Norwid w Ameryce
Norwid w Ameryce, to brzmi jak nieporozumienie,
towarzyski skandal jak brzek metalu kosy uderzajacej w kamien;
artysta o wielkim mniemaniu o sobie
ceniacy siebie, egoista, majacy za nic mlody narod
(nie ma cegiel mchem porosnietych)
gardzacy praca z przymusu zyciowego
lubiacy nocne rozmowy, prace dla ducha
wiecznie zakochany nieszczesliwie
ubolewajacy nad swoim losem i ojczyzny
przyjaciel arystokracji, nauczyciel duchowy ludu;
tutaj mogl tylko byc zwyklym rzemieslnikiem
wstawac rano, klasc sie wczesnym wieczorem
malowac portrety bogatych gospodyn domowych
lub anioly nie te z przestworzy niebieskich
ale te z prerii z orlimi piorami we wlosach,
bizony o chudych bokach lub czarnych niewolnikow
zbierajacych bawelne na polach poludnia;
tutaj nie musial gonic za slowami, ani sie z nimi
zmagac, ksiezyc byl w trawie bez wielkich slow
czy przenosni poetyckich, pustynia bez oazy arystokracji,
bal sie, ze zycie zmusi go do pracy, do codziennosci,
w ktorej nikt nie bedzie tolerowal jego ekscentrycznosci,
nie chcial byc stracona gwiazda z europejskiego nieba
wolal byc na firmamencie obojetnosci paryskiej emigracji,
z fanatyzmem na ustach z fanatyzmem w oczach,
z fanatyzmem w sercu wracal do starej Europy,
metnym wzrokiem patrzyl w fale oceanu
nie on jeden rozczarowal sie Ameryka.
Umieral w samotnosci i biedzie u obcych
jak rycerz ksiezycowy, taki szlachetny o duszy udreczonej,
artysta o krysztalowym umysle,
zlotych rekach, diamentowych slowach,
ktoremu nie mial kto dac jesc.
|