
Kiedy mniej więcej rok temu stało się jasne, że zdołamy wylatać odpowiednią liczbę mil w American Airlines, żeby polecieć gdzieś w świat za darmo, to pierwszy kierunek, ktory mi przyszedł do łba, to była Wyspa Wielkanocna. Jakoś tak się śmiesznie złożyło, że odkąd pamiętam, Wyspa była numerem jeden na liście wszystkich miejsc na świecie, które chciałem zobaczyć. Skoro już jechaliśmy na Wyspę, to postanowiliśmy też zobaczyć inne ciekawe rzeczy w Ameryce Południowej.
Poniższe wynurzenia są z lekka tylko podredagowaną wersją notatek, które prowadziłem w czasie podróży. Nie poprawiałem, m.in., skakania między czasem teraźniejszym i przeszłym, ani faktu, że czasem notatki są w liczbie pojedynczej, a czasem w mnogiej. Często jest tam ględzenie, często jakieś durnoty, i często ględzenie o durnotach. Proszę o wyrozumiałość, ale gdy się, na przykład, ugrzęźnie na granicy chilijsko-boliwijskiej na cały dzień, w sporym upale, na wysokości 3800 m n.p.m., to pisanie i porządkowanie notatek staje się jedyną rozrywką. Pisze się wtedy dziwne rzeczy...
Boston - Santiago
15.3.1994, wtorek
I wot on, dołgożdannyj mig. Ruszamy do Ameryki Południowej i na Wyspę Wielkanocną. Jurek Siemiginowski zabrał nas na lotnisko o pierwszej po południu. Zamierzaliśmy spróbować dostać się na wcześniejszy samolot, bo nasz normalny lot zostawiał niepokojąco mało czasu na przesiadkę w Miami i obawialiśmy się ugrzęźnięcia. Wszystko udało się załatwić i o wpół do trzeciej lecimy MD-80 do Miami.
Nie mieliśmy kłopotów z zamianą samolotu z prostej przyczyny: tak pustym samolotem nie leciałem jeszcze nigdy w życiu. W całej kabinie klasy ekonomicznej było około trzydziestu pasażerów. Cena, jaką musieliśmy zapłacić w Miami za udaną zamianę samolotu, to konieczność zabicia pięciu godzin na lotnisku. Pytaliśmy magika w informacji, co by polecił zrobić z taką ilością czasu. Jedyne co był w stanie nam zaproponować, to zakupy w pobliskim mallu. Z tego wszystkiego poszwęndaliśmy się po (ładnym skądinąd) lotnisku. Na siódmym piętrze lotniskowego hotelu był basen z sauną, ale, niestety, nasze stroje kąpielowe były w plecakach nadanych na bagaż. Poszliśmy na taras widokowy, skąd wypatrzyliśmy m.in. Ila-62 Aeroflotu - jeszcze latają. I tak jakoś nam zeszło do jedenastej, kiedy władowaliśmy się do (pełnego tym razem) 767-300. Wystartowaliśmy o czasie, dość po kawaleryjsku. W samolocie, o dziwo, zasnąłem bez większych kłopotów i spałem dobrych kilka godzin - duża to rzadkość. Danusia, jak to ona ostatnio, w ogole nie spała.
16.3.1994, środa
Lot był bardzo gładki. Do Santiago dolecieliśmy około 8:20 rano i wylądowaliśmy na nowym - otwartym przed dziesięcioma dniami - lotnisku międzynarodowym. Lotnisko zupełnie ładne, wielkością i stylem dość podobne do nowego Okęcia. Śmiesznie przechodzi się przez kontrolę celną: każdy musi nacisnąć guzik, ktory powoduje zapalenie się albo zielonej, albo czerwonej lampki. Która się zapali jest, jak się domyąlam, ustalane losowo. Jak zielona - wygrałeś, jak czerwona - do kontroli. Danusia trafiła zieloną, ja (rzecz jasna...) czerwoną. Kontrola polegała jednak tylko na prześwietleniu plecaka.
Na lotnisku czekali na nas Carolina (siostra Andrei, czyli szwagierka Diego Mardonesa, naszego kolegi z Cambridge) i Ernesto (jej mąż), trzymając tabliczkę z napisem "ADAMS". Nawet myślałem, że to pewnie chodzi o nas, ale najpierw zacząłem szukać czegoś, co by miało "DOBRZY...", albo coś podobnego. Okazało się to zbędne, bo oni sami do nas podeszli, pytając się (po hiszpansku) czy my to my. Wrzucili nas do małego samochodu i zawieźli do Magdy, siostry Diego, którą poznaliśmy w Cambridge kilka tygodni wcześniej, i która zaprosiła nas, żebyśmy mieszkali u niej, gdy będziemy w Santiago.
Po drodze przejechaliśmy obok domu, w ktorym mieszka Pinochet. Dom wyróżniał się tym, że dookoła stało kilku barczystych chłopaków z giwerami.
Magda mieszka w niewielkim domku, położonym około 15 minut drogi piechotą od najbliższej stacji metra (Escuela Militar). Danusia zdrzemnęła się przez godzinę, a potem ruszyliśmy do pana Macieja Raniewicza z biura podróży "Nuevo Horizonte", załatwić bilety na Wyspę Wielkanocną i do Punta Arenas. Agencję i pana Raniewicza polecił nam W. Krzemiński (polski astronom, mieszkający na stałe w Chile, w La Serena), z którym trochę korespondowałem przed wyjazdem. Dzięki tej znajomości udało się załatwić bilety trochę taniej (choć i tak były drogie jak nieszczęście). Lecimy na Wyspę w niedzielę 20 marca i zostajemy tam przez sześć dni. Następnego dnia po powrocie do Santiago, czyli 27 marca, lecimy rano do Punta Arenas. Tak przynajmniej wyglądają plany. Na prom z Puerto Natales do Puerto Montt - podobno rewelacyjna jazda - się chyba nie załapiemy, bo prom ma płynąć 9 kwietnia, co dla nas jest trochę za późno.
Ruszyliśmy w Santiago. Miasto właściwie nie różni się od dużych metropolii na świecie. Budynki w standardowym, ciężkawym stylu. Pałac prezydencki "La Moneda" niski, dwupiętrowy, też w stylu mało zdefiniowanym. To właśnie w tym pałacu oblegano Allende. Ruch na ulicach potężny, a co więcej, klakson przyciska się przy byle okazji, albo i bez takowej. Wszystkie taksówki są pomalowane na czarno z żółtym dachem. Wśród taksówek dominują, i to zdecydowanie, Łady. Daleko na drugim miejscu są polskie Fiaty. Wśród samochodów normalnych brak jakiegoś dominującego typu. Wrażenie jest raczej takie, że w Santiago jeździ po jednym egzemplarzu każdego modelu, każdego koloru, z każdego rocznika. Autobusy tworzą, przynajmniej na głównych ulicach, zbiór ciągły. Coś takiego jak przystanek nie jest tu znane: trzeba szybko przeczytać którędy dany autobus jedzie (jest mnostwo linii), i jeśli się chce wsiąść, trzeba kierowcy popatrzeć w oczy - to wystarczy.
Następnie przystąpiliśmy do poznawania lokalnych specjalności kulinarnych.
Na ulicy wypatrzyliśmy śmieszną roślinę, ciemnobrązowe jakby pędy. Okazuje się, że to coś nazywa się cochayuyo i że są to algi morskie, które się moczy w wodzie, gotuje przez pół godziny, a potem je z frytkami. Nie próbowaliśmy. Próbowaliśmy natomiast lokalnych kanapek na lunch. Są na ogół duże i zapychające. Takie na przykład lomito to duża bułka z wieprzowiną i różnymi warzywami. Z kolei barros luco to kanapka z wołowiną z roztopionym żółtym serem, a barros jarpa to to samo, tyle że zamiast wołowiny jest szynka (te kanapki zostały rzekomo wynalezione w XIX w. przez jednego senatora chilijskiego nazwiskiem Barros, który się denerwował, że na lunch nic nie można zjeść na szybko - podaje za panem Raniewiczem). Inna kanapka to chacarrero, zawartość to wołowina i jarzyny. Potem przetestowaliśmy lody: ja z lucuma, Danusia z maracuja, pierwsze dobre, drugie takie sobie (jak dla mnie). Można je sobie zamówić banado en chocolate - zanurzone w płynnej czekoladzie - świetne, choć trudne do jedzenia...
Z innych praktycznych spostrzeżeń: Banco American Express w Santiago wymienia czeki podróżne na dolary nic nie potrącając. Dolary na peso trzeba natomiast wymieniać nie w bankach, a w casa de cambio, jako że te ostatnie dają znacznie korzystniejszy kurs. Jeden problem to taki, że banknoty dolarowe o dowolnym nominale muszą być w bardzo dobrym stanie, bo nikt nie chce ich brać, nawet jeżeli skaza jest znikoma. Lokalne banknoty natomiast są często jak psu z gardła, ale tym nikt się nie przejmuje.
17.3.1994, czwartek
Następnego dnia pochodziliśmy po Santiago. Wpadliśmy do Museo Chileno de Arte Precolumbino (legitymacja ISIC zadziałała - Danusia weszła za darmo). Ładna ekspozycja, nie przeładowana. Przeważnie garnki, tkaniny, figurki. Wszystko w bardzo dobrym stanie, nawet rzeczy z około 1200 p.n.e. Ciekawostka: datowana między -500 a +500 rokiem figurka chłopczyka (widać, że chłopczyk) robiącego kupkę (widać kupkę). Znakomicie zachowane tkaniny i ładne, przeważnie małe, czapki.
W pewnym momencie przyszedł nam do głowy wariacki pomysł. Zaatakowaliśmy ośrodek komputerowy Universidad de Chile, próbując wybadać możliwość dostępu do e-maila. Trafił się jeden pan mówiący jako tako po angielsku, który zaprowadził nas do sali komputerowej, gdzie dość długo tłumaczyliśmy o co chodzi, bo tamtejsi pracownicy nie bardzo czuli co i jak. W końcu użyłem magicznego słowa "telnet" i wszystko stało się jasne. Sesja była jednak krótka, bo cały czas stali mi nad głową. Gdy wychodziliśmy, nasz opiekun nieopatrznie powiedział, że jeżeli będziemy jeszcze raz w Santiago, to żebyśmy koniecznie wpadli, i że będziemy mogli użyć e-maila. Skoro nalega... Nawiasem mówiąc, pan nazywa się Octavio Espinoza, i kiedy podawał mi swoje nazwisko, to je literował: E-S-P-I-N-O-Z-A. Kto zna Starszych Panów, ten zrozumie, że nie mogłem się powstrzymać, żeby nie "doliterować" tego nazwiska razem z nim, a potem gęba sama mi chciała zaśpiewać "mambo Spinoza, Spinoza mambo, come on boys! Hop dziś!", ale, na szczęście, się powstrzymałem...
Później odwiedziliśmy dzielnicę bazarową El Maboche. Wyglądało to zupełnie jak bazar Różyckiego, z tym, że jedna część była poświęcona wyłącznie kwiatom - bardzo ładna. Nie zrobiłem zdjęć, bo byliśmy jedynymi turystami w okolicy i się trochę niekomfortowo czuliśmy.
Dalszy ciąg wrażeń kulinarnych. Sprobowaliśmy innej lokalnej specjalności o nazwie empanada. Jest to pierog z ciasta francuskiego, z nadzieniem z mięsa (de pińo), kurczaka (de pollo), albo sera (de queso) - bardzo zapychające, ale jak dla mnie umiarkowanie dobre. Poszliśmy do chilijskiej sieci małych kafejek "Cafe Haiti" na kawę. Wszechobecna cafe con leche to kawa z mlekiem, cortado to to, co my byśmy nazwali capuccino, ale w Chile cappucino to kawa ze śmietanką (Chilijczycy nazywają wspomnianą sieć kafejek Cafe con piernas, czyli "z nogami" - panie kelnerki mają obcisłe zielone minispódniczki). Wieczorem poszliśmy z wizytą do rodziny Andrei i testowaliśmy (znane nam wcześniej z wizyty u Andrei i Diego) machas, czyli małże, później znowu empanadas, a później humitas - tłuczona kukurydza z przyprawami (alpaca), zawninięte w liść kukurydzy i podgrzane w gorącej wodzie. Wieczor zakończyliśmy z Magdą i jej kuzynem Sebastianem, świetnie mówiącym po angielsku, w jakiejś knajpie, popijając brazylijski koktajl caipirinha - dobre, ale nie pamiętam z czego. I tak nam zeszło do trzeciej rano.
18.3.1994, piątek
Następny dzień zaczęliśmy od zakupów na Torres del Paine. W Chile nie sposób kupić dwóch podstawowych, jak by się mogło wydawać, rzeczy: ryżu błyskawicznego i, co śmieszniejsze, konserw mięsnych jakiegokolwiek rodzaju. Wszyscy znani nam Chilijczycy robią bardzo zdziwione miny i nie wiedzą co to takiego. Są za to świetne soki do rozpuszczania, ale trzeba uważać, bo niektóre z sacharyną.
Pojechaliśmy następnie z Magdą i jej kolegą, imieniem Pedro (nazywaliśmy go między sobą "Szpiegiem z Krainy Deszczowców"), do Valparaiso, Vina del Mar i Renaca. Valparaiso to jakby chilijski Gdańsk, a Vina del Mar to Sopot. Miejscowości te są położone nad zatoką, na bardzo stromym brzegu. W Valparaiso znajduje się siedziba parlamentu, ale nie daliśmy rady jej obejrzeć, bo zjawiliśmy się za późno. Ładny budynek, w stylu nowoczesno-pompatycznym. Potem pojechaliśmy pod górę, momentami rzeczywiście bardzo stromo, mijając dziewiętnastowieczne ascensores - jakby małe kolejki na Gubałówkę - do La Sebastiana, jednego z domów Nerudy. Niestety, przyjechaliśmy o pięć minut za późno. Pojechaliśmy do Vina del Mar, gdzie Pedro postawił jazdę dorożką. Pozostanie dla mnie tajemnicą, jak się nasz koń, nawiasem mówiąc bardzo wychudzony, nie bał jeździć w agresywnym tłumie autobusów i ciężarówek... Jedyne wrażenia z Vina del Mar godne, moim zdaniem, odnotowania, to zegar z kwiatów (ubogi krewny zegara z Ciechocinka), oraz kasyno z kolorową fontanną.
Testów kulinarnych ciąg dalszy: na lunch zjadlem camarrones al pil-pil, krewetki w oleju z czosnkiem i papryką. Dobre, ale bardzo mało i drogie!
Wmeldowaliśmy się w Renaca do motelu "Los Ositos" (taki sobie) i poszliśmy na nocny spacer na plażę, z bardzo ładnymi widokami na Valparaiso i Vina del Mar. Na obiad poszliśmy do "La Pica de mi Compadre", gdzie jedliśmy już jakieś standardowe rzeczy. Restauracja miała ściany upstrzone napisami w stylu "Byłem tu - Józek". Danusia dopisała coś od nas.
19.3.1994, sobota
Następny dzień zaczęliśmy od podjechania pod lokalny instytut badań nad fauną morską, gdzie obejrzeliśmy sobie, z daleka, żyjące na wolności pingwiny i pelikany, a potem pojechaliśmy obejrzeć (też z daleka) skałkę, na której siedziały lwy morskie. Potem udało nam się w końcu zaliczyć lody z chirimoya, lokalnego owocu, bardzo zachwalanego przez Andreę i Diego. Dobre, ale żadna rewelacja, jak dla mnie. Potem, ni z tego, ni z owego, pojechaliśmy do Isla Negra (nawiasem mówiąc nie jest to wyspa), gdzie Pablo Neruda miał kolejną ze swoich chałup. Ładne miejsce. Najpierw mieliśmy przewodniczkę mówiącą po hiszpansku, ale potem inna przewodniczka, mówiaca nieźle po angielsku, sama zaofiarowała się nas oprowadzić. Zbiory trochę tego, trochę owego (galiony ze statków, butelki, statki w butelkach, itd.).
I kolejna próba kulinarna. Na lunch my wzięliśmy sobie standardowe chacarrero, ale Magda wzięła sobie erizo i dała nam sprobować. Spróbowaliśmy bez uprzedzeń i oboje zgodnie orzekliśmy, że to jest OHYDA!!! Są to gonady jeżowców morskich (nawet, rzekłbym, tak wyglądają...). Magda przyznała, że erizo rzadko kiedy jest ludziom obojętne - albo się to lubi, albo nie znosi. Dodała również, że jej samej trochę czasu zajęło, zanim wyrobiła w sobie zamiłowanie do tej potrawy.
Pojechaliśmy do Santiago, gdzie wstąpiliśmy do dużego supermarketu "Jumbo", na ostatnie zakupy przed Torres del Paine (jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to po powrocie z Wyspy Wielkanocnej nie będziemy mieli czasu na zakupy). Wieczorem zrobiliśmy pożegnalny obiad z gołąbkow dla Magdy, Caroliny i Ernesto. Okazało się, że gołąbki są znane w Chile; nazywają się tam nińos envueltos, czyli "dzieci zawijane" (polska nazwa przez analogię do zrazów zawijanych).
Wyspa Wielkanocna
20.3.1994, niedziela
No i lecimy na Wyspę Wielkanocną, ale mało brakowało, żebyśmy nie polecieli! Na lotnisko pojechaliśmy mikrobusem LanChile. Powiedziano nam, że mamy iść na lotnisko międzynarodowe (lot jest do Papeete na Tahiti), a tam się okazało, że musimy dyrdać na piechotę na lotnisko krajowe. Na lotnisku krajowym nadaliśmy bagaż i dowiedzieliśmy się, że samolot ma półtorej godziny opóźnienia. Poszliśmy więc przebąblować nadmiar czasu na lotnisko międzynarodowe, dużo ładniejsze od krajowego. Danusia usiadła w poczekalni, a ja zacząłem się szwęndać po lotnisku. Kątem oka zauważyłem na tablicy, że lot do Papeete (czyli nasz) właśnie się ładuje. Wypytałem panią w LanChile - mają lecieć o czasie! Pognaliśmy na lotnisko krajowe, a tam właśnie byl "finał call" (czy raczej "ultima llegada"). Ale byśmy wyglądali gdybym nie zauważył tego napisu na tablicy! Następny samolot na Wyspę leci za pięć dni, a nasze bagaże zostały już pewnie załadowane do samolotu... Samolot (767-200) jest pełny. Niestety, nie mamy miejsc przy oknie.
Około dziewiątej wieczorem lokalnego czasu wylądowaliśmy na Wyspie. Na razie niewiele jej widzieliśmy, bo ciemno. Na lotnisku czekała chmara miejscowych, zachwalających swoje miejsca. Zgłosiliśmy się do Marii Hey, poleconej nam przez Williama Lillera (znajomy znajomych, astronom amerykański mieszkający na stałe w Chile). Na lotnisku czekała córka Marii Hey, Teresa, oraz Francuz imieniem Gabriel, jak się okazało bardzo częsty gość na Wyspie. Zawieźli nas do domu pąni Hey potwornie rzężącym Citroenem Ami. Residencial nazywa się Tahai; w Polsce byśmy takie coś nazwali "kwatera prywatna". Targowaliśmy się mocno. Na razie zostajemy na dwie noce po $50 za noc, a później się zobaczy. Ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę (po hiszpańsku!) z Marią i Teresą. Maria była kiedyś w Niemczech, gdzie ma jakąś rodzinę, i nawet znała jakichś Polaków, ale Teresie musieliśmy długo tlumaczyć, skąd jesteśmy.
Residencial ma ładny ogród, a w nim m.in. drzewo o nazwie (fonetycznie) makoi (krótki pień, długie gałęzie, mało liści, jasną korą - niepodobne do niczego, co znam), używane przez dawnych mieszkańców do transportowania posągów. Dowiedzieliśmy się, że inne drzewo używane do tego celu nazywało się toromiro, ale że już tych drzew na Wyspie nie ma. Danusia odkryła w ogrodzie bananowca.
Maria i Teresa porozumiewają się ze sobą w języku Rapa Nui (krzesło nazywa się pepa - jedyne znane mi słowo).
21.3.1994, poniedziałek
Następnego dnia, jeszcze przed śniadaniem, przeszliśmy się do Tahai. [Nazwy nie są bynajmniej oryginalne. Język i kultura oryginalnych mieszkańców wyspy zostały skutecznie wytrzebione (oryginalni mieszkańcy niemalże też - przy końcu dziewiętnastego wieku peruwiańscy łowcy niewolników i ospa nie dały rady tylko około stu, z oryginalnej liczby kilku tysięcy, wyspiarzom) i prawie wszystkie nazwy na wyspie pochodzą z dwudziestego wieku.] Po drodze przeszliśmy obok cmentarza, na którym krzyże są porobione z kapeluszy posągów. Na Tahai znajduje się kilka ahu - platform, na których stawiane były posągi, czyli moai. Ahu w Tahai są odrestaurowane. Pierwsi europejczycy, którzy przypłynęli na Wyspę, zanotowali, że niektóre posągi stały. Gdy europejczycy zaczęli odwiedzać Wyspę bardziej regularnie, to wszystkie moai, które kiedyś były postawione na ahu, były poprzewracane. Zrobili to sami mieszkańcy Wyspy, z bliżej niewyjaśnionych przyczyn. Heyerdahl i jeden z uczestników jego wyprawy, niejaki William Mulloy, zaczęli ustawiać je z powrotem. Mulloy jest właśnie odpowiedzialny za odrestaurowanie Tahai (i jest obok pochowany). Jedno z ahu, nazywające się Vai Ure, ma pięć moai i miejsce na szóste. Te posągi są jednymi z najstarszych na wyspie - ocenia się, że ustawiono je w ósmym wieku. Nie są w najlepszym stanie, nie da się ukryć. Obok stoi pojedynczy, w świetnym stanie, moai z czerwonym kapeluszem (pukao) i oczami, nazywający się Ko Te Riku.
Wiadomo, że przynajmniej niektóre moai miały oczy, jako że przy innym ahu (koło plaży w Anakena) znaleziono kiedyś stłuczone oko dla tamtejszego moai, z koralu. Między Ko Te Riku i Vai Ure znajduje się rampa, podobno służąca do spuszczania łodzi na ocean. Trochę mi się to podejrzane wydaje, jako że brzeg i dno są tam (jak zresztą praktycznie na całej wyspie) bardzo skaliste i wredne. Fale są, nawiasem mówiąc, bardzo ładne. Obok ahu jest odrestaurowany fundament domu. Jest to w kształcie łodzi, zbudowane z bardzo dobrze obrobionych kamieni z otworami w środku, zapewne do wkładania tam pali, na których konstruowano dach.
Następnie poszliśmy na piechotę do Orongo, na południowo-zachodnim rogu Wyspy. Obeszliśmy od zachodu pas startowy, z którego właśnie startował do Santiago nasz wczorajszy samolot (po powrocie z Tahiti). Zatrzymaliśmy się na chwilę w Ana Kai Tangata. Jest to ładna jaskinia nad oceanem, z ciekawymi malunkami na suficie. Położenie malunków wskazuje, że były zrobione planowo i celowo, a nie dlatego, że artyście przyszła nagle wena. Ana Kai Tangata oznacza "Jaskina W Której Się Je Ludzi", i ponoć rzeczywiście wyspiarze podawali tam sobie siebie na obiad, w czasach, w których wszystko im się zaczęło walić, po około 1500 r.
Drogę zmyliliśmy ze dwa razy, bo ścieżki były raczej niewyraźne. Orongo znajduje się na trzystumetrowym klifie nad oceanem, na krawędzi wulkanu Rano Kau. Widok w obie strony - czysta fantazja. Za wejście trzeba zapłacić (opłacało się to zrobić w peso). Orongo jest to centrum kultu tzw. człowieka-ptaka. Kult ten rozwinął się około 1500 r., kiedy wyspiarze przestali budować moai i zaczęli się tłuc między sobą. Miejsce jest zupełnie inne w duchu niż reszta Wyspy. W Orongo są odrestaurowane chałupy kapłanów i MNÓSTWO petroglifów - skały są nimi właściwie całkowicie pokryte.
Właśnie stąd co roku wyspiarze urządzali wyścig pływacki do pobliskiej - około 3 km. - wysepki Motu Nui (nawiasem mówiąc, widok na tę i dwie inne małe wysepki jest niesamowity). Ten który pierwszy znalazł na wysepce jajo wędrownych ptaków i przytaszczył je do Orongo (co nie zawsze się udawało, m.in. z powodu, że rekiny są tu znane...) zostawał na rok tymże właśnie człowiekiem -ptakiem - czymś na kształt pośrednika między bogami a mieszkańcami Wyspy.
Po wystrzelaniu mnóstwa zdjęć i zjedzeniu lunchu zaczęliśmy schodzić i zdecydowaliśmy, że jest na tyle wcześnie, że zdążymy jeszcze pójść do Ahu Vinapu, znajdującego się przy drugim końcu pasa startowego. Nie doceniliśmy pasa! Jest baaardzo długi (to jest zapasowe lądowisko dla promu kosmicznego) i po drodze zaczęły nam szwankować kończyny - nasz pierwszy, po długiej przerwie, dzień chodzenia w butach "wyprawowych", i porobiły się nam bąble. Jakoś jednak doczłapaliśmy.
Vinapu to kolejne miejsce z moai, tyle, że wszystkie są zwalone. Najciekawszy jest tam mur, zbudowany ze świetnie dopasowanych kamieni. Heyerdahlowi ten właśnie mur bardzo przypominał mury z Boliwii i Peru, i dlatego twierdził, że mieszkańcy musieli przypłynąć z Ameryki Południowej (dziś wiadomo, że przypłynęli z Polinezji). Leży tam też kilka moai i pukao.
Ponieważ nogi dokuczały nam dość potężnie, poszliśmy je sobie opłukać w Pacyfiku. Brzeg był bardzo ładny, pod czerwonym klifem. Zdjęliśmy buty i skarpetki i zaczęliśmy się taplać po kostki w falach. Fajnie było. Zaczęliśmy iść do wioski i pewnie byłaby to mordęga, ale jacyś wyspiarze się zatrzymali i zaproponowali, że nas podwiozą. Skorzystaliśmy, jak się łatwo domyślić, chętnie...
W wiosce kupiliśmy mleko w kartonie (jak wszystkie właściwie produkty spożywcze na Wyspie - wyprodukowane w kontynentalnym Chile), bo Danusia narzekała na zgagę, a i mnie suszyło. Karton niezbyt czysty, ale wypiliśmy duszkiem. Ogolnie wycieczka wspaniała, ale nas trochę zborykało. Przez większość dnia mieliśmy ostre słońce, a że posmarowałem się sun-block'iem niezbyt dokładnie, to i mam kilka miejsc poparzonych.
Po prysznicu, a przed obiadem, porozmawialiśmy sobie z Gabrielem (tym Francuzem, który nas wczoraj odbierał z lotniska). Ma bardzo ciekawą teorię nt. przyczyny budowania moai. Ta przyczyna to: wodzowie wiedzieli, że jak wyspiarze nie będą mieli nic innego do roboty, to sfiksują i będą się wyrzynać, a zaczna od nich, tj. wodzów. Wobec tego stawiali wyspiarzom coraz to nowe zadania. Co się dzieje, kiedy się sobie nie stawia problemów? To, co na Pitcairn - tam po kilkunastu latach wszyscy zgłupieli i zaczęli sobie skakać do gardeł, co gorsza skutecznie. Teoria chyba uproszczona, ale może coś w tym jest...? Po obiedzie pogadaliśmy więcej; bardzo, nawiasem mówiąc, się go ciekawie słucha. Podobno w szesnastym wieku niejaki Davis widział Wyspę, ale niedokładnie zapisał gdzie. Roggeveen (holenderski odkrywca Wyspy, ten, który nazwał ją Wyspa Wielkanocna) podobno był w tej okolicy właśnie dlatego, że szukał lądu odkrytego przez Davisa.
22.3.1994, wtorek
Następnego dnia poszliśmy na spacer do Ahu Tepeu i Ahu Akivi. Dogadaliśmy się w końcu co do ceny za pokój ($40 za dobę), jak również zamówiliśmy na jutro samochód, żeby pojechać do Rano Raraku i Anakena. Najpierw ponownie poszliśmy do Ahu Tahai i zaczęliśmy iść wybrzeżem na północ. Zaliczyliśmy dwa moai na północ od Tahai, nazywające się Kio'e. Od tego momentu zaczęła się przepychanka deszczu i słońca. Co chwilę lało, ale zaraz się rozpogadzało i robiło się wściekle gorąco. I tak w kółko. W butach szybko zaczęło nam chlupać.
W pewnym miejscu dwaj tubylcy coś nam zaczęli pokazywać. Myśleliśmy, że to będzie jakieś ahu, a tymczasem było to tylko miejsce z lądnym widokiem na klif. Oni sobie tymczasem łowili ryby.
Doszliśmy w końcu, w dużym deszczu, do Ahu Tepeu. Jest to zacny przykład rozwalonego ahu z pozwalanymi moai. Bardzo okazale wygląda ściana ahu, z dużych, ładnie dopasowanych kamieni. Część muru jest w rozsypce, a to z takiej przyczyny, że Heyerdahl zaczął pod nim kopać, szukając czegoś bliżej niesprecyzowanego. Mur tego eksperymentu nie przetrzymał. W gruzach ahu (ale nie tam gdzie kopał Heyerdahl) widać kości ludzkie. Obok ahu są pozostałości po wiosce wyspiarzy. Jest tam m.in. fundament domu w kształcie łodzi, o długości około 50 metrów!
Potem wyżęliśmy skarpetki i zjedliśmy lunch (w tej kolejności). Tu przypałętał się młody Francuz imieniem Etienne, który nam opowiedział o swojej niedawnej wizycie w Torres del Paine. Etienne spędza bardzo długie wakacje objeżdzając świat dookoła i wysyłając swoim rodzicom niewywołane rolki filmów. Razem doszliśmy do Ahu Akivi, po drodze zaglądając do jaskini Te Pahu. Jaskinia ta to fragment kanału utorowanego przez lawę. Takich kanałów jest podobno na Wyspie sporo.
Ahu Akivi to ten słynny ahu z siedmioma moai, które rzekomo patrzą w morze, postawiony około 1460 r., pod koniec okresu stawiania moai, a tuż przed powstaniem kultu człowieka-ptaka. Akivi stoi na łagodnym zboczu, ponad dwa kilometry od wody, odizolowany od czegokolwiek. Rewelacja. Z tyłu za ahu są ruiny krematorium, ale tu biorę na słowo to, co napisali w przewodniku, bo sam bym nie wpadł na to, że ta mała kupa kamieni to właśnie to.
Pożegnaliśmy się z Etienne, który ruszył we własną drogę, a sami ruszyliśmy w stronę Hanga Roa. W czasie zejścia bąble na nogach zaczęły nam na tyle dokuczać, że postanowiliśmy na dzisiaj dać sobie spokój. Na szczęście przestało padać. Wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do Tahai (to już trzecie nasze odwiedziny) aby spróbować złapać zachód słońca, ale pogoda nie współpracowała. W domu spotkaliśmy Niemca imieniem Gerhard, inżyniera górnictwa, który właśnie wrócił z kilkudniowej wycieczki w głąb Wyspy. Ucięliśmy sobie z nim dłuższą pogawędkę. Doradził nam (wiedział co mówi, jak się okazało później) co i jak zwiedzać w Rano Raraku, Anakena i po drodze tamże.
23.3.1994, środa
Następny dzień rozpoczęliśmy od wynajęcia Suzuki Samurai, małego samochodu terenowego (za $50), od jakiegoś znajomego Marii Hey. Samochód był w dobrym stanie i czysty (co podobno nie jest tu regułą). Ruszyliśmy około dziesiątej, i wstąpiliśmy po drodze do jedynej stacji benzynowej na wyspie po paliwo. Wyniosło to 2500 peso za około 20 litrów. Benzyniarz chciał nas nabrać na 1000 peso przy wydawaniu reszty, ale się nie dałem. Pojechaliśmy wzdłuż pasa startowego prawie do Vinapu, a potem wzdłuż południowego brzegu Wyspy, zaglądając po drodze do różnych ahu (było tych ahu bardzo dużo i nie starczyłoby nam dnia, żeby wszystkie zobaczyć, więc zatrzymywaliśmy się tylko przy tych, które nam polecił obejrzeć Gerhard). Bardzo fajnie wyglądało Ahu Vaihu, z ośmioma moai rządkiem zwalonymi nosami w ziemię, z pukao porozrzucanymi dookoła. Drugie, bardzo ciekawe ahu nazywało się Akahanga, i też miało pozwalane moai, tyle że tym razem dość chaotycznie.
Podjechaliśmy pod Rano Raraku, wulkan, z którego skalistego zbocza wycinano moai. Idąc za radą Gerharda, postanowiliśmy właściwe zwiedzanie zostawić na później, a teraz tylko zorientować się w okolicy. Obejrzeliśmy "El Gigante" - największego moai, jakiegokolwiek wykuto (choć nigdy go nie ruszono). Ma dwadzieścia jeden metrów wysokości. Zajrzeliśmy do środka krateru, gdzie jest małe jeziorko, obejrzeliśmy kilka niewykończonych moai jeszcze nie odkutych od skały i poszliśmy obejrzeć "klęczącego moai", innego w stylu, odkopanego przez Heyerdahla. Rzeczywiście - klęczy.
Podjechaliśmy pod kolejny ahu, nazywający się Tongariki. Okazało się, że go restaurują, za pieniądze japońskiej firmy produkującej dźwigi budowlane, Tadano Ltd. Z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się dwóch ciekawych rzeczy: po pierwsze, że są już ponad pół roku spóźnieni w stosunku do zapowiadanego terminu wykończenia prac, po drugie, że przewodniczącym Komitetu Na Rzecz Odbudowy Ahu Tongariki jest niejaki Oscar Pinochet - nie wiem, czy ma coś wspólnego z Augusto. To właśnie ahu było podobno w zupełnie niezłym stanie jeszcze niedawno, ale w 1960 r. zostało totalnie zniszczone przez tsunami, które uderzyło w Wyspę właśnie tu. Zrobiliśmy zdjęcia z daleka i ruszyliśmy dalej.
Przejechaliśmy obok uskoku Poike, gdzie ponoć "Krótkie Uszy" zrobili kesim "Długim Uszom". Dalej zatrzymaliśmy się przy Ahu Hekii, z ładnym dużym murem, oraz przy Ahu Te Pito Te Kura, gdzie jest zwalony (podobno w dziewiętnastym wieku jeszcze stał) największy moai, którego ruszono z Rano Raraku - ma dziesięć metrów wzrostu i waży ponad osiemdziesiąt ton. Sam kapelusz, który leży obok, waży około dwunastu ton! Tuż obok znaleźliśmy Te Pito Te Kura (stąd nazwa ahu), co oznacza "Pępek Świata". Jest to ładny, gładki, okrągły kamień o średnicy około metra, który jakoby przywieźli ze sobą na wyspę pierwsi osadnicy.
Potem zatrzymaliśmy się na chwilę przy plaży Ovahe, a potem dojechaliśmy do plaży Anakena (Anakena i Ovahe to jedyne plaże na wyspie, poza nimi brzeg i dno są paskudnie skaliste). Plaża jest rzeczywiście fantazją. Wykąpaliśmy się w turkusowym Pacyfiku, zjedliśmy lunch, obejrzeliśmy rządek odrestaurowanych moai z kapeluszami oraz tubylca, który wszedł na palmę i zrzucał kokosy. Ahu w Anakena, nazywające się, nawiasem mówiąc, Ahu Nau Nau, ma w ścianie twarz i ładny petroglif. Wykąpaliśmy się ponownie, zrobiliśmy sesje zdjęciową, po czym pojechaliśmy z powrotem do Rano Raraku.
Rewelacja! Tym razem byliśmy tam zupełnie sami (za pierwszym razem szwęndało się kilku innych turystów). MNÓSTWO moai w każdym stadium produkcji, niektóre ciągle jeszcze nie odkopane spod trawy, tak że co jakiś czas łapaliśmy się na tym, że chodziliśmy po jakimś. Jeden z moai ma na biuście wydrapany trzymasztowy statek z żaglami. Nikt nie wie, skąd się ten statek tam wziął. Wygląda bardzo po europejsku, i prawdopodobnie zostało to wyryte po którejś z pierwszych wizyt europejczyków, choć Heyerdahl, który miał zafiksowaną ideę, że wyspiarze to południowi Amerykanie, twierdził, że jest to trzcinowa łódź, taka jakie są jeszcze teraz na jeziorze Titicaca. Wdrapaliśmy się do takiego moai, który jest przyczepiony do podłoża tylko bardzo wąskim jakby "kilem", zrobiliśmy sobie zdjęcia z El Gigante, po czym poszliśmy najpierw na krawędź krateru, obejrzeliśmy jeziorko w środku krateru, a potem na szczyt. Tam są niesamowite dziury i ucha wykute w skale, ponoć aby umieszczać tam liny, pale i inne urządzenia niezbędne do ruszania moai. Fantazja! Doczłapaliśmy się potem do samochodu, robiąc po drodze zdjęcia z księżycem, który właśnie wszedł, i pojechaliśmy do domu.
Obiad był wspaniały: najpierw ceviche - sałatką z surowego lokalnego tuńczyka z avocado, ogórkiem i czymś jeszcze, a potem onże tuńczyk, ale smażony, z groszkiem i kukurydzą oraz ryżem. Świetne! Potem przyszedł, bardzo ugrzeczniony, właściciel samochodu, zainkasował i bardzo uprzejmie się pożegnał.
24.3.1994, czwartek
Następnego dnia ruszyliśm z zamiarem dotarcia do najbardziej na północ wysuniętego cypla Wyspy. Minęliśmy Tahai (nasza czwarta tam wizyta) oraz Kio'e i doszliśmy do Ahu Tepeu, skąd ruszyliśmy mało wyraźną ścieżką na północ. Gorąco było wściekle i po przejściu 2-3 km zmieniliśmy decyzję. Zamiast iść na pólnoc postanowiliśmy wdrapać się na górę Terevaka, której zboczem właśnie szliśmy. W końcu to najwyższa góra na wyspie (536 m n.p.m.) i podobno widok jest ładny, a na dojście do zamierzonego celu szanse mieliśmy niewielkie. Szliśmy na przełaj pod górę po ciężkim terenie i braki w kondycji nam się dały we znaki, ale jakoś doszliśmy, po niecałej godzinie wspinaczki.
Ze szczytu widać, że Wyspa jest wyspą! I to bardzo małą... Jest to jedyny punkt na Wyspie, skąd to widać. Widok rzeczywiście bardzo ładny. Zrobiliśmy sobie piknik na szczycie. Zauważyliśmy wtedy startujący z lotniska samolot i trochę się zdziwiliśmy, bo wiedzieliśmy, że rejsowy samolot ma przylecieć dopiero następnego dnia. Makabryczne wyjaśnienie tego zdarzenia poznaliśmy trochę później. Zerknęliśmy do środka krateru Rano Anoi - nieduży i suchy. Zaczęliśmy schodzić, najpierw drogą, potem ścieżką, a potem już prosto na przełaj w stronę Ahu Akivi. Po drodze napatoczyliśmy się na jakąś bramę, którą musieliśmy przeskoczyć.
Przy Ahu Akivi spotkaliśmy młodego Amerykanina, imieniem Dave, który robił film wideo dla swojego ojca, oraz przygotowywał plan wizyty na Wyspie dla swojej żony. Tu się wyjaśniło skąd się wziął samolot. Żona Dave'a jest oficerem na statku oceanograficznym NOAA - National Oceanic and Atmospheric Administration - który przypłynął dziś rano na wyspę. Okazało się, że wczoraj, kiedy byli na otwartym oceanie, zatrzymali się i załoga wskoczyła do wody. Zostali wtedy zaatakowani przez rekina. Kilku ludzi odniosło obrażenia, a jedna załogantka (19 lat) straciła nogę! Utrzymywali ją przy życiu, a dziś przyleciał po nią amerykański samolot chirurgiczny z bazy w Panamie i ją tamże zabrał. Lojezu!
Dave zaofiarował się nas zabrać swoim samochodem do Hanga Roa, z czego skorzystaliśmy chętnie, bo upał przeszkadzał nam normalnie funkcjonować. Zatrzymaliśmy się przy jaskini Te Pahu i przy Ahu Tepeu, gdzie służyliśmy Dave'owi jako skala do filmu wideo. Potem zawiózł nas wzdłuż wybrzeża do domu, jadąc przeważnie na jedynce, bo droga jest bardzo nędzna.
Po kąpieli i małym praniu poszliśmy do wioski zrobić zakupy pamiątek, z umiarkowanym sukcesem. Wszystko bardzo drogie, a jesteśmy przy tym limitowani faktem, że wszystko to będziemy musieli dźwigać na własnych plecach w Torres del Paine.
Po powrocie do domu zjedliśmy obiad, podobny do wczorajszego, a potem pogadaliśmy o wszystkim i niczym z Gerhardem.
25.3.1994, piątek
Następnego dnia na śniadanie było to co zwykle - bułki, dżem, kawałek sera i neska. Potem Gerhard zaofiarował się nas zawieźć wynajętym przez siebie samochodem (tym samym co my), do ostatniego ze znaczących ahu ze stojącym moai - Ahu Huru A Urenga. Ten ahu też stoi wewnątrz wyspy, ale nie patrzy w żadną dobrze zdefiniowaną stronę, a przynajmniej ja nie zauważyłem czegoś takiego. Moai wyróżnia się tym, że ma cztery ręce. Gabriel twierdzi, że dawniej był do połowy przysypany i dlatego ktoś mu dorobił ręce, które się okazały ponadobowiązkowe. Nie wiem, czy to tak być mogło, bo górne ręce są bardzo podobne do dolnych, a dokładniej: do jednej dolnej, lewej, bo prawa dolna jest bardzo niewyraźna.
Rozstaliśmy się z Gerhardem i poszliśmy drogą do Puna Pau. Jest to kamieniołom, gdzie robiono pukao. Leżało tam ich kilkanaście. Chcieliśmy pójść na pobliską górę, Tangaroa, na której są trzy krzyże, ale była ogrodzona płotem. Z tego wszystkiego zdecydowaliśmy się pójść jeszcze raz do jaskini ludożerców Ana Kai Tangata, zaglądając po drodze do sklepów w Hanga Roa. Usiedliśmy na kamieniach przy oceanie, zjedliśmy standardowy lunch, a potem zajrzeliśmy do Ana Kai Tangata i do sąsiadującej, bardzo ładnej jaskini, oraz porobiliśmy zdjęcia fal, rozbijających się o brzeg i strzelających pianą na wysokość około 10 metrów. Wróciliśmy potem do domu, po drodze kupując koszulki z mapą Wyspy.
Wróciliśmy do domu, zabraliśmy pocztówki i poszliśmy je wrzucić na pocztę (przechodząc po drodze obok "Pizzeria Giovanni" - Wyspa to jakby dość nietypowe miejsce na pizzerię...). Wstąpiliśmy potem do "Hotu Matua's Favourite Shoppe" (Hotu Matua to imię legendarnego króla, który był wodzem pierwszych kolonistów Wyspy), gdzie kupiliśmy mapę Wyspy oraz kartkę z moai z Rano Raraku, śpiewającymi w języku rongo rongo. [Rongo rongo to zapomniany język oryginalnych wyspiarzy. Pismo rongo rongo do dziś nie zostało odcyfrowane.
Jak widać, dzień był mało intensywny. Wieczorem mieliśmy bardzo miłą kolację w ogrodzie, na którą przygotowano na ruszcie połówkę prosiaka oraz ryby, które Gabriel, Maria i jej mąż złapali wcześniej, m.in. lokalny rarytas o nazwie naneu. Przy kolacji pokazywaliśmy niebo i opowiadaliśmy gospodarzom (po hiszpańsku!) o astronomii. Pojawili się nowi goście, jako że przyleciał samolot z Santiago. Nowi goście to Chilijczyk z Antofagasty oraz dwoje Bawarczyków.
26.3.1994, sobota
Następny dzień zaczęliśmy od pożegnalnej wizyty w Tahai (nasza piąta wizyta tamże). Okazało się, że odlatują dziś wszyscy "starzy" goście Marii: my, Gerhard i Gabriel. Na lotnisku Maria zawiesiła nam na szyjach sznury z muszelek. Był to jakiś miejscowy zwyczaj, bo widzieliśmy wielu ludzi z takimi sznurami. Samolot (767-300) przyleciał z Tahiti o czasie, widzieliśmy jak lądował. Pas jest tak długi, że pilot nawet nie włączył odwrotnego ciągu, bo i po co...
Wyspa Wielkanocna - Santiago - Torres del Paine
Odlecieliśmy punktualnie o 12:05. Tym razem mieliśmy miejce przy oknie, więc jeszcze ostatni raz rzuciliśmy okiem na Rano Raraku. Lot był spokojny, tyle, że mi zaczął trochę dokuczać ząb pod plombą. Wolałbym, żeby mi się to nie spaskudziło w Torres del Paine... [Ząb, na szczęście, przestał boleć w Punta Arenas i potem nie miałem z nim żadnego kłopotu.] Dolecieliśmy do Santiago o szóstej po południu. Po drodze wykonaliśmy bardzo ładny manewr. Patrząc od Pacyfiku, Santiago znajduje się za dość wysokimi górami. Samolot przeleciał bardzo nisko nad jakąś przełęczą - tak nisko, że miał w obie strony nie więcej niż 100-200 metrów prześwitu. Ludzie, których widziałem stojących na jednym ze wzgórz, musieli mieć świetny widok. Pożegnaliśmy się z Gerhardem i wsiedliśmy do mikrobusu LanChile, który mocno klucząc zawiózł nas do Magdy.
27.3.1994, niedziela
Ta wizyta w Santiago była raczej krótka. Następnego dnia rano mieliśmy samolot do Punta Arenas. O mało nie zaspaliśmy. Przespaliśmy budzik, a ja obudziłem się sam o 9:15, a na lotnisku mieliśmy być o 9:30... Spakowaliśmy się i wyszliśmy po siedmiu minutach! Dojechaliśmy taksówką na lotnisko o 10:00 i zaraz musieliśmy się ładować do samolotu. Miejsca mieliśmy na samym końcu samolotu (737-200), zupełnie przyzwoite, bo tam już były tylko dwa siedzenia w rzędzie. Poza tym ładnie było widać Andy. Około jedenastej wylądowaliśmy w Concepcion, i po czterdziestominutowej przerwie polecieliśmy do Punta Arenas. Ładnie było w którymś momencie widać jakiś lodowiec.
W Punta Arenas wysiedliśmy do rękawa, co mnie trochę zdziwiło, bo to przecież w końcu niby koniec świata, a tu takie luksusy. Pojechaliśmy autobusem do miasta. Było około czwartej, a najbliższy autobus do Puerto Natales odjeżdzał o szostej. Poszliśmy więc na kawę i na zakupy, oraz spróbowaliśmy, bez powodzenia, zadzwonić do Polski. Potem z nowopoznaną Izraelitką imieniem Chen (wymawia się "Tzhen") wsiedliśmy w autobus firmy Austral Bus - nowiutki Mercedes Benz z kibelkiem i kawą serwowaną w połowie drogi - i pojechaliśmy do Puerto Natales. Droga jest bardzo fajna, bo tylko połowę ma wyasfaltowaną. Druga połowa jest szutrowa i do mijania trzeba zjeżdzać z asfaltu. Pogoda jest bardzo zmienna, trochę padało, a trochę świecił księżyc w pełni (do góry nogami).
Dojechaliśmy do Puerto Natales po mniej więcej trzech godzinach. Tam Chen dogadała się z jakąś panią polującą na ludzi z autobusu. Pani miała na imię Naomi, i miała na ulicy Magallanes 646 mały hotelik rodzinny za 2000 peso od osoby. W hoteliku nie było oddzielnej części dla gości. Turyści i gospodarze siedzieli w tym samym pokoju, korzystali z tej samej łazienki, oglądali ten sam telewizor.
Z nieznanych mi bliżej przyczyn Torres del Paine (i cała Ameryka Południowa) jest bardzo popularnym celem wycieczek mieszkańców Izraela. Spotkaliśmy ich podczas naszej całej wyprawy bardzo wielu. W Puerto Natales wszystkie hotele mają ogłoszenia po angielsku i po hebrajsku.
Puerto Natales zadziwiło mnie tym, że w tej, bardzo przecież małej, mieścinie na końcu świata wszystkie sklepy były otwarte do drugiej w nocy, i to w niedzielę! Naomi znalazła też człowieka, który sprzedał nam naboje do naszej maszynki gazowej (Rodrigo w residencial Puyehue). Naomi ma układ z firmą turystyczną Luis Diaz, która codziennie jeździ furgonetką do Torres del Paine. Kupiliśmy u niej bilety do i z Torres, za 6500 peso od osoby.
Przy stole u Naomi siedziało dwóch Australijczyków, którzy właśnie wrócili z Torres del Paine. Wyglądali na ludzi, którzy solidnie dostali w kość. Jedli łapczywie i zaczęli nas straszyć. Jeden z nich wręcz powiedział, żebyśmy się przygotowali na to, że będzie tak zimno, wietrznie i mokro, że mamy małe szanse na złapanie jakiegokolwiek snu w czasie naszej wyprawy. Trochę nam miny zrzedły...
Torres del Paine
28.3.1994, poniedziałek
O 7:30 następnego dnia przyjechał autobusik. Oprócz nas był w mikrobusie Północny Irlandczyk, który jechał do Torres del Paine tylko na jeden dzień, jakaś migdaląca się para niemiecko-włoska, oraz Izraelczyk imieniem Thomas (tak naprawdę to Tsvi), z którym, jak się okaże, spędzimy kawał czasu w górach. Nawiasem mówiąc, Thomas spędzał roczne wakacje przed pójściem na studia (jeszcze nie wiedział na co), a w swoim życiu robił bardzo ciekawe rzeczy. Służbę wojskową odbył w oddziałach specjalnych armii izraelskiej, m.in. był w Libanie, a potem pracował jako ochroniarz na włoskich statkach wycieczkowych.
Po drodze kierowca zajechał pod jaskinię Milodon, ale jakoś nikt z nas nie wykazał ochoty do zaglądania do niej. W czasie podróży, po dość kiepskiej drodze, zatrzymywaliśmy się kilka razy na sesje zdjęciowe. M.in. napotkaliśmy nandu, południowoamerykańskie strusie. Bardzo się przydał teleobiektyw, bo nie dało się ich blisko podejść.
Do wschodnigo wejścia do Torres del Paine (Guarderia Laguna Amarga) zajechaliśmy około wpół do dwunastej. Tam strażnicy (Torres del Paine to jest park narodowy) zainkasowali po 4000 peso od osoby, spisali dane z paszportów, sprawdzili nasze wyposażenie (czy mamy namiot, dobre buty, itp.), i dali wykład nt. co, gdzie i jak w Torres del Paine.
Przy wyjściu skumaliśmy się ze wspomnianym wyżej Thomasem, oraz dwójką holendersko-niemiecką, Ilonką (tak się kazała nazywać) i Andreasem. Pogoda była niepewna: niebo było zachmurzone, ale nie padało. Najpierw poszliśmy do kempingu w pobliżu Hosteria Las Torres, gdzie rozstawiliśmy namioty, wrzuciliśmy do nich duże plecaki i na lekko poszliśmy do punktu widokowego na Torres del Paine. Najpierw przeszliśmy przez wiszący most. Potem był to trzygodzinny spacer pod górę, i przed samym końcem, kiedy zaczęło się robić późno, zatrzymaliśmy się, ale Thomas i Andreas polecieli dalej. Torres del Paine to fenomenalne góry: trzy "wieże", o wysokości około 2800 metrów, z czego ponad 2000 metrów to niemalże pionowe ściany. Szkoda tylko, że szczyty były w chmurach, ale i tak widok był imponujący.
W zejściu napatoczyliśmy się na pumę! Mieliśmy ją w odległości nie większej niż 10-15 metrów, ale, niestety, nie daliśmy rady zrobić zdjęć, bo wszystko trochę za szybko się odbyło. Wymieniliśmy tylko noty dyplomatyczne, ona w postaci ryku, my w postaci wmurowania się w ziemię, po czym rozstaliśmy się. Później dowiedzieliśmy się, że napotkać pumę jest bardzo trudno, bo jest ich w całym parku około setki. Wszyscy strażnicy, którym o tym mowiliśmy, bardzo z uznaniem kręcili głowami i twierdzili, że mieliśmy duże szczęście - niektórzy z nich nigdy nie widzieli pumy! Widzieliśmy też spore stada guanaco, czyli tutejszej odmiany lamy, oraz lisa, sokoły i dzikiego zająca.
Teraz notka kulinarna. Tego dnia Thomas zaznajomił nas z czymś, co stało się podstawą niemal wszystkich posiłków, które sobie przyrzadzaliśmy przez resztę trwania naszej podróży. Nazywało się to dulce de leche albo manjar. Jest to zagęszczone mleko z cukrem, o konsystencji marmolady. Jedliśmy toto właściwie codziennie od wyjścia z Torres del Paine, aż do La Paz.
29.3.1994, wtorek
Następnego dnia była piękna pogoda. Rozstaliśmy się z Thomasem, który miał mało czasu na zwiedzanie Torres del Paine i odwiedzał tylko najciekawsze miejsca. My podążyliśmy jego śladem jakieś pół godziny poźniej, doszedłszy do wniosku, że z naszymi bardzo ciężkimi plecakami nie damy rady obejść parku dookoła, co podobno jest bardzo ładne (tzw. "Duża Pętla"), ale wymaga pokonywania dużej liczby podejść. W zamian za to postanowiliśmy bardzo dokładnie zwiedzić południową część parku, co, jak się potem okazało, też dało nam w kość. Wymagało to jednak podjechania autobusem do innej strażnicy, Guarderia Lago Pehoe, znajdującej się o półtorej godziny jazdy na zachód od Laguna Amarga (szlak pieszy był zamknięty).
Pożegnaliśmy sięe z Ilonką i Andreasem, którzy poszli na dużą petlę, i wróciliśmy wczorajszą drogą do Laguna Amarga. Spotkaliśmy tam ponownie Thomasa. Okazało się, że wszystkie autobusy i mikrobusy z Puerto Natales już odjechały i że nie ma szans na dostanie się dziś do Lago Pehoe. Były wprawdzie mikrobusy należące do pobliskiego luksusowego hotelu, ale im nie wolno było zabierać nie-gości. Postanowiliśmy zanocować w pobliskim szalasie. Takie szalasy, nazywające się refugio, to jakby duże budy dla psów, zbite z desek, z dziurami w podłodze, ścianach i suficie. Można w nich zanocować za darmo.
Mieliśmy jeszcze pół dnia, więc zostawiliśmy plecaki w refugio i udaliśmy się na lekką wycieczkę na południe, w strone Lago Sarmiento i Laguna Los Flamencos. Tak się składa, że ten kawałek parku to jest miejsce, gdzie jest mnóstwo guanaco. Chilijczycy są bardzo dumni, że dzięki wprowadzonej przez nich ochronie, guanaco nie jest już gatunkiem zagrożonym. Problem polegał na tym, że okolica była używana do wypasu owiec, a że jedno guanaco je ok. pięć razy wiecej trawy niż jedna owca, więc hodowcy tępili te pierwsze. Na marginesie warto zaznaczyć, że bardzo mi się podobało podejście lokalnych Chilijczyków do ochrony środowiska. Było widać, że wszyscy strażnicy, których napotkaliśmy, byli bardzo fachowi i bardzo poważnie podchodzili do tych spraw.
Wróćmy do guanaco. Jak już wspomniałem, były ich tam setki. Widok kapitalny. Młode rodzą się w listopadzie, więc widzieliśmy mnóstwo małych, karmionych przez matki. Jedne guanaco szwendały się majestatycznie, inne goniły się między sobą, opluwając się co jakiś czas. [Dowiedzieliśmy się później od Diego, że armatki wodne do rozpędzania manifestacji znane są wsród chilijskich manifestantów jako "guanaco" - bardzo trafna nazwa.] Można było podejść do nich bardzo blisko, ale nie pozwalały się jednak zbliżyć bardziej, niż na ok. pięć metrów. Oddalały się wtedy majestatycznie - nie była to w żadnym razie ucieczka, lecz raczej wyglądało to tak, jakby nagle stwierdzały, że trawa o te dziesięć metrów dalej jest smaczniejsza od obecnie skubanej.
Ścieżka prowadziła wzdłuż jakiegoś płotu, i coraz to któreś guanaco zgrabnie przez ten płot przeskakiwało. Napotkaliśmy jednak zwłoki jednego guanaco, któremu się to najwyraźniej nie udało. Padlina przyciągała z okolicy lisy i sokoły - udało się nam zrobić im zdjęcia. Skręciliśmy na przełaj w stronę Laguna Los Flamencos. Niestety, nie zobaczyliśmy ani jednego flaminga. Zaczęło się robić ciemnawo i wróciliśmy do refugio.
W budzie zaczęliśmy przygotowywać jedzenie. Kupione w Santiago zupki w styropianowych kubkach zaczęły się sypać, więc musieliśmy je zjeść. Okazały się zupełnie dobre, czego nie można powiedzieć o chilijskiej puszce z fasolą... Z tego wszystkiego, na cały pobyt w Torres del Paine zostały nam tylko makaron i warzywa w puszkach na obiady, oraz ser na śniadania. Na specjalne okazje mieliśmy kilka puszek tuńczyka i puszkę machas. Jako paliwo na marsze mieliśmy kilka tabliczek (bardzo dobrej skądinąd) chilijskiej czekolady Trencito. W budzie wiało dość mocno, więc rozbiliśmy w niej namiot. Ładnie to wyglądało.
30.3.1994, środa
Następnego dnia znowu była bardzo ładna pogoda. Złapaliśmy bez kłopotu autobus do Lago Pehoe, za 1000 peso za osobę. W autobusie był człowiek z tego rodzaju, którego jakoś nie mogę znieść w górach - hałaśliwie gadatliwy i wszystkim się narzucający Amerykanin z Kalifornii. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi porobić zdjęcia Cuernos del Paine ("Rogi Paine") z punktu widokowego nad jeziorem Nordenskjold. Cuernos są chyba nawet efektowniejsze niż Torres: fantastyczne kształty, pionowe ściany o wysokości porównywalnej z Torres, a do tego są dwukolorowe - dolna część jest szara, górna ciemna!
Dojechaliśmy do Lago Pehoe około pierwszej po południu. Nasz cel podróży to był drugi koniec Lago Pehoe, gdzie można się dostać tylko łodzią. Łódź odpływała o drugiej, więc wykorzystaliśmy z Thomasem te godzine, żeby pójść nad pobliski wodospad, Salto Grande. Ładny. Taka mini-Niagara - wysoki na 20-30 i szeroki na 50 metrów. Słońce było po dobrej stronie i mieliśmy w pyle wodnym ładną teczę. Udało nam się ją złapać na zdjęciach. O 200-300 metrów poniżej wodospadu leżały w wodzie szczątki zwalonego mostu. Woda musi się tam czasem nieźle kotłować - most wyglądał zupełnie przyzwoicie.
Wróciliśmy do łódki, a tam podeszła do nas dziewczyna i zagadała po polsku! Miała na imię Magda i była brazylijką, tyle że jej rodzice wyemigrowali z Polski przed wojną. Ona zaś studiowała w Warszawie fitosocjologię, w latach 1980-83, czyli chodziła na zajęcia do Obserwatorium kiedy i ja tam bywałem. Nie pamiętalem jej jednak zupełnie. Świetnie mówiła po polsku, z lekkim tylko akcentem. Kazała pozdrowić panią Kwiatkowską(?) w Obserwatorium - uczynię to przy okazji.
Tuż przed odpłynięciem łódki podjechał nasz przedwczorajszy autobusik f-my Luis Diaz. Kierowca zapytał się, czy nie zgubiliśmy przypadkiem paska od plecaka. Istotnie, Danusi wsiąkł gdzieś pasek od jednego z rozlicznych gadżetów przy jej plecaku. Ucieszyła się, że nie zginął tak zupełnie. Kierowca obiecał, że jak będziemy wracali, to będzie go miał.
Łódka płynęła około półtorej godziny. Dobiliśmy w końcu do Refugio Lago Pehoe (nie mylić z Guarderia Lago Pehoe - miejscem, skąd odpłynęliśmy). Aby uwolnić się od towarzystwa Amerykanina ruszyliśmy szybko w stronę Valle del Frances, i po piętnastu minutach zatrzymaliśmy się, już z dala od ludzi, żeby zjeść lunch. Według mapy mieliśmy 2.5 godziny marszu do naszego zamierzonego celu, Campamento Italiano, u wejścia do Doliny Francuza. Szliśmy bardzo ładną drogą, wzdłuż jeziora Skottsberg, a u stóp Cerro Paine Grande. Po drodze musieliśmy kilkakrotnie mocno się gimnastykować, żeby nie zamoczyć butów, bo ze ściany Cerro Paine Grande spływały potoki, które idąc po linii najmniejszego oporu spływały naszym szlakiem. Przez Rzekę Francuza (Rio del Frances) przeszliśmy (pojedynczo!) po wiszącym i mocno się kołyszącym moście. Zaraz potem było nasze pole namiotowe. Drogę zrobiliśmy w dokładnie dwie godziny, z czego byliśmy bardzo zadowoleni, bo w końcu dźwigaliśmy ciężkie plecaki.
Rozstawiliśmy namiot o dziesięć metrów od huczącej rzeki i rozpaliliśmy ognisko. Zrobiliśmy sobie standardowy obiad, a potem, żeby oszczędzać gaz w butli, zaczęliśmy gotować herbatę na ognisku. Byliśmy zupełnie sami na polu namiotowym. Zrobiło się ciemno, a że pogoda była przez cały dzień świetna, to i niebo zrobiło się znakomite. Droga Mleczna była świetnie widoczna, a Worek Węgla - ciemna mgławica w Krzyżu Południa - wyraźnie się od niej odcinał. Wypatrzyliśmy też wreszcie oba obłoki Magellana.
Gdy położyliśmy się spać, usłyszeliśmy bardzo głośny huk. Jak wspomniałem, namiot mieliśmy rozbity tuż nad bardzo głośną rzeką, a i tak ten dźwięk był bardzo wyrażny. Powtorzyło się to kilka razy. Zaczęliśmy się zastanawiać co to może być, i doszliśmy do wniosku, że to samoloty wojskowe przechodzą przez barierę dźwięku.
31.3.1994, czwartek
Obudziliśmy się następnego dnia wcześnie rano. Pogoda znowu dopisywała. Zostawiliśmy plecaki w namiocie, a sami poszliśmy w górę Doliny Francuza. Dolina z jednej strony ma Cuernos del Paine i Torres del Paine, z drugiej Cerro Paine Grande, a przy końcu zamknięta jest Cerro Paine Medio. Cuernos znowu świetnie wyglądały. Cerro Paine Medio natomiast ma na swoim zboczu jakby mały lodowiec. Kiedy usłyszeliśmy podobny dźwięk jak wczoraj w nocy, i byliśmy w stanie zobaczyć skąd on dochodzi, zrozumieliśmy, że nie był to bynajmniej samolot, lecz odgłos pękającego lodowca...
Poszliśmy w górę półtorej godziny, aż do końca szlaku. Widoki były fantastyczne. Doszliśmy do Campamento Britanico, a dalej iść się już nie dało - weszliśmy na totalnie zalaną łąkę. Odpoczęliśmy chwilę, napiliśmy się wody z kryształowo czystego potoku, i poszliśmy w dół, do naszego biwaku. Zwinęliśmy namiot i o 1:45 ruszyliśmy wczorajszym szlakiem z powrotem do Refugio Lago Pehoe. Doszliśmy tam o czwartej. Postanowiliśmy nie tracić czasu i spróbować dojść aż do Refugio Grey, które znajduje się u czoła lodowca o tej samej nazwie, nad jeziorem o tej samej nazwie. Według mapy miało to być trzy i pół godziny marszu, przeważnie wzdłuż jeziora, a więc jakby po płaskim.
Bynajmniej nie było to po płaskim! Droga cały czas szła w górę i w dół, a w wielu miejscach ścieżka była nierozróżnialna od potoku. Widoki po drodze były wspaniałe: po jeziorze Grey pływały najprawdziwsze góry lodowe, duże i małe, najrozmaitszych kształtów. Od pewnego miejsca zaczęło być widać lodowiec, oślepiająco biały w słońcu. Marsz dał nam solidny wycisk, choć daliśmy radę zbić ten czas do trzech godzin, więc znowu byliśmy bardzo z siebie dumni. Wypompowaliśmy się jednak potężnie.
Obok refugia, czy raczej tego co z niego zostało, spotkaliśmy Thomasa, który przyszedł tam poprzedniego dnia. Refugio Grey nie istnieje. Kilka lat temu spalili je (niechcący, jak sądzę) izraelscy turyści. Budują na jego miejscu nowe refugio, ale na razie trzeba było nocować w namiocie. Spaliśmy nad jeziorem, od którego mocno ciągnęło chłodem. Nie dziwota, skoro byliśmy zaledwie kilkaset metrów od lodowca, który ciągle zasilał jezioro górami lodowymi. Co jakiś czas rozlegał się znany nam już huk, a po chwili jezioro potężnie falowało.
1.4.1994, piątek
Następnego dnia pogoda się troszkę popsuła. Nie padało, ale były chmury i zrobiło się zimniej. Słynnego patagońskiego wiatru jednak jak nie było, tak nie ma. Pożegnaliśmy się z Thomasem, który już wracał do cywilizacji. Ponieważ był to Wielki Piątek, więc mianowaliśmy tuńczyka z puszki śledziem, i mieliśmy prawdziwe postne śniadanie ze śledzia.
Po wczorajszym wycisku zrobiliśmy sobie dzień ulgowy. Zostawiliśmy plecaki w namiocie i poszliśmy na punkt widokowy na lodowiec Grey. Fantazja! Czoło lodowca o wysokości kilkudziesięciu metrów, spływające do jeziora. Fantastyczne kształty, w tym jakby grota, czy ja wiem co. Popatrzyliśmy, zrobiliśmy zdjęcia, a potem poszliśmy w górę, usiłując dostać się do samego lodowca, żeby go móc dotknąć. Niestety, ścieżka zaczęła wyraźnie od niego odchodzić. Doszliśmy do następnego pola namiotowego, Campamento Chileno, po czym zaczęliśmy schodzić. W pewnym miejscu postanowiliśmy jednak przebić się do lodowca, odbiliśmy od ścieżki i doszliśmy do niego na przełaj.
To dopiero robi wrażenie. Staliśmy pod wysoką na kilkanaście-kilkadziesiąt metrów ścianą lodu. Lodowiec z bliska już nie jest taki oślepiająco biały, bo jest przybrudzony pyłem skalnym. Konsystencja lodu dość oryginalna: wygląda tak, jak sprasowane drobne kulki lodu. Co więcej, lodowiec jest NIEBIESKI, co bardzo wyraźnie widać zwłaszcza w szczelinach. Inne niesamowite wrażenie to takie, że gdy się stoi obok lodowca, to go słychać - on trzeszczy!
Niestety, nie wypatrzyliśmy momentu odłamywania się góry lodowej. Dzieje się to zresztą przeważnie w nocy, podobno dlatego, że wtedy nasilają się naprężenia wewnątrz lodowca związane ze skokiem temperatury. Wróciliśmy do namiotu i zrobiliśmy sobie obiad. Ponownie mianowaliśmy tuńczyka w oleju śledziem w śmietanie, oraz dodatkowo mianowaliśmy makaron ziemniakami, i na obiad mieliśmy ziemniaki ze śledziem. Paradoksalne jest, że ten dodatek tuńczyka spowodował, że w Wielki Piątek mieliśmy najbardziej sycący obiad ze wszystkich w Torres del Paine...
W pewnym momencie na biwaku pojawiła się piątka Anglików na koniach, plus chilijski przewodnik. W pierwszej chwili sądziliśmy, że muszą to być jacyś turyści przy forsie, ale jak zaczęli sobie przygotowywać obiad, to wrażenie znikło. Zrobili sobie na ognisku (naszym, nawiasem mówiąc, bośmy im ulżyli i zaproslismy ich do naszego ognia) mieszankę kluch z jakimś sosem pieczarkowym z torebki. Dali nam trochę do spróbowania - ale mi to smakowalo! Coż, dieta z makaronu i warzywek przez tydzień trochę mi się znudziła.
Anglicy byli częścią większej grupy, która od kilku tygodni zwiedza Amerykę Południową, jeżdżąc w różne miejsca ciężarówką (pewnie czymś na kształt "Osinobusa"). Byli już w Brazylii, Urugwaju i Argentynie, dojechali do Ziemi Ognistej, a teraz ruszają na północ Chile i dalej do Peru i Ekwadoru. Wszystko ma trwać trzy miesiące i zostało zorganizowane przez jakieś biuro podróży w Londynie (podobno biur organizujących takie wyprawy jest sporo).
Wieczorem zaczęło trochę padać. Myśmy wskoczyli do namiotu i ze współczuciem myśleliśmy o niektórych spośród Anglików, którzy spali pod gołym niebem przy ognisku.
2.4.1994, sobota
Następnego dnia zwinęliśmy się o 9:30 i ruszyliśmy w drogę powrotną do Lago Pehoe. Pogoda się poprawiła i znowu mieliśmy słońce. Szliśmy tą samą drogą co w czwartek i do dziś nie wiemy, jak tamtędy przeszły konie z Anglikami na grzbietach. Momentami było BARDZO stromo, i to jeszcze wodno-błotniście. Anglicy, którzy rano wyskoczyli na chwilę do punktu widokowego na lodowiec, dogonili nas tuż przed Lago Pehoe. Myśmy sobie akurat odpoczywali. Akurat przy nas jednego z nich koń wniósł w gęste i wysokie krzaki, co nas i pozostałych Anglików mocno ubawiło.
Do Lago Pehoe doszliśmy w trzy godziny i kwadrans, znowu skracając czas podany na mapie. Tam, ponieważ nasz zapas chleba się już skończył, spróbowaliśmy kupić coś w tym stylu w czymś na kształt kiosku, który stał przy Refugio Lago Pehoe. Kupiliśmy, bardzo drogo, paczkę krakersów (takich sobie, nawiasem mówiąc). Potem ruszyliśmy na południe, w stronę centrum administracyjnego parku. Spacer był bardzo przyjemny. Po przejściu przez małe górki szliśmy taką bardzo dużą łąką, mając z tyłu widoki na oddalające się Cuernos del Paine.
W trzy godziny doszliśmy do pola biwakowego Las Carretas. Znowu byliśmy zupełnie sami, jeżeli nie liczyć myszy, które usiłowały się dostać do naszego namiotu. Zrobiliśmy obiad, a przy herbacie skończył się nam gaz, więc dokończyliśmy wszystko na ognisku, bo nie było sensu napoczynać drugiej butli (mieliśmy takie butle jednorazowego użytku). Co kilka minut robiliśmy obchód namiotu, żeby wypłoszyć myszy. Wszyscy ostrzegali, że potrafią one się wgryźć do namiotów i do plecaków w poszukiwaniu jedzenia, więc kładąc się spać polożyliśmy plecaki między nas, żeby było im choć trochę trudniej.
3.4.1994, niedziela
Nastepny dzień zaczeliśmy od obchodu namiotu. Myszom nie udało się doń dostać. Pojawił się wreszcie słynny patagonski wiatr, ale znowu nie było to nic strasznego. Było troche pochmurno, ale nie padało. Nie mieliśmy już nic innego do jedzenia oprócz machas i krakersów, więc mianowaliśmy machas jajkiem i się nim podzieliliśmy - była to niedziela wielkanocna. Na świąteczne śniadanie przyrządziliśmy sobie resztę machas na ciepło z przyprawami. Ruszyliśmy potem na ostatni fragment naszej wędrówki po Torres del Paine - półtorej godziny marszu, przeważnie po płaskim, do centrum administracyjnego.
Doszliśmy tam o 11:30. Wtedy już oficjalnie uznaliśmy, że mieliśmy niewiarygodne szczęście z pogodą. Wszystkie przewodniki i wszyscy nasi znajomi i nieznajomi, którzy byli w Torres del Paine, zgodnie twierdzili, że tam ZAWSZE wieje bardzo silny wiatr (my - nic), że co drugi dzień leje (my - raz, w piątek wieczorem, lekko pokropiło), i że w nocy jest przeraźliwie zimno (my - zimno było, ale na pewno nie przeraźliwie).
Nasz autobus miał przyjechać o drugiej. W centrum administracyjnym powiedzieli nam, że można posiedzieć w pobliskiej posada, czyli czymś na kształt schroniska. Tam nas jednak wygoniono, bo żeby posiedzieć, to trzeba kupić (drogi) obiad i wskazano nam pobliskie refugio, jako miejsce do siedzenia. Refugio było zamknięte. Z tego wszystkiego usiedliśmy sobie na schodach centrum administracyjnego. Pojawili się Ilonka i Andreas, którzy przeszli dużą pętle. Dziś przeszli jednym ciągiem z Lago Pehoe. Zabrali się pierwszym autobusem, jaki się pojawił, myśmy natomiast czekali na Luisa Diaza, który przyjechał o 13:40.
Obejrzeliśmy zupełnie ładną wystawę w centrum administracyjnym i ruszyliśmy o 14:20 w drogę powrotną do Puerto Natales. Jechaliśmy bardzo ładną drogą, wzdłuż rzeki Paine, a potem wzdłuż brzegu Lago Pehoe. Po drodze minęliśmy nowy, luksusowy hotel (to z tego hotelu były te mikrobusy, które nas nie chciały zabrać we wtorek). Wiatr się wzmógł i jezioro wyglądało na mocno wzburzone. Podjechaliśmy na miejsce, z którego w środę ruszyliśmy łodzią, żeby zabrać pasażerów wracających taże łodzią z Refugio Lago Pehoe. Przypłynęła po niecałej godzinie, i nasz szofer zgarnął z niej dwoje Niemców. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby pooglądać kołujące orły i kondory. Strzelałem slajdy teleobiektywem - mam nadzieję, że wyjdą... [Wyszły.]
Przy wyjeździe z parku, przy Laguna Amarga, strażnik zapisał kto wyjeźdza z parku, i dopiero wtedy zezwolił naszej furgonetce na wyjazd. Nasz szofer zgarnął jeszcze trójkę pasażerów, jak się zdaje Chilijczyków z Punta Arenas.
Do Puerto Natales dojechaliśmy około siódmej wieczorem. Szofer rozwiózł innych pasażerów, a potem podjechaliśmy pod jego dom, ponieważ tam miał, jak twierdził, ten gadżecik, który spadł z plecaka Danusi. Widzieliśmy z zewnątrz przez okno, że przetrząsął chałupę przez dobre pietnaście minut, ale nie znalazł. Wyszedł z niewyraźną miną. Powiedzieliśmy mu, żeby się nie przejmował, bo to nic ważnego.
Podjechaliśmy do Naomi. Zostawiliśmy bagaże i postawieni wobec wyboru, czy prysznic, czy obiad, wybraliśmy najpierw to drugie. Najpierw odsprzedaliśmy Rodrigo nieużyty nabój do kuchenki gazowej, a potem zatrzymaliśmy się przy pierwszej knajpie wspomnianej w South American Handbook, "La Burbuja". Ja wziąłem wołowine z czosnkiem i papryką z frytkami - dużo i dobre, choć dość twarde - a Danusia wzięła kurczaka w koniaku - też dużo, choć kurczak był twardy i nie bardzo jej smakował (ale i tak zjadła).
Pochodziliśmy potem po firmach autobusowych i usiłowaliśmy ustalić, co dalej. Zdecydowaliśmy pojechać rano do Punta Arenas, a co dalej, to się zobaczy. Wróciliśmy do Naomi, wzięliśmy pierwszy prysznic od tygodnia(!) i poszliśmy spać.
Puerto Natales - Santiago
4.4.1994, poniedziałek
Obudziliśmy się wcześnie rano z zamiarem pojechania do Punta Arenas jak najwcześniej. I tu klapa! Najwcześniejszy autobus, na który udało się nam dostać bilet (Buses Fernandez), odjeżdza o 18:30. Wróciliśmy z plecakami do Naomi i zaczęliśmy szwendać się po mieście.
Najpierw upewniliśmy się w porcie, że prom do Puerto Montt nie płynie jakoś tak w najbliższych dniach. Podobno rejs nim jest wspaniały, więc nie chcieliśmy go pochopnie przeoczyć. Okazało się, że statek jest w tej chwili w Puerto Montt i że naprawia jakąś awarię, czyli że dopłynie do Puerto Natales najwcześniej za 5-6 dni. Potem zaczęliśmy się przyglądać liniom lotniczym. Z Punta Arenas do Puerto Montt można polecieć samolotem za 34000 peso za twarz - trochę drogo. W międzyczasie spotkaliśmy ponownie Ilonkę i Andreasa i spróbowaliśmy, znowu bezskutecznie, zadzwonić do Polski. W końcu zaczęliśmy rozglądać się za autobusem do Puerto Montt. I tu sukces. Firma Austral Bus, ta sama, której autobusem jechaliśmy przed tygodniem z Punta Arenas do Puerto Natales, ma jutro rano autobus z Punta Arenas do Puerto Montt przez Argentynę. Zaklepaliśmy w nim miejsca; zapłacić mamy jutro w Punta Arenas.
Około południa znudziło nam się szwendanie po Puerto Natales (ile można chodzić po mieście wielkości Serocka?), kupiliśmy jakieś podstawowe żarcie i poszliśmy zabijać czas do Naomi. Tam zjedliśmy conieco, poczytaliśmy i pozbijaliśmy bąki. Poszliśmy ponownie do miasta, wpadliśmy do "La Burbuja" na pisco sour (niemalże narodowy alkohol Chilijczyków: pisco z sokiem cytrynowym i cukrem) i cherry, zrobiliśmy zakupy na podróż i znów wróciliśmy do Naomi. Obejrzeliśmy kawałek filmu z S. Segalem, który syn Naomi puszczał sobie na wideo. Dla zainteresowanych: Segal był policjantem, któremu jakiś polityk i jego banda zabili rodzinę, a on sam zapadł na siedem lat w komę, po czym się obudził i z jakąś pielęgniarką się chował przed bandytami i wracał do sił. Wyobrażam sobie, co się działo potem! Niestety, musieliśmy już iść do autobusu.
Po drodze napatoczyliśmy się na naszego kierowcę z f-my Luis Diaz, który powiedział nam, że znalazł gadżecik Danusi, ale myślał, że już sobie pojechaliśmy. Poszliśmy dalej, a gdy doszliśmy do naszego autobusu, to przyjechał i onże gadżecik przywiózł! Bardzo miło z jego strony.
Wsiedliśmy do autobusu i po trzech godzinach jazdy dojechaliśmy do Punta Arenas. Dworzec autobusowy był bardzo ładny, ale jak nam wydawali plecaki z bagażnika, to okazało się, że plecak Danusi został mocno zakurzony. Danusia omalże eksplodowała. Niestety, nasza znajomość hiszpańskiego jest za mała, żebyśmy mogli im rzetelnie nawrzucać (i się w ten sposób rozładować). Danusia z tego wszystkiego im tylko powiedziała "Que escandalo!".
Poszliśmy do polecanego przez South American Handbook "Hospedaje Nena" na ulicy Boliviana 366. Nie było miejsc, ale właścicielka zadzwoniła naprzeciwko, do "Miceya Carcano" (Boliviana 375; też polecany w S.A.H.), gdzie znalazły się miejsca za 2500 peso od osoby. Chyba nie była to część domu dla turystów, lecz jakby normalny pokój gościnny. Generalnie było bardzo ładnie, tylko trochę się zderzaliśmy z rodziną właścicieli. Potem się okazało, że dla turystów była osobna część domu, z osobną kuchnią i telewizorem. Siedział tam Francuz imieniem Gautier, który oglądał w ESPN baseball!
Jak widać, dzień został w dużej mierze zużyty na zabijanie czasu...
5.4.1994, wtorek
Następnego dnia obudziliśmy się o 6:30. Po standardowym śniadaniu poszliśmy do Austral Bus. Pani zainkasowała po 17000 peso za twarz, Visa wczytała się bez kłopotów (zobaczymy tylko, jaki zastosują przelicznik, kiedy przyjdzie nam ten rachunek zapłacić...). Ładny autobus (montowany w Brazylii Mercedes), z kibelkiem. Ruszyliśmy parę minut po ósmej.
Dojechaliśmy do granicy argentyńskiej po jakichś dwóch godzinach. Po chilijskiej stronie granicy staliśmy przez jakieś pół godziny, a po argentyńskiej mniej więcej kwadrans. Zjedliśmy standardowy lunch. Za oknem - totalne pustkowie. Nic dziwnego: Patagonia. Widok nie zmieniał się godzinami, ciągle to samo: równina z rzadka porośnięta rachitycznymi krzaczkami. I tak przez cały dzień. W autobusie puścili na wideo "Lucky Luke" - wprawdzie chała, ale było to jakieś urozmaicenie. Następnym urozmaiceniem była zmiana koła. Około wpół do dziewiątej wieczorem zatrzymaliśmy się w Comodoro Rivadavia na obiad. Myśmy nasz zjedli w autobusie, kupiliśmy jedynie półtoralitrową butelkę Coca-Coli, za 1200 peso chilijskich (czyli prawie trzy dolary!).
6.4.1994, środa
Spaliśmy oboje dość przyzwoicie. Gdy się obudziliśmy, autobus przeciskał się szutrową drogą przez ładne góry. Około dziewiątej rano dojechaliśmy do San Carlos de Bariloche, miasta położonego na brzegu bardzo ładnego jeziora o nazwie Nahuel Huapi. Objechaliśmy to jezioro dookoła (zajęło to sporo czasu), oglądając bardzo ładne widoki. San Carlos de Bariloche to takie jakby Zakopane dla Argentyny. Po dziesiątej zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Umyliśmy zęby!
Około 10:30 kontrola celna argentyńska. Niesamowita! Wywalili nas wszystkich z autobusu, zdezynfekowali go od zewnątrz i wewnątrz, zabrali wszystkie żarcie z autobusu (ale naszego, które mieliśmy w plecaku, nie), po czym wpuścili nas z powrotem do środka, ale wszyscy musieliśmy wchodzać stanąc na nasyconą jakimś świństwem gąbkę.
Na chilijskiej stronie też nam kazali wysiąść z autobusu i prześwietlali wszystkim bagaż podręczny. Ponoć w poszukiwaniu świeżej żywności, ale nasze zapasy przeszły kontrolę bez problemu (wspomniałem facetowi, że wszystko kupiliśmy w Punta Arenas, i machnał ręką).
Ruszyliśmy dalej około południa. Jechaliśmy wzdłuż ładnego jeziora Puyehue. Pierwsze duże miasto po drodze do Puerto Montt to było Osorno. Zdecydowaliśmy się tam wysiąść, bo Osorno jest na drodze z Puerto Montt do Santiago, więc po co jeździć tam i z powrotem. Osorno jest miastem, którego mieszkańcy to prawie wyłącznie emigracja niemiecka, stara i nie tak bardzo stara. Widać to, m.in., po lokalnym programie radiowym, który nadawał tylko takie piwne piosenki bawarskie...
Do Osorno dojechaliśmy około 1:30 po południu. Plecaki w zapieczętowanym (przez Argentyńczyków) bagażniku ubrudziły się strasznie, ale, na szczęście, Danusia ich nie widziała, boby eksplodowała już na pewno. Kierowcy podeszli do zagadnienia bardzo niefrasobliwie: otrzepali plecaki z lekka, uśmiechnęli i nie przejęli.
W Osorno niesamowita konkurencja między liniami autobusowymi na przejazdy do Santiago. Pewnie z dziesięć linii, i każda miała jakąś taryfę specjalną. Wybraliśmy InterSur, bo odjeżdzał najszybciej, o 17:30, przyjeżdza do Santiago ponoć o siodmej rano i jest podobno bezpośredni. A wszystko za 3500 peso za ryło.
Poszliśmy w miasto. Mniej "niemieckie" niż się spodziewałem, ale widać sporo wysokich, szczupłych i dobrze zakonserwowanych panów po siedemdziesiątce, jezdzących Audi, Pasatami i BMW. Poszwęndaliśmy się po mieście, m.in. zahaczyliśmy o dworzec kolejowy, gdzie dowiedzieliśmy się, że jedyny pociąg do Santiago już pojechał (podobno ta podróż jest bardzo fajna, bo wagony to są przedwojenne niemieckie wagony sypialne, takie typu Orient-Ekspress). Zapadliśmy w Kaffeestube na znakomite cortado. Znowu spróbowaliśmy zadzwonić, i znowu bez powodzenia. [Z tym dzwonieniem to było tak. Myśmy mieli taki specjalny numer, pod który należało dzwonić, żeby połączyło nas z MCI (naszą amerykańską firmą do rozmów zamiejscowych). Okazało się, że z telefonów publicznych pod ten numer zadzwonić się nie da. Mogliśmy próbować zadzwonić do Polski "normalnie", zamawiając rozmowę w biurze telefonicznym, ale uzyskanie połączenia podobno trwa wieki i jest drogie jak nieszczęście ($10 za minutę!).]
Autobus ruszył z Puerto Montt z kilkuminutowym opóźnieniem. Autobus też ładny, ale jakby mniej czysty niż Austral Bus (ale to nie znaczy, że brudny) i obsługa trochę gorsza. W autobusie napatoczyliśmy się na dwóch młodych Niemców (Daniel i Michael), których spotkaliśmy wcześniej, przez chwilę, w Torres del Paine. Oni dostali się do Puerto Montt samolotem linii National z jakąś wariacką zniżką (24000 peso) i omal nie byli jedynymi pasażerami na pokładzie. Pogaworzyliśmy, przeważnie o wdziękach Maryni. Być może spotkamy się jeszcze w San Pedro de Atacama, gdzie oni jadą jutro, a my może pojutrze. Poszliśmy spać i spaliśmy oboje dość dobrze; ja nawet zignorowałem postój na obiad gdzieś po drodze.
Santiago po raz drugi
7.4.1994, czwartek
Do Santiago dojechaliśmy następnego dnia o ósmej rano, czyli dokładnie 48 godzin po wyruszeniu z Punta Arenas. O dziwo, zniosłem to dobrze. Na dworcu autobusowym chciałem się dowiedzieć o ceny autobusów do Calamy, ale jakiś magik odmówił podania ceny, jeśli nie zamierzamy kupić biletów!!!
Wsiedliśmy (czy raczej: wcisnęliśmy się) do pełnego metra i pojechaliśmy do Escuela Militar, a stamtąd doszliśmy na piechotę do domu Magdy. Jeszcze była w domu, a z nią jej babcia, która świetnie mówiła po angielsku - i nie dziwota, jest Angielką. Babcia zaprosiła nas do siebie na wieś na weekend, ale chyba nie skorzystamy, bo, jak dobrze pójdzie, w weekend będziemy już w San Pedro de Atacama.
Zadzwoniłem do konsulatu boliwijskiego (nie trzeba wiz) i peruwiańskiego (trzeba, niestety: 4700 peso za wizę, dwa dni załatwiania). Pojechaliśmy tam, a po drodze zahaczyliśmy o biuro podróży pana Raniewicza. Niestety, nie znalazł żadnych przystępnych biletów do Calamy, nie mówiąc już o tym, że i tak na piątek i sobotę nie było miejsc w samolotach.
Do konsulatu peruwiańskiego (nawiasem mówiąc, konsulat jest zupełnie gdzie indziej niż ambasada) trzeba wchodzić przez wartownię, gdzie strażnik że złotym zębem spisał nas dokładnie i wypytał o polską piłkę nożną. Senorita Carmen w konsulacie zabrała nam paszporty, zainkasowała i kazała przyjść jutro po jedenastej.
Ponieważ przy poprzedniej bytności w Santiago pan Espinoza nieopatrzbnie powiedział nam, że możemy przyjść do ośrodka komputerowego Universidad de Chile i się pobawić pocztą komputerową jeszcze raz - skorzystaliśmy.
Pan Espinoza koniecznie chciał nas przedstawić swojemu szefowi, o którym wyrażał się wręcz z uległością. Jak wspomniałem, pana Espinoza mówił po angielsku zupełnie nieźle, ale zdarzało mu się sporo potknięć. Niestety, nie pamiętam dosłownie sformułowania, którego użył, ale wynikało z niego niedwuznacznie, że jego szef pragnie współżyć ze mną cieleśnie. Danusia może zaświadczyć, że dałem radę utrzymać powagę, choć przyznam, że trochę trudu mnie to kosztowało...
Spotkanie z szefem było bardzo oficjalne. Uścisnęliśmy sobie dłonie, wymieniliśmy uwagi na temat naszych prac i metod badawczych, itp. Po spotkaniu szef posadził nas przy terminalu i odszedł. Tym razem urządziliśmy sobie dłuższą sesję.
Wróciliśmy do domu, po cortado w "Cafe Haiti" (czyli Con Piernas) i po nieudanej próbie wymienienia czeków podróżnych (banki w Santiago zamykają się o drugiej i nie ma zmiłuj się). Zebraliśmy nasze brudne ubrania i poszliśmy do znajdującej się w pobliżu pralni samoobsługowej, która okazała się nie być samoobsługowa - wszystko zrobili za nas jej pracownicy, nawet wsypali proszek (wliczony w cenę prania). Szef (właściciel?) pralni mówił, oprócz hiszpańskiego, po angielsku, francusku i niemiecku, czym mnie mocno ujął. Proszek jednak albo był słaby, albo było go za mało, bo nie do końca dał radę naszemu brudowi z Wyspy i Torres del Paine.
Wieczorem przyrządziliśmy risotto i zjedliśmy z Magdą, gaworząc do późnej nocy i zapijając dwoma litrami chilijskiego wina z kartonów, zupełnie niezłego.
8.4.1994, piątek
Następnego dnia spakowaliśmy się i zostawiliśmy graty w pogotowiu. Przeżyłem też chwilę triumfu, kiedy zadzwoniłem do dworca autobusowego i pogadałem dłuższą chwilę po hiszpańsku z tamtejszym magikiem. Magda i jej gospodyni przyglądały mi się z dużym podziwem w oczach, bo nie posądzały mnie o tak biegłą znajomość ich języka, ha!
Pojechaliśmy do konsulatu peruwiańskiego odebrać paszporty. Po wymianie czeków podróżnych na gotówkę wróciliśmy do Magdy, która się właśnie zbierała, żeby jechać do pracy gdzieś na północ od Santiago. Zaofiarowała się nas zawieźć do stacji autobusowej, o ile zdążymy wyjść w ciągu kwadransa. Zdążyliśmy. Było to dla nas błogosławieństwo, bo od tej pory dzwigać musimy już zupełnie wszystko, co mamy - nie wracamy już do Santiago.
Santiago - San Pedro de Atacama
Na dworcu autobusowym poszedłem na zwiady. Popytałem w kilku firmach. Jeden z delikwentów przyczepił się mocno, ale i ja się zacząłem targować jak przekupień. Zjechaliśmy do 10000 peso za bilet (na początku ązdali 14000). Autobus był z firmy Gemini - ładny i czysty Mercedes Benz. Zrozumiałem, gdy doń wsiedliśmy, dlaczego ten facet tak strasznie chciał, żebyśmy pojechali jego autobusem i dlaczego tak łatwo stargował cenę - w autobusie było tylko dziewięciu pasażerów. Ruszyliśmy o 14:15.
Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie, bo kierowcy kupowali sobie od przydrożnych sprzedawców jajka, cebulę i różne temu podobne rzeczy. Braliśmy również pasażerów na krótkie dystanse. Potem podali coś do jedzenia. Podane to może i było elegancko, ale zawartość taka sobie: twarde mięso, gotowana marchewka i ryż, wszystko na zimno. Potem na wideo puścili film. Był to "Universal Soldier" (po angielsku z hiszpańskimi napisami) z Jean-Claude'm Van Damme. Totalna głupota z częstym, wymyślnym mordobiciem, na zerowym poziomie aktorskim - krótko mówiąc, bawiłem się świetnie.
Zatrzymaliśmy się w Ovalle, Coquimbo i La Serena. W tym ostatnim mieście zastanawialiśmy się, czy nie zadzwonić do W. Krzemińskiego i złożyć uszanowanie, ale było już bardzo późno i daliśmy sobie (a przede wszystki jemu) spokój. W La Serena widać było wyraźnie, jak szalona jest konkurencja między liniami autobusowymi - naliczyliśmy siedem autobusów jadących do Santiago mniej więcej w tym samym czasie.
Potem - spać. Steward (w każdym autobusie jest taki, oprócz dwóch kierowców) bardzo ładnie ułożył autobus do snu: pozasłaniał okna, zawiesił firanki, które oddzieliły kierowcę od pasażerów, i zgasił światło. Czuło się to zupełnie tak, jakby niania kładła dzieci spać, i tylko brakowało całusa w czoło...
9.4.1994, sobota
Obudziliśmy się gdy jechaliśmy przez bardzo ładną górzystą pustynię. Po raz pierwszy w życiu widziałem pustynię w pełni zasługującą na tę nazwę - ziemia i kamienie, żadnej roślinności, wszystko szarobure. Podano zupełnie przyzwoite i eleganckie śniadanie.
Po drodze zgarnęliśmy pasażerów z rozkraczonego autobusu innej firmy. Do Antofagasty dojechaliśmy około 10:20. Miasto jest bardzo ładnie położone, nad morzem, na zboczu dość wysokich gór. Na zboczu jednej z tych gór jest wymalowna ogromna kotwica i jakieś napisy (zresztą takie napisy widzieliśmy w bardzo wielu miejscach, we wszystkich czterech krajach, które odwiedziliśmy).
Po jakichś trzydziestu minutach ruszyliśmy do Calamy. Po drodze puścili kolejny film na wideo. Tym razem był to "The Hitman", z Chuckiem Norrisem. Ponownie dużo strzelania, mordobicia i ketchupu - niezła zabawa. W pewnym miejscu między Antofagasta i Calama zobaczyliśmy tablicę, oznajmiającą że przekraczamy Zwrotnik Koziorożca. Do Calamy dojechaliśmy około wpół do drugiej.
Danusia została z bagażami, a ja udałem się na poszukiwania autobusów jadących do San Pedro i po informację nt. pociągu do Boliwii. To drugie przyszło z kłopotem, jako że firma "Tarmaca", która według South American Handbook sprzedawała bilety na ten pociąg, przeniosła się o dwa kilometry na północ od miejsca, w którym powinna być według mapy w "Lonely Planet". Okazało się, że jest pociąg raz w tygodniu, w środę, o 23:00, który do Oruro w Boliwii dojeżdza ponoć po 32 godzinach (South American Handbook ostrzegał jednak, że tej liczby nie należy traktować serio).
Poszliśmy do f-my Yusmar, kupiliśmy bilety do San Pedro za 1000 peso za osobę, na szóstą po południu, i ruszyliśmy w Calame. Skończyło się na szwendaniu się po mieście, w którym niczego specjalnie ciekawego nie wypatrzyliśmy, oraz na dobrych lodach w "Fior di Gelato".
Pustynia Atacama i okolice
Do San Pedro dojechaliśmy już w nocy. Wbrew temu, co jest napisane w obu naszych przewodnikach, droga jest zupełnie przyzwoita, a w niektórych fragmentach wręcz nowa. Tablica przy wjeździe do San Pedro twierdzi, że ma ono 850 mieszkanców. Na tej tablicy ktoś poprawił kredą owo 850 na 3000, i dopisał (po hiszpańsku), że wszyscy to Niemcy. Trafne spostrzeżenie - było tego towaru sporo (m.in. kilkakrotnie spotkaliśmy ekipę z Lufthansy, która kręciła jakąś reklamówkę).
San Pedro robi duże wrażenie. Piaszczyste, wąskie ulice, zabudowa hiszpańsko-indiańska, nieprzerwane niskie mury domów. Na wschodzie nad miastem dominuje symetryczny wulkan Licancabur. Bardzo to wszystko ładne.
Tak w ogóle, San Pedro jest w samym środku najsuchszego miejsca na Ziemi - pustyni Atacama. W okolicy są miejsca, gdzie nie padało NIGDY (no, przynajmniej od czasu, kiedy takie rzeczy notowano). Tak się śmiesznie złożyło, że na tydzień przed naszym przyjazdem w samym San Pedro padał deszcz. Była to lokalna sensacja, jako że był to pierwszy deszcz od trzydziestu lat... Jak widać, trafiamy na anomalię pogodowe - w Torres del Paine nie mieliśmy deszczu, a w San Pedro omal się na takowy nie załapaliśmy.
Zatrzymaliśmy się w Residencial Andacollo, za 5600 peso za dwie osoby. Ruszyliśmy w miasto z zamiarem kupienia na jutro wycieczki do pola gejzerów "El Tatio", ale nigdzie nie było wolnych miejsc. Zamówiliśmy miejsca na wycieczkę pojutrze, w firmie "Ochoa".
Wieczorem poszliśmy do restauracji "Tambo Canaveral", zachwalanej w South American Handbook jako "good fun". Cóż, żarcie (kanapki) było co najwyżej takie sobie, a jedyny "fun" to taki, że szwendający się po knajpie pies uwiecznił się na kurtce jakiemuś Anglikowi.
Wracaliśmy z knajpu do hotelu, a tu nagle w całym miasteczku zgasło światło. Wiedzieliśmy o tym wcześniej, i byliśmy zaopatrzeni w latarki. W San Pedro jest bardzo zabawnie: około 10:30 wieczorem wyłączają generator. We wszystkich hotelach na stolikach nocnych są świeczki i zapałki. Godzina zgaszenia światła nie jest ustalona. Podobno jeżeli w telewizji jest dobry mecz albo film, to operator generatora siedzi przed telewizorem i wyłącza prąd dopiero wtedy, gdy interesujący go program się skończy.
10.4.1994, niedziela
Następny dzień zaczęliśmy od spaceru do Pukara de Quitor. Są to pozostałości po twierdzy inkaskiej, ostatnim punkcie oporu Inków przed konkwistą. Przewodniczącym regionu Konkwista-Chile był niejaki Pedro de Valdivia, który w swym czasie odwiedził San Pedro. Przy okazji tej wizyty załatwił około tysiąca obrońców Quitor. Uczynił to przy pomocy jeźdzców, których piętnastu(!) przeskoczyło przez zewnętrzny mur twierdzy i zrobiło taką hiszpańską rzeź mieszkańcom...
Twierdza jest obecnie w odbudowie. Jest zbudowana z kamienia o identycznym kolorze, jak zbocze góry na którym stoi. Ponieważ słońce się nam akurat tak ustawiło, że cienie były minimalne, całą twierdzę było trudno zauważyć z daleka. Bardzo to wszystko było ładne. Na zboczu wzgórza są pokręcone mury kamienne, które kiedyś pewnie były ulicami, domami, itd.
Wróciliśmy do San Pedro. Kolejny punkt programu na dziś to było lokalne muzeum archeologiczne im. ks. Le Paige. Onże ksiądz był misjonarzem z Belgii, który ze znawstwem i systematycznie zbierał i katalogował lokalne okazy archeologiczne. [Niestety, tego rodzaju działalność zdarzała się wśród misjonarzy w tej okolicy świata rzadko - vide Wyspa Wielkanocna, gdzie misjonarze bardzo się zasłużyli w niszczeniu tabliczek z pismem rongo rongo, boć to niechrześcijańskie...]
Muzeum jest znakomite. Podobno są ludzie, którzy przyjeżdzają do Chile tylko po to, żeby zajrzeć do tego muzeum. Wystawa jest istotnie bardzo logicznie i przejrzyście zorganizowana. Są tam, m.in., mumie z czasów inkaskich, fantastycznie zachowane (trudno o suchsze miejsce na Ziemi). Robiłem im zdjęcia przez szybę i kląłem jak szewc, bo zostawiłem w Arlington filtr polaryzacyjny, który by się teraz bardzo przydał.
Zajrzeliśmy do lokalnego kościoła, który miał bardzo interesującą cechę: dach z lokalnego kaktusa, i to dość mocno dziurawy. Jest to tu bez znaczenia - w San Pedro, jak już wspomniałem, właściwie w ogóle nie pada.
Następnym punktem programu miał być spacer do Salar de Atacama, wyschniętego słonego jeziora, na brzegu którego znajduje się San Pedro. Dowiedzieliśmy się jednak, że ciekawe miejsca na Salar są dużo za daleko na dojście pieszo, i że jednak trzeba pojechać tam mikrobusem wycieczkowym.
Znaleźliśmy tylko jedną agencję, która miała dziś wyprawę do Salar. Agencja nazywa się "Pachamama" (co, nawiasem mówiąc, w języku inkaskim znaczy "Bogini Matka Ziemia") i nie ma o niej ani słowa w South American Handbook. Kupiliśmy w ciemno bilety po 4000 peso za osobę i, po lunchu, ruszyliśmy mikrobusikiem Nissan w dziesięć osób, plus kierowca i tłumacz. [Mikrobus nie budził większego zaufania, i później okazało się, że słusznie. Dowiedzieliśmy się w La Paz, że dwa dni później wycieczka f-my Pachamama, tymże samym Nissanem, ugrzęzła w drodze do gejzerów El Tatio. Wracające z El Tatio do San Pedro pojazdy innych firm brały po jednego-dwóch pechowców, ale kilka osób nie miało szczęścia i musieli czekać na powrót do San Pedro do wieczora. Wszystko to w prażącym słońcu na ponad 4 km n.p.m.]
Okazało się, że kierowca świetnie znał okolice, a tłumacz, imieniem Enzo, znakomicie tłumaczył. Poza angielskim i hiszpańskim, Enzo znał niemiecki i francuski, oraz trochę norweskiego i rosyjskiego.
Najpierw pojechaliśmy do Toconao, małego miasteczka około 40 km na południe od San Pedro. Miasteczko jest bardzo fajne. Wszystkie domy są zbudowane z kamienia o nazwie liparita, który się wydobywa w pobliskim kamieniołomie (mieszkańcy Toconao mogą go wydobywać za darmo). Liparita jest to sprasowany popiół wulkaniczny - w okolicy jest mnóstwo wulkanów, czynnych i nieczynnych - poprzetykany jakimiś grzybkami. Bardzo lekki i ładny. Można też na nim grać!
W Toconao straciliśmy godzinę w jakimś pseudo-folklorystycznym sklepie, potem wpadliśmy na chwilę do bardzo ładnej dolinki z rzeczką i czymś na kształt "ogródków działkowych", oraz do wspomnianego kamieniołomu. Potem ruszyliśmy już do właściwego Salar de Atacama.
Im dalej wjeżdzaliśmy w Salar, tym bardziej krajobraz robił się niesamowity. Na samym początku rosła jeszcze jakaś rachityczna trawka, ale powoli zaczęła ustępować miejsca zasolonej, gołej ziemi. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie na ziemi była żywa sól, a dookoła były małe, słone bajorka z flamingami. Sól pomieszana z kamieniami w fantastycznych formach, i to po horyzont. Rewelacja!
Zrobiłem kilka zdjęć flamingom, w locie i na ziemi, oraz ptakowi o nazwie kaiti - mały, czarny, z dziobem zakrzywionym do góry.
W oddali było widać Licancabur (ten wulkan dominujący nad San Pedro), oraz inny, dymiący wulkan Lascar. Ten ostatni wybuchł kilka lat temu. Przed wybuchem mieszkańców miasteczka Talabre - 7 km od wulkanu - musiano ewakuować siłą. Jak wrócili, to musieli miasto budować od nowa w innym miejscu.
Zostaliśmy na Salarze do zachodu słońca. Wróciliśmy do San Pedro już po ciemku. Pogadaliśmy sobie z jednym z tych trzech tysięcy Niemców, który siedział obok nas w mikrobusie. Okazało się, że jest to eks-kapitalistą, który sprzedał swój biznes i teraz zwiedza Amerykę Łacińską na rowerze. W zeszłym roku przejechał z Meksyku do Ekwadoru, a teraz ruszył z południa Chile i zamierza skończyć podróż też w Ekwadorze.
11.4.1994, poniedziałek
Następnego dnia wstaliśmy o 3:30. Gejzery w El Tatio trzeba oglądać o świcie, bo potem pojawia się wiatr rozwiewający parę. Wyszliśmy na ulicę kilka minut przed czwartą, żeby mieć chwilę czasu na obejrzenie nieba o innej godzinie. Zdążyliśmy tylko zobaczyć Skorpiona blisko zenitu oraz Marsa tamże, gdy nadjechał nasz samochód z Turismo Ochoa, punktualnie o czwartej, jak zapowiedzieli.
W samochodzie jechał z nami ten wczorajszy Niemiec, oraz strasznie migdaląca się para, również Niemcy. Jechaliśmy dość kiepskimi drogami. Później się okazało, że kierowca zawiózł nas jakimś swoim skrótem, bo przed gejzerami dogoniliśmy samochody innych firm, które ruszyły z San Pedro pół godziny przed nami. A przy tym bynajmniej nie jechał jak wariat, lecz wręcz przeciwnie, nawet byliśmy z Niemcem zdumieni, że jechał bardzo ostrożnie.
Do El Tatio dojechaliśmy około wpół do siódmej, tuż przed świtem. Mnóstwo gejzerów i bulgocących kałuż. Niektóre produkują "czopki" z osadów mineralnych. Byliśmy na wysokości 4500 m n.p.m. i, jak twierdził kierowca (nie chce mi się tego sprawdzać), temperatura wrzenia wody jest w okolicach 80 st. C. [Tu ciekawostka: przez cały czas naszego późniejszego pobytu w Boliwii i Peru byliśmy powyżej 3 km n.p.m. Zauważyliśmy tam, że bez żadnego kłopotu byliśmy w stanie pić duszkiem kawę i herbatę ze "świeżego" wrzątku.] Po każdym wysiłku dostawaliśmy trochę zadyszki. Poszliśmy sobie na spacer do osobnego, samotnego gejzeru z małym, około 5 metrów głębokości, kraterkiem z dwoma dyszami, którymi strzelała para, pod dużym ciśnieniem i ze sporym sykiem. Bardzo to wszystko było ładne.
Potem dali nam po suchej kanapce z serem i cienkiej kawce. W tym momencie zaczęliśmy żałować, że nie pomyśleliśmy i nie wzięliśmy ze sobą choćby jednego jajka. Można by je sobie ugotować na twardo w gejzerze... Potem podjechaliśmy do innego skupiska gejzerów. Te były większe niż te na pierwszym polu, i bardzo zacnie bulgotały. Przy jednym z nich zbudowano mały basenik, ale nasz kierowca odradzał kąpiel, twierdząc, że woda jest na tyle gorąca, a do tego zawiera jakieś świństwa typu arszeniku, że po piętnastu minutach siedzenia w tym basenie zaczyna odchodzić skóra.
W niektórych miejscach w El Tatio baseny wrzącej wody są schowane pod bardzo cienką skorupą osadów. Skorupa ta się już kilkakrotnie załamała pod ludźmi i w jednym z gejzerów zginęły kiedyś dwie osoby, a kilka innych zostało solidnie poparzonych.
Zaczęliśmy wracać około dziesiątej. Po drodze przejechaliśmy przez kopalnię siarki, ponoć już nieczynna. Szofer wyszedł na chwilę, a potem przyniósł nam po kawałku krystalicznej siarki. Przejechaliśmy też przez przełęcz o wysokości 4600 m n.p.m. - mój rekord życiowy. Obok przełęczy stały dwa ciekawe wulkany. Szofer twierdził, że pierwszy z nich, wygasły, o dość oryginalnym kształcie, nazywa się "Kobiecy Biust". Na mapach zaznaczony był jako Cerro Sairecabur. Drugi natomiast, aktywny i dymiący, nazywał się (naprawdę, na mapach też) Volcan Putana, czyli, po polsku, "Wulkan K...". Po drodze przekroczyliśmy zresztą również rzekę o tej samej nazwie.
Przy drodze szwendały się w jednym miejscu lamy, którym porobilśsmy kilka zdjęć. Potem szofer pokazał nam, przy swojej "prywatnej" drodze, bardzo fikuśną roślinę o nazwie yareta, która ułożyła się w kształt Ameryki Południowej (nawet nie trzeba się było wysiłać, żeby uznać, że nazwa jest trafna). Jest to taki porost, jakby mech, soczyście zielony. Podobno rośnie to z szybkością 1 cm/rok. Nasza yareta ma ponad 800 lat! W Boliwii używaja tego ponoć jako opału.
W El Tatio i w drodze powrotnej widzieliśmy duże ilości kaktusa cumę. Są kuliste z mnóstwem kolców. Lokalna nazwa, sprzedana nam przez kierowcę, to la silla de la suegra, czyli po naszemu "krzesło teściowej". Zobaczyliśmy też kaktusa o nazwie quisco, podobnego do arizońskiego saguaro.
Dojechaliśmy do Termas del Puritana, gdzie zatrzymaliśmy się na półtorej godziny. Jest to mały basenik z wodospadem, w ładnym, głębokim wąwozie. Pomoczyliśmy się w czystej, ciepłej wodzie (okolica, niestety, niezbyt czysta) i wróciliśmy do samochodu. Zauważyłem bardzo ciekawą rzecz. Wszyscy nasi lokalni przewodnicy, kiedy tylko mówili o jakimś miasteczku, osiedlu, czy też pojedynczej chałupie, jako pierwszą informację zawsze podawali, skąd dane siedlisko bierze wodę. To rzeczywiście jest BARDZO sucha pustynia.
Po powrocie do San Pedro spakowaliśmy rzeczy potrzebne na biwak w Valle de la Luna, czyli Dolinie Księżycowej. Część rzeczy właścicielka naszego hotelu zgodziła się przetrzymać przez noc. South American Handbook zapewniał, że do doliny jest około 15 kilometrów, i że można do niej dojść w trzy godziny, idąc tzw. starą drogą do Calamy, która się krzyżuje z nową. Niestety, S.A.H. nie był zbyt precyzyjny i okazało się, że znaleźliśmy się na nowej drodze, którą do Doliny jest 22 km... Była już czwarta, więc nie mieliśmy żadnych szans na dojście do doliny na zachód słońca, co jest podobno rzeczą, której nie można przepuścić. Jak się później okazało, stara droga krzyżować to się i krzyżuje z nową, ale już ZA doliną.
Szliśmy szosą i w pewnym miejscu napatoczyliśmy się na małego orła, który coś sobie skubał przy drodze. Chwilę potem zatrzymał się przy nas nasz poranny kierowca z Turismo Ochoa, jadący z wycieczką do doliny. Wypytany o drogę do Valle de la Luna, najpierw się bardzo zdziwił, że idziemy nową drogą, a potem pokazał nam w oddali starą drogę, obecnie już nieosiągalną. Postanowiliśmy iść mimo to, ale pan okazał się bardzo miły i sam zaproponował, że nas podwiezie.
Okazało się, że było to bardzo daleko. Nie mieliśmy żadnych szans na dojście na czas. A tak przyjechaliśmy do doliny około piątej. Dolina jest bardzo ciekawa. Zero jakiejkolwiek roślinności czy zwierzyny. Nie ma nawet insektów. Fikuśne twory skalne wyprodukowane przez erozję. Jeden z nich nazywa się Trzy Marie. Marie to sobie ktoś wymyślił, ale trzy postacie ludzkie to były dość wyraźne i nie trzeba się było wysilać intelektualnie, żeby je zobaczyć.
Zachód słońca trzeba podobno oglądać z Puesta del Sol. Nasz kierowca twierdził, że mamy do przejścia "kilometr, może troszkę więcej". Wyglądało na to, że mamy trochę czasu, więc najpier weszliśmy na bardzo ładną piaszczystą wydmę, skąd był znakomity widok na Cordilliera Domeyko (tak, to ten sam - Żegota z III części "Dziadów"), a potem poszliśmy do Puesta del Sol.
Ten "kilometr, może troszkę więcej" szliśmy szybkim tempem przez 45 minut! Dość mocno zadyszani dotarliśmy do bardzo ładnej kotliny o zasolonym dnie, a tam się okazało, że trzeba się jeszcze wdrapać dobre 100 metrów pod górę, na szczyt małej górki, gdzie zebrali się uczestnicy wycieczek. Spóźniliśmy się jednak na zachód słońca, przez ten dość przydługi spacer.
Kiedy, mocno wypluci, siedzieliśmy na górze i rozważaliśmy co dalej, do naszej rozmowy podłączył się jeden z ludzi obecnych na szczycie. Był to Polak z Kanady, nazywający się Janusz Szydłowski. Janusz właśnie zostawił jedną pracę i za pół roku zamierza podjąc nową, a w międzyczasie zwiedza, ze swoją gerlfrendą imieniem Violet, Amerykę Południową.
Janusz i Violet mają być w Boliwii mniej więcej wtedy, co my, więc zajrzeliśmy do rozdziału o La Paz w South American Handbook i w pierwszej knajpie, która nam tam wpadła w oko, Restaurante Verona, niezobowiązująco umówiliśmy się na czwartek lub piątek, 21 lub 22 kwietnia, o szóstej wieczorem (trochę mi się przypomnieli Szwejk i saper Vodicka).
Zeszliśmy z górki i rozbiliśmy namiot. Wycieczki ruszyły z powrotem do San Pedro i zostaliśmy zupełnie sami. Zjedliśmy coś i zrobiliśmy sesję poznawania nieba południowego. Niestety, niebo było lekko zasnute i nie daliśmy rady wypatrzeć Małego Obłoku Magellana, który znakomicie było widać w Torres del Paine. Nauczyliśmy się tylko znajdować biegun południowy, znaleźliśmy Muche, Centaura, Kil, Węża Wodnego, Kameleona, i kilka innych. Zaliczyliśmy również Lwa, którego trudno było rozpoznać odwróconego do góry nogami.
12.4.1994, wtorek
Obudziliśmy się przed wschodem słońca. W nocy, wbrew obawom, nie było zimno. Za to oboje zaczęliśmy narzekać na ból głowy, a i apetyt nam raczej nie dopisywał. Ja trochę się czułem tak, jakbym złapał grypę. Zrobiłem kilka zdjęć, w tym jedno w zamierzeniu "artystyczne", wschodu słońca. [Wyszło tak sobie.] Zjedliśmy (niechętnie) sucha bułke i trochę czekolady, spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy z powrotem do San Pedro, ale tym razem właściwą, tj. starą drogę.
Lojezu! Upał jak nieszczęście, pustynia, nigdzie śladu cienia i totalnie bez wiatru. Doczłapaliśmy do San Pedro po dwóch godzinach i czterdziestu minutach marszu, wypłuci potężnie. Danusia już nie miała żadnych objawów podobnych do porannych dolegliwości, mnie natomiast grypa złapała już porządnie.
Daliśmy radę zebrać się w sobie i zapakować plecaki dopiero po dwóch godzinach. Plecaki zrobiły się duże i ciężkie. Zanieśliśmy je do firmy autobusowej (ta sama co poprzednio - Yusmar) i zostawiliśmy na przechowanie, po czym poszliśmy coś zjeść do restauracji Juanita, na Plaza de Armas. W restauracji była mała, karmiona z butelki, jednodniowa vicuna. Vicuna to jest kolejna odmiana lamy, wyróżniająca się tym, że się jej nie da oswoić, więc, niestety, ta mała ma nieduże szanse na przeżycie...
Po wyjściu z knajpy napatoczyliśmy się znowu na Janusza i potwierdziliśmy spotkanie w La Paz, Restauracja Verona, czwartek/piątek o szóstej po południu. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie.
Ruszyliśmy autobusem o szóstej wieczorem. W drodze było świetnie widać zachodzący cieniutki sierp księżyca i tuż nad nim Wenus, a wszystko na ciemnoczerwonym niebie (pyły z kopalni miedzi w Chuquicamata).
Calama i Chuquicamata
W Calamie poszliśmy do Residencial Tono, zalecanego przez South American Handbook. Nic specjalnego, za 2500 peso za osobę (skończyło się na $12, bo nie mieliśmy peso). Ruszyliśmy w miasto, aby kupić bilety na pociąg do Oruro. Zrobiliśmy to w miejskim biurze kompanii Tramaca, za 6500 peso za osobę, płacąc - bez kłopotu - Visą. Wróciliśmy do hotelu, wykąpaliśmy się pod ciurkającą wodą i poszliśmy spać. Grypa dokuczała mi już bardzo.
13.4.1994, środa
Obudziłem się o wpół do siódmej, z potężnym katarem i bólem głowy. Hotel okazał się gorszy niż myśleliśmy wczoraj - Danusię pogryzły w nocy pchły (wiemy że pchły, bo później jedną wypuściliśmy w kawiarni). Wyszliśmy na miasto o 7:30, tylko po to, żeby się przekonać, że wszystko otwiera się o dziewiątej. Udało się nam jednak zdobyć bułki, wróciliśmy do hotelu i zjedliśmy je z jakąś paskudną konserwą. Spakowaliśmy się, zostawiliśmy plecaki w naszym hotelu (150 peso za sztukę) i ruszyliśmy w świat, mając na celu zabicie czasu do wieczora, jako że pociąg odjeżdzał planowo o jedenastej wieczorem (choć pani, która nam sprzedała bilety, doradzała, żeby przyjść wcześniej, bo czasem bywają kłopoty).
Diego polecał nam odwiedzić pobliskie miasto Chuquicamata (zwane Chuqui). Jest tam największa na świecie kopalnia odkrywkowa. Wsiedliśmy zatem w Calamie w taxi colectivo (taksówka jeżdząca po ustalonej trasie, a wsiada się i wysiada gdzie się chce) i pojechaliśmy tamże. Zatrzymaliśmy się przed biurem informacyjnym, które się okazało być knajpą. Barmanka dała nam jakieś formularze do wypełnienia, po czym najpierw pokazano nam i innym turystom, których zebrało się około trzydziestu (w tym nasz znajomy Niemiec-rowerzysta, który, nawiasem mówiąc, też jedzie dziś naszym pociągiem) reklamówkę lokalnej organizacji charytatywnej, po czym wyszła pani z tejże organizacji i zebrała po 400 peso od osoby (wycieczki po kopalni są za darmo, kopalnia prosi tylko o wspieranie tej organizacji).
Potem pokazano nam reklamówkę kopalni (MINA MAS GRANDE DEL MUNDO!), po czym dostaliśmy zielone kaski i wsadzono nas do autobusu, który zawiózł nas do kopalni. Tam dowiedzieliśmy się od naszej przewodniczki kilku ciekawych rzeczy. Kopalnia zawiera niskoprocentową rudę miedzi, która się zbiera robiąc, przy pomocy dynamitu, coraz większy dół. Z dołu wywozi się to takimi wielkimi ciężarówkami, które mają po 200 ton udzwigu, koła średnicy 2.75 metra, i kosztują około miliona dolarów za sztukę, a trwają do dziesięciu lat. Opony trzeba zmieniać co pół roku, a ciężarówki spalają około stu litrów paliwa na godzinę. W tej strefie kopalni, w której jeżdzą ciężarówki, obowiązuje ruch lewostronny, a małe samochody muszą mieć wysokie chorągiewki, bo inaczej szoferzy tych dużych by ich mogli nie zauważyć.
Podwieźli nas na brzeg tej dziury. Duża (4200 x 2600 x 645 m). Strasznie dużo kurzu. Ciężarówki jeździły w górę i w dół. Część z nich wozi ziemię na ogromną hałdę, zwaną tutaj La Torta de Chuquicamata, a część wozi rudę do przetwórni. Koło punktu widokowego postawili jedną taką dużą ciężarówkę oraz kilka kawałków rudy, żeby sobie turyści zabrali. Kilku turystów nie było zadowolonych z tego, co znaleźli, więc zaczęli pracowicie łupać kawały rudy, aby znaleźć coś ładnego. Jedna pani wzięła ze sobą kawał wielkości głowy...
Potem pojechaliśmy do punktu, z którego widać było przetwórnię, a potem do punktu widokowego na drugą, mniejszą dziurę. Jak dowiedzieliśmy się, w dużej dziurze robi się jeden wybuch dziennie, a w małej raz na tydzień. Z innych ciekawostek: zakurzone (potężnie - kierowcy ciężarówek jeżdzą w maskach gazowych) drogi polewa się wodą, ale tylko rano. Powód: kopalnia jest na wysokości około 3000 m n.p.m. i w nocy zamarzało. Podobno mieli sporo wypadków z tego powodu.
Ogólne wrażenie z kopalni miałem nijakie, ale może przyczyniła się do tego moja grypa - czułem się dość nędznie. Po wyjściu z kopalni usiłowaliśmy znaleźć w Chuquicamata jakąć kawiarnię, ale bez powodzenia. Wróciliśmy taxi colectivo do Calamy, gdzie po usilnych poszukiwaniach kawiarni, w której byłby ekspres do kawy (m.in. zahaczyliśmy o luksusowy hotel, w którym cortado było za 1200 peso!), znaleźliśmy knajpę o nazwie "Bavaria", gdzie zapadliśmy na długo.
Wzięliśmy sobie lomito completo (ja) i churrasco completo (Danusia) - dobre, ale zimne - zapijając to kilkoma cortado i kawą z ekspresu. Mamy przyjść na stację kolejową o dziewiątej, a że była mniej więcej trzecia, więc postanowiliśmy poszwendać się po mieście i zobaczyć, co jest do zobaczenia. Wpadliśmy też do kilku sklepów z dyskami kompaktowymi, bo chcieliśmy sobie kupić dysk z muzyką Andów, ale dyski były koszmarnie drogie, $18-19 za sztukę. [Kupiliśmy sobie potem taki dysk w Stanach, za $11...]
Poszliśmy do parku El Loa, w południowym przedmieściu Calamy. Ładny. El Loa to jest jedyna rzeka w tej części Chile, która daje radę dopłynąć do Pacyfiku. Park był z jednej strony oparty o tę rzekę (choć mi było trudno utożsamić ten cienki strumyczek z dumną nazwą "rzeka"). Poza tym były w parku różne ciekawe rzeczy: miniatura lokalnej wsi ze zminiaturyzowaną kopią sławnego kościoła z niedalekiej wioski Chiu Chiu, jakaś niby to wieża zamkowa, itp.
Pochodziliśmy jeszcze trochę po mieście i zrobiliśmy zakupy żywnościowe na drogę, wyczyściwszy się do cna z peso (nawet nam nie starczyło na pisco). Wróciliśmy do naszego hotelu, i pakowaliśmy się dłuuugo, żeby czas jakoś zszedł. Leje mi się z nosa potwornie cały dzień, ale czuję się lepiej niż rano.
Calama - La Paz
Na stację dotarliśmy przed dziewiątą. Pociąg zaczął się już ładować. Są dwa wagony-kowbojki o wąskich siedzeniach i, o dziwo, wagon restauracyjny. Pasażerowie to albo gringos, jak my, albo "przemytnicy" boliwijscy - przeważnie kobiety w nieokreślonym wieku, bardzo grubo poubierane, z mnóstwem toreb i pudeł. Nasze miejsca na bagaż były już zajęte, ale znalazłem jakieś inne miejsca i wrzuciłem tam plecaki. Danusi nie spodobał się jakiś przedmiot pod naszym siedzeniem i zaczęła go wykopywać, co spowodowało burzę wśród obecnych. Nie chcąc zaogniać sytuacji wrzuciliśmy to z powotem pod nasze siedzenie, zdeterminowani się tego pozbyć przed granicą, żeby nam tego jakiś celnik przypadkiem nie przypisał i żebyśmy się nie musieli wykupywać (South American Handbook często i gęsto ostrzega przed takimi i podobnymi sytuacjami).
Poznaliśmy kolejnego młodego Niemca, imieniem Stefan, który studiuje Business Administration w St. Gallen, a w Santiago odbywa jakąś praktykę. Zna dobrze hiszpański. Pogadaliśmy, przeważnie o wdziękach Maryni. Pociąg ruszył kilka minut po jedenastej. Opatuliliśmy się w śpiwór i probowaliśmy spać.
14.4.1994, czwartek
Już po północy chodził po wagonach chilijski "wopista" i podstęmplowal nam paszporty. Spaliśmy oboje dość kiepsko - siedzenia są ze skaju, wąskie i niewygodne. Podziwialiśmy natomiast jak sobie radzili nasi współtowarzysze podróży. Wszyscy mieli jakieś koce, i bardzo zręcznie porobili sobie miejsca do leżenia, wypełniając przestrzeń między siedzeniami tobołami i pudłami kartonowymi. Widać było, że wszyscy to weterani trasy. Tak się przy tym śmiesznie złożyło, że nasz wagon to kilkoro gringos i reszta lokalnych, natomiast drugi wagon to prawie wyłącznie gringos.
Pozbyliśmy się kontrabandy spod naszego siedzenia, wynosząc to w nocy na korytarz, uprzednio zapytawszy czyje to jest. Nikt się nie przyznał.
Po wagonach bardzo zręcznie chodzili kelnerzy z tacami pełnymi talerzy, barwnie i śmiesznie zachwalając towar.
Spałem nędznie, również z powodu męczącego kaszlu i kataru. Poza tym, jedna Boliwijka niesamowicie chrapała. Nie tyle głośno, ile bardzo niecodziennie. Jedyny dźwięk, z którym mógłbym to chrapanie porównać, który mi przychodzi na myśl, to motorower. Ponarzekaliśmy sobie (po angielsku) ze Stefanem, że mieliśmy kłopoty ze snem przez tę panią, ale chwilę później podsłuchałem, jak dwie Boliwijki narzekały na mój kaszel. Mieliśmy więc remis.
Obudziłem się w końcu, gdy przejeżdzaliśmy przez fantastyczną okolicę. Jechaliśmy dnem jakiegoś salara, potem brzegiem drugiego, a wszystko to otoczone wulkanami. Niektóre z nich dymiły, a inne miały pourywane czuby - widać było, że kiedyś musiały nieźle wybuchnąć.
Pociąg raczej się toczył niż jechał. O wpół do dziewiątej rano dojechaliśmy do granicznej stacji Ollague. Poszliśmy umyć zęby i wdaliśmy się w rozmowę z poznanymi uprzednio gringos z drugiego wagonu. U nich też było wesoło. Jak się okazało, wczoraj było święto państwowe Izraela i liczni obywatele tego kraju balowali z tej okazji do późna, co trochę denerwowało pozostałych.
Nasz znajomy kelner też dostarczał wszystkim rozrywki. M.in., podstawił jednemu Izraelicie pod nos talerz z jedzeniem i pokazał mu, żeby jadł. Ten zaczął jeść, a wtedy kelner zażądał 600 peso. Izraelita się wystraszył i danie odsunął. Nie wiem, niestety, jak to się skończyło. Ponadto, kiedy kelner się zorientował, że zostanie mu kilka porcji, obudził dwóch spiacych lokalnych, mówiąc im, że mają jeść, a nie spać!
Poza tym w sąsiednim wagonie mieli mały konflikt międzynarodowy. Jeden Izraelita strasznie się wzburzył, kiedy zobaczył, że jakiś gringo nie-Izraelita ma syryjski śpiwór!
Staliśmy tak na tej stacji dwie i pół godziny. Robiło się nieznośnie gorąco, a oprócz tego trzeba było uważać na słońce, bo to wszystko działo się na wysokości 3800 m n.p.m. Nagle kolejarze pokazali, że wszyscy mamy wsiadać. Jedziemy!
Radość skończyła się szybko - ujechaliśmy nie więcej niż 200 metrów. Wtedy pojawili się chilijscy celnicy i kazali wszystkim wysiadać, i to z wszystkimi bagażami. Stanęliśmy wszyscy pod taką dużą wiatą i czekaliśmy na bogwieco.
Ciekawostka była taka, że mnóstwo bagażu zostało w wagonie i nikt się do niego nie przyznawał. Celnicy weszli do wagonu pod naszą nieobecność, ale nie widziałem, żeby cokolwiek wynieśli. Od razu też dodam, że nie widziałem, żeby jakieś pieniądze zmieniały ręce, ale nie widzę innego wytłumaczenia faktu, że to wszystko odbyło się tak bezboleśnie.
Po dłuższym czasie dano jakieś hasło i wszyscy ustawili się w kolejke do celników. Tu zagrało, że lokalni to weterani trasy. Wszyscy stali w takim miejscu pod wiatą, że jak zaczęła się kontrola, to oni byli pierwsi w kolejce, a prawie wszyscy gringos stali na końcu. A w tym pociągu ma to ogromne znaczenie: kto pierwszy w wagonie, ten ma wolne półki na bagaż! Danusi udało się przepchnać na początek kolejki, ale mnie już nie - lokalni podnieśli krzyk, żeby stać w kolejce. Sama kontrola była szybka (pieniądze niewątpliwie już zmieniły właścicieli). Wszystko trwało drugie dwie i pól godziny. O 1:30 po południu wolno przetoczyliśmy się przez granicę.
Boliwia! Entuzjazm szybko jednak minął. Stanęliśmy na bocznym torze granicznej stacji boliwijskiej Avaroa, choć "stacja" to słowo bardzo na wyrost. Kilka starych wagonów na krzyż, dwa zdezelowane budynki, potężny upał, bardzo niebieskie niebo, dwa dymiące wulkany w pobliżu i ani śladu lokomotywy.
Czekaliśmy długo. Monotonię czekania urozmaicała tylko szara maciora i trzy warchlaki, szwendające się po torach. Nigdzie nie było niczego, co można by nazwać łazienką, więc wszyscy korzystali z toalety w wagonie. Działo się to niewątpliwie podczas postoju pociągu na stacji...
W naszym wagonie lokalni przez chwilę zaczęli przygrywać na charango, takiej małej gitarze, i na dwóch fletniach Pana (to się tu nazywa zampona). Grali z umiarkowanym powodzeniem, ale i tak było to ładne. Zagrali m.in., rzecz jasna, El Condor Pasa. Potem panie w naszym wagonie trochę podśpiewywały a capella, więc ogólnie było miło i folklorystycznie.
I tak trwało to do wieczora. Po szóstej przyjechała wreszcie lokomotywa z jakimiś wagonami. Zaczęła długo i kwieciście manewrować, ale w końcu, już dobrze po siódmej, podczepiła się do nas i ruszyliśmy w głąb Boliwii. Nasz pobyt na granicy trwał prawie 12 godzin, a tylko około dwie i pół z nich poświęcone było jakiejś działalności paszportowo-celnej...
W pociągu pojawili się urzędnicy boliwijscy i zebrali paszporty. Trzeba je było odebrć z wagonu restauracyjnego. Nie było kłopotu - wstęmplowali nam wjazd na 30 dni (bez wizy). Teraz spać.
15.4.1994, piątek
Ja spałem nawet dość dobrze, ale Danusia nienajlepiej. W Uyuni, pierwszym dużym mieście w Boliwii, staliśmy ponoć cztery godziny i przetaczano nas ostro. Ja prawie wszystko przespałem, w tym napad kieszonkówca: przyszli konduktorzy, a Danusia, nie chcąc mnie budzić, wyjęła mi z kieszeni portfel z biletami. Nic nie czułem!
Obudziłem się koło świtu. Jechaliśmy przez plaskowyż boliwijski (czyli altiplano), gdzie co jakiś czas pojawiały się osiedla, składąjace się przeważnie z porozwalanych domków. Pociąg grzecznie się zatrzymywał przy każdym z tych osiedli, i nieodmiennie wsiadali wtedy do pociągu ludzie oferujący coś na sprzedaż. Były to albo dzieci, albo panie w nieokreślonym wieku, w tradycyjnych strojach boliwijskich, czyli kilka spódnic przed kolana, jedna na drugiej, włosy z obowiązkowym przedziałkiem pośrodku głowy, zaplecione w cieńkie warkocze, związane z tyłu i, oczywiście, nieodłączny melonik. Ktoś nam kiedyś powiedział, że boliwijskie kobiety szybko się starzeją i chyba coś w tym jest. Panie mają bardzo zniszczoną cerę, ale, sądząc po włosach i zębach, nie mają więcej niż 40 lat. Dzieci zazwyczaj sprzedawały czekoladki albo gumę do żucia, panie natomiast oferowały jakieś lokalne płyny z wiadra, na ciepło i na zimno.
Do Oruro dojechaliśmy o 11:15 przed południem. Jechaliśmy 35 godzin, a więc byliśmy opóźnieni tylko trzy godziny! Ogromny sukces - podobno ten pociąg potrafi się spóźnić i całą dobę. W Oruro, pomni opowieści o grasujących na dworcu złodziejach, pochowaliśmy wszystko do plecaków, które zamknęliśmy na kłódki. Ale wszystko odbyło się bezboleśnie.
Poszliśmy ze Stefanem do dworca autobusowego. Tam podłączył się do nas jakiś lokalny chłopak, który usilnie starał się nam pokazać rzeczy, które i tak znajdowaliśmy sami. Stefan usiłował go spławić dając mu 100 peso chilijskich, ale dopiero moja hiszpańszczyzna zadziałała i poszedł szukać innych klientów.
Wymieniliśmy trochę dolarów na boliwiano w kasie jednej z firm autobusowych, po czym kupiliśmy bilety do La Paz na autobus firmy Avaroa, na 12:30. Autobus świetny - Scania Paradiso - duży, czysty i wygodny. Zdecydowanie najbardziej luksusowy autobus, jakim w życiu jechałem. Ruszyliśmy kilka minut po czasie. W drodze puścili na wideo "Die Hard". Też niezły - dużo strzelania, itp. Akurat jak się skończył, dojechaliśmy do La Paz, i to od góry.
La Paz po raz pierwszy
Rewelacja! Dookoła płaskowyż, w nim duża dziura, po brzegi zapchana domami. Na wschodzie wysoka, ośnieżona góra (Illimani, 6402 m n.p.m). Zjechaliśmy zboczem w dół do dworca autobusowego. Od razu znalazł się naganiacz do hotelu Austria, zalecanego przez South American Handbook. Po krótkich negocjacjach zabrał nas, Stefana i dwoje Szwajcarów do hotelu. Tam, niestety, nie było miejsc dla nas i Stefana (Szwajcarzy mieli rezerwacje). Szkoda, bo hotel wyglądał ładnie.
Zadzwoniliśmy do innego, zalecanego przez S.A.H. hotelu, Don Guillermo. Były miejsca, w miarę niedrogo, i też w centrum. Poszliśmy tam (nieodmiennie dostając zadyszki przy podejściach - to w końcu jest najwyższą stolicą na świecie, 3800 m n.p.m.), wzieliśmy pierwszy od trzech dni prysznic, i ruszyliśmy w miasto.
Ruch w La Paz jest bardzo gęsty. Mnóstwo mikrobusów komunikacji miejskiej, a z każdego wychyla się z okna chłopaczek i cały czas na całe gardło nadaje, którędy dany pojazd jedzie. Myślę, że żaden z samochodów jezdżących po La Paz nie przeszedłby przez najliberalniejszą nawet kontrolę zanieczyszczania środowiska. Po nocy mało który samochód zapala światła. Jednemu autobusowi zajrzałem na opony i nie zauważyłem nawet śladu bieżnika. A w mieście nie ma ani jednej ulicy, która byłaby po płaskim.
Znaleźliśmy informację turystyczną, gdzie dwie panie, mowiące po angielsku, doradziły nam agencję Turis-Bus jako dobre miejsce do szukania połączenia do Peru. Biuro było o kawałek drogi i dobrze pod górę, więc zadyszeliśmy się nieźle, zanim doszliśmy. Pani mowiąca po angielsku sprzedała nam bilety do Puno, stwierdziła że Świetlisty Szlak jest ostatnio mało aktywny, a jeżeli w ogóle, to nie w okolicy Puno-Cuzco. Visa tu też się wczytała.
Nasz autobus do Puno ma nas odebrać z hotelu jutro o 7:15 rano. Dogadaliśmy się z właścicielem hotelu że nam przechowa duże plecaki, jako że postanowiliśmy pojechać do Peru na lekko, tylko z małymi plecakami i najniezbędniejszymi rzeczami. Potem poszliśmy ze Stefanem do restauracji "Casa del Corregidor" na peña. Jest to popularna w La Paz impreza w knajpie, gdzie do obiadu przygrywaja zespoły regionalne. W Polsce nazywałoby to się pewnie "działalność rozrywkowa".
Do zupełnie przyzwoitego obiadu (nie zapisałem, niestety, co wzieliśmy, ale nie było to nic bardzo oryginalnego - jakieś mięso z warzywami i frytkami) przygrywały różne grupy mniej lub bardziej folklorystyczne, i tańcowały, gorzej czy lepiej, dwie pary. Dotrwaliśmy do 11:30 i wrociliśmy do hotelu.
La Paz - Cuzco
16.4.1994, sobota
Obudziliśmy się bez kłopotu o wpół do siódmej. Zostawiliśmy plecaki w jakiejś pakamerze i wyszliśmy przed hotel. Autobus podjechał od razu. Podłapaliśmy jeszcze kilka innych osób, podjechaliśmy pod agencje, postaliśmy trochę i odjazd.
Nasz kierowca jechał agresywnie, wyprzedzając wszystko co się ruszało, trąbiac rzęsiście klaksonem przypominającym kolejowy. Dojechaliśmy do miejscowości San Pablo, leżącej nad jeziorem Titicaca, w miejscu, w którym jezioro się bardzo przewęża (nazywa sie to cieśniną de Tiquina). Nie ma to więcej niż 500 m szerokości. Po drugiej stronie cieśniny jest podobne miasteczko, o nazwie San Pedro.
W San Pedro mieści się siedziba marynarki wojennej Boliwii - mają tam kilka motorówek i podobno jakąś kanonierkę, ale myśmy jej nie widzieli. Może była na patrolu. Przez cieśninę pojazdy przewozi się takimi płaskodennymi promami. Bardzo ładnie wyglądał na takim promie pełnowymiarowy autobus - ledwo się mieścił. Pasażerowie natomiast przepływają przez cieśninę na motorówkach.
Potem przez godzinę przebijaliśmy się szutrową drogą do Copacabany. Tam zmienia się autobus. Chodzi o to, że boliwijskie firmy nie mogą wozić pasażerów po Peru, a peruwiańskie po Boliwii, więc spotykają się w Copacabanie i wymieniają pasażerów. Dostaliśmy półtorej godziny na zwiedzanie i lunch.
Lunch zjedliśmy w "Snack 6 de Agosto", polecanym przez South American Handbook. Zamówiliśmy lokalną specjalność: trucha (pstrąg) z jeziora Titicaca. Danusia wzięła sobie trucha a la mantequilla y a la limon - z masłem i cytryną, a ja trucha a la plancha - z rusztu. Oba bardzo dobre. Popiliśmy to wszystko, próbując tego po raz pierwszy, mate de coca, czyli wywarem z liści koki. [Liście koki są w Boliwii i Peru legalne i można je kupić wszędzie. Bardzo wielu ludzi je żuje. Kokaina ma się do liści koki jak 1000:1.] Podobno przyspiesza to aklimatyzację do wysokości. Smakowało to jak wywar ze szpinaku i nie zauważyłem, żeby na mnie jakoś zadziałało.
Nawiasem mowiąc, poza zadyszką przy podchodzeniu pod górę, oboje nie mieliśmy żadnych problemów z przystosowaniem się do wysokości. Najprawdopodobniej przyczynił się do tego długi pobyt w San Pedro i Calamie, które są około 2.5 km n.p.m., oraz dwudniową jazdą pociągiem, czyli bez wysiłku fizycznego, na wysokości 3800 m n.p.m.
Poszliśmy obejrzeć lokalną katedrę. Copacabana to jest taka boliwijska Częstochowa. Katedra jest bardzo zadbana, i kłuje oczy bielą ścian - duża rzadkość w Boliwii. W katedrze jest figura Matki Boskiej, La Virgen Moreno del Lago (przetłumaczyłbym to jako "Ciemna Madonna Jeziorna"), wyrzeźbionej przez wnuka króla Inków. Nawiasem mówiąc, wnuk jest obecnie święty. Akurat była msza, więc tylko rzuciliśmy okiem na figurę i poszliśmy do autobusu.
Przesiedliśmy się do autobusu firmy peruwiańskiej Colectur i ruszyliśmy do Puno. Po kilkunastu minutach była granica. Po odprawieniu się u Boliwijczyków, którzy pracowicie wpisali do zeszytu dane z paszportów (widzieliśmy, że potem przepisywali to na maszynie z kilkoma kalkami), musieliśmy przejść przez granicę na piechotę. Dokładnie na granicy wymieniliśmy pieniądze u lokalnej pani (po najlepszym kursie, jaki nam się udało znaleźć podczas całego naszego pobytu w Peru) i poszliśmy się odprawić u Peruwiańczyków. Trwało to krótko i pojechaliśmy dalej.
Droga zrobiła się asfaltowa i jakoś wszystko zaczęło wyglądać bogaciej. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Yunguyo, gdzie ludzie wymieniali pieniądze w casa de cambio. Według naszych zegarków była trzecia po południu i zaczęliśmy się obawiać, że nie zdążymy do Puno na autobus do Cuzco, ale pomocnik kierowcy nas oświecił, że w Peru czas jest o godzinę wcześniejszy niż w Boliwii. Odetchnęliśmy.
Pojechaliśmy brzegiem jeziora Titicaca. Ten kierowca też używał klaksonu w dużych ilościach. Tym razem klakson przypominał ryk osła. Też ładnie i też głośno. Do Puno dojechaliśmy około 16:40, i tu nasze szczęście do pogody nas opuściło - w Puno potężnie lało.
W biurze Colecturu, po uzyskaniu kilku sprzecznych informacji od różnych ludzi, udało się nam ustalić, że: pociąg do Cuzco odjezdża jutro rano, samolotem też można lecieć dopiero jutro rano, natomiast o piątej, za dwadzieścia minut, rusza do Cuzco autobus firmy Express Cruz del Sur. Przystanek tej firmy znajdowal się o jakieś pół kilometra od biura Colecturu. Pobiegliśmy tam na pełen gaz, w potężnej ulewie, brodząc czasem po kostki w wodzie. Nasze kurtki przeciwdeszczowe zdały egzamin świetnie, ale spodnie i buty mieliśmy kompletnie przemoczone. A butów na zmianę nie mieliśmy - podróżowaliśmy teraz na lekko.
Autobus rzeczywiście był. Jakość dużo gorsza od autobusów chilijskich. Wprawdzie było to Volvo, ale lata świetności miało już za sobą, nie mowiąc już o tym, że raczej trudno byłoby nazwać ten autobus czystym... Na pytanie, czy w autobusie jest toaleta pani w kasie uśmiechnęła się szeroko i zdecydowanie zaprzeczyła. Kupiliśmy miejsca po 20 soli na twarz i ruszyliśmy z dwudziestominutowym opóźnieniem, biorąc niemożliwą ilość łebków lokalnych. Łebki wysiadły w Juliaca, ale tam też skończył się asfalt i odtąd jechaliśmy przeważnie na jedynce. Droga była w koszmarnym stanie, a kilka rzek pokonaliśmy w bród. Kolysaliśmy się potężnie (może i dobrze, że w autobusie nie było kibelka...), a nam jeszcze doskwierały przemoczone buty i ubrania. Na trasie do Cuzco autobus wspina się na przełęcz na wysokości 4300 m n.p.m., więc oczekiwaliśmy, że w nocy będzie zimno. Nie zawiedliśmy się.
W pewnym momencie zaczęło nam, i innym pasażerom też, dokuczać ciśnienie wewnętrzne. W końcu zostałem wydelegowany do rozmowy z kierowcą. Zapytałem go kiedy będzie najbliższy postój, na co on usmiechnął się szeroko i powiedział, że nieprędko. Łaskawie zatrzymał się jednak w polu. Pasażerowie wysypali się, a Danusia, jedyna kobieta w tym gronie, musiała trochę poczekać, a potem udała się za autobus (w autobusie z tyłu była ściana, nie szyba). Traf chciał, że właśnie kiedy tam była, kierowca włączył wsteczny i zaczął wolno cofać autobus. Wyobrażam sobie, co musiała czuć! Dała jednak radę uciec...
Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że piętnaście minut później kierowca zatrzymał autobus ponownie, i oddalił się sam...
17.4.1994, niedziela
Około pierwszej w nocy zatrzymaliśmy się na jedzenie w Ayaviri. Jest to mniej niż 100 km od Juliaca, skąd wyjechaliśmy o wpół do siódmej wieczorem. Tempo, jak widać, nienajlepsze.
Probowaliśmy potem spać, ale z umiarkowanym sukcesem, bo trzęsło niemilośiernie. Obudziliśmy się na dobre przed szóstą, kiedy zrobiło się jasno. Szybkość nie zwiększyła się. Jechaliśmy doliną rzeki, między wysokimi górami, przecinając co i raz tory kolejowe. Okolica bardzo ładna, ale tempo wysoce denerwujące.
Około 7:20 dojechaliśmy do miejscowośći Sicuani, znowu nabraliśmy lokalnych łebków, i ruszyliśmy w strone Cuzco, ale szybko się okazało, że nic z tego. Droga do Cuzco jest zamknięta. Wróciliśmy do Sicuani i kierowca zarzadził godzinną przerwę. Przerwa się przedłużyła, a po dalszych kilku godzinach okazało się, że droga jest zamknięta, bo odbywa się na niej rajd samochodowy, który na dokładkę kręci na niej jakieś pętle. Mamy ruszyć dopiero o pierwszej.
Zaczęliśmy szwendać się po miasteczku (nie tracąc jednak autobusu z oczu). Dzikie tłumy. Peruwianki mają trochę inne meloniki niż Boliwijki - trochę wyższe, jakby miększe i przeważnie brązowe. Boliwijki noszą przeważnie szare albo czarne. Na targu - i w ogóle w Peru, na ile się zdążyłem zorientować - panują KOSZMARNE warunki higieniczne. Pije się z jednego kubka z jednego wiadra, a między piciem kubek pływa w rzeczonym wiadrze. Wszyscy robią pod siebie. Danusia chciała się napić herbaty, bo się tak sobie czuła, więc poszedłem poszukć jakiejś knajpy. Po obejrzeniu tego wszystkiego serdecznie jej tę herbatę odradziłem.
W nocy jedna z naszych butli z wodą mineralną, kupiona w Copacabanie, puściła i zalała skarpetki, czyniąc je jeszcze mokrzejszymi niż były, oraz zalewając mój kapelusz. Dostosowałem się do lokalnych obyczajów i wywiesiłem wszystko na zewnątrz autobusu.
Rajd jest mało widoczny, tylko co jakiś czas przejeżdza jakiś samochód (garbus Volkswagen, Łada, stara Toyota), razem pewnie było ich z dziesięć. O 11:35, ni z tego, ni z owego, ruszyliśmy (my i cała kupa innych pojazdów, też czekających na otwarcie drogi), tylko po to, żeby po przejechaniu kilometra zatrzymać się znowu, tym razem, na szczęście, tylko na 40 minut. Od Sicuani droga zrobiła się asfaltowa. Jak ruszyliśmy, tak dojechaliśmy do Cuzco o 2:50 po południu, czyli po 21.5 godzinach meczacej jazdy.
Cuzco jest bardzo ładne. Położone w małej kotlinie i na jej zboczach. W środku jest (cożby innego, każde praktycznie miasto w Ameryce południowej ma taki) Plaza de Armas, z dwoma bardzo ładnymi kościołami w stylu barokowo-kolonialnym. Na razie wszystko oglądamy z zewnątrz.
Po półgodzinnych poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na pierwszy z oglądanych hoteli, El Inca. Dostaliśmy pokój na przedostatnim pietrze, z widokiem na miasto i z łazienką, za $14 za dobę. Ciepła woda jest z własnego bojlera, który włączać wolno tylko dwa razy dziennie. Przeżyjemy.
Poszliśmy następnie do Cafe Vayaroc, na zachwalaną (i słusznie) przez South American Handbook kawę, oraz na pizze - też dobra, ale ciut mało na nasz głód po żywieniu się w autobusie serem i dulce de leche. Ruszyliśmy stamtąd w poszukiwaniu agencji turystycznej. Napatoczyła się agencja Naty's, też zachwalana w S.A.H. Delikwent mówił po angielsku. Zapisaliśmy się na jutro na wycieczkę do ruin na północ od Cuzco, oraz do katedry i do kościoła San Domingo. Zapisaliśmy się też, na razie bez płacenia, na wycieczkę do Machu Picchu we wtorek.
Wrociliśmy do hotelu, zostawiliśmy wszystkie rzeczy i już zupelnie na lekko poszliśmy w miasto. Bardzo ładnie wyglądają lokalni cinkciarze. Stoi ich na głównej ulicy, niedaleko od naszego hotelu, całe mnóstwo, i każdy trzyma w reku paczkę banknotów i kalkulator.
Wpadliśmy potem jeszcze do "Snack Bar Yunta" na kanapkę (Danusia) i spaghetti (ja). O tej knajpie S.A.H. pisał, że jest popularna wsród Gringos. Istotnie - lokalnych nie było w nim w ogóle. Poszwendaliśmy się jeszcze troche po mieście, Danusia kupiła od ulicznego handlarza małą zamponę. Wróciliśmy do hotelu i padliśmy spać. Trochę nas jednak ta podróż zborykała - od wyjazdu z Calamy w środę byliśmy non-stop w drodze.
Cuzco i okolice
18.4.1994, poniedziałek
Obudziliśmy się o 6:15 czasu lokalnego. Zjedliśmy śniadanie, które jest wliczone w cenę pokoju. Niestety, śniadanie jest raczej cienkie: bułka z dzemem, kawa i sok z owocu papaya (bez smaku, jak dla mnie).
Poszliśmy na lekko, tj. bez plecaków, zobaczyć lokalny targ. Wstapiliśmy obok zobaczyć kościoł San Pedro - ładny kościoł w stylu kolonialnym, ale w bardzo kiepskim stanie. Targ niczym nie zachwycił, wyglądał dokładnie tak samo, jak wszystkie targi na świecie, różniły się tylko stroje lokalnych i (trochę) towary. Targ ten, o nazwie Santa Ana, nie jest na użytek turystów, lecz raczej jest to miejsce, gdzie tubylcy handlują między sobą. Towary dla turystów sprzedaje się w mniej lub bardziej zorganizowany sposób w okolicy Plaza de Armas. W ciągu całego pobytu w Cuzco byliśmy ciągle nagabywani przez sprzedawców swetrów, pasków i kilimów, oraz, ciekawostka, przez czyścibutów. Jak oni chcieli czyścić nasze buty - oboje mieliśmy szmaciane adidasy - tego do dziś nie wiem...
Zabraliśmy z hotelu plecaki i ruszyliśmy w miasto. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w linii lotniczej Aero Continente. Po wc