Podróż do Yogya

Izabela Joanna Bożek

..któremu ufam...

 Wyruszyć mieliśmy o piątej po południu. Kupiłam bilet tylko w jedną stronę, zupełne grosze, ale kto wie, jak długo tam zostanę, czy zechcę wracać tę samą drogą, kiedy, czym? Dzień ostatni Dżakarty spedziłam na zwiedzaniu najbiedniejszych dzielnic, bajaj wiózł mnie przez cieniste dzielnice, małe uliczki bez bruku, pod domami rynsztoki, gdzieniegdzie świątynia pełna kobiet, dziesiątki butów ustawionych przed wejściem i monotonny śpiew dochodzący ze środka. Domy ocienione szerokolistnymi palmami, nieliczni przechodnie patrzą na mnie ze zdziwieniem: cóż tu robi ta biała kobieta?

 Szukam duszy, szukam siebie, odnajduje zagubione, porwane nitki i wiążę je w supełki. Czy zwiążę je dość mocno, by już nigdy nie mogły się rozerwać? I ciężko mi i lekko zarazem. Jestem tu, chciałam tu być, dążyłam do tego by się tu znaleźć. Spaceruję więc po obcym-nieobcym mieście, uczę się go, odkrywam nieodkryte, zasłyszane, brzęczące w pamięci. Mimo że to tylko ułamek chwili, mimo że już jutro mnie tu nie będzie, rozumiem coraz lepiej, zapada we mnie widok ubogich warsztatów stolarskich, śmiesznych małych sklepików, wałęsających się po ulicy domowych zwierząt. Zapamiętuję ludzi, spalonych słońcem starców, czarnowłose dziewczyny, kobiety o dojrzałych biodrach...

 Wracam do miasta, kierowca nie rozumie po angielsku, pokazuję mu mapę, aha, kiwa potakująco głową, tak wszystko wie, rozumie, zna to miejsce, Jalan Jaksa znane jest wszystkim. Już za chwilę szeroką Fatmawati podążamy ku miastu. Jeszcze zatrzymam się na moment w chińskiej zatłoczonej dzielnicy.

 Potrącana przez przechodniów, zaglądam w bramy domów-sklepów. Chińska dziewczyna rzuca mi się na szyję, ma wilgotne, dopiero co umyte włosy i śmieszną piżamę w misie. Uśmiecha się naiwnie pięknymi białymi zębami.

- Zabierzesz mnie ze sobą? - pyta

 Potem dotyka reką mojej twarzy, jakby była niewidoma, chyba chce mnie lepiej zapamietać. Jakoś dusi mnie w gardle, mała chińska dziewczyna nie wie nawet, co mnie do niej przywiodło.

 Muszę już iść, już późno, za chwilę odjedzie mój mikrobus do Yogya. Rozgladam się niecierpliwie za taksówką, za bajaj - cokolwiek, byle szybciej. Jak spod ziemi wyrasta chłopak - efeb, czarne włosy i czarne oczy, włosy przycięte nad ramionami, drobna, ale mocna sylwetka.

- dokąd chcesz jechać? Jalan Jaksa? Zaraz... i woła kogoś z tłumu.

 Pojawia się drugi chłopak na motocyklu. I już za chwilę obejmuję go mocno w pasie, moja czarna spódnica powiewa w pędzie, kiedy wymijajmy zatłoczone odrapane autobusy, luksusowe auta, pomarańczowe prychające bajajs z plastykowymi baldachimami i czarnymi roletami, które można opuścić w razie deszczu.

 Przez centrum miasta, posród szklanych wieżowców, po prawej stronie otoczony drzewami parlament, piesi przebiegają jezdnie w najmniej oczekiwanym momencie, tłumy ludzi na chodnikach, tłumy, tłumy. Szczupłe dziewczyny o tak wąskich taliach, że można by je było objąć dwiema dłońmi, w dzinsach, ale z okutanymi chustką głowami, chłopcy - nie chłopcy (nauczyłam się już, że dziewczyny szybko przestają być tu dziewczynami, a mężczyzni długo zachowują swoją chłopięcość) w białych koszulach z podwiniętymi rękawami. Wielu ma kawałek materiału na ustach, bronią się jak mogą przed smrodem tego miasta-molocha.

 I zapachy - benzyna, spaliny i olej pyrkający w ulicznych warungs. Jadłam dziś smażone w cieście owoce, nie wiem jakie, ach, jaki smak niezwykły, zakazany, rozduszałam językiem miękkie owoce próbując nazwać smak słodkiej mąki z domieszką czegoś winnego.

 Więc Jalan Jaksa, mała uliczka pełna hoteli, biur podróży, kawiarni i restauracji. Jestem tu cztery dni, a przecież rozpoznaję twarze bywalców, kłania mi się z uśmiechem chłopak sprzedający pakowane w małe torebki orzeszki. Dziś rano chodził tędy sprzedawca pamiątek, chciał mi sprzedać replikę broni - wydrążony w krowiej kości otwór, przez który można wydmuchiwać małe pociski zakończone gwoździem. Łagodnie składał i rozkładał przede mną swoje cacko, obniżał cenę z wyrozumiałym uśmiechem słuchając moich tłumaczeń, że nie mam miejsca w bagażu, że ciężkie, że niewygodne...

- Dam ci to za darmo teraz - zadecydował, zapłacisz mi wieczorem.

 Odmawiam i tego, och, gdybym mogła, kupiłabym od niego wszystkie pamiątki, tak bardzo dotyka mnie jego rozczarowanie. Czy sprzeda coś dziś, czy zarobi te swoje grosze, które ledwie starczą na garstkę nasi goreng?

 Niepotrzebnie się tak spieszyłam. Siedzimy całą grupą przed biurem podróży czekając na mikrobus. Opalona para młodych Belgów opowiada o Indiach, z których przylecieli wczoraj. Wreszcie, z dwugodzinnym opóźnieniem zjawia się siedmioosobowy samochód i mimo że kierowca namawia mnie serdecznie, żebym usiadła z tyłu, upieram się na miejsce obok niego, w nadziei, że będę mogła patrzeć. Nic bardziej mylnego. Za chwilę zapada czarna, najczarniejsza indonezyjska noc, zaczyna padać ulewny deszcz, a przednia szyba zaklejona jest dwiema zielonymi taśmami z góry i z dołu, więc do patrzenia zostaje wąski pasek, przez który widać jedynie światła rozpędzonych samochodów i strugi ulewy.

 Wyjazd z Dżakarty trwa przynajmniej dwie godziny. Jeszcze po drodze zabieramy młodą dziewczynę, która wygląda jakby miała 12 lat, a okazuje się być żoną kierowcy. Nie rozumie po angielsku w ogóle, nawet najprostszego pytania - jak ci na imie. Po jakimś czasie zasypia tuląc się do mojego ramienia. Więc nie poruszam się, żeby jej nie budzić. Nawet nie wiem, gdzie kończy się miasto, a zaczyna droga na wschód. Szepce więc tylko na wszelki wypadek "Selamat tinggal, Jakarta". Drętwieją mi nogi, pada deszcz, dwóch wysokich Niemców chrapie głośno z tyłu, samochody mijają się w tak niewielkiej odległości, że w każdej chwili grozi to wypadkiem Kierowca jest artystą, nie ulega to dla mnie wątpliwości, a mimo to zaczynam się modlić o szczęśliwe zakończenie tej wariackiej podróży.

 Gdzieś po drodze zatrzymujemy się. Nie wiem, czy to duża wieś czy miasto - po obu stronach drogi ciągną się stragany, tak zbudowane, że w głębi mają pomieszczenie mieszkalne. Zaglądam do środka, najczęściej pali się tam mała lampka, na szerokim łóżku leżą dwie, trzy osoby. Czasami dobiega mnie płacz dziecka. My stoimy przed otwartym mimo późnej pory sklepem - restauracją. W szklanej witrynie widać ustawione w przemyślną piramidę talerze wypełnione jedzeniem. W nich dziwne nieznane potrawy, dużo ryżu, jakieś wymyślne - dla mnie - mięsa, ikan bakar - pieczona ryba, bubur - owsianka na mleku.

 Dopiero uczę się rozpoznawać i nazywać te egzotyczne wytwory indonezyjskiej kuchni. Obok betonowy basenik bez wody i wejście do łazienki. Kobieta z nakrytą szalem głową ciągnie do środka rozpłakanego w śnie chłopczyka. Chce mu się pić, wyrywa rączkę pokazując na butelkę z wodą. Jest gorąco, tak gorąco, jak w gorący letni dzień w Edmonton albo we Wrocławiu.

 Potem nagle, niespodziewanie wybucha dzień. Szósta rano, kobiety ciągną wzdłuż drogi, niosąc na głowach plecione naczynia. Idą zapewne na targ. Po obu stronach drogi szerokie pola, błyszczące mokro w perspektywie, nad nimi wulkaniczne stożki gór. Pojawiają się banteng - bydło ze zwojami skóry na szyi, mleczno-kawowe w kolorze, spokojne i zrezygnowane, jak to bydło. A kierowca pędzi niezmordowanie dalej i tylko włączył kasetę z gamelan - ta niepokojąca muzyka, do której trudno na początku się przywyczaić, bo operuje w zupełnie innych rejestrach niż wszystko, co do tej pory znane, aby potem zachwycić swoją przedziwną monotonią, rytmem, który dobiera się człowiekowi do samego serca i dziwnie niepokoi.

 Nikt nie wie jak daleko jeszcze do Yogya. Gdzie jest Yogya? Jaka jest Yogya? Okaże się za dwie, trzy, cztery godziny. Jeszcze nawet nie przeczuwam, czym jest Yogya - jak zapadnie mi w serce, co tam przeżyję, jakich wzruszeń doznam.

 Za kilka godzin poznam nowych ludzi, nowe miejsca, będe chłonąć każdą czastką duszy ogromne piękno i smutną radość tego miejsca na drugim końcu świata.

Cdn.

indeks - świat