
Nadworni astrologowie w szpiczastych stożkowatych czapach (ze zwojami pergaminu w garści a pajęczyn w brodzie), rzucając straszliwe spojrzenie (z oczu których powieki otwarte są tak szeroko, że lada chila a źrenice uderzą o chodnik) zakrzyknęli choralnie: WIOSNA! Echo ochrypłych, ptasich raczej niż ludzkich głosów długo odbijało się o ściany GUM'u i muru Kremla nie wiedząc gdzie się podziać.
Szereg "Merlinów" w teatralnym przygarbieniu (dla dodania powagi tej istotnej chwili) powiódł następnie po zebranych przenikliwym, lodowatym wzrokiem. Kilkanaście ascetycznych twarzy obróciło się w zgodnym "unisono" o jakieś 120 stopni dając każdemu obecnemu okazję do podziwiania lic astrologów "anface" choć przez krótką chwilę. Ten ruch mieli wytrenowany do perfekcji. Każdy obecny miał wrażenie, że dwunastu astrologów zajrzało mu na chwilę w oczy i przeszyło lodowatym soplem aż do samego dna duszy. Zmroziło to krew w żyłach zebranych. Nikt nie śmiał wątpić w słowa mędrców mimo zupełnie odwrotnych dowodów, których codzień dostarczała w obfitych ilościach sama przyroda. Opatuleni w ciepłe odzienie zebrani opuścili Plac Czerwony pocieszeni przepowiednią. Naród przywykł do tego typu zebrań i pocieszony, (że skoro tak powiedziano to widocznie już jest wiosna) poczuł się znacznie lepiej.
Mimo całej tej ceremonii jedno wielkie NIC.
Dalej było zimno, szaro i bez cienia jak wewnątrz zgaszonej mlecznej żarówki. Przelot samolotem jedynie utwierdzał człowieka w wierze (a wiarę jak wiadomo to i po górach nosi) że słońce rzeczywiście nadal istnieje a nawet grzeje i świeci w stronę Ziemi (co na samej powierzchni Ziemi nie było takie oczywiste w danym momencie).
Jednym słowem wiosnę zamówiono punktualnie a dostarczenie jej na miejsce opóźniło się wydatnie. Wiadomo, że zatrzymano ją w urzędzie celnym. Naturalnie, że wiosnę wkońcu oddadzą uczciwie i bez uszczerbku. Trzeba będzie zapłacić jakieś śmieszne cło (symboliczne w naszym pojęciu) i wiosna opuści celny urząd. Jednak zabierze to tyle czasu, że pewnie już będzie lato i komu wtedy wiosna potrzebna. Tak to jest kiedy czas się nie liczy.
Dziś rano zadzwonił telefon. Henryk skorzystał z grzeczności jednego celnika i rozmawiał przez jego telefon komórkowy. Rrozpaczał, że nic nie jest w stanie zrobić. Wiosnę zatzymano na dobre.
Zwykle przysyłano ją bez niezbędnych papierów i jakoś dzięki talentowi Henryka można było wszystko "jakoś załatwić". Nauczona doświadczeniem centrala tym razem postarała się dopiąć sprawę do końca i załączyć pełen pakiet dokumentów łącznie z instrukcją montażu i obsługi. Bywa nieraz, że tok wydarzeń bierze w swoje ręce pech. Niby większość dokumentów przyjęto za wystarczające oprócz samego spisu zawartości przesyłki. To nic, że wnętrze opakaowania zajmowała jedynie wiosna i nic więcej. Niby prosta rzecz oclić wiosnę zwłaszcza, że dla usprawnienia przysłano ją bez stroju (tak jak ją Pan Bóg stworzył), żeby znowu nie było szukania tabel celnych wszelkich części garderoby, obuwia itd. Henryk bliski był rozpaczy. Wyjaśniał, że przecież wiosnę przysłano z Kijowa, gdzie już po prostu spełniła swoje zadanie. I że niejako powinna być traktowana jako towar używany, niedochodowy, w jednym egzemplarzu, nie podlegający ocleniu w przeciwieństwie do samochodów i innych towarów luksusowych. Pobywała w Kijowie i teraz przyszła kolej na Moskwę.
Nie pomogło, że spis zawartości przesyłki sporządzono w języku Słowiańskim i że nawet dorożkarskiemu koniowi nietrudno pojąć, że "ukr. Vesna" musi oznaczać to samo co "ros. Viesna". Takie jest prawo - mówili nieubłagani celnicy - tłumaczenie dokumentu musi być i nie ma rady, a nikt z nas nie jest zobowiązany znać obcy język. Henryk opadł z sił. Zgoda, że to dwa różne języki, zdaję sobię sprawę z odrębnoęci kulturowej że nie lubicie tego języka ale do cholery w tym przypadku to jedno i to samo słowo! - Nie ma tłumaczenia dokumentu, nie ma rady. Trzeba było znać prawo i się do niego dostosować -
Wiosnę tymczasem odtransportowano na skład a dokumenty zatrzymano w urzędzie celnym. Henryk otrzymał plik papierów do wypełnienia i instrukcję jakie pieczęci powinny widnieć na papierach aby Wiosna mogła opuścić celny urząd. Wtedy się zaczęło. To nic, że urzędy, które miały potwierdzić swą szlachetną bytność na papierach Henryka przyjmowały interesantów w określonych godzinach. Zwykle najniezbędniejsza pięczeć znajdowała się w rękach kogoś kto w danym momencie znajdował się w delegacji. Bywało, że klucze od szafy kryjącej w sobie inną pieczątkę dzwoniły wesoło w kieszeni kogoś, kto "zaraz przyjdzie" itd. Niestety wszystkie papiery należało podbijać w pewnej kolejności aby każdy następny urzędnik był pewien, że nikt nie próbuje pokiereszować porządku procedury a tym samym poddać pod wątpliwość jego pozycje we wszechmocnej urzędowej piramidzie wypisaną wielkimi obsydianowymi literami inkrustowanymi w granicie. Próbą charakteru jest moment kiedy wydaje się, że droga do zwycięstwa jest konsekwentny upór. Wtedy okazuje się, że "przecież" brakuje "czegoś tam" i trzeba zaczynać sprawę od początku. W międzyczasie ktoś awansował i albo nie ma nikogo jeszcze na tym stanowisku lub też nowa osoba nie wie dokładnie czy rzeczywiście ma prawo podbić przedłożony dokument.
Wiosna tym czasem marniała w oczach a za przechowywanie jej na składzie celnym rósł niebosiężny rachunek. Logicznym by się wydawało, że urzędnicy będą się starać pójść na rękę firmie, która przysyła wiosnę po długiej, szarej i burej zimie bez słońca. Nic z tego. Henryk próbował użyć tego argumentu. Wtedy przypomniano mu o dwunastu astrologach, którzy wiosnę ogłosili przecież już trzy tygodnie temu. Nawet pokazano Henrykowi na dowód wycinek z gazety codziennej. Henryk bliski był płaczu i krzyczał, że przecież wszyscy wiedzą, że prawdziwa wiosna jest na składzie a to co piszą w gazecie to kłamstwo. Patrzono na niego szklanymi oczami. - Trzeba było przetłumaczyć spis zawartości przesyłki! - wykrzyczał zniecierpliwiony naczelnik zmiany. - Czemu wy, obcokrajowcy nie szanujecie naszych praw?! Niby czemu ma być wam wolno?! I wogóle nie potrzebujemy waszej wiosny! Jak się obywatelu nie będziecie zachowywać to jeszcze jeden tydzień będziecie biegać i zbierać pieczątki aż ta wasza przesyłka zgnije na składzie! Ale - płakał Henryk - przecież ta wiosna ma zostać tutaj u was! Czy nie chcecie wiosny?
Jedno Wasze słowo sierżancie i wiosna opuści skład
Porządek musi być! - to wszystko co mu powiedziano.
Tak to jest kiedy nie liczy się dobra chęć.
Henryk zadzwonił do biura ponownie około trzeciej. Koniec na dziś. Urząd zamykają. Trzeba przyjść jutro przed dziesiątą. Był tak znużony walką z urzędami, że nawet nie przyszło mu do głowy wsiaść do metro. Szedł pieszo przez miasto. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, pytali się co się stało. Widać wyraz nieszczęścia malował się na jego twarzy tak wyraźnie, że nawet przypadkowych przechodniów rozbrajał widok tak załamanego człowieka. Henryk płakał i opowiadał co się stało. Zbyt długo trzymane w ryzach myśli i słowa garnęły się na zewnątrz niby zmory spuszczone z łańcucha. Ludzie zebrali się naokoło i słuchali go w milczeniu. Henryk wciąż szedł a oni podnosili go z ziemi kiedy upadał. On wciąż płakał, aż któraś kobieta przytuliła go i wytarła mu twarz. - Widzisz, tak już u nas jest. Pogódź się z tym lepiej, sam niczego nie zmienisz.
Nazajutrz Henryk nie pojawił się w biurze. Wszyscy rozumieli, że można się rozchorować po takich przeżyciach i nikogo nie zdziwiło , że nie było go w biurze przez następnych parę dni. Wkońcu ktoś pojechał do niego do domu. Gospodyni powiedziała, że za zakłócanie spokoju rewindykowano jego wizę i musiał wyjechać do Danii. Gazety na pierwszych stronach przez parę tygodni jeszcze pisały o niebezpiecznym inostrańcu i o tym jak to szczęśliwie udało się go expatriować i, że nastąpił upragniony spokój. Pokazywano program w telewizji, wyjaśniając naturę działania Henryka - terrorysty.
Tak to jest kiedy nie liczy się człowiek.
Ktoą inny z bióra pojechał na skład zobaczyć co się dzieje z wiosną. Wielka skrzynia stała na środku pustego placu ogrodzonego siatką zwieńczoną kolczastym drutem. Jasna niegdyś sklejka poczerniała u podstawy, rozmiękła i spuchła jakby a dochodzący zapach potwierdzał przypuszczenie zwyczajnego zbutwienia. Nieliczne pędy, którym udało się przebić przez szczeliny na krawędzi skrzyni zwisały poruszane wiatrem, wysuszone, luźne, martwe, poczerniałe. Wiosna umarła. Nie ważne kiedy.
