"Wuelką" do Szwecji

Piotr "Besa" Czech

Francja, sierpień 1944 Ten wyjazd miał miejsce strasznie dawno temu - pod koniec sierpnia 1985 roku. W czasach gdy w Polsce jeździło się przeważnie na WSK-ach, SHL-kach, Jawach i tym podobnych "pierdzikółkach". Nieprawomyślni motocykliści, którym takie socjalistyczne sprzęty nie wystarczały, wyciągali, skąd się dało, zardzewiałe szczątki przedwojennych motocykli i po długich miesiącach spędzonych w piwnicach i komórkach zadawali szyku na niesamowitych, czterosuwowych, ciężkich i szybkich (a czasem tylko hałaśliwych) maszynach. Wojenny, amerykański Harley-Davidson WLA był w tym czasie szczytem możliwości i dla wielu urastał do rangi symbolu niezależności i wolności...

Pomarzyć - dobra rzecz! Któregoś długiego, zimowego wieczoru, przy kieliszku "domowego koniaku" oddaliśmy się marzeniom. Darek Palmowski, zwany "Palmą" i ja. A marzył nam się udział w harleyowskim zlocie za granicą (rzecz wówczas niezwykle trudna ze względu na geopolityczne warunki w jakich przyszło nam żyć). "Palmie" chodziła po głowie Holandia, mnie zamorska Szwecja. Nim w ex-pewexowskiej flaszce pokazało się dno, postanowiliśmy wyjść naprzeciw tym marzeniom. Do znanego mi z klubowej korespondencji prezydenta Harley-Davidson Club Sweden zredagowaliśmy list z prośbą o oficjalne zaproszenie, bez którego zwykły, polski śmiertelnik raczej nie miał szans na paszport do "wolnego świata". Potem wprzęgnięci w kierat codziennych spraw szybko o tym zapomnieliśmy. Aż tu nagle, chyba już w czerwcu, dostaję list ze Szwecji a w nim informację o zlocie z okazji 15-lecia HDCS w Ronneby oraz zaproszenie dla mnie i małżeństwa Palmowskich.

Paszporty załatwiliśmy przez dwa miesiące - błyskawicznie jak na ówczesne polskie realia. Ale jeszcze 5 dni przed planowanym terminem wyjazdu nie wiedzieliśmy, czy dostaniemy wizy. "Palma" już zrezygnował, i dopiero moja druga wizyta w ambasadzie Królestwa Szwecji definitywnie wyjaśnia sytuację. Jedziemy!

Mój weteran Nasze objuczone do granic możliwości Harleye pracowały spokojnie na średnich obrotach. Bez żadnych sensacji pożerały etylinę z chudego, kartkowego przydziału. Powoli opuszczały mnie wątpliwości, z którymi wyjeżdżałem z domu. Na dokładniejsze przygotowanie motocykla brakło czasu. W ostatniej chwili uzupełniłem olej, przesmarowałem piasty kół i łańcuch, dopompowałem opony... Do zapłonu, gaźnika, zaworów, nawet się nie dotknąłem. No i, wyobraźcie sobie, mój weteran frontowych dróg dopchał się bezproblemowo do świnoujścia.

Kręcimy po ulicach Odra-Portu wywołując sensację wśród tłumu. Do zaokrętowania na promie mamy jeszcze jakieś 15 godzin - trzeba gdzieś rozbić namiot i pospać trochę. Nie da się ukryć - pięćsetkilometrowa trasa na sztywnym tylnym zawieszeniu jednak męczy. Pogoda dotąd wspaniała, psuje się. Zaczyna kropić. Zauważam, że mój motor zachowuje się jakoś dziwnie na zakrętach. Tył stał się chwiejny, idzie nierówno... Czyżby guma? Sprawdzam - ogumienie w porządku. Więc co jest?! Patrzę... i... nogi uginają się pode mną. Szprychy! Liczę... Osiem wyciętych. No, to już koniec!!!

Nie, jeszcze nie koniec. Po ochłonięciu powiedziałem sobie: nie poddawaj się, stary! I tak masz szczęście, że się to "narobiło" jeszcze w kraju. Poszukałem więc garażu, z Palmowskimi uzgodniłem, że pojadą sami a ja, ewentualnie, dobiję do nich na zlocie. Życzyliśmy sobie nawzajem "zmielenia tłoków" i ... wsiadłem w pociąg do Łodzi. Konduktor za "brudasa" (potoczna nazwa ówczesnego banknotu 500-złotowego) wsadził mnie do zupełnie pustego przedziału (w przewozowym szczycie!) i film mi się urwał. Obudziło mnie słoneczko, wypróbowujące na mojej twarzy paletę ciepłych kolorów. Cisza, przedział nadal pusty, nawet z korytarza zniknął ściśnięty tłum... stoimy. Wychylam się przez okno... Ależ to Łódź-Kaliska!!!

Bronek (z lewej) z siostrzeńcem Piąta rano. Za wcześnie, by budzić kumpli. Ze złości żaden nie pożyczy mi koła od swojego Harleya. Jadę więc do domu (biedna mama - jakby ducha zobaczyła!) i dopiero po śniadaniu wyruszam na poszukiwania... Muszę się pośpieszyć o dziesiątej z minutami mam pociąg z powrotem. Najpierw do "Stefana" na Widzew. On może mnie najprędzej poratować. I poratował.
Powrót do świnoujścia był nudny jak flaki z olejem a koło z oponą jak od ciężarówki - ciężkie jak cholera... Niemal zostawiałem za sobą brązowe kleksy, gdy podczas przesiadki w Dąbiu, trzeba było przebiec z peronu na peron po kładce, wysoko nad torami. Wreszcie około 22-giej byłem na miejscu. Według zapewnień Oli Palmowskiej prom miał odpływać o 8-ej rano. Zdążę więc zmienić koło, zatankować i zjeść kolacjo-śniadanie. Tknięty jakimś przeczuciem, poszedłem jednak sprawdzić, czy ten prom rzeczywiście będzie o ósmej. Oczywiście, że ...nie będzie. Prom odchodzi o północy! Już stoi przy nabrzeżu!!!

Zostawiam koło u zawiadowcy stacji i pędzę po Harego. W nocy teren wygląda zupełnie inaczej - ciemno, okropne zadupie! Ale jakoś trafiam. Daję gospodyni "na czekoladę dla dzieci", zabieram maszynę i wolniutko, ostrożnie jadę w stronę portu. Po drodze zawadzam o "cepeen" - kurde, zamknięty! Zabieram koło ze stacji, kładąc je na stercie bagaży, nawet nie przywiązując. Nie ma czasu.
Celnik mierzy paluchem w Harleya i wykrzykuje:

Gdzieś na trasie E-66 - Który to rocznik?!
- Czterdziesty drugi...
- No to pan nie wyjedzie!
- Ależ, proszę pana...
- Nie ma dyskusji!

Dyskusja jednak jest i przenosi się do dyżurki, gdzie włączają się inni celnicy. Niemal ze łzami w oczach zacząłem wyciągać plik papierów, który zabrałem ze sobą. Z masą pieczątek - może to podziała na tych biurokratów: oficjalne zaproszenie, delegacja z automobilklubu, pisma polecające... Byłem bliski załamania...

- No w porządku, może pan jechać...
- ???
- Życzymy szerokiej drogi... No wjeżdżaj pan na prom - czekają tylko na pana!

Pół godziny później stałem na pokładzie wpatrzony w oddalające się światła świnoujścia. Była ciepła, gwieździsta noc, morze spokojne... Płynie się jak po stole, tylko pokład drży w takt potężnego Diesla... Z tyłu świetlisty ślad. Rufa zakreśla srebrzystą wstęgą przebyte mile... Od szarej, zwykłej polskiej codzienności... W nieznane...

Palma na chopperze Ystad pojawiło się koło ósmej rano, istnym kalejdoskopem pastelowych kolorów. Drobne formalności i można jechać. Powolutku na chwiejącym się kole sunę przez portową dzielnicę... Rozglądam się, szukam jakiegoś kamienia, cegły, klocka, rozbitej skrzynki... Muszę coś podstawić pod motor - nie mam oryginalnej podstawki pod tylnym kołem i nie mogę go tak po prostu zdjąć. A tu czyściutko, wymiecione, wygrabione, wylizane. Ani kamyczka! Staję przed skrzyżowaniem... Gdzie dalej?
Jakiś starszy, łysawy gość zatrzymał się obok rowerem... Trzeba zagadać.

Do you speak English?
Po angielsku to ja też umiem, ale po polsku lepiej...

Musiałem mieć niezbyt mądrą minę, bo facet wybuchnął śmiechem. Niesamowite! Pierwsza osoba, do której zagadałem na obczyźnie okazała się Polakiem! Szybko wyłuszczyłem czego mi potrzeba. Pojechaliśmy żwirową aleją pomiędzy bajecznie kolorowymi domami stojącymi ni to w lesie, ni to w parku... Po dobrym kilometrze zatrzymaliśmy się przed okazałą drewnianą willą nad samym brzegiem morza.

Bjorn (z prawej) i jego Electra Po wymianie koła Bronek (próbowałem mówić do niego per "proszę Pana", ale powiedział że panów w Szwecji to już dawno nie ma) zaprał mnie do willi i pozwolił umyć upaprane smarem ręce. Na stole pojawiła się kawa i kruche ciasteczka. Okazało się, że jestem w pensjonacie klubu, którego członkowie zerwali z nałogiem alkoholizmu. Mój zbawca jest w tym klubie działaczem społecznym. Urodził się w podłódzkim Strykowie w mieszanej polsko-niemieckiej rodzinie. W ostatnim roku wojny wzięli go do wehrmachtu jako 16-latka. Wylądował w obozie jenieckim na północnych rubieżach Związku Radzieckiego, skąd wydostał go Szwedzki Czerwony Krzyż. Osiedlił się w Ystad...

Fajnie się gadało, ale trzeba jechać. Zostawiłem u Bronka to przeklęte koło, zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i w drogę. Ciepło, przyjemnie, słoneczko przygrzewa, dwupasmowa wylotówka z miasta, asfalt równy jak stół. Tu można jechać bez obaw o całość szprych. Mijam stację benzynową. Czyściutko, kolorowe dystrybutory, kolorowe flagi na masztach, kolorowy sklep... Zupełne przeciwieństwo polskich, siermiężnych CPN-ów. Wielkie podświetlane tablice z cenami paliwa, dziś popularne i w Polsce, widziałem wówczas po raz pierwszy. Litr zwykłej benzyny kosztuje tu 4,55 korony. Po drugiej stronie drogi bliźniacza stacja, ale paliwo tańsze: 4,49 SKR. Tylko że trzeba by pojechać do przejazdu i wrócić. Ale 300 metrów dalej kolejna stacja paliwowa. 4,58 - o, za drogo! Ale jeśli ta częstotliwość się nie zmieni - nie ma strachu! Jadę dalej - kilometr, dwa, pięć... Stacji nie widać... Niedobrze. Na długim podjeździe Harley zaczyna przerywać... Za wzgórzem już definitywny koniec paliwa. Że też poniosło mnie skąpstwo!

Szwedzkie choppery W najbliższym domu otworzyła mi drzwi młoda dziewczyna z dzieckiem na ręce. Mówi wprawdzie po angielsku, ale benzyny nie mają. "Mąż pewnie by pomógł, ale jest teraz w pracy..." Podziękowałem i poszedłem do sąsiednich zabudowań, długą, żwirową aleją wiekowych lip. Brama szeroko otwarta, obejście to prawie folwark: duże, nowoczesne zabudowania, maszyny rolnicze pod wielką wiatą. W otwartym garażu osobowe Volvo - już starawe, ale pięknie utrzymane. Obok traktor - też Volvo. Dom mieszkalny drewniany, na kamiennym podpiwniczeniu, obszerny, starodawny, stylowy, przypomina polski 19-wieczny dworek. Zwiedzam to wszystko w zupełnej samotności - wszędzie pootwierane i wszędzie nikogo! Nawet psa na podwórku... Dopiero w powrotnej drodze spotykam jasnowłosego młodzieńca w szarym Volvo. Ofiarowuje mi swoją pomoc i już po kilku minutach inny młody Szwed spuszcza do butelki paliwo ze swojej "Kawy". Nie chcą słyszeć o zapłacie. Obdarowuję więc obu klubowymi plakietkami i znaczkami na pamiątkę... Gadamy jeszcze przez dłuższą chwilę - mój Harley wzbudził ich niekłamany podziw. Czterdziestoletni motocykl nie jest tu częstym widokiem a wojennych modeli nie ma wcale. Wiadomo - Szwecja nie brała udziału w wojnie. Na koniec "mój Szwed" odprowadza mnie jeszcze do najbliższej stacji benzynowej, by pokazać mi jak działa automatyczny dystrybutor. Całkowicie samoobsługowe stacje paliw są najtańsze a i na tych z obsługą są automaty, pozwalające zatankować po godzinach. Automatyczny kasjer przyjmuje tylko banknoty 10 i 100-koronowe. Jeśli włożysz nieodpowiednią stroną - wypluwa pieniądz. Potem wybierasz liczbę oktanową paliwa i lejesz... Sprytne urządzenie - w Polsce takich jeszcze nie widziałem.

Przed lotem - Ola, Ingmar i Besa Na pełnym zbiorniku powinienem dojechać aż na sam zlot. Jadę trasą E-66: Malmo - Sztokholm. Piękna droga, teren niemal górzysty a jedzie się poziomo. Raz nasypem, raz wąwozem. Po bokach raz wyrastają granitowe skały porośnięte lasem a innym razem w dole rozpościera się szeroka, zielona dolina przecięta wstążką strumienia. Urzekający kontrast: okolica surowa, pierwotna, dzika i ta nowoczesna, wspaniała, równiutka droga. Raczej wąska - tylko dwa pasy w każdym kierunku... Z przeciwka walą ogromne ciężarówki z rykiem kilkuset mechanicznych koni upitych ropą... czasem mignie osobowe Volvo, przeważnie szare... Czasem przeleci motocyklista na "japońcu" - każdy podnosi dłoń w przyjaznym geście powitania.
Trasa omija większe miejscowości, o istnieniu których informują tylko drogowskazy przy zjazdach. Od czasu do czasu przejeżdżam jednak przez ludzkie siedziby. Są to mikroskopijne miejscowości nastawione na obsługę ruchu na trasie. Parę domków, jedna lub dwie stacje paliwowe, jakiś sklep, kolorowy kiosk, restauracja lub kawiarnia. Wszędzie czyściutko, wesoło, w pastelowych kolorach i kwiaty, dużo kwiatów. Gęsto też rozsiane są przydrożne, leśne parkingi - zatrzymuję się na jednym z nich. Zadaszenie, stolik, ławka, nieco na uboczu ...sraczyk. W tej "świątyni dumania" biała tapeta i ...papier toaletowy! Czyściutko, sterylnie. Żadnych petów, wulgarnych napisów ... w ogóle żadnych bazgrołów! W Polsce (przykro to mówić) rzecz całkiem nie do pomyślenia! Na parkingu można też sporo dowiedzieć się o okolicy. Tablica informacji turystycznej zachwala najbardziej atrakcyjne miejsca tej krainy lasów, skał, jezior, bałtyckiego wybrzeża. Krainy, mającej w herbie rozłożysty dąb, wyrastający z trzech koron - krainy zwanej Blekinge.

Ale oto i drogowskaz "Ronneby". Zjeżdżam z trasy i zza lasu wyłania się, leżące w dolinie, malownicze miasteczko. W śródmieściu trudno mi się połapać w gąszczu znaków drogowych. Prócz organizujących ruch, na każdym skrzyżowaniu 5-6 niebieskich prostokątów ze strzałkami w prawo lub w lewo. Informują, że "to" jest tu, a "owo" tam. Kieruję się w kierunku gdzie napis ogładza "HDCS RALLY". Miasteczko zostaje w tyle, a ja gruntową drogą podjeżdżam do bramy ...wiejskiego gospodarstwa. Na słupach transparenty z napisami "Welcome" i "Only Harley-Davidson - no discussion, please!". Dziewczyny z recepcji podsuwają mi formularz do wypełnienia, inkasują 60 koron wpisowego i przylepiają na szkle reflektora plakietkę rozpoznawczą. Dostaję też torbę materiałów informacyjnych. Pytam o Olę i Darka Palmowskich... Tak są na zlocie - GÓRą NASI!!!

Rynek w Ronneby w głębi kościół Heliga Kors Przedefilowałem przez teren zlotu na wolnych obrotach i postawiłem maszynę przy klubowym domku. Po chwili otacza mnie spory tłumek, poznaję znajomych z naszego "Widlaka" (w tamtych latach mój macierzysty klub robił międzynarodowe imprezy pod taką nazwą) - są Szwedzi, Belgowie, Holendrzy... Poklepują mnie przyjacielsko po plecach, ktoś wpycha mi w rękę puszkę piwa. "Palmy" jednak nigdzie nie widać. Ale oto od bramy słyszę charakterystyczny klekot silnika "Wuelki". Jest, jedzie. A z nim jeszcze drugi siostrzany, model WLD (cywilny) w modrym kolorze. Cichcem przemykam w ich stronę i znienacka klepię Darka po ramieniu. Zaskoczenie ...i wybuch radości, przemieszany z niedowierzaniem: "Beeesa, ...już dojechałeś??! Przecież powinieneś być jeszcze na promie!"
W kilku słowach wyjaśniam powód mojego "cudownego" pojawienia się na zlocie i lekko dogryzam Oli za mylną informację o godzinie odejścia promu. W rewanżu otrzymuję wiadomość, że przed chwilą wróciła z pysznego obiadu. O perfidna!!! Cały zlot usłyszał jak zawył mój żołądek, nakarmiony 34 godziny temu!

Po rozbiciu namiotu i nadrobieniu zaległości w jedzeniu, idę z "Palmą" i Lars-Ake (ten od modrej WLD) obejrzeć motocykle. Darek "robi za przewodnika" i z wielkim entuzjazmem prezentuje mi co ciekawsze ...choppery. Nigdy nie podejrzewałem "Palmy" o takie zboczenie, ale faktem jest, że w połowie zgromadzonych tu "choppów" naprawdę można się zakochać... Szwedzi mają prawdziwego "zajoba" na ich punkcie. Kupują tylko harleyowskie silniki a resztę kombinują z innych, nieco tańszych (choć niekoniecznie) firm. Każdy motocykl jest inny, każdy robiony "na miarę", każdy odzwierciedla tęsknoty, estetykę i system wartości właściciela. Chłopaki rywalizują ze sobą, każdy chce by jego "bajk" był ładniejszy, bardziej oryginalny... Raz po raz muszę fotografować "Palmę" na coraz innej harleyowskiej wydumce...

Następną grupę stanowią maszyny ze środkowej, że tak powiem, półki: różne Low Ridery, Fat Boby, Super Glide'y - "tysiącdwusetki" i "osiemdziesiątki"... Mnie najbardziej rajcują najcięższe, turystyczne Harleye i też, rzecz jasna, mam na co popatrzeć. Zresztą, jest tu zapewne wszystko, co w ostatnim dziesięcioleciu opuszczało bramy fabryki w Milwaukee.

Kungsgatan - ulica Królewska Jeśli chodzi o modele zabytkowe, to - niestety - nie dopisały. Prawie wszystkie obecne tutaj starsze Harleye, są tak skundlone, że straciły charakter zabytków. Wyjątkiem są tylko dwa egzemplarze modelu D z początku lat 30-tych, jeden przedwojenny WL, WLD Lars-Ake'a (chociaż niepotrzebnie zastosował niektóre "patenty") i nasze dwa wojenne WLA. Zwłaszcza "Wuelka" Darka przyciąga uwagę - świeżo odrestaurowana, ma nawet oznakowanie armii amerykańskiej. Zresztą oba nasze motory wywołały tu sensację i są wciąż fotografowane. "Detki" też przybyły zza granicy: z Danii i Finlandii, zaś na 100% oryginalnym WL przyjechał najstarszy szwedzki harleyowiec - 63-letni Bror Rosenstrom. Ten motocykl był w jego rodzinie od nowości, ojciec kupił go w latach 30-tych u dealera w Sztokholmie i Bror jeździł nim od dziecka.
Bror to niezwykle malowniczy człowiek. Niewysoki, cały czas uśmiechnięty, ukrywał sporą łysinę pod harleyowską, skórzaną czapeczką. Niezwykle ruchliwy, biegał po zlotowisku fotografując co się dało. Tak wspaniale rozweselającego swych modeli artysty jeszcze nie spotkałem: robił niesamowite miny, drapał się po kosmatej siwawej brodzie, wyczyniał jakieś łamańce z aparatem i co chwila odchylał poły kurtki, ukazując ...napis "Sauna Mayor". To ...był fajny gość. Kilka lat później z prawdziwym smutkiem dowiedziałem się, że odjechał na swoje ostatnie Superrally w Niebie.

Zapada wieczór nad zlotowym rancho. Całą grupą: Palmowscy, zaprzyjaźniona szwedzka para, przeurocza Eva - mieszkanka Ronneby i ja idziemy do stodoły... No nie, nic z tych rzeczy! W stodole zorganizowano dyskotekę. Króluje rock & roll. W pewnym momencie na estradę wpada jakiś gość we fraku. Dopiero po chwili rozpoznaję go: to Bjorn - ustępujący prezydent Harley-Davidson Club Sweden. To on nas tu zaprosił. Prezentuje się niezwykle elegancko, ale jakoś nierealnie na tle tłumu w strojach, które zwykło nosić harleyowe towarzystwo. Topnieje piramida nagród i upominków. Nolanowskie kaski, 16-calowe opony i inne wspaniałości radują twarze nagradzanych. Wypowiedzi Prezydenta spotykają się z wielkim aplauzem. Szkoda, że tak mało z tego rozumiem - mogli by po angielsku... A jeszcze lepiej po polsku! ...Ogaaaaaarnia... mnie znużenie... Kiedy to ja ostatnio spałem? ...Bjorn przekazuje symboliczny klucz od klubu Thomasowi, nowemu prezydentowi, wybranemu na przedpołudniowym walnym zebraniu członków HDCS. Obaj zapraszają wszystkich na... chyba coś związanego z ogniem... Ognisko? O nie, ognisko już sobie odpuszczę! Z ulgą opuszczam hałaśliwą stodołę...

Ale co to?!! Znienacka w niebo wzleciał jasno świecący punkt, by z hukiem eksplodować na tysiące kolorowych, spadających gwiazd... Aha, to o takim ogniu mówili prezydenci! I dobrą godzinę stałem z zadartą głową zapomniawszy o zmęczeniu. A niebo mieniło wszystkimi kolorami...

(od lewej) Darek, Zenek i Teresa Do mojej świadomości dociera miarowy rytm uruchomionego gdzieś niedaleko harleyowskiego silnika. Po chwili drugi "big twin" rozpoczyna pracę. Otwieram oczy. O płótno namiotu delikatnie bębnią krople deszczu. A trzeba wyjść - daje o sobie znać nadmiar wody w organizmie po wczorajszej degustacji szwedzkiego piwa. Niech to gęś kopnie!

Większość uczestników już się pakuje. Mój spóźniony przyjazd nie pozwolił mi nacieszyć się zlotową atmosferą, motory też chyba nie wszystkie widziałem. Całe szczęście, że się wypogadza - idę zrobić jeszcze kilka zdjęć. Po porannym deszczyku zostały tylko szybko parujące w słońcu kropelki na lakierach i chromach. Ale też wielkie błocko się zrobiło - każdy następny Harley ma większe problemy z wyjechaniem na twardą drogę. Koło buksuje, tyłem zarzuca, zmieszana z trawą glina oblepia opony, błotniki, amortyzatory... Raz po raz trzeba pomagać kolejnemu jeźdźcowi wypychać ciężkiego "bajka" z żółtej mazi.
Ci z uczestników, których poznaliśmy bliżej, ale nie tylko oni, podchodzą do nas pożegnać się. Bardzo to sympatyczne. Niektórzy mają do domu strasznie daleko. Na przykład Franz Kensch przyjechał aż ze Szwajcarii. Razem ruszają Holendrzy i Belgowie. Nasi najbliżsi sąsiedzi też już spakowani - ich zabytkowa "Detka" wygląda jak mała ciężarówka. Niektórzy żegnają się tylko na 5 dni - w następny weekend spotkają się na wyspie Ĺland na szwedzko-fińskim mityngu. Odjeżdża też niezwykle serdecznie żegnany przez wszystkich "Sauna Mayor". Około południa z prawie trzystu Harleyów na zlotowisku zostały tylko dwie Electry, Sportster, niebieska WLD i nasze dwie militarne "Wuelki". Zjawiają się za to jakieś dwa, czy trzy Japończyki i BMW K-100. To maszyny członków klubu MC "Hökarna" - Ronneby. To do tego klubu należy terytorium zlotowego rancho przyznane klubowi przez "kommunę" (samorząd gminy).

Na Oland Siedzimy w salonie klubowego domu - nasza trójka z Polski i gospodarze. Sączymy wyśmienity, gazowany napój o smaku szampana, ale bez alkoholu. Prezes "Hökarny", brodaty okularnik imieniem Tapio, dopytuje się o polskie motocykle, kluby, imprezy. Jego dziewczyna wyciąga w naszą stronę jakieś pudełeczko. To tytoń. Maleńkie bibułkowe torebeczki wkłada się między wargę a dolną szczękę. Próbuję... Paskudztwo! Piecze i jest gorzkie. Z informacji na wieczku dowiaduję się, że ta używka była popularna podczas gorączki złota na amerykańskim Dzikim Zachodzie. Nazwa "Bandit" jest w pełni adekwatna dla tego bandyckiego wynalazku. Ten sposób używania tytoniu zyskuje coraz większą popularność wśród szwedzkiej młodzieży, choć jest ponoć bardziej szkodliwy od papierosów. Ja tam wolę (wówczas wolałem - co za głupota palić!) nasze "Popularne". W odwecie częstuję nimi gospodarzy. Biorą tylko pierwszy raz - gdy sięgam po następnego, na wyścigi podsuwają mi swoje paczki z perfumowanymi lightami.

Wieczór. Parkujemy motocykle na osiedlowym parkingu. Rękawice do kasków i idziemy... Lars-Ake (błękitna WLD) zatrzymuje nas w pół kroku: "Po co bierzecie kaski?" Na nasze zdziwione miny wskazuje swój kask i kurtkę powieszoną na kierownicy Harleya. "Możecie je tu zostawić, nikt ich stąd nie ruszy." Wokół mnóstwo rowerów, wózków dziecięcych pozostawionych bez żadnego zabezpieczenia. ...Nooo, dobrze... Zaryzykujemy.

Nasza rodaczka mieszka na drugim piętrze, w nowoczesnym, ze smakiem urządzonym mieszkaniu. Na imię ma Krystyna i jest dobrą znajomą Larsa. Siedzimy przy ciastkach i świetnej, aromatycznej kawie. W okolicach Ronneby mieszka kilkanaście osób narodowości polskiej. Przeważnie w mieszanych rodzinach polsko-szwedzkich i przeważnie w wariancie ona - Polka, on - Szwed. Jest też kilka Polek po rozwodach. Krystyna twierdzi, że te mieszane małżeństwa rzadko kiedy wytrzymują próbę czasu. Różnica kultur? Temperamentów? Są też pary polsko-polskie. Z jedną Krysia utrzymuje przyjacielskie stosunki. Kilka słów przez telefon i poznajemy Teresę i Zenka. Mieszkają w sąsiednim bloku i są tu od niedawna. Wyjechali z kraju tuż przed Stanem Wojennym i już nie wrócili. Brakuje im owej polskiej atmosfery - chciwie chłoną wieści ze starego kraju, wypytują o jakieś szczegóły. Gdy wychodziliśmy, odprowadzili nas do samych motocykli. Kaski i całe motocykle były mokre od rosy. Ale były, wisiały spokojnie na kierownicach. To Szwecja właśnie!

Most - widok z wyspy Następnego dnia nie dane mam było pospać sobie dłużej w luksusie klubowego domku. Obudził nas piekielny hałas dwóch wielkich wojskowych śmigłowców. Przypomniały nam one, że na dzisiejszy dzień przygotowano dla nas specjalne atrakcje.

Volvo Ingmara wyprowadziło nasze motocykle za miasto. Wjechaliśmy na ogromną płaską łąkę, z której znienacka wyleciał na nas ...startujący odrzutowiec. Po chwili dopiero dostrzegliśmy betonową wstęgę pasa startowego i nieco z boku położone hangary. Ingmar jest z zamiłowania lotnikiem i zaprosił nas na wycieczkę w przestworza.

Żegnając się ukradkiem znakiem krzyża, wsiadamy do awionetki. Wieża kontrolna daje pozwolenie na start i po chwili jesteśmy w powietrzu. Wznosimy się coraz wyżej i wyżej... Widoki są przepiękne. Z jednej strony ogromne połacie lasów przetykane szachownicą pól i łąk, z drugiej Bałtyk wgryza się szczerbatymi zębami w skaliste wybrzeże. Pośrodku urokliwe, kolorowe miasteczko dla krasnoludków... Nagle Ingmar robi ostry skręt w prawo i maszyna wali się na skrzydło. Ola aż krzyknęła, mnie też serce skoczyło do gardła... Mocne to-to było! Lecimy teraz nad klubowe rancho, chwilę później nad osiedle, gdzie mieszkają nasi rodacy, następnie nad port i dalej nad pełne morze. Dopiero gdy ląd zniknął za horyzontem Ingmar zawraca. Zniża lot tak, że brzuch maszyny nieomal dotyka grzbietów fal. Potem jeszcze raz windujemy się na niesamowitą wysokość. W uszach czujemy różnicę ciśnień. Pomimo pięknego słonecznego dnia, lekka mgiełka przysłania krajobraz - patrzymy z wysokości kilku tysięcy metrów. Trzy kwadranse niezapomnianych wrażeń!

Szwecja to wielki, światowy supermarket. Cokolwiek, gdziekolwiek na świecie jest przedmiotem handlu, na pewno można to kupić również tu. A jeżeli akurat czegoś w danym sklepie akurat nie ma, to będzie - powiedzmy - za dwa tygodnie. Tak było z pewnym modelem kalkulatora światowej marki, o iluś tam funkcjach i jakiś tam super możliwościach. Taki właśnie wymarzył sobie teść Darka, więc Ola, zaopatrzona w prospekt tego cudeńka i okrągłą sumę twardej waluty, biegała po sklepach ze sprzętem elektronicznym. Właściwie bez skutku, bo model był bardzo specjalistyczny, ale w wielu miejscach oferowano sprowadzenie go w ciągu kilku dni.

Poszukując tego nieszczęsnego kalkulatora, zaliczaliśmy po drodze wszelkie inne sklepy w handlowym centrum Ronneby. Zwłaszcza piękniejsza część naszego towarzystwa czuła się w swoim żywiole. Oglądała wszystkie sukienki, bluzki, buty, spódnice, kurtki, rajstopy, spodnie, płaszcze, kapelusze i inne majtki. I to zarówno w ekskluzywnych, drogich domach towarowych, jak i w małych sklepikach "Second Hand". Zwłaszcza w tej luksusowej starzyźnie robiła prawdziwe spustoszenie, przerzucając całe góry łachów. Rzecz jasna, zawsze kończyło się to tylko oglądaniem i w końcu opuszczaliśmy pobojowisko, odprowadzani do samych drzwi przez - do końca niezwykle uprzejmego - sprzedawcę. Jak można być aż tak wybredną?

Twierdza w Kalmarze Ronneby to najstarsze miasto w nadbałtyckiej prowincji Blekinge. Prawa miejskie uzyskało w 1386 roku. Do wieku końca XVIII w. było to spokojne, rybackie i kupieckie miasteczko. W XIX w. zaczął rozwijać się tu przemysł ciężki a w XX w, Ronneby zaczęło robić karierę w branży turystyki i rekreacji. Jest też słynne w całej Skandynawii jako miejsce "Masakry pod Ronneby". Był to czas Wojny Północnej między Danią a Szwecją. To tu 4 września 1564 r. wojska duńskie poniosły totalną klęskę, podobno głównie za sprawą miejscowej ludności.

Ponieważ w Ronneby, jak i w całej Szwecji przeważało budownictwo drewniane, zabytków z dawnych wieków zachowało się niewiele. Najcenniejszym jest niewątpliwie Heliga Kors Kyrka - kościół pod wezwaniem św. Krzyża. Pochodzi z II połowy XII w. i prezentuje północny styl romański. Wystrój wnętrza jest późniejszy, z XVII wieku. Ołtarz główny... Nie, nie będę Was zanudzał opisem , który i tak nie odda tych wspaniałości... Jako ciekawostkę przytoczę tylko fakt, że na jednym z osiemnastowiecznych płócien został uwieczniony jeden z pastorów z żoną i dwanaściorgiem swych dzieci.

Jeśli chcesz spotkać kogoś w Ronneby, idź na Kungsgatan czyli na ulicę Królewską. To taki deptak, bez ruchu kołowego, w samym centrum. Tutaj znajdują się ważniejsze urzędy, banki, restauracje, kawiarnie... Tutaj mieszczą się najlepsze (czytaj "najdroższe") sklepy. No i właśnie na Kungsgatan spotykamy Teresę i Zenka. Proponują nam wycieczkę do Kalinge - mają coś do załatwienia w tym miasteczku odległym o kilka kilometrów. Pakujemy się do ich wysłużonej Toyoty a po drodze Zenek pokazuje nam zakład, w którym pracuje. Fabryka jest imponująca. Jest tu odlewnia, walcownia - słowem huta. Położona jest w połowie drogi między Ronneby a Kalinge i jest od nich oddzielona dwukilometrowymi pasami lasu - wiadomo ekologia. Pracownicy dojeżdżają tu własnymi samochodami lub rowerami. Nie ma tu w Ronneby żadnej komunikacji miejskiej, nie ma nawet taksówek. Każda szwedzka rodzina posiada przynajmniej jeden samochód a jeśli już nie - to każdy ma rower. Rowerami jeżdżą wszyscy i wszędzie. Dzieciaki do szkół, urzędnicy do biur, gospodynie po zakupy, robotnicy do fabryk, młodzież na randki... Rowery to błogosławieństwo i przekleństwo Szwecji. Dla zmotoryzowanych rowerzyści to istna plaga, święte krowy! Prawo chroni ich (i pieszych) w sposób zupełnie niezwykły. Wymusza to na kierowcach aut i motocykli szczególną ostrożność - zwłaszcza w obszarze miejskim. Poza nim Szwedzi jeżdżą dość ofensywnie, ale też uważnie. Mandaty są niezwykle wysokie.

Pałac za podwójna fosą Całonocne party nie sprzyja wczesnemu wstawaniu. Zrywanie ludzi o 10-tej to po prostu barbarzyństwo! Ale czasu mamy coraz mniej, a do zwiedzanie jeszcze tak wiele. Dziś mamy w planie nieco dalszą wycieczkę, do odległego o 100 km Kalmaru. Chcemy zobaczyć najdłuższy w Europie most. Łączy on ląd stały z bałtycką wyspę Öland. Po obfitym śniadaniu ruszamy w 1,5-godzinną trasę.

Pogoda niezmiennie nam sprzyja. E-66 gładka jak stół, okolice malownicze, widoki niezapomniane... Czy widzieliście kiedyś asfalt w różnokolorowe paski? A my widzieliśmy! Jest takie miejsce na E-66. Przejeżdżając przez jedną z małych, mikroskopijnych miejscowości, naszą uwagą zwróciła właśnie taka różnokolorowa nawierzchnia. Ciągnie się ona na przestrzeni kilku kilometrów. Pasy szerokie na ok. pół metra każdy, na przemian żółte, czarne i brązowe, ciągną się równolegle do osi jezdni, na całej jej szerokości. Zatrzymujemy się specjalnie, aby to dokładnie obejrzeć. Asfaltowe tworzywo było chyba barwione w masie i układane - każdy pas oddzielnie. W każdym bądź razie malowane to to nie było. Mają pomysły ci Szwedzi! Tablica z napisem "Kalmar" i drogowskaz na Öland w prawo. Pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej. W locie podziwiamy stojące w basenie portowym jachty. Kupa tego! Ale oto i most. Znienacka jezdnia wznosi się stromo. Jedziemy do nieba? Wreszcie szczyt wzniesienia i pod nami rozwiązanie tej zaskakującej zagadki: pod jezdnią płynie majestatycznie pełnomorski statek. A wokół wspaniała panorama morza.

Most ma ok. 8 km długości i tradycyjną konstrukcję - na filarach. Byłby całkiem zwyczajny, gdyby nie to wzniesienie, no i ten zakręt... Zakręt na moście? A tak, tak! Kilometr przed wyspą most lekko zakręca. Dzięki temu od strony wyspy można podziwiać go w całej okazałości.

Dziala na murach twierdzy Wracamy do Kalmaru. Rozdzielam się z Palmowskimi - wszyscy chcemy zwiedzać, ale oni tylko sklepy. Idę nad morze, kieruję się ku ogromnej bryle warownego zamku. Zbudowano go w kształcie czworoboku na skalistym przylądku. Z dwóch stron oblewa go morze, trzecia to basen starego portu, a czwartą odcięto od lądu szeroką fosą. Droga do środka prowadzi przez oddzielny fort i zwodzony most. Za zewnętrznymi murami - druga, już sucha fosa. Za nią dopiero znajdują się budynki pałacowe. Na murach - rząd starodawnych okrętowych dział. Centrum zamku to czworoboczny dziedziniec z dwoma piętrami krużganków. Już po godzinie 16:00, więc muzeum nieczynne - a szkoda.

W drodze powrotnej odwiedzamy Karlskronę. Rzęsiście oświetloną, dwujezdniową ulicą wjeżdżamy do śródmieścia. Mijamy port z pięknym, zabytkowym żaglowcem przy nabrzeżu. Pośrodku basenu wspaniale podświetlona fontanna mieni się różnymi kolorami, a po drugiej stronie w wodzie odbijają się iluminowane zabytkowe kamieniczki. Motocykle stawiamy na ryneczku i idziemy się przejść. Co krok witają nas otwarte podwoje knajpek, kawiarenek, piwiarni... Dużo spacerującej młodzieży, dużo pięknych dziewczyn... Dopiero późnym wieczorem decydujemy się odjechać do Ronneby.

Kończy się nasz pobyt w gościnnym klubie "Hökarna". Przygotowania do drogi przerywa w brutalny sposób brak prądów w moim Harleyu. To ta obowiązkowa w Szwecji jazda na światłach! Archaiczny system prądnicy "z trzecią szczotką", stosowany w starych motocyklach, ma tę wadę, że prądnica daje mniej prądu, gdy bateria jest słaba. Bilans energetyczny systemu był coraz gorszy i akumulator wyładował się zupełnie. Za karę postawiłem go do kąta w towarzystwie prostownika - niech go nauczy dobrych manier.

Rynek w Karlskronie Zjeżdżają się członkowie klubu. Odprawiamy długie, serdeczne pożegnanie. Mamy za co dziękować - gościli nas (całkiem bezpłatnie) dobrych kilka dni. Wymieniamy się adresami... Będziemy w kontakcie przez wiele następnych lat. Ruszamy. Mamy jeszcze w planie zwalić się na głowę Bronkowi w Ystad, co czynimy w sposób okrutnie konsekwentny. Tym razem we trójkę przerywamy jego spokojną egzystencję. Specjalnie na ten wieczór zostawiliśmy ostatnią "połówkę" polskiej żytniówki. Znów długa Polaków rozmowa przeciągnęła się do białego rana.

Nasz ostatni dzień na szwedzkiej ziemi spędzamy na włóczędze po Ystad, po zaułkach starej dzielnicy, po sklepach... Sklepach jak wszędzie w tym kraju, kolorowych, z niezwykle uprzejmym personelem... pełnych dóbr wszelakich. Ale, co to? ...Niski, bardzo stary, parterowy dom o bielonych wapnem ścianach i czarnym, ociekającym smołą dwuspadowym dachu. Tak bardzo odbiega estetyką od wszystkiego wokół - jakby żywcem przeniesiono go tu np. z małopolskiego Pińczowa... I szyld, który nas zelektryzował. "S.J.WAWEL - HANDEL TOWARAMI" a nieco niżej "CENY FABRYCZNE". Skład, bo to co zobaczyliśmy trudno nazwać sklepem, jest niestety zamknięty. Dostrzegamy jeszcze napisy "Tu się mówi po polsku" i "Firma istnieje od 1929 roku - dawniej SAMUEL WAWEL w Radomiu"... Takich sklepów bezcłowych jest w Ystad trzy, ale tylko jeden jest otwarty w normalnych godzinach. Dwa pozostałe otwierają podwoje tylko w godzinach przyjścia promów z Polski. "U żydków" można dostać praktycznie każdy towar chodliwy w Polsce - od sprzętu wideo do gumy balonowej, od dżinsów do komputerów, od kolorowych telewizorów do również kolorowych wydawnictw porno... A ceny rzeczywiście są niewygórowane. Czas leci nieubłaganie. Zabieram to swoje nieszczęsne, okaleczone koło. Jeszcze jedno pożegnanie ze wspaniałym, życzliwym człowiekiem. Trzymaj się, Bronku! Żegnaj Szwecjo! Będziemy ten tydzień długo wspominać...

Mój kredens Dziś, po piętnastu latach, z sentymentem wracam do tamtych dni. To była moja pierwsza podróż zagraniczna, pierwsza daleka motocyklowa wyprawa w moim życiu. Moja "Wuelka", która tak wspaniale woziła mnie po szwedzkich drogach, przeszła na zasłużoną emeryturę i jest tylko raz, dwa razy w roku pokazywana na imprezach zabytkowych pojazdów wojskowych. Pałeczkę przejął mój wspaniały "kredens", Gold Wing, którym - w miarę swoich skromnych możliwości finansowych - zwiedzam co się da. Kusi mnie, aby jeszcze kiedyś pojechać trasą tej pierwszej wyprawy. Tylko, czy Ystad wyda mi się jeszcze równie kolorowe co wtedy? Czy z miękkiego siodła "Goldasa" zauważę jeszcze, jak wspaniale równiutki jest asfalt na E-66? Czy wreszcie, pod zapisanym w pożółkłym notesie adresem, spotkam jeszcze starszego, łysego, życzliwego pana?

Zdjęcia cz-b. - Piotr Czech i Darek Palmowski.
Kolorowe - Iwona Siekirka.


Świat