Wyprawa na ryby

Włodek Złotnicki

Drodzy przyjaciele, no wreszcie mogę siąść i spokojnie napisać parę zdań na temat swojej wyprawy po ryby w ciągu ostatniego weekendu i podzielić się wrażeniami z przyjaciółmi.

Przed wyprawą byłem podniecony, szczególnie, że tam gdzie płynęliśmy pogoda potrafi płatać figle. To są trzy wyspy dokładnie na trawersie Oxnard, malutkiego miasteczka i portu rybackiego. Oxnard leży bardzo blisko miejscowości w której mieszkam, jakieś 30 minut jazdy. Udało nam się też zorganizować "rozkład jazdy" mego syna tak, że mogłem go zabrać ze sobą - zasłużył sobie - uczy się dobrze, zachowuje się przyzwoicie więc go zabrałem.

O godz. 20:30 kolega przyjechał po nas, zabraliśmy wędki, skrzyneczkę ze sprzętem czyli, haczyki, ciężarki i td. Po pół godzinie byliśmy na miejscu i zajęliśmy co lepsze koje. W ciągu następnych pół godziny zjechali się wszyscy, nawet para kolegów z Las Vegas - 14 osób razem - sami Polacy w różnym wieku. Większość z nich to stare wygi pływające z tym samym kapitanem już od 10-14 lat. Ja byłem zupełnie nowy, z najmniejszą ilością doświadczenia. Stateczek nie wypływał aż do godz. 24:30, mieliśmy więc czas na odnowienie znajomości, na poznanie nowych ludzi. Butelki polskiej wódki zaczęły kursować bardzo szybko, a więc atmosfera zrobiła się szybko bardzo " ciepła". Pogoda była przyjemna, było ciepło i bezwietrznie, choć przed wyjazdem z domu spojrzałem na barometr i ciśnienie leciało w dół, więc obawiałem się, że pogoda może się zmienić.

Zaraz po wypłynięciu wszyscy poszli spać aby odespać picie i móc wstać koło godz. 4:30 rano. Spałem jak suseł. Obudziłem się sam bez budzenia, było jeszcze ciemno, sądzę, że kapitan zatrzymał silniki i kotwiczył, więc to zmieniło rytm ruchu stateczku i to nas obudziło. Zjedliśmy malutkie śniadanko prawie na stojąco, popiliśmy kawą i zabraliśmy się do łapania. Na początku nic nie szło, więc kapitan zmienił miejsce kotwiczenia i zaczęło się robić jasno. Okazało się, że dookoła nas stały inne jednostki weekendowych rybaków. Wkrótce zrobiło się zupełnie ciepło, więc zaczęliśmy się rozbierać jak cebule, warstwa po warstwie. Zaczęliśmy łapać pierwsze ryby ale nic wielkiego, zmieniliśmy zatem ponownie miejsce kotwiczenia i tu zaczęliśmy łapać ryby. Boże, w ciągu pierwszych 20-30 minut każdy miał po trzy-cztery ryby. Każda miała coś po 40-50 cm. Niestety okazało się, że mój syn nie bardzo znosi huśtanie, tak że po złapaniu paru ryb zszedł do kabiny i zasnął. Łapaliśmy na głębokości 125-150 stóp i wkrótce jako jedyny "biurokrata" na łajbie zacząłem czuć ból rąk, nadgarstków, ramion ... narazie nic wielkiego ale zacząłem czuć, że mam kończyny. Jeszcze parę razy zmienialiśmy miejsce postoju w poszukiwaniu dużych ryb. Największa ryba jaką złowiliśmy miała z 1,5 metra. Ja niestety nigdy nie wyszedłem z normy 50 cm. Złapałem coś 30 ryb ale niektóre trzeba było wypuścić bo były za małe w/g wymogów przepisów, np. niektóre gatunki musiały mieć po 65 - 95 centymetrów i mniejszych czy większych nie można było zabierać. W sumie zostało mi 20 ryb i Michałowi 7. W międzyczasie jedliśmy kanapki i popijaliśmy piwem.

Około godz 14:00 przestaliśmy łapać - kapitan chciał już wracać do portu. Droga z powrotem trwała coś 4 godziny. Jeden z członków załogi czyścił naszą rybę i wyrzucał odpadki za burtę, co powodowało, że za naszą łajbą leciały całe stada mew i kormoranów. Wyglądało to fantastycznie ... woda, piękna pogoda, słońce, ptaki i w tym momencie zaczęliśmy odpoczywać od gorączki łapania. Zaczęliśmy polskim zwyczajem rozmawiać o zbliżających się wyborach (za dwa tygodnie), o naszych doświadczeniach z wizyt w Polsce, o naszych amerykańskich przygodach i doświadczeniach. Chłopaki były równe. Po powrocie do domu zacząłem czuć ból wszystkich mięśni - pomysł - samo ciągnięcie ciężarka z głębokości 150 stóp to ładna robota, a tu 20 funtowa ryba, która walczy jak zwariowana aby się nie dać wyciągnąć! Trzeba będzie zacząć ćwiczyć aby wrócić do kondycji. Dziś mamy już wtorek a ja nadal czuję bóle tu i ówdzie. (Hahahaha!)

Jestem zadowolony z wyprawy mimo, że nie udało nam się złapać tej wielkiej ryby.

Obawiam się, że po prostu to zależy od pory roku, bo gość który płynął z nami wrócił niedawno z Meksyku i w Cabo San Lucas łapali 70-90 funtowe ryby - no ale tam nadal temperatury sięgają 30 stopni C. Zostałem zaproszony na wspólną wyprawę do Oregonu na jesiotra ... może pojadę ... mam chęć na świerzy kawior!

Narazie wracam do pracy i codziennych zajęć ale takie wypady pozostają w pamięci przez długi czas - szkoda tylko, że zawsze brakuje czasu aby robić coś takiego częściej - koledzy wypływają 4-5 razy do roku. Teraz będziemy czekali gdzieś do kwietnia, bo pogody zmienia się w zimową i fala i wiatr uniemożliwia na wypływanie. No nic, kończę, trzeba popracować, odmeldowuje się.


Ameryka