Pieszycka elegia
Pada deszcz przez caly dzien
wiatr do snu kolysze slepe latarnie
miota na wpol zlamanym skrzydlem bramy fabrycznej
anemiczne swiatlo okien na pietrach ulicy za chwile skona
wybitymi szybami strasza ruiny fabryk,
kiedys byly przyszloscia
tam przy krosnach staly mlode dziewczyny
o ustach rozowych, dloniach migdalowych
srebrnych paznokciach, slodkich piersiach
tam gdzie dawno temu
ludzie rozmawiali z maszynami
slowa krecily sie jak szpulki nici
dzisiaj kurz zalozyl dzwiekoszczelne milczenie.
Pieszyce jakze kocham to miasteczko
patrze na nie w listopadowa noc
slysze echa minonych dni
dochodzi piata rano, za chwile mama
zaprowadzi mnie i brata do przedszkola na Bielawska
(po drodze do fabryki na pierwsza zmiane
w piatek 18 stycznia 1963 r.)
Pamiec o cieplym smaku pocalunkow
pieszczoty dloni, ktorych juz nie ma
prosi sie o napisanie elegii pieszyckiej
o mamie, o purpurze lisci na jej grobie
o opadlym tynku fabrycznych scian
o uczuciu laczacym szarosc muru z
ze zlotem lisci jesieni, o tajemnicy tego miejsca
nikt juz jej nie wyjawni
ani nie uslyszy slow, ani krokow
ani fabrycznych syren, ani stukotu krosien
wszystko to wypelnialo moje zycie
tyle radosci, uroku, sekretnych znaczen
latwo sie tego wyrzeklem, ale nigdy nie zaparlem
tyle poezji, ktorej nigdy nie odnajde.
Pieszyce 17 listopada 1995
|