
(Wydanie drukowane Wrocław 1996)
Od autora
Wystawa Wileńscy "Włóczędzy" jest pierwszą próbą szerszej prezentacji historii organizacji, która w znacznym stopniu wpływała na koloryt międzywojennego Wilna, wielu zaś jej członków miało później znaczny wpływ na kulturę, a także życie polityczne naszego kraju. Jej przygotowanie było możliwe dzięki pomocy członków przedwojennego Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich (AKWW) oraz ich dzieci.Pierwsze informacje o Klubie oraz zasadniczą część materiałów archiwalnych i zdjęć otrzymałem od Wacława Korabiewicza "Kilometra" i Bohdana Nagurskiego "Melodysty". Następnie służyli mi pomocą oraz swoimi materiałami: Wanda Ginkowa, Czesław Herman "Kiki", Stefan Jędrychowski "Robespierre", Ewa Nagurska, Bohdan Nagurski, Stanisław Wasilewski "Solipsa", Józef Wierzbicki "Kataryniarz" i Anna Wróblewska "Leszek Biały". To głównie ich pomocy należy zawdzięczać taką różnorodność eksponowanych materiałów archiwalnych.
Już po przygotowaniu pierwszej wersji wystawy, której otwarcie odbyło się 21 listopada 1995 we Wrocławiu, Mieczysław Rudziński, przedwojenny członek AZS, udostępnił mi posiadany album fotograficzny, autorstwa prawdopodobnie Antoniego Bohdziewicza, który ilustruje przebieg wyprawy kajakowej Włóczęgów do Stambułu. Dzięki tym zdjęciom mogłem przygotować dodatkowy moduł wystawy ilustrujący jeden z największych wyczynów Klubu.
Wystawa Wileńscy "Włóczędzy", po otwarciu i ekspozycji we Wrocławiu, pokazywana była następnie w Wilnie, w Polskiej Galerii Artystycznej "Znad Wilii" (20 stycznia - 2 lutego 1996); w trakcie "Dni Kultury Polskiej" w Ejszyszkach (20-21 września 1996); w Domu Polonii na zamku w Pułtusku (26 października - 1 grudnia 1996); w trakcie "VIII Międzynarodowego Najazdu Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu" (2-5 października 1997), w Bibliotece Narodowej w Warszawie (22 stycznia - 28 lutego 1998) aktualnie zaś znajduje się w Muzeum Historycznym w Głogowie.
Niniejsza publikacja towarzysząca wystawie miała początkowo zawierać trzy już wcześniej napisane artykuły o Klubie Włóczęgów, wzbogacone o fotografie z wystawy. Ponieważ jednak istniała potrzeba uwzględnienia w niej wszystkich wątków przedstawionych na wystawie, ostatecznie postanowino dokonać kompilacji tych tekstów, uzupełniając je o szereg nowych wiadomości i cytując kilka tekstów autorstwa przedwojennych członków Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich. Wszystkie wątki zasygnalizowane w niniejszej publikacji zostaną rozwinięte w przygotowywanej właśnie monografii Klubu Włóczęgów. Jeżeli więc są jeszcze osoby, które mają w swoich zbiorach rodzinnych jakieś pamiątki po rodzicach czy dziadkach, związane z działalnością AKWW, to będę wdzięczny za ich wypożyczenie do skopiowania. Wszystkich mogących mi pomóc, a także chcących się podzielić uwagami po obejrzeniu wystawy proszę o korespondencję pod adresem:
Aleksander Srebrakowski
Instytut Historyczny Uniwersytetu Wrocławskiego
50-139 Wrocław, ul. Szewska 49, fax. 343-65-42
e-mail: srebrakowski@poczta.onet.pl
Uniwersytet Stefana Batorego (USB) w Wilnie, powołany 11 października 1919 roku w miejsce zlikwidowanego ukazem carskim z 1 maja 1831 r. Uniwersytetu Wileńskiego, nie był największą uczelnią wyższą w przedwojennej Polsce. Jeżeli porównywać ze sobą ówczesne uniwersytety, to jedynie lubelski KUL miał mniej słuchaczy niż USB. W pierwszym roku akademickim (1919/1920) uczelnia ta miała jedynie 547 słuchaczy, lecz ich liczba szybko rosła i w roku akademickim 1927/28 przekroczyła 3 tys., co stawiało ją tuż za Uniwersytetem Poznańskim. Lecz nie tylko w ilości siła.
Coraz większa liczba studentów sprzyjała powstawaniu ciągle nowych stowarzyszeń akademickich. W pierwszym roku działalności na USB było 7 różnych stowarzyszeń i organizacji studenckich. Po kilku latach, w roku akademickim 1935/36 było ich już 77. Mimo różnego charakteru, każda z tych organizacji miała swój odpowiednik na innych polskich uniwersytetach. Każda, oprócz Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich (AKWW), który istniał jedynie w Wilnie, na USB. W 1925 roku można już było przeczytać na łamach akademickiego czasopisma "Alma Mater Vilnensis" pierwszy oficjalny anons tej organizacji:
"Klub Włóczęgów" - dziecko idei przyjaźni i koleżeństwa. Spadkobierca dążeń i metod "Szubrawców Wileńskich". Wyraz życia duchowego młodzieży uniwersyteckiej poza murami Wszechnicy. Jedno z wielu kół i kółeczek bezregulaminowych, bezstatutowych i... bezprezesowych. Statut wyraźny! Cel jeszcze jaśniejszy. Satyryczno-humorystyczna krytyka życia młodzieży i jej... bezżycia. Budzenie energii do czynu - czynu pracy nad pogłębieniem wartości ducha, wyrobieniem hartu woli. Inicjowanie dróg, wiodących do tego celu - oto zadanie klubu. Hasłem jego: "Humor z pracą - praca z humorem". Zżyta, przyjacielska atmosfera zebrań i współpraca świadczą za powodzeniem przedsiębranych projektów. Nie ma tu waśni bo... niema polityki. Dwa są warunki przyjęcia nowego członka. Primo: winien należeć do "płci brzydkiej", secundo: być czystym w nienależeniu do organizacji politycznych. Tym, którzy zapragną należeć do klubu - droga otwarta! Inicjatywa i spryt ją wskażą. Drogowskazami jeszcze będą imienne lub bezimienne wystąpienia na arenę czynnego życia. Prawdziwy, urodzony "włóczęga" - pozna je. Takiego zaprasza... "Klub Włóczęgów".
Pomysłodawcami powołania Klubu byli: ówczesny student prawa, a po latach wiceprezydent miasta Wilna, Teodor Nagurski "Ostatni" i student medycyny, później znany podróżnik, Wacław Korabiewicz "Kilometr". Według tego, co opowiadał i pisał później "Ostatni", Klub Włóczęgów był kontynuatorem tradycji klubu utworzonego w 1917 roku przez polskich harcerzy z Homla, na terenie dzisiejszej Białorusi. Homelscy Włóczędzy spotykali się w budynku jedynej biblioteki polskiej w mieście. Czas spędzano na dyskusjach, a także na wesołych zabawach. Próbowano też twórczości literackiej, której efekty publikowano na łamach własnej gazetki "Jak to u nas", drukowanej za pomocą powielacza hektograficznego.
Ówczesne lata nie były dobre dla beztroskich zabaw. Włóczędzy, jak wielu innych harcerzy, byli też członkami konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Homelska placówka tej organizacji została zdekonspirowana w maju 1919 roku i Włóczędzy musieli wycofać się na zachód w głąb polskiego terytorium. Po czynnej walce i różnych przygodach, część członków Klubu znalazła się w Warszawie, gdzie ponownie organizowano wspólne spotkania oraz kontynuowano wydawanie czasopisma.
Spotkanie założycielskie nowego, tym razem wileńskiego, Klubu Włóczęgów odbyło się 19 grudnia 1923. Uczestniczyli w nim obok, Teodora Nagurskiego "Ostatniego" i Wacława Korabiewicza "Kilometra" także Wacław Urbanowicz "Gospodarz" i Alfred Urbański "Podpalacz", którzy studiowali na USB. Powołana organizacja miała być czymś przeciwstawnym wobec królujących na uniwersytecie korporacji studenckich.
Zasadnicza różnica między Klubem a korporacjami polegała na tym, że członkiem AKWW mógł być każdy student USB, któremu odpowiadało towarzystwo klubowców. Pieniądze, pochodzenie społeczne, poglądy polityczne nie miały wpływu na to, czy kogoś przyjmowano do Klubu, czy nie. Liczyła się jedynie inteligencja kandydata na Włóczęgę i jego poczucie humoru.
Odpowiednio do tego wymyślono atrybuty Klubu. Od 1924 roku największą świętością a zarazem swoistym sztandarem AKWW była wielka laska pasterska, nazywana przez klubowców "Lagą", obwiązana bordowo-złotym "Sznurem Jedności". Barwy sznura odpowiadały kolorom wschodzącego i zachodzącego słońca. Każdy członek Klubu nosił wielki czarny beret z kutasikiem w kolorze czerwonym, jeśli był "Noworodkiem", żółtym, jeśli był "Włóczęgą" i złotym, jeśli był "Arcywłóczęgą". Hymnem organizacji został "Kurdesz", napisany w 1926 roku przez Władysława Arcimowicza "Kurdesza", a będący trawestacją znanej pieśni biesiadnej Franciszka Bohomolca, śpiewanej często w swojej pierwotnej wersji przez korporantów. Tekst włóczęgowski brzmiał następująco:
|
Kielichy pełne Wstańmy koledzy Wychylmy toast Za zdrowie wiedzy! Niech zstąpi mądrość I pije z nami Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami.
Niech żyje rektor
Niech żyje miłość
Niech żyje dzielność
Niech żyje młodość
|
Tekst ten wymaga drobnego objaśnienia. Otóż mimo każdorazowego śpiewania o spełnianiu toastów, w lokalu Klubu zalecana była (tak było przynajmniej w latach trzydziestych), prohibicja. Nie oznacza to oczywiście, że klubowcy byli całkowitymi abstynentami. Jako organizacja starano się jednak dbać o trzeźwość i kreować taki wizerunek na zewnątrz, co w pewnym stopniu dodatkowo miało odróżniać Klub od korporacji studenckich działających wtedy na uniwersytecie.
Odpowiednio do ducha organizacji został też przygotowany jej statut, do posiadania którego zobowiązywały odpowiednie ustawy rządowe. Zasady rejestracji wszelkich stowarzyszeń studenckich regulował "Okólnik Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z dnia 1 kwietnia 1922 r., L.2642-IV/22 do Rektorów szkół akademickich w sprawie stowarzyszeń akademickich". Do dzisiaj zachowało się kilka wersji statutu AKWW. Najstarsza z nich datowana jest na 4 XII 1927 r. i sygnowana jest przez Wacława Korabiewicza "Kilometra" i Władysława Masłowskiego "Rousseau". Mając to wszystko na uwadze należy uznać twierdzenia Korabiewicza, Pawła Jasienicy i Czesława Miłosza, że AKWW nie posiadał pisanego statutu, jako odzwierciedlenie ówczesnego stanu ducha członków Klubu, a nie odbicie rzeczywistości.
W następnych latach działalności organizacji pojawiła się także specjalna pieczęć oraz znaczek klubowy. Te rzeczy były jednak późniejszymi dodatkami będącymi konsekwencją oficjalnego statusu organizacji akademickiej, jednak najważniejsze były dla klubowców "Laga" i berety, po których zawsze poznawano Włóczęgów.
Aby zostać członkiem Klubu, trzeba było wykazać się poczuciem humoru, gdyż inaczej trudno sobie wyobrazić uczestnictwo kandydata na Włóczęgę w chrzcie "Noworodków". Cała uroczystość odbywała się na jednej z zaplanowanych włóczęg za miasto. Najpierw "Noworodki", jak przystało na swój stan, ubrane w niemowlęce czapeczki i śliniaczki, w towarzystwie swoich matek chrzestnych, którymi były koleżanki z uczelni, paradowały przez całe Wilno, idąc w kierunku miejsca uroczystości. Gdy tam dotarto, przy dźwiękach werbli i innych dostępnych, byle głośnych instrumentów, rozpoczynano ceremonię, w której trakcie "Noworodek" przekształcał się we "Włóczęgę", otrzymując imię klubowe. Aby zostać pełnoprawnym Włóczęgą, trzeba było jeszcze tylko przygotować tzw. "Spiritus Movens", czyli wykład na określony, lecz dowolnie wybrany temat, połączony z dyskusją.
Wśród osób, które chodziły przed wojną po Wilnie w wielkich czarnych beretach zamiast normalnych czapkach studenckich czy korporanckich deklach znalazło się kilka znanych dzisiaj osób, w tym Lech Beynar, czyli Paweł Jasienica, który w Klubie nosił przezwisko "Bachus", oraz Czesław Miłosz, w Klubie "Ja-yo". Podstawową cechą AKWW była jego apolityczność, stąd jego członkami byli ludzie o bardzo różnym światopoglądzie. Z jednej strony , znalazł się wśród nich np. Kazimierz Hałaburda, zwolennik endecji, a obok niego lewicujący Teodor Bujnicki "Amorek", Stefan Jędrychowski "Robespierre" czy Czesław Miłosz "Ja-yo". Wszystkimi zaś nimi kierował, wtedy całkowicie apolityczny, Wacław Korabiewicz "Kilometr". Taka różnorodność zapatrywań na otaczającą rzeczywistość była świetnym zaczynem do zaciekłych dyskusji podczas spotkań klubowych. Po latach stała się ona także źródłem różnych niemiłych zaskoczeń. Na przykład okazało się, że po wojnie, kiedy Paweł Jasienica "Bachus", z powodu swojej działalności w podziemiu niepodległościowym, był przesłuchiwany na UB, spotkał tam jednego z członków AKWW, który zajmował wtedy stanowisko ...wicedyrektora Departamentu V Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W 1968 roku tegoż samego Jasienicę potępiał w oficjalnych przemówieniach inny członek Klubu, który w tym czasie piastował wysokie funkcje we władzach PRL. Tak zdarzało się po wojnie, kiedy Klub już nie istniał. Jednak w czasach studenckich ta różnorodność poglądów nie przeszkadzała przyjaźnić się klubowcom. Co więcej, w większości wypadków te przyjaźnie przetrwały do dzisiaj.
Aktywność klubowców przejawiała się na dwóch polach. Z jednej strony były to często głęboko sięgające dyskusje podczas cotygodniowych spotkań AKWW oraz działalność ogólnokulturalna na terenie uniwersytetu i miasta. Z drugiej zaś strony były to "włóczęgi", czyli dłuższe lub krótsze wyprawy za miasto i popularyzacja turystyki wśród studentów USB. Wielu z tych ostatnich wspomina dzisiaj wymyśloną przez Włóczęgów sekcję ZNAJ (Zmarnowanej Niedzieli Ani Jednej), w ramach której organizowano liczne akademickie wycieczki - włóczęgi za miasto.
Włóczęgowski pęd do podróży i odkrywania miejsc tajemniczych oraz niedostępnych dla zwykłych zjadaczy chleba zaowocowały przygotowaniem kilku szlaków turystycznych. Efektem podróży z lat 1928-1934 było opracowanie szlaku kajakowego z Wilna do Wilna. Była to trasa licząca 951 km i obliczona na 20 do 30 dni podróży. Natomiast w latach 1934-1935 członkowie Klubu spenetrowali, opisali, a następnie udostępnili dla zwiedzających podziemia kościoła św. Ducha (dominikańskiego) w Wilnie.
Największym osiągnięciem turystycznym AKWW było zorganizowanie przez "Kilometra" wyprawy kajakowej do Konstantynopola. Po dotarciu pociągiem z Wilna do Nowego Targu, przygotowane we własnym zakresie trzy kajaki przewieziono na furmankach do miejscowości Twardoszyn w ówczesnej Czechosłowacji, skąd zaczął się właściwy spływ. Trasa wiodła dalej rzekami: Orawa, Wag, Dunaj, a następnie od ujścia tej rzeki brzegiem Morza Czarnego, aż do samego Konstantynopola w jego azjatyckiej części. Wśród uczestników tej wyprawy znalazł się Antoni Bohdziewicz "Czwartek", później znany reżyser filmowy i współtwórca łódzkiej szkoły filmowej, Czesław Leśniewski "Czech", Wacław Korabiewicz "Kilometr", Antoni Czerniewski "Pacykarz", Bogumił Zwolski "Izwolszczyk". Po powrocie do Wilna AKWW otrzymał za ten wyczyn list gratulacyjny od wojewody wileńskiego Władysława Raczkiewicza.
Klub Włóczęgów był też współorganizatorem, razem z Cechem Św. Łukasza z Wydziału Sztuk Pięknych USB, słynnych Szopek Akademickich, do których teksty pisali między innymi Teodor Bujnicki i Stefan Jędrychowski. Inicjatywą Klubu była też plenerowa impreza "Zabicie Bazyliszka", w której uczestniczyło bardzo wiele osób odgrywających role w tym przedstawieniu. AKWW zafunkcjonował też jako wydawca tomu wierszy, autorstwa niektórych klubowców oraz członków Koła Polonistów USB. Popularności dodawały Włóczęgom coroczne bale, dzięki którym zarabiali oni przy okazji pieniądze na swoje wyprawy. Wacław Korabiewicz w swoich wspomnieniach tak opisywał genezę balów włóczęgowskich w Wilnie:
Któregoś dnia rzuciłem myśl zakupu kajaków. Musimy rozpocząć dalsze wędrówki w szeroki świat. Ale skądże na to wziąć gotówkę? Wyłoniła się konieczność imprezy dochodowej. Ale takiej, która by była zgodna z naszą ideologią.
- Wiecie! Wsadzimy kij w mrowisko. Urządzimy bal prawdziwie ogólnoakademicki na szeroką skalę, bez krochmalonych koszul, bez fraków, bez "honorowych" gospodyń, taki prawdziwie włóczęgowski, wesoły a szczery, przyzwoity a dowcipny. Zupełnie inny od szykownych, banalnych oficerskich czy korporanckich bali. Musimy zredagować takie zaproszenie, które by w pięty poszło korporantom, a ujęłoby za serce intelektualistów i naszą profesurę.
I tak się właśnie zaczęło. Chwytając się od śmiechu za brzuchy, wspólnymi siłami ułożyliśmy tekst zaproszenia. Skleciliśmy go w żargonie dziadów podkościelnych. Znieśliśmy snobistyczną listę honorowych gospodyń, a przede wszystkim wykluczyliśmy "obowiązujące stroje wieczorowe, choć "przyodziewek miał być musowo godziwy" - zaznaczaliśmy, że ... "kanapek ani innej zagrychy brać nie potrzeba" - bufet bowiem miał być na miejscu. Treść i formuła zaproszeń wyraźnie przeciwstawiała się przyjętym, szablonowo nadętym i nakrochmalonym formom etykietalnym. Po prostu kpiliśmy z dotychczasowych banałów (...)
Właśnie w owym czasie likwidowano wystawę kilimów regionalnych. Naczelną dyrektorką okazała się ciotka jednego z włóczęgów. Gratka nie z tej ziemi! Wszystkie kolorowe szmatki trafiły na ozdobę naszych sal balowych. Co za egzotyczny przepych! Na domiar wszystkiego udało mi się wytrzasnąć skądś lusterkową kulę, co elektrycznym napędem miała się obracać na suficie, rzucając niedyskretne zajączki przy zgaszonym świetle.
Rybka chwyciła. Wszystkie bilety zostały rozchwytane. Tłok niesamowity, a jaki "tłok"! - sama wyborowa publiczność. Profesura prawie w komplecie. Żadnych kawałów. Nawet korporantom bal nasz wielce przypadł do smaku.
Od tamtej pory Włóczędzy stale urządzali swoje bale na początku każdego roku, każdy z nich odbywał się zaś pod innym hasłem. Od czasu "Balu pod równikiem" z 1934 r., AKWW zapraszał do zabawy zawsze dnia 1 lutego.
Inicjatyw klubowych było znacznie więcej, trudno je jednak tu wszystkie wymieniać. Najważniejsze jest to, że grupka ludzi (każdego roku było to około 20 osób) potrafiła bardzo mocno się wpisać w obraz przedwojennego Wilna wzbogacając jego koloryt.
Wszystko, co robiono w Klubie, było dokładnie dokumentowane. Systematycznie protokołowano wszystkie rodzaje zebrań, dzięki czemu można dzisiaj dość dokładnie odtworzyć różne inicjatywy włóczęgowskie. Z zachowanych dokumentów najciekawsze są jednak tzw. "Księgi Włóczęg", w których wyznaczony danego dnia klubowiec musiał w sposób dowcipny opisać odbytą właśnie włóczęgę. Jak wyglądały takie zapiski, najlepiej pokaże opis włóczęgi w dniu 23 III 1930 autorstwa Pawła Jasienicy "Bachusa". Oto on:
Na początku był Bachus. Chodził, czekał aż zaśmierdziało i - zjawiło się Padło. Jeśli wierzyć temu ostatniemu, to policjant przed Ostrą Bramą oświadczył, iż miał Bachusa na oku. Momencik jeszcze i zjawiają się Had z Przykładką, a potem wielkim pędem przybiegł Amorek. W końcu zjawił się i Robespierre. Ale jeszcze stop. Had napycha w pobliskiej knajpie swój historyczny brzuszek. No jest nareszcie i idziemy.
Dzień na razie "nieciepły", w nocy padało, deszcz czy też śnieg i niebo jest pochmurne. Zaraz za miastem skręcamy na trakt oszmiański i maszerujemy bokami szosy. Któryś tam przypomina sobie sekcję ZNAJ, która niegdyś istniała. Postanawiamy ją wskrzesić mianując jednocześnie Padło i Bachusa insektami, a Klukwę "Gnidą". Teraz należy skomponować hymn sekcji i wszyscy maczają w tym palce. Po chwili ryczymy na całe gardło:
|
Towarzysze Sekcji ZNAJ włóczęgowskie bezbożniki! drży przed nami cały kraj przed wyglądem naszym dzikim
|
Podobało się, ale nie wszystkim. Baby idące do kościoła plują i żegnają się, a Had - cenzor protestuje przeciw słowu "bezbożniki". Niech mu będzie, zmieniamy na "skurczybyki", jaka mi różnica. Należy zaznaczyć, że dnia tego Had pełnił funkcje cenzora i poddawał krytyce poszczególne zwrotki. A trzeba się było z nim liczyć, bo to on hymn zapisywał.
Ale nie uprzedzajmy faktów. Idąc w dobrym tempie mijamy Niemież. Chmury tymczasem gdzieś się zapodziały i robi się całkiem ciepło, chociaż pociąga lekki wiatr. Rozpoczynamy niezmiernie poważną dyskusję o literaturze. Gadamy o różnych rzeczach pięknych (literatura skandynawska) i ludzkich (twórczość Ossendowskiego) w końcu zjeżdżamy na sadyzm w literaturze. Jednogłośnie uznajemy Amorka za obiecującego sadystę. Poważną pogwarkę przerywa Had przypominając, że nie po to zabrał klisze, aby je zpowrotem przynosić. Wobec takiego dictum schodzimy z szosy, brniemy kawałek po rozmiękłej roli i włazimy na dość wysoki pagórek z majakiem u szczytu. "Olimp w klubie", czyli Amorek z Bachusem idą wydzielać ciała astralne, czyli dematerializować się, a reszta żre przyniesione zapasy. Tak więc oddajemy się z Amorkiem czynności, której tyle miejsca i talentu poświecił Remarque w swojej książce. Wodzimy rozmarzonym wzrokiem po polach "ługach i siełach", tudzież po swoich uduchowionych i z lekka nadętych twarzach, gdy wtem dolatują nas z góry okrzyki i odgłosy powitań.
"Podjadek" - ryczy Amorek i gna na górę jak sarenka, a ja za nim ciężej nieco. Istotnie jest i wita się z nami czule. Okazuje się, że spóźnił się na zbiórkę i dogonił nas biegiem. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy (bo to i dzień zrobił się cudowny) fotografujemy się i ruszamy dalej. Na szosie, która staje się coraz bardziej pagórkowata, mija nas samochód z dworca kursujący. Życzymy w duchu samochodowi i pasażerom trądu czarnej ospy i nosacizny i o dziwo "samowar" staje i ani rusz. Bierzemy cholerne tempo i mijamy nieszczęsny wehikuł z minami pogromców Nurmiego. Przechodząc obok, któryś tam znacząco zakaszlał. Nie na długo starczyło tryumfu. Samochód zreperowany mija nas wioząc zwycięsko uśmiechniętych kandydatów na szubienicę. Teraz spotykamy po drodze wiele mile wyglądających wieprzy i zaczynamy dalej hymn komponować. Każdy z nas ma jakiś w nim wiersz na sumieniu. Oto on w ostatecznej redakcji:
|
Już poświęceń minął czas Klukwa pławi się w pierzynach Przestrzeń, słońce wabi nas I uśmiecha się dziewczyna.
|
|
Niechaj gnije ten kto chce Dla filistrów słowa wzgardy Wieprz w ukłonie karku gnie Zatkał się samochód hardy Słońce to rozkoszy zdrój Wiatr opala nasze członki Adamowy nęci strój Dobrze chodzić bez obsłonki A więc naprzód sekcjo ZNAJ! Nie zmarnujem ani święta Kto raz z nami przeżył raj Ten na wieki zapamięta.
|
Zaznaczyć muszę, iż Had protestował przeciw wzmiance o wieprzach i dał się przekonać dopiero w powrotnej drodze.
Schodzimy potem jeszcze raz z szosy i fotografujemy się nad jakąś kałużą. Had ustawia pracowicie składany statyw, poczem zawadza go nogą, wywraca i (...) czyli po naszemu "nacieraj z naczała". Ale w końcu "dieło jest w szlapie". Żegnamy się z Przykładką, którego jakieś podejrzane interesa wzywają do miasta i idziemy dalej.
Aha! zapomniałem dodać, że podczas przygotowań do fotografii Robespierre udawał Uranosa stwarzającego Afrodytę i na pomienionej kałuży wiele czynił piany. Ale mniejsza z tem. Wkrótce trzeba zejść z szosy na boczny trakt wiodący do Wydry. Mijamy Borejkowszczyznę, miejsce zamieszkania Syrokomli, i dostajemy się do lasu. Leży tu jeszcze sporo śniegu i lodu, chociaż i strumyczki niezłe zeń ciekną. Niedaleko jakieś osiedle, pewnie Majówka. Ale okazuje się, że to Podborejkowszczyzna, a Majówkę widać za wzgórzem. Skracamy sobie drogę przez pola i włazimy w istne bagno. Nareszcie Majówka! Podchodząc do niej spostrzegamy jakiegoś typa wiejącego przez opłotki; może Wydra a może nie; wszystko jedno, Wydra nie zając, nie cieknie.
Jesteśmy na miejscu. Wydra w domu przyjmuje nas gościnnie. Siedzimy w salonie a Podjadek wygrywa na fortepianie żałobne marsze. Zostajemy przedstawieni gospodarstwu, Państwu Jakowiczom, którzy zapraszają nas do stołu pełnego, że aż HA! Obiad na włóczędze, ludzie!!! Padło patrzy jak urzeczony w środek stołu. Spoglądam i ja. Nie, to przecież nie halucynacja, toż stoi widzę jak na dłoni, toż ONA żółcieńka jak to złoto, jak słonko na niebie, podpora i chluba ludzkości. A i kieliszki też na miejscu. Nawet Had pił pamiętnego dnia dzisiejszego i przymawiał się o 3 kieliszki. Przy stole śpiewamy Kurdesza, a potem piosenki z Szopki. Służąca Andzia, gruby kocmołuch słucha (...) i wpatruje się w Podjadka jak Leda w śpiewającego łabędzia. Gospodarze widać, że nie mają nam za złe naszych humorów, poczciwi ludzie.
Niedługo popasamy w Majówce, trzeba wracać, więc pożegnalna fotografia (nieudana, bo Had pod gazem), a potem en avant! a Wydra z nami. Ale, ale przy stole dowiedzieliśmy się, że ów zwiewający typ to był synek Pp. Jakowiczów, Ziunio. Gdy usłyszałem to, przyszła mi do głowy straszliwa myśl: co by było gdybyśmy tak chłopca zdybali w lesie a z nami był Karapet. Bóg strzegł niewinności i zatrzymał pohańca w Wilnie. Ha! Straszne!
Tymczasem idziemy a Had opowiada anegdotki tak sprośne, że aż Padło oblizuje się. Cel tych dykteryjek głęboki. Oto nie ma w nich ani jednego wyrazu plugawego. Nie dochodząc do szosy musimy się rozstać. Robespierre i Amorek spieszą się na Szopkę, więc utwierdzają wiatraki w laurach i gnają, a my reszta idziemy powoli gadając o tym i o owym. Pod Niemieżem Podjadek i Wydra są paręset kroków na przedzie, a my we trzech z tyłu kontemplujemy łagodne i piękne światło zachodu. W pewnej chwili za nami dzwonek roweru. Had i ja skaczemy w bok, kolarz mija nas i wpada na Wieśka. Zderzają się łbami. Cyklista leży na szosie. Po chwili podnosi się, ale nie bardzo się rusza, widocznie boi się Hada. Padło maca się za obolały łeb i klnie.
W Niemieżu pijemy w jakiejś karczmie na balkonie. Nie wieje tu ambrozją, owszem czuć świński gnój. Nikt jakoś nie je reszty zapasów żarcia.
Pozostała droga odbywa się spokojnie i bez wypadku. (...) Na Wielkiej żegnamy się i rozchodzimy. Koniec. Daj Boże zawsze takie włóczęgi i takie obiady, i taki sznaps. Oh!
Bachus herbu Flacha. (Paweł Jasienica)
Podobnych zapisów w "Księgach Włóczęg" jest znacznie więcej. Do najdowcipniejszych autorów należeli tu Stefan Jędrychowski i Teodor Bujnicki, jednak i innym nie brakowało weny w tym względzie. W niektórych wypadkach takie teksty czyta się z ogromnym zaskoczeniem. Dotyczy to na przykład wymienionego już Stefana Jędrychowskiego. Dzisiaj jest on znany jako były członek PKWN, a później wysoki urzędnik władz komunistycznych w Polsce, to zaś skłania większość z nas, którzy go osobiście nie znaliśmy, do postrzegania jako osoby ponurej bez poczucia humoru, czyli typowego aparatczyka. Jak się okazuje, w młodości potrafił on być jednak człowiekiem bardzo dowcipnym, potrafiącym ubrać to w odpowiednią formę literacką. Najlepszym przykładem na to niech będzie jego opis jednej z klubowych włóczęg:
Włóczęga XIX. 27 kwietnia 1930 r.
"Wygą" po Wilii do Wołokumpi i z powrotem.
"UWIEZIONY"
Superprzebój sezonu w 4 wspaniałych aktach
Akt I
Obszerny, wyzłocony w słońcu plac przed Katedrą. Kocie główki połyskują misternie, niczem łysinki w promieniach teatralnych lornetek. W głębi wylot długiej, ruchliwej ulicy przesłania szeroki koński zad posterunku policyjnego. Uporczywe muchy kręcą się koło niego zapobiegliwie. Dzielny rumak ogania się od nich ogonem. Filary Katedry rzucają dyskretny cień. Stara, stylowa dzwonnica na środku placu uśmiecha się na kremowo. Zegar kościelny wybija godzinę dziewiątą. Pod filarami klasycznej Katedry spotykali się zazwyczaj włóczędzy...
Spoza kręgu zieleni wyłania się wysmukły cień. Sunie po bruku i z niewidocznych głębin wyciąga za ludzką postać. Sympatyczna, dziecięca twarzyczka osadzona na bocianim kadłubie. Delikatny rumieniec wstydliwości. Binokle dopełniają okrągłości policzków. Ogolona na łyso główka wydłuża i poszerza roześmianą gębusię. Charakterystyczna torba na chleb przez plecy i ciupaga do obcinania paznokci na wąskiej, szarej, płóciennej krajce. Przykładka, niewinny syn własnej matki.
Spojrzenie pełne zaciekawienia dla otaczającego świata. Nagły, lekki dreszcz. Cofnięcie się. Krótka chwila wahania i opanowanie. Zza dzwonnicy wypada dziwaczna postać. Kołtuniasta grzywa, kilkumetrowy nos i warjackie zachowanie. Robespierre, notorycznie znany nieprzyjaciel rozsądku i spokoju.
Przykładka w ostatniej chwili chce się schować pod taczką ze śmieciami. Ale przybyły już go spostrzega, dopada, chwyta za przegub ręki. Siadają i patrzą w słońce. Usta poruszają się w niedbałej rozmowie. Pogoda kapie na głowy jasnemi pasmami. Przykładka raz po raz obciera łysinę chustką. Nagle, niespodziewanie zza rogu wypada coś horrendalnego. Potwór! Maszyna, która na obie strony zieje z paszcz olbrzymiemi strugami wody. Magistrat miasta dla postrachu spokojnych obywateli sprowadził strasznego SMOKA, który codziennie kosztował kilka ofiar w ludziach, tratując ich olbrzymiemi kołami lub zalewając wodą umieszczone w pępku przewody oddechowe. W ten sposób zginął słynny filozof Hamydal.
Struga wody magistrackiej szerokiem łukiem zbliża się pod wieżę katedralną usiłując zagarnąć obu nieszczęśliwców. Przykładka szybko siada po turecku, zakłada nogi za skórzany pasek i czmycha wąskim przejściem. Z bezpiecznego miejsca woła do towarzysza: UCIEKAMY! Robespierre delikatnie skrobie się w głowę. Nie, ja zostanę tutaj, by zginąć śmiercią męczeńską za wolność i prawa obywatelskie.
Opiera się o ścianę dzwonnicy, jak przeznaczony na rozstrzelanie, i bystrym wzrokiem wpatruje się w potwora. Monstrum ze zdumienia zachłystuje się wodą. W oceanie błota zostaje mała, sucha wysepka, a na niej bohater Robespierre. Niebezpieczeństwo z pluskiem wody mija. Zza dzwonnicy wychodzi uśmiechnięty Przykładka i wyciąga uzbrojoną w ciupagę prawicę. Wybacz, że nie od razu zdecydowałem się iść za Tobą, Wodzu mój i Panie. Widzę teraz, że bohaterstwo Twe i dzielność będą najlepszym schronem dla mego życia. Pójdę za Tobą, dokąd prowadzisz!
Robespierre wyciąga miłościwie rękę ku nawróconemu grzesznikowi. Wobec tego jeszcze dzisiaj ruszamy w podróż morską. Plac pod Katedrą zwolna pustoszeje w miarę jak para pleców objuczonych plecakami oddala się i roztapia w zieleni.
Akt II
Błękitna wstęga wody. Pomost niezwykle elastyczny. Na pomoście rajcuje Przykładka i Robespierre. Z odpowiednią gestykulacją Robespierre siada. Pomost ugina się pod ciężarem i woda zalewa siedzącemu podlaurze. Robespierre szybko zrywa się i siada w suchem miejscu. Po chwili i tam dzieje się to samo. Po kilkakrotnym powtórzeniu pomost jest zalany, Przykladka z miną męczennika brnie przez wodę na brzeg. Po chwili znoszą łódkę. Widać tylko stalowy kadłub kanadyjki i cztery pary nóg. Głowy tkwią we wnętrzu [...] Laury pod wpływem ciężaru spłaszczyły się zupełnie i nie ma ich wcale. Zza ukrytych we mgle budynków wylania się postać olbrzymia, Kazimierz Rajszys, cerber przystani. Spieszy z uprzedzającą uprzejmością. Panowie pozwolą, ja pomogę, a to ciężko samemu. Końcem wyłamanego paznokcia podtrzymuje łódkę. Po chwili przewracają ją na pomost i spuszczają na wodę. Robespierre znika, Przykładka zostaje pilnować łódki. Dno namaka, woda leje się ciurkiem. Przykładka znaczy swoją laseczkę odpowiednimi kreskami, pakuje ją do łódki i mierzy poziom wody. Decyduje się siadać. Woda zbiega się w jedno miejsce i Przykładka namaka jak gąbka. Staje się miękki i potulny. Wraca Robespierre w kostiumie wioślarskim i paru uderzeniami przywraca towarzyszowi równowagę ducha. Z delikwenta leje się woda pomieszana ze łzami.
Akt III
Siadają, odpłynęli, miarowy ruch łopatek. Wiatr dmie. Robespierre szczęka zębami, ale nie nakłada koszulki. Słońce piecze. Przykładka poci się, jak piec hutniczy, ale nie decyduje się zdjąć kurtki. Powoli, bardzo powoli zmienia się krajobraz nadbrzeżny. Przykładka odwraca często głowę. Tutaj wylewaliśmy po raz pierwszy wodę, albo Tu odpoczywaliśmy po raz pierwszy, albo jaka ładna zatoczka na brzegu. Z okazji mijania łódek sportowych z radością krzyczy sokolskie Czołem. Koło przystani Makabi mijają ćwiczący aparat. Powstaje nierozwiązalna wątpliwość Czy aparat jest łodzią sportową i co jest wyższego typu: kandyjka, czy aparat? Przykładka, który w swoim czasie "jeździł" na aparacie, twierdzi: Bezwzględnie aparat. Robespierre, który kiedyś na pychówce wyławiał z fal jeziora trockiego, jest zdania, że Kanadyjka.
Przejeżdżają pod mostem, pachnącym świeżym drzewem i saperskimi
onuckami. Na moście stoi publiczność i bawi się spluwaniem do wody. Kto celniej?
Kanadyjka doskonale nadaje się na cel. Przykładka znosi cierpliwie, mimo całego
swego zamiłowania do higieny, odpryski cudzej śliny na swej łysinie. Robespierre
woła do góry: Pamachiwaj! Nie pluj pod wiosło. Wywiera to upragniony skutek.
Tubylcy nie plują już pod wiosło, ale na głowę.
Akt IV
Odpoczynek na pierwszej plaży (Tuskulany). Robespierre owinięty w płaszcz Przykładki. Nikt nie ma ochoty do kąpieli. Wyżej pod sosenkami mieszane towarzystwo z A.Z.S. Wcinanie zapasów Przykładki, wylanie wody i jazda dalej. II Plaża - Wołokumpie, odpoczynek w towarzystwie 2 azetesiaków. Pusty budynek z napisem "Bufet". Puste, nagie ściany. Rozlazłe przekleństwa wszystkich. Powrót! gna się, jak cholera. Krajobraz zmienia się w odwrotnym porządku (Można puścić taśmę z powrotem - wskazówka dla reżysera). Przykładka nabiera ochoty do dalszej jazdy. Robespierre jednak zakręca przed przystanią.
Robespierre h. Wiatrak. (Stefan Jędrychowski)
Ciekawą lekturę stanowią dzisiaj także tzw. "Księgi Korespondencji". Był to zawsze zeszyt dużego formatu, który był wyłożony w lokalu Klubu po to, aby Włóczędzy mogli pozostawiać sobie wiadomości w sytuacji, kiedy nie mogli się spotkać osobiście. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach telefony nie były tak popularne jak dzisiaj, w lokalu Klubu zaś każdy Włóczęga bywał kilka razy tygodniowo, stąd też wiadomość docierała do adresata dość szybko.
Jak już wspominałem wcześniej, Akademicki Klub Włóczęgów Wileńskich był organizacją męską, zrzeszającą studentów Uniwersytetu Stefana Batorego. Nie oznacza to jednak, że stronili oni od towarzystwa kobiet. Było wręcz odwrotnie. Ich koleżanki i przyjaciółki uczestniczyły często we włóczęgach ogólnoakademickich, niezbędne zaś wręcz były jako matki chrzestne w czasie Chrztu Noworodków. Co więcej, po różnych próbach stworzenia żeńskiego Klubu Włóczęgów, które zainicjował kiedyś "Kilometr", wreszcie w roku 1936 powstał także Akademicki Klub Łazanek Wileńskich".
Działalność wśród studentów USB to jednak nie wszystko. W końcu lat 20. grupa byłych Włóczęgów z AKWW, którzy ukończyli już studia i rozpoczęli kariery zawodowe, postanowiła powołać nową organizację, tym razem już o określonym charakterze politycznym. Wśród uczestników zebrania, które odbyło się 11 października 1929 roku, w mieszkaniu Teodora Nagurskiego "Ostatniego", znalazły się następujące osoby:
Jak widać z podanego wyżej składu, wśród założycieli nowego klubu znaleźli się wszyscy, oprócz "Kilometra", założyciele AKWW. Mamy tu więc do czynienia z wyraźną kontynuacją działalności grupy ludzi, którzy kiedyś jako studenci zebrali się w Akademickim Klubie Włóczęgów. Teodor Nagurski, w trakcie wystąpienia inauguracyjnego zebranie, wyraźnie zaznaczył, że nowy klub, Klub Włóczęgów Seniorów, miał być dla jego członków miejscem, gdzie będą oni rozwijać swoje inicjatywy podejmowane kiedyś w ramach AKWW. Z tą jednak różnicą, że teraz czynili to ludzie wchodzący już powoli w życie towarzyskie, chcący wypowiadać się także w sprawach społecznych i politycznych. Mający często też osobiste ambicje polityczne.
W trakcie trzech pierwszych spotkań określono formułę nowego klubu i ustalono plan pracy aż do 1 czerwca 1930 roku. Formuła cotygodniowych spotkań Seniorów była podobna do tej, jaką kiedyś przyjęto dla klubu akademickiego. Każde zebranie otwierano odczytaniem protokołu z poprzedniego spotkania. Następnie był czas na "żale" i "plotki", a po nich na wolne wnioski. Ostatnią, główną częścią zebrania było zawsze odczytanie referatu lub kontynuacja dyskusji na temat referatu wygłoszonego tydzień wcześniej.
Na trzecim posiedzeniu Klubu Włóczęgów Seniorów przyjęto deklarację ideową, którą opracował Teodor Nagurski i dobrane przez niego dwie osoby. Niestety, w zachowanych materiałach brak jest zapisu informującego, kim byli dwaj pozostali autorzy dokumentu, który cytowany jest poniżej:
My, zrzeszeni i niezrzeszeni włóczędzy Wileńscy zebrani w dniu 11-go października 1929 r. w lokalu przy ul. W. Pochulance 53 m.4 w Wilnie, celem włóczęgowskiego uczczenia 350-lecia naszej Alma Mater - Uniwersytetu Stefana Batorego, postanawiamy połączyć się dla wspólnej włóczęgi życiowej w klub pod nazwą : "Klub Włóczęgów Seniorów w Wilnie".
Rozproszeni materialnie, lecz nie duchowo, w ciągu kilku lat po wyjściu z Uniwersytetu łączymy się ponownie w imię haseł braterstwa i współpracy dla wędrówki w te dziedziny życia społecznego, które najbardziej potrzebują pionierskiego wysiłku młodych i silnych.
Z drugiej strony - w nasze życie klubowo-towarzyskie chcemy wnieść atmosferę niefrasobliwego humoru i swobody: do naszych rozrywek wprowadzić włóczęgę krajo i światoznawczą oraz sporty.
Za życiowe zadanie naszego pokolenia włóczęgów obieramy wytrwałą, niczym niezrażającą się pracę, mającą na celu rozszerzenie ścian naszego Domu Wileńskiego, przez umożliwienie jego wpływów kulturalnych na te tereny, na których ongiś promieniował Uniwersytet Stefana Batorego.
Praca nasza za teren działania będzie miała ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Za środowisko naszych działań uważamy ludność zamieszkującą tereny Wielkiego Księstwa.
Za przedmiot pracy bierzemy:
1) Poznanie literatury, sztuki, życia społecznego i gospodarczego narodów pochodzących z terenów b. Wielkiego Księstwa.
2) Zaznajomienie ludności tych terenów z literaturą, sztuką, życiem społecznym i gospodarczym polskim w ogóle, zaś polskim w Wilnie - w szczególności.
3) Zbliżenie się kulturalne, społeczne i gospodarcze ludności zamieszkującej terytorium b. Wielkiego Księstwa.
Do osiągnięcia naszych celów i wykonania zadań dążyć będziemy wszelkimi uczciwymi środkami. Odrzucamy jako niegodne naszych celów, tajne i zakulisowe działania na szkodę tych narodowości, do współpracy z którymi na zasadach: wolni z wolnymi, równi z równymi - chcemy przystąpić.
Zawsze młode, niegdyś z Wilna podane hasło: " Mierz siły na zamiary, nie zamiary według sił " - łączymy dzisiaj z zawołaniem naszego pokolenia:
WSZYSCY DO PRACY !
Taką deklaracją Włóczędzy Seniorzy przyłączali się do grona zwolenników idei jagiellońskiej, którą później propagowali w swojej wersji. W ramach tego jednym z pierwszych zadań Klubu miało być przezwyciężenie nacjonalizmów poszczególnych grup narodowościowych, zamieszkujących tereny byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jednakowo pod tym względem traktując Polaków, Litwinów, Białorusinów i Żydów. Celem perspektywicznym było zaś doprowadzenie do federacji polsko-litewsko-białorusko-ukraińskiej mającej stać się w przyszłości częścią "wielkiej paneuropejskiej rodziny narodów". Aby do tego doprowadzić, proponowano najpierw przeprowadzić głęboką decentralizację administracji państwowej na rzecz większej autonomii poszczególnych krain historyczno-geograficznych. W celu pozyskania mniejszości narodowych dla tej idei chciano zagwarantowania dla nich pełnej swobody w rozwijaniu języka ojczystego i narodowej kultury. Ponieważ zaś większość wśród mniejszości narodowych Wileńszczyzny, jak też i Polaków na tym terenie, stanowiła ludność chłopska, ogromny nacisk kładziono na wzmocnienie tej warstwy społecznej.
Zasięg oddziaływania Klubu Włóczęgów Seniorów ograniczał się w zasadzie do kręgów inteligenckich Wilna i Wileńszczyzny. Poza tym przez pierwsze trzy lata istnienia mógł on prezentować się na zewnątrz jedynie dzięki zebraniom organizowanym co tydzień w mieszkaniu Teodora Nagurskiego, na które uczęszczało średnio po 30 osób. Program większości spotkań wypełniały referaty i wywołane nimi dyskusje, które często kontynuowano na kolejnych zebraniach. Autorami wykładów, obok członków Klubu, jak np. Seweryn Wysłouch z USB omawiający wielokrotnie sprawy białoruskie, byli też przedstawiciele innych opcji politycznych oraz innych narodowości.
Trzy lata działania na zasadach klubu dyskusyjnego pozwoliły Włóczęgom okrzepnąć i przygotować grunt pod czasopismo, które zaczęto wydawać od 6 lipca 1932 roku pod tytułem "Włóczęga". W zespole redakcyjnym znalazły się następujące osoby: Kazimierz Leczycki (red. naczelny), Józef Batorowicz, Stanisław Hermanowicz, Jan Kruszyński, Teodor Nagurski, Henryk Niewodniczański, Stanisław Odlanicki-Poczobutt, Wacław Pac-Pomarnacki, Tadeusz Rymkiewicz, Eugeniusz Skorko, Stanisław Swianiewicz, Seweryn Wysłouch, Henryk Zabielski i Kazimierz Zwierko. Wszyscy to osoby z kręgów uniwersyteckich i samorządowych Wilna oraz Wileńszczyzny, będące oczywiście członkami organizacji.
Pierwszy numer "Włóczęgi" został wydany jako dodatek do "Kuriera Litewskiego", a to dzięki przyjaznym stosunkom Seniorów z Kazimierzem Okuliczem, redaktorem tej gazety. Drugi numer czasopisma opublikowany w listopadzie 1932 roku, był już wydawnictwem samoistnym. Łącznie, do kwietnia 1936 r., ukazało się 29 numerów "Włóczęgi", po czym, z powodu kłopotów finansowych, zaprzestano jej wydawania.
Dzięki temu periodykowi, o jednorazowym nakładzie 1 tys. egzemplarzy, Klub Włóczęgów Seniorów mógł dotrzeć ze swoimi ideami do szerszego kręgu odbiorców i w sposób bardziej efektywny wpływać na kształtowanie ich opinii. Dzisiaj "Włóczęga" oraz rękopis kroniki Klubu, zawierający sprawozdania z zebrań od 11 X 1929 r. do 5 VI 1930 r., stanowią właściwie jedyne, dostępne w kraju, źródła o działalności Klubu. Wstępna kwerenda w archiwach wileńskich nie wykazała dodatkowych materiałów o organizacji. Możliwe, że coś na ten temat będzie można znaleźć ewentualnie w zbiorach instytucji polskich na emigracji. Na obecnym etapie pozostaje jedynie posiłkować się wspomnianym już czasopismem i kroniką.
W jego pierwszym, już cytowanym numerze, oprócz artykułu Teodora Nagurskiego, który zawierał deklarację ideową, znajduje się także m.in. tekst Stanisława Swianiewicza "Nasza krajowość". Autor precyzuje w nim obraz idei krajowej w interpretacji Klubu, a przedstawionej w deklaracji programowej sprzed trzech lat. Zgodnie z tym idea krajowa jest oparta na emocjonalnym stosunku do wspaniałej przeszłości Wielkiego Księstwa Litewskiego, wywołującym chęć przywrócenia dawnej potęgi rozbitego na pomniejsze jednostki, ogromnego niegdyś organizmu państwowego. Nie należy jej jednak mylić z regionalizmem, który polega głównie na kultywowaniu miejscowych tradycji ludowych. Zdaniem Włóczęgów odrodzenie w nowej formie systemu federacyjnego na ziemiach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego miało być połączone jednocześnie z reformami społecznymi. Opieranie się bowiem na ziemiaństwie nie mogło przynieść odpowiednich efektów ze względu na to, że rola ziemiaństwa jako klasy przodującej w tym czasie już się skończyła. Natomiast ze względu na wzrost znaczenia ruchów masowych (był to rok 1932) Klub miał zmierzać do pozyskania dla idei federacyjnej jak najszerszych rzesz społecznych. Na masowości miała też polegać odmienność "federalizmu krajowego" w wydaniu Klubu Włóczęgów Seniorów. Niecałe dwa lata po opublikowaniu zaprezentowanego artykułu Swianiewicza, ze względu na ataki "Przeglądu Wileńskiego", który zarzucał Włóczęgom odejście od linii politycznej z roku 1932, autor musiał ponownie zabrać głos w sprawie ideologii Klubu. Chodziło tu o wytłumaczenie coraz mocniejszych związków Włóczęgów z obozem rządzącym, który był daleki od wprowadzania w życie rozwiązań federacyjnych. Otóż postawa taka wynikała z tego, że po pierwsze: większość członków Klubu była związana z tym obozem, już o wiele wcześniej uczestnicząc aktywnie w walce o odrodzenie się państwa polskiego. Po drugie zaś, ich zdaniem to środowisko było jedynym, które mogło stworzyć silną Polskę, a tylko jako taka była ona w stanie przewodzić ruchowi jednoczenia się narodów na obszarze od Bałtyku po Karpaty, w celu odparcia zagrożenia nadciągajacego ze wschodu. Wyraźnie odcinano się jednak tutaj od koncepcji mocarstwowych. Kończąc swój artykuł Swianiewicz wskazuje na jeszcze jedną odmienność idei krajowej w interpretacji Włóczęgów. Otóż jej zwolennikiem nie musiał być ktoś koniecznie z terenów byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, lecz każdy, kto taką ideę rozumie i popiera. Miała ona być wspólna dla Polski, państw bałtyckich oraz odrodzeniowych, narodowych ruchów, białoruskiego i ukraińskiego.
Po kilku latach działalności Klub Włóczęgów Seniorów zyskał sobie liczne wpływy na terenie Wilna. Zdaniem autora notatki dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych działo się tak dzięki opinii, że Włóczędzy są w bliskich stosunkach z najwyżej postawionymi osobistościami życia publicznego w Polsce. Podstawę do takich sądów dawały spotkania członków Klubu w publicznych miejscach z urzędującym premierem Januszem Jędrzejewiczem oraz z dwoma byłymi premierami: Walerym Sławkiem i Aleksandrem Prystorem. Dalej były to kontakty z ówczesnym ministrem Schätzlem, pułkownikami Pełczyńskim i Stachiewiczem czy też kierownikiem sekretariatu wojewódzkiego BBWR na Wileńszczyznę, posłem Alfredem Birkenmajerem, oraz wielu innymi osobami. Lider Klubu, Teodor Nagurski, będący wiceprezydentem miasta Wilna, także był związany z BBWR. Napisał m.in. dwie książki informacyjno-propagandowe, które zostały wydane pod firmą BBWR, a prezentujące osiągnięcia rządów Józefa Piłsudskiego. Z drugiej strony związki z Klubem utrzymywały osoby spośród elity Wilna, takie jak rektor USB Witold Staniewicz, redaktor Kazimierz Okulicz czy senator Witold Abramowicz. Dzięki takiemu usytuowaniu towarzyskiemu Klubu możliwe było wprowadzenie Henryka Zabielskiego na stanowisko referenta litewskiego w wileńskim Wydziale Bezpieczeństwa. To zaś stwarzało możliwości wpływania na kształt polityki narodowościowej na terenie Wileńszczyzny, i nie tylko. Przykładowo w trakcie I Zlotu Młodzieży Polskiej z Zagranicy Zabielski korzystając ze swojego stanowiska próbował przekonać delegację Polaków z Litwy o bezsensowności ich oporu wobec władz litewskich i propagował ideę wielkiej Litwy z Wilnem jako stolicą, która tylko jako taka mogła się związać z Polską.
Oprócz prowadzenia działalności na terenie Wileńszczyzny Klub Włóczęgów Seniorów starał się szukać popleczników na terenie Litwy, tak wśród tamtejszych Polaków, jak i Litwinów. Jak się jednak okazało, szczególnie propagowanie idei krajowej wśród Polaków z Litwy spotkało się z dużym oporem ze strony polskiego MSZ, które działało w tym czasie na rzecz popierania polskiego separatyzmu w tym kraju. W wymienianym już raporcie z listopada 1934 przedstawiciel MSZ, który odwiedził właśnie Wilno, po przedstawieniu programu oraz działalności Klubu, pisał w zakończeniu sprawozdania:
Reasumując (...) można by dojść do wniosku, że zachodzi tu pewna dwoistość a mianowicie, z jednej strony usiłuje się młodzież polską na Litwie wychowywać i umacniać w czystej polskości, a z drugiej sprawia się wrażenie popierania " Klubu Włóczęgów ", który przez teorię krajowości i niechęci do zupełnej unifikacji szerzy zamęt wśród młodzieży polskiej na Litwie, legitymując się tam w dodatku rzekomymi dyrektywami rządu polskiego. Wydaje się zatem, że należałoby wyjaśnić, czy " Klub Włóczęgów " jest przeznaczony na jakiś wypadek tylko do kontaktów litewskich, czy też również ze społeczeństwem polskim na Litwie, a w tym drugim wypadku uzgodnić linię postępowania MSZ z " Klubem Włóczęgów ".
Jak z tego widać, plany Włóczęgów, aby stać się dla MSZ pośrednikiem w kontaktach z Litwinami "bez piany na ustach", zakończyły się fiaskiem. Ich działalność nie znalazła właściwego zrozumienia w sferach rządowych. Co więcej, po wizycie na Litwie w styczniu 1935 roku, pracownik MSZ Stanisław Paprocki wracając do Warszawy zatrzymał się w Wilnie i tam spotkał się z kierownictwem Klubu Włóczęgów Seniorów. Celem tej wizyty było wpłynięcie na organizację, aby ta zaniechała "... ingerowania w wewnętrzne sprawy Polonii litewskiej na własną rękę".
Gdy jest mowa o kontaktach zagranicznych Klubu, trzeba wspomnieć też o propagowaniu przez Włóczęgów projektu Ententy Bałtyckiej, autorstwa szwedzkiego polityka Carla Lindhagena. Projekt ten przewidywał stworzenie związku państw skandynawskich z republikami nadbałtyckimi i Polską. Artykuł C.Lindhagena, prezentujący w sposób szczegółowy całą koncepcję, opublikowano na łamach "Włóczęgi". W późniejszym zaś terminie zorganizowano mu prelekcję w Wilnie. Propagując projekt Lindhagena Włóczędzy zaznaczali jednak, że jest to koncepcja, z którą nie do końca się zgadzają w szczegółach, gdyż mają w tym względzie własne projekty.
Dzisiaj próba dokładnego określenia programu Klubu w kwestii narodowościowej jest bardzo trudna. Tak samo było jednak i w okresie, gdy prowadził on aktywną działalność. W notatce przygotowanej dla MSZ w listopadzie 1934 r. czytamy dosłownie:
Program Klubu jest niejasny. Trudno go sprecyzować. Najlepiej może oddaje je wyrażenie "niezupełna unifikacja".
Brak sprecyzowanego do końca programu jest najpewniej konsekwencją formy działania organizacji. Klub bowiem szukał dopiero odpowiedniej drogi do najlepszego rozwiązania problemów wynikających z takiej, a nie innej struktury narodowościowej tych województw II Rzeczypospolitej, których terytoria przed zaborami w całości lub częściowo wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kierunek ku temu był już wyznaczony przez zadeklarowanie się Włóczęgów jako zwolenników idei jagiellońskiej i krajowości. Pozostawało jednak dokładne sprecyzowanie, co się pod tymi hasłami rozumie. Trudno jednak było to precyzować, jeśli ciągle dyskutowano nad tą problematyką. Nie przeszkodziło to jednak w osiągnięciu przez Klub pewnych sukcesów w pracy nad zbliżeniem między różnymi narodowościami zamieszkującymi Wileńszczyznę. Już bowiem sam fakt istnienia organizacji, która chce wysłuchać głosu mniejszości narodowych musiała w pewnym sensie wpływać pozytywnie na tych ostatnich. Trzeba zaś zaznaczyć, że Włóczędzy także aktywnie popierali na przykład starania Białorusinów o zachowanie ich folkloru oraz inne podobne działania, co było oczywiście zgodne z cytowaną wyżej deklaracją Klubu Niestety, mimo wielu pozytywnych symptomów prowadzonych działań, ich zasięg był bardzo ograniczony. Klubowi udało się tylko nieznacznie wykroczyć poza ramy grupy towarzyskiej. To zaś pociągało za sobą skutki w postaci niewielkiego odzewu na proponowane rozwiązania polityczne. W konsekwencji dzisiaj nikt już właściwie nie pamięta o tym, że istniała w Wilnie organizacja szukająca jak najlepszej drogi do porozumienia się z sąsiadami odrodzonej Polski. Dzieje się tak mimo tego, że członkami Klubu były ogólnie znane później osoby, jak choćby wspominany kilkakrotnie Stanisław Swianiewicz. Warto jednak pamiętać, że na terenie Wileńszczyzny, oprócz znanych wszystkim Krajowców, działały w okresie międzywojennym i inne grupy podobnie widzące przyszłość Ziemi Wileńskiej.
Wojna przyniosła kres działalności Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich, Akademickiego Klubu Łazanek Wileńskich oraz Klubu Włóczęgów Seniorów. Wszyscy członkowie tych organizacji rozproszyli się po świecie lub co gorsza zginęli. Podobny los spotkał pamiątki i archiwum klubowe. Część rzeczy została uratowana, w tym znalazła się "Laga", reszta uległa zniszczeniu. Pamięć o organizacji jednak przetrwała. Dzięki publikacjom Wacława Korabiewicza przedstawiciele młodego pokolenia poznawali między innymi przygody członków wyprawy do Konstantynopola. Natomiast żywym przekaźnikiem tej tradycji był Tadeusz Ginko "Wałkoń", który po wojnie był profesorem na katowickiej Akademii Medycznej. Z czasem doszło do tego, że w styczniu 1975 r., "Wałkoń" razem z "Kilomerem" i Bohdanem Nagurskim "Melodystą" dokonali symbolicznego przekazania tradycji AKWW Akademickiemu Klubowi Kajakowemu "Kajman" z Akademii Medycznej w Katowicach. Wyrazem tego było oddanie im "Lagi" oraz sporządzenie specjalnego aktu na piśmie. Od tamtego momentu katowicki klub nosił nazwę: Akademicki Klub Włóczęgów "Kajman". Działalność tego wcielenia Klubu Włóczęgów była jednak krótka i zakończyła się w latach osiemdziesiątych. Nie oznacza to jednak końca historii klubów Włóczęgów. Jak na razie, ostatnim etapem tych dziejów jest ponowne reaktywowanie Klubu w Wilnie, w dniu 13 lutego 1990 r. Wskrzesicielami organizacji byli tym razem Michał Kleczkowski i Elwira Ostrowska. Tak więc, mimo upływu 73 lat od momentu założenia, Klub Włóczęgów nadal działa w Wilnie, a jego członkowie włóczą się po Wileńszczyźnie oraz urządzają wakacyjne wyprawy często w bardzo dalekie strony.
UWAGA! gwiazdką zanaczono członków dokładnie zweryfikowanych, bez gwiazdki pozostają osoby co do których członkowstwa mogą być watpliwości
Dr Aleksander Srebrakowski jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego. Od grudnia 1989 jest zatrudniony w Zakładzie Historii Najnowszej, w Instytucie Historycznym tego uniwersytetu. Zajmuje się badaniem polskich skupisk na terytorium Związku Radzieckiego oraz historią Kresów. Do tej pory, oprócz szeregu artykułów historycznych i popularnonaukowych, opublikował też książki: Sejm Wileński 1922 roku. Idea i jej realizacja, Wrocław 1993 (dodruk 1995), oraz jako współautor ze Stanisławem Ciesielskim i Grzegorzem Hryciukiem, Masowe deportacje radzieckie w okresie II wojny światowej, Wrocław 1993 (wydanie drugie - zmienione i rozszerzone, Wrocław 1994). Przed wystawą o Klubie Włóczęgów przygotował także wystawę historyczną pt. "Wilno Mickiewiczowi", zrealizowaną w 1989 roku we wrocławskim Muzeum Architektury.
e-mail: srebrakowski@poczta.onet.pl
Adres pocztowy: Aleksander Srebrakowski
ul.Bobrza 36/21; 54-220
Wrocław.
fax. (0-71) 34-02-984.
Zdjęcia z jarmarku "Kaziuka" z 1936 roku.
