. Mnostwo bardzo kolorowych neonow na domach handlowych i sklepach nadaje tej czesci miasta characteru bardzo wielkomiejskiego. Jest to jednak calkiem inne od Europy. Przejezdzamy przez obszar, na ktorym rozlokowaly sie wielkie sklepy motoryzacyjne. W srodku ekspozycje wszystkich swiatowych firm tej branzy. W koncu docieramy do Rijad Village. Tak minal kolejny dzien.

31 grudnia sroda.
Dzisiaj Sylwester. Rano okazuje sie, ze nie mamy nic do roboty. Wyskakujemy do miasta na male zakupy i robimy jakies proste jedzenie. Na dwudziesta pierwsza mamy zaproszenie do Luszczykow. Kuba robi paste rybna zebysmy tam nie szli z pustymi rekami.
Wreszcie nadchodzi wieczor. Idziemy we trzech. Karol i Kasia mieszkaja w podobnym domku jak my wszyscy tu na campie. To trzy minuty na piechote. Gospodyni upiekla jakies ciasteczka a najwieksza atrakcja jest grill. Przychodzi Tomek i chlopaki zaczynaja zabawe z grillem. Po pewnym czasie mamy cos do jedzenia. Kasia pokazuje mi dwie ksiazki kucharskie z opisami po angielsku potraw z roznych czesci swiata, ktore kupila tu w Rijadzie. Ksiazki sa ladnie wydane i zawieraja sporo kolorowych zdjec oraz informacji, nie tylko o tematyce kulinarnej. Szczegolnie ciekawy wydal mi sie wiszacy u nich zegar nascienny z cyframi po arabsku. Nie wiem dlaczego nasze cyfry nazywane sa arabskimi, jesli w rzeczywistosci arabowie zapisuja je inaczej. Mysle, ze smiesznie bylo by kupic taki zegar.
Sylwestrowy wieczor mija w milej atmosferze. O polnocy skladamy sobie zyczenia i wkrotce rozchodzimy sie do domkow. Ide spac. O drugiej dzwoni Hania i skladamy sobie zyczenia. Zdarzylem juz nieco przysnac i jestem malo przytomny. Ale bardzo sie ucieszylem, ze moglem uslyszec glos mojej kochanej zony.
I tak zaczal sie Nowy Rok.

Sroda 6 stycznia
Dostalismy z Kuba cos do zrobienia w rejonie Qassim. Mila odmiana bo ostatnio pracowalismy tylko w Rijadzie i nie dzialo sie nic ciekawego. Niestety nasz dobry nastroj nieco przygasl, gdyz zaczela sie burza piaskowa. Widocznosc zrobila sie jak podczas zamieci snieznej. Na autostradzie to jednak specjalnie nie przeszkadza z wyjatkiem tego, ze silny wiatr mocno rzuca samochodem. Jakies sto osiemdziesiat kilometrow od Rijadu zjezdzamy z autostrady w prawo. Nasz pierwszy cel znajduje sie jakies dwiescie czterdziesci kilometrow od startu. Pogoda na szczescie sie poprawia wiec latwo docieramy do dwoch pierwszych miejsc. Szybko robimy to co mamy w planach. Kuba robi mi zdjecie przy znaku drogowym ostrzegajacym o wielbladach. U nas jest narysowana krowka albo jelen a tu wielblad. Taka ciekawostka przyrodnicza. Na glownych autostradach sa zbudowane wiadukty specjalnie dla tych przemilych stworzen. Sa tam tablice z napisem: "camel overpass". Na bocznych drogach nie ma takich udogodnien i mozna sie natknac na stado tych zwierzat. Po pustyni walesaja sie tez stada dzikich wielbladow.
Teraz wracamy na glowna autostrade, poniewaz musimy jeszcze dotrzec do jednego site’u, blizej Rijadu ale po przeciwnej stronie autostrady. Dlatego zostawilismy je na koniec. Wreszcie docieramy na miejsce. Jest tu male osiedle rozpostarte obok dosc wysokiej gorki, a na jej szczycie znajduje sie wieza, cel naszej podrozy. Szukamy drogi prowadzacej na szczyt ale w zaden sposob nie mozemy jej znalezc. Od strony miasteczka jest ostre urwisko, po ktorym byloby wrecz niemozliwe wdrapac sie na piechote, a z drugiej strony zbocze nachylone jest pod katem dochodzacym miejscami do 40 stopni i wszedzie lezy mnostwo kamieni. Jak tu wjechac Fordem Focusem, ktory ma niskie zawieszenie. Na dodatek jest szosta po poludniu i blyskawicznie zapadaja ciemnosci.
Dzwonie do Naji’ego i mowie, ze niestety nie mozemy znalezc drogi umozliwiajacej wjazd na gore. Nasz szef mowi zeby jeszcze poprobowac przez pietnascie minut i jak nie, to wracac do Rijadu. Wreszcie wracamy troche zdegustowani bo bylismy zaledwie dwiescie metrow od celu.
W drodze powrotnej Kuba opowiada mi przeczytana w gazecie historie o zwyczajach panujacych w rejonie Qassim. Podobno wiele malzenstw funkcjonuje tu w ten sposob, ze ani maz ani dzieci nie moga zobaczyc twarzy swojej zony-matki. Moga ja obejrzec dopiero po jej smierci. Jeden mezczyzna wystapil do wladz z prosba aby nakazaly jego zonie zdejmowanie abaji w domu. Odpowiedz byla taka, ze oczywiscie nie istnieje zaden powod dla ktorego jego zona mialaby chodzic w abaji w domu ale wladze nie moga nic zrobic, gdyz to jest jej wola. Zona owego nieszczesnika uciekla do domu swoich rodzicow i wrocila dopiero wtedy, gdy jej maz obiecal, ze juz nie bedzie jej nagabywal.
Niesanowita opowiesc ale nietrudno sobie wyobrazic, ze moze byc prawdziwa.

Czwartek 7 stycznia
Rano mamy planowe przelaczenie transmisyjne w Rijadzie. Musimy byc na stacji o osmej. Wyruszamy przed siodma. Przedzieramy sie przez zakorkowane miasto i w koncu docieramy na miejsce Czekamy, az w innym miejscu pojawi sie jakis facio i bedzie mogl zrobic to samo co my tutaj. Przed dziesiata dowiadujemy sie, ze facet nie moze tam wejsc, bo od nowego roku przestala dzialac jego przepustka. Zjazd do bazy.
Tu okazuje sie, ze musimy jednak wjechac na gore. Podobno jest tam jakis podjazd. Wyruszamy w droge. Na dodatek wzmogla sie burza piaskowa. Po drodze widze stado wielbladow przy drodze. Zatrzymuje sie i ide z aparatem w strone zwierzat. Nie sposob oddychac. Gorace powietrze zmieszane z bardzo drobnym pylem wdziera sie do nosa i ust. Silny wiatr malo mnie nie przewraca. Jednak dopinam swego i robie zdjecie.
W koncu docieramy do zakletej gory. Piaskowa zawierucha nieco przycichla i jezdzimy wkolo szukajac jakiegos podjazdu. Nie ma ale w jednym miejscu jest odcinek pustyni, ktory wydaje sie dawac jakas nadzieje. Decyduje sie sprobowac. Jade okolo kilometra slalomem omijajac lezace kamienie i doly. Zbocze robi sie coraz bardziej strome i popekane. Wreszcie sie poddaje bo obawiam sie, ze zawisne na nierownosciach i kamieniach, i wtedy dopiero bedzie numer. Ja w koncu odpowiadam za Misiowoz. Powolutku zjezdzam tylem ze zbocza jakies piecdziesiat metrow i zatrzymuje sie.
Narada wojenna. Kuba twierdzi, ze to tu normalne i on bez trudu wjedzie. Ja mowie, ze boje sie o auto. Potrzebujemy samochodu terenowego z napedem na cztery kola- argumentuje. Ale w naszej firmie Range Roverami rozbijaja sie po Rijadzie szefowie. Szaraki maja jezdzic Fordami. Ciekawe, kto tu zwariowal.
W koncu ustepuje, Kuba zasiada za kierownica a ja ide obok obserwujac akcje. Samochod chwilami szoruje po wystepach skalnych ale jakos dociera do celu. Nie wiem jak tu przywiezli wieze i kontener. Z gory niesamowity widok i nie widac zadnej lepszej drogi.
Okazuje sie, ze nie mozemy wejsc do kontenera bo potrzebny jest klucz o ktorym nikt nam nie powiedzial. Moj towarzysz niedoli mowi: "Insz Allach". Widocznie taka byla wola opatrznosci. To tez tu normalne.
Koniec pracy. Kuba zjezdza na dol, a ja ide obok, coraz to bardziej obawiajac sie o nasz pojazd. Slychac zgrzyt kamieni ocierajacych sie o spod samochodu. Usuwam wieksze z nich na bok ale jest ich zbyt wiele. W koncu samochod zawisa na jakim wystepie, jednak jakos udaje sie go uwolnic. Docieramy wreszcie do drogi. Spod samochodu ciagna sie po ziemi strzepy jakiejs dosc grubej folii aluminiowej, ktora odrywamy a tlumik grzechocze jakby zaraz mial sie urwac. "Przymocujemy go na strapy"- mowi Kuba. Jestem wsciekly. Siadam za kierownica i dluzszy czas nie odzywamy sie do siebie. Spogladam od czasu do czasu na wskaznik poziomu paliwa, ale na szczescie chyba nie przedziurawilismy zbiornika bo wskazowka nie opada.
Nagle widzimy przeszkode na drodze. Jeden z wielbladow z wczesniej spotkanego stada wyszedl na droge. Zwalniam i Kuba fotografuje z samochodu zwierzaka z odleglosci poltora metra. Poprawia mi sie nieco humor.
Zapadaja ciemnosci i w koncu docieramy do Rijadu.

8 - 22 stycznia
Nastepne dni nie przynosza zadnych ciekawych wydarzen.
Od dziesiatego stycznia zalapujemy sie z Kuba na nocna prace na centrali.
Junior wykonuje jakies robotki na miescie w ciagu dnia. My z Kuba wracamy rano i idziemy spac. Ja sporadycznie widuje sie z Mackiem, z ktorym mieszkam w jednym domku . Przewaznie sie mijamy. Przez ponad tydzien nie wyjezdzam na miasto.
I tak mija dzien za dniem. Jedyne spacery, to sto piecdziesiat metrow do pracy i mniej wiecej tyle samo do sklepiku, ktory znajduje sie na terenie compoundu. Pogoda jest parszywa, prawie caly czas leje i jest bardzo zimno wiec nawet nie zaluje. Nie moge zrozumiec dlaczego tu nic nie rosnie, bo czasem trudno sie przedrzec przez kaluze.
Przynajmniej czas szybko leci. Jedyny sukces to uruchomienie Internetu na karte. Mam wreszcie jakis sensowny kontakt ze swiatem.
Hania mi przypomniala, ze minal miesiac od mojego wyjazdu z Polski.
Dwudziestego drugiego w czwartek jedziemy wczesnym wieczorem we czworke do Filipino Center. Chlopaki marza o zjedzeniu kurczaka. Ja mniej. Ale pogoda sie poprawila i nawet chetnie decyduje sie na spacer po sklepikach. Wczodzimy do "naszego" barku i siadamy. Dlugo sie zastanawiamy co wziac i wszyscy sie z tego smieja, bo zachowujemy sie tak, jakby tu byl jakis wybor. Po jedzeniu spacer po sklepach. Kupuje karte do Internetu na wypadek, jakby obecnie uzywana sie skonczyla i paczke dyskietek. W koncu trzeba wracac bo idziemy z Kuba do pracy.

23 stycznia - piatek.
Wracam okolo wpol do siodmej rano i pakuje sie szybko do lozka. O wpol do dziewiatej budzi mnie Maciek i pyta czy jade z nim na wyprawe do jaskini. Czuje sie zupelnie nie wyspany ale te wyprawe planowalismy juz dawno temu i okazja moze sie nie powtorzyc, wiec szybko sie myje i ubieram. Poprzedniego wieczora ustalilismy, ze Kuba i Junior nie jada wiec wyruszamy sami. Po drodze wpadamy do miejscowego sklepiku aby kupic jakies bulki i cos do picia, i swieczki, o ktorych zapomnielismy wczoraj. Mamy ze soba latarki a Maciek sprzet do nurkowania. Po drodze wpadamy do innego compoundu, gdzie maja do nas dolaczyc pozostali uczestnicy ekspedycji. Ma byc Harry, Kanadyjczyk z zona i z dziecmi i polak Marcin, ktorego znam wlasciwie tylko z widzenia ze swoja towarzyszka zycia.
Czekamy chwile i wreszcie pojawiaja sie dwa samochody. Kanadyjczycy okazuja sie byc czystej krwi Wikingami ze Szwecji rodem, ich dzieci to dwoch braci- blondasow w wieku osmiu i dziesieciu lat. Marcin ma do nas dolaczyc gdzies po drodze, a w drugim samochodzie, z rejestracja korpusu dyplomatycznego inny mlody czlowiek ze Szwecji. Jedziemy za nimi, gdyz nie znamy drogi. Zatrzymujemy sie na stacji benzynowej, gdzie dolacza do nas Marcin z zona. Panie sa oczywiscie w abajach. Maciek probuje rozmawiac po szwedzku z malcami.
Wkrotce konwoj, teraz zlozony z czterech samochodow rusza w dalsza droge. Jestesmy na autostradze prowadzacej do Kharj. Krajobraz robi sie coraz bardziej pustynny. W pewnym momencie wylaniaja sie jakies wzgorza po lewej stronie. Skrecamy w boczna droge i za chwile jedziemy juz przez pustynie w kierunku wzgorz. Asfalt sie konczy i zaczyna sie safari ale droga jest wyjezdzona przez samochody. W koncu jestesmy na miejscu. Przejechalismy jakies osiemdziesiat kilometrow od Rijad Village.
Przed nami wysoka, miejscami popekana sciana, chyba z piaskowca. Robi niesamowite wrazenie. Jest wysoka na jakies piecdziesiat metrow. Na dole widac wejscie do jaskini. Maciek widzac wejscie wypowiada serie jakichs przeklenstw po szwedzku, na co Harry rewanzuje sie soczysta wiazanka po polsku, jakiej nie powstydzil by sie zaden warszawski taksowkarz. Widocznie kiedys pracowal w Polsce.
W poblizu widze grupke miejscowych, doroslego mezczyzne i kilku chlopcow. Przygladaja sie z zainteresowaniem.
Panie pozbywaja sie czarnych workow i wreszcie wygladaja jak prawdziwe kobiety. Zona Harry’ego, typowa Szwedka koloru blond, jest troche przy tuszy. Towarzyszka Marcina jest niewysoka mloda szatynka. Panowie zakladaja plecaki, tylko ja jestem wolny jak ptak. Buleczki i woda sa w worku Macka a ja zakladam moja latarke na glowe.
Jeszcze kilka zdjec i pada haslo: wchodzimy.
Malcy wraz z mlodym dyplomata ruszaja pierwsi. Reszta za nimi. Schodzimy w dol. Nie ma zadnej sciezki, same kamienie. Jest to pokruszony piaskowiec roznej wielkosci od duzych glazow do zwiru. Miedzy nimi sa glebokie szczeliny. Trzeba uwazac, zeby tam nie wpasc. Duze kamienie pokryte sa pylem i buty sie po nich slizgaja. Nad glowa sufit z poperanego piaskowca nie wzbudza zaufania. W kazdej chwili cos moze spasc na glowe. Schodze stapajac powoli bo niektore kamienie sa ruchome. Szukam najlepszej drogi ale od czasu do czasu dochodze do miejsca, z ktorego trudno jest zejsc dalej. Spadek jest bardzo ostry. Miejscami to niemal pionowa sciana. Prawdziwe wyzwanie dla poczatkujacego speleologa, tym bardziej, ze nie mamy tu zadnej asekuracji. Boje sie zeby jakis osuwajacy sie kamien nie spowodowal lawiny. Od czasu do czasu robie zdjecia. Wszyscy juz sa z przodu. W pewnym momencie juz nikogo nie widze. Staram sie ich dogonic. Troche sie zblizam. Juz nie widac swiatla slonecznego, jedynie latarki oswietlaja wnetrze. Kilka razy sie zastanawiam, czy nie zrezygnawac. Doganiam Macka i dziele sie z nim ta mysla. Maciek twierdzi, ze jeszcze troche i bedziemy na miejscu. W koncu docieramy do groty. Jest mniejsza niz przypuszczalem i Maciek tez jest zawiedziony. Jezioro jest niewielkie. Na jednej ze scian sa napisy pozostawione przez naszych poprzednikow.
Wszyscy rozkladaja swoje rzeczy. Jest dosc cieplo. Kiedys gdzies przeczytalem, ze w jaskiniach panuje stala temperature okolo siedmiu stopni. Tu jest pewnie ze dwadziescia. Malcy szybko sie rozbieraja i wskakuja do wody. Przy brzegu jest bardzo plytko ale dalej konczy sie polka i nagle robi sie gleboko. Ktos tu zostawil spora detke samochodowa na sznurku w charakterze kola ratunkowego. Dzieci z niej korzystaja. Maciek zgodnie z planami tez sie rozbiera i wchodzi do wody. Mowi, ze jest ciepla. Probuje mnie namowic ale ja nie mam ochoty na kapiel. Marcin idzie w slady Macka ale dosc szybko wychodzi. Dla niego woda nie jest taka ciepla. Odpoczywamy i spozywamy nasze zapasy. Ja caly czas zastanawiam sie, jak dam rade wejsc z powrotem. Jestem wykonczony, a to byla droga w dol. Teraz trzeba te sama trase pokonac pod gore. Ktorys ze Szwedow proponuje, zeby zgasic wszystkie swiatla. Zapadaja kompletne ciemnosci. Tu rzeczywiscie nie dociera zadne swiatlo z gory. Jestesmy podobno sto trzydziesci metrow ponizej poziomu gruntu.
Jaskinia nazywa sie Ain Hit. Jeszcze na poczatku XX wieku byla uzywana jako wodopoj dla wielbladow. Lustro wody siegalo wejscia. Korzystal z niego ponoc obecny krol Abdulaziz. Wiadomo, ze w 1982 roku woda byla sto dziesiec metrow wyzej niz obecnie. Z miejsca w ktorym sie teraz znajdujemy mozna przeplynac pod woda do nastepnej komory, ktora jest niemal calkowicie wypelniona woda. Jest to bardzo niebezpieczne i wymaga uzycia pelnego sprzetu nurkowego.
Zaczyna sie powrot. Idziemy z Mackiem na samym koncu. Poczatkowo jestem zaskoczony, ze jest tak latwo. Mniej wiecej w jednej trzeciej drogi powrotnej jest odcinek szczegolnie niebezpieczny. To tez jakos udaje mi sie pokonac. Jest tam niemal pionowa sciana. Mam z tym pewne trudnosci i wchodze w jakies czelusci piekielne, zakonczone waskim przejsciem, przez ktore ledwo sie przeciskam. Moje konczyny zaczynaja protestowac. Oddycham bardzo szybko. To chyba zasluga papierosow. Twardo wdrapuje sie dalej. Nie ma wyboru. Trzeba stad sie jakos wydostac. Przeciez tu nie zostane.
Wreszcie robi sie widno. Ide dalej. Nogi sa jak z waty. W koncu widac otwor, a za nim kawalek nieba. To wciaz kilkadziesiat metrow. Jakos udaje sie jeszcze znalezc jakies nadludzkie sily i w koncu jestem na zewnatrz. Jestem tak zmeczony, ze chce troche odpoczac. Nade mna popekane skaly. Strach dodaje mi sil i posuwam sie dalej. Sa samochody. Teraz mozna odpoczac. Operacja "powrot" trwala okolo godziny. To chyba dobry wynik. Mackowi wspinaczka tez dala sie we znaki.
Miejscowi, ktorych widzialem poprzednio, wciaz tu sa. Usmiechaja sie serdecznie i machaja do nas. Odpowiadam na pozdrowienie. Wyglada na to, ze czekali na nasz powrot. Po chwili odjezdzaja. My odpoczywamy, troche gawedzimy i robimy ostatnie zdjecia. Wkrotce ruszamy w droge powrotna. Wyprawa zakonczona.
Powinienem sie jeszcze troche zdrzemnac przed praca. Rezygnujemy wiec z ambitnego planu dokonania zakupow. Udaje mi sie przespac jakies dwie godziny, kiedy przychodza Kuba z Juniorem. Wkrotce trzeba bedzie wyjsc. Jestem w wybitnie fatalnej formie i do tego boli mnie glowa.
Kilka minut po 22-giej wchodzimy z Kuba na centrale. Filipinczycy juz sa. Przemile chlopaki. Wygladaja troche jak azjatycka wersja Flipa i Flapa. Joseph, duze, wiecznie usmiechniete chlopisko, natomiast Alvin niewysoki, drobny, czasem troche smutny. Z nimi jestesmy najbardziej zaprzyjaznieni.
Kuba postanowil nauczyc ich troche polskiego i chlopaki robia duze postepy. Nie tylko oni. Wszystkim bardzo spodobalo sie "czesc" i tak sie teraz wszyscy witaja ze soba.
Siadamy przy komputerach i zaczynamy przygotowywac sobie okienka. Po chwili wchodzi Willard, jak zwykle usmiechniety i pelen energii. Czesc- wita sie po kolei ze wszystkimi. Biale zeby i oczy wyraznie kontrastuja z jego czarna buzia.
Willard to swietny specjalista. On tu rzadzi. I jedynie on jest w stanie znalezc wyjscie z kazdej, nawet najgorszej opresji. Opowiadal ktoregos dnia, ze w mlodosci zaczynal od pracy fizycznej jako instalator. Pracujac studiowal i ciezka praca zdobyl wyksztalcenie, i obecne stanowisko. Musi byc wybitnie zdolny. Szczerze mowiac, nie wiem w jakim jest wieku, ale wyglada bardzo mlodo.
Willard wrecza Josephowi kartke z zadaniami na dzis. Na jednej ze scian znajduje sie zwykla tablica szkolna, na ktorej zapisywane sa stacje i osoby, ktorym zostaja one przydzielone. W trakcie pracy wpisuje sie w odpowiednie rubryki dane dotyczace kolejno wykonanych etapow pracy. Dopoki wszyscy nie zakoncza kolejnego etapu, pozostali nie moga przystapic do nastepnego. Juz wiemy, ze pracy bedzie duzo. Przed nami ciezka noc.
Wreszcie przychodzi jedyny wsrod nas saudyjczyk Amir. Ubiera sie po europejsku i jest totalnym luzakiem. Jego ulubionym zajeciem jest przekomarzanie sie z Willardem.
Na koncu pojawia sie MisterAzar, przystojny Palestynczyk z Libanu. Mily czlowiek i doskonaly specjalista. Za pomoca telefonu i komputera zarzadza zespolem technikow, ktorzy zestawiaja dla nas nowe polaczenia transmisyjne. Porozumiewa sie z nimi w trzech jezykach, po angielsku, po arabsku i chyba po libansku. Jestesmy juz w komplecie. Praca rusza pelna para.
Mimo braku snu poczatkowo idzie mi nawet niezle. W pewnym momencie, kiedy zaczynam nastepna stacje, zaczynaja sie klopoty. Wpatruje sie z niedowierzaniem w ekran monitora. Ledwo polowa urzadzen pracuje, a reszta totalnie padla. Jak zgadnac, czy ktos je celowo powylaczal, czy ten zlom sam wyzional ducha. Postanawiam skorzystac z ostatniej deski ratunku.
Mister Willard, czy moglby pan na to popatrzec? Chyba mamy niezly pasztet. Willard podchodzi i przeglada dane w komputerze. Na jego dotad usmiechnietej twarzy powoli pojawia sie wyraz zatroskania.
Mowi do wszystkich: -Wyglada na to, ze najblizsze noce to bedzie prawdziwe pieklo. To nie Rijad, gdzie panuje wzgledny porzadek. Tu mamy straszny balagan.
Kuba, ktory od pewnego czasu zerkal z zainteresowaniem z przeciwleglego konca sali, odzywa sie nagle: -Ja chyba mam to samo.
No to bedzie muszkila - mowie do niego po polsku. Muszkila to po arabsku problem. Kuba na to z usmiechem - mafi muszkila, nie ma zadnego problemu.
W miedzyczasie Willard blyskawicznie przelicza zasoby transmisyjne. To powinno wystarczec - mowi. Mister Michael, niech pan to na razie zostawi i zajmie sie innymi stacjami. Ja sie zastanowie i pozniej do tego wrocimy. Katem oka widze, ze usmiech szybko znika z twarzy Kuby i po chwili wola Willarda do siebie.
Ja sie zmagam z kolejnymi stacjami i bolem glowy. Nie wzialem aspiryny. Trudno. Trzeba jakos dotrwac do rana.
Szybko mija gadzina za godzina. Kuba konczy swoja robote i bierze ode mnie moja zaminowana stacje, z ktora znow zazarcie walcze od pewnego czasu. Co za ulga. Moge wreszcie zadzwonic do ludzi pracujacych w terenie i przekazac im potrzebne informacje. Z pomoca przychodzi Willard, widzac, ze obaj mamy juz dosyc. Tak tu jest. Wszyscy sobie pomagamy w potrzebie. Prawdziwa solidarnosc.
Wreszcie koniec pracy. Na zewnatrz swieci slonce. Mozna isc spac.

Od tej pory juz nie mam czasu na pisanie mojego pamietnika. Dostalem pod opieke grupe czterech Filipinczykow, z którymi podrozujemy po tym wielkim kraju. Przewaznie wracamy do Rijadu na weekendy. Jest to dosc ciekawe ale meczace. Czuje sie juz bardzo zmeczony. Jest coraz cieplej i na pustyni upal daje sie mocno we znaki. Noce sa nadal dosc chlodne.
Nadchodzi pora Hadju. To wielkie swieto muzulmanskie, kiedy przez tydzien miliony wiernych zjezdzaja sie z calego swiata na pielgrzymke do Mekki i Mediny. My mamy wakacje. Kuba wraca do Polski. On tu byl ponad pol roku. Odwozimy go na lotnisko. Teraz rozumiem dlaczego to lotnisko jest takie duze. Pielgrzymki sa prawdopodobnie najwieksza operacja logistyczna na swiecie. Na lotnisku dziesiatki tysiecy ludzi. Olbrzymie Jumbo-jety odlatuja jeden za drugim. Nigdy w zyciu nie widzialem takiego tlumu ludzi. Wszyscy ubrani w tradycyjne stroje. Jest bardzo kolorowo. Jest sporo pakistanczykow i hindusow, którzy leca do domu na wakacje. Z wielkim trudem odnajdujemy wlasciwe miejsce. W koncu zegnamy sie z Kuba. Troche mu zazdroszcze, ze on ma juz to wszystko za soba. My z Mackiem zostajemy. W miejsce Kuby przyjechal Junior, który do tej pory byl w Dammanie, wiec bedzie wesolo. Wracamy do domu. Jest juz ciemno. Trzeba isc spac. Jutro nastepny dzien wakacji.

Nastepne kilka dni spedzamy na blogim lenistwie. Duzo czasu spedzamy na basenie.

Pewnego marcowego dnia wybieramy sie z moimi Filipinczykami na pustynie. Jest to mala wioska "in the middle of nowhere" jakies 500 kilometrow na polnocny wschod od Rijadu. Z mapy wynika, ze do najblizszego miasteczka z hotelem jest jakies 70 kilometrow. Bedzie wesolo.
Z Rijadu wyruszamy dosc pozno bo filipinczycy dlugo probuja wyciagnac jakies pieniadze na droge ze swojej firmy.
Spotykamy sie za check-pointem i dalej razem podrozujemy w dwa samochody. Tak jest bezpieczniej. Po drodze zatrzymujemy sie, zeby cos zjesc. Na miejsce docieramy tuz przed zachodem slonca. Wioska polozona jest w kotlinie miedzy gorami. Znajduje sie tam dziesiec sporych domow, szkola, meczet i dwie stacje benzynowe z malymi sklepikami. Dookola sa czarne jak wegiel gory i dosc wysoki pagorek z wieza i kontenerem, miejsce naszej pracy. Zupelnie ksiezycowy krajobraz. O siodmej wieczorem mial dojechac transport ze sprzetem.
Czekamy.
Ciezarowka przyjezdza dopiero okolo jedenastej. Wyladunek zajmuje jakies pol godziny. Teraz trzeba znalezc hotel. Filipinczycy wpadaja na pomysl zeby zapytac o nocleg na miejscu. Wracaja po jakims czasie i okazuje sie, ze tu nie ma hotelu ale jeden z miejscowych gospodarzy zaofiarowal nam nocleg w swoim domu.
Udajemy sie na miejsce. Dom jest w formie kwadratu. Z jednej strony zabudowania jest brama wjazdowa a w srodku obszerne podworze. Jedna czesc domu przeznaczona jest dla gosci. Jest to duza sala, w ktorej na podlodze leza materace. Gospodarz zaprasza nas na kolacje. Okazuje sie, ze bardzo dobrze mowi po angielsku. Oprocz niego obecni sa dwaj starsi mezczyzni, jego ojciec i ojciec jednej z jego dwoch zon. Jest tez jego najstarszy syn. Panowie chca sie dowiedziec czegos o naszej pracy, wiec odpowiadam na pytania. Miejscowi ciesza sie, ze wkrotce beda mieli dzialajaca stacje telefonow komorkowych. Mile rozmawiamy przy herbacie. W koncu idziemy spac bo rano trzeba brac sie do pracy. Dlugo nie moge zasnac. Robi sie coraz zimniej. W koncu wyjmuje z samochodu moja ciepla kurtke i w niej szybko zasypiam. Budzimy sie o wpol do siodmej. Ide do umywalki dla gosci, która znajduje sie na podworzu, zeby sie umyc.
Nagle z domu wychodzi niewiasta w czarnej abaji, wsiada do jednego z samochodow i odjezdza. Cos zupelnie szokujacego w tym kraju,gdzie kobietom nie wolna prowadzic samochodu. Teraz jestem pewien, ze moje spostrzezenia z Rijadu nie byly halucynacja. Wielokrotnie mialem wrazenie, ze za kierownica samochodow widzialem mlode dziewczyny przebrane za mezczyzn. To zwiastun nadchodzacych zmian.
Wkrotce dziekujemy naszemu gospodarzowi za nocleg. Nie chce zadnych pieniedzy. Jedziemy w strone wiezy i szybko zabieramy sie do pracy. Chcemy jak najszybciej wracac do domu bo nadchodzi weekend. Po wiosce spaceruja wielblady, kobiety odprowadzaja dzieci do szkoly. Ze zdziwieniem zauwazam, ze ani razu z miejscowego meczetu nie odezwal sie glos nawolujacy do modlitwy. Ta wioska to najdziwniejsza enklawa, jaka widzialem w tym kraju. W koncu konczymy prace. Nadchodzi wieczor i wracamy do Rijadu.


¦wiat