Milosz

Moglby byc gorskim wodospadem, albo oceanem
nigdy pustynia czy ziemia jalowa,
wielkim jagielonskim debem w cieniu ktorego
umeczony wedrowiec zawsze znajdzie wytchnienie,
potrawi z powietrza wylapac babelki zyciodajnego tlenu
i nasycic nim poezje, slowa jego sa jak ziarna,
ktore w czytelniku rosna, rozwijaja sie, kwitna
kolysza sie lany czekajac na reke zniwiarza,
jest ksiezycem, ktory przyciaga fale morza
a piekne kobiety spia niespokojnie,
jest aniolem z wielkimi krzaczastymi brwiami
w ksztalcie skrzydel ptaka sploszonego
w srodku nocy z gniazda do ktorego nigdy juz
nie powroci, ale wciaz pamieta zapach trawy,
jablek, biel pokoi, ksztalt domow, jeziora, rzeki,
jest litewskm niedzwiedziem przez pol zycia
mieszkajacym w pieknym miescie Berkeley
w cudowniej Kalifornii, na wzgorzu niedzwiedzi Grizzly,
ale on nie pomrukuje on spiewa piesn o tym,
ze nikomu nie warto zazdroscic, o kolibrach,
kwiatach kapryfolium, dziewczecych posladdkach,
biednym chrzescijaninie patrzacym na plonace getto,
o miastach do ktorych nigdy nie wroci, tobie i mnie.

Kim jest Milosz dla mnie tysiace razy pytalem siebie!?
Matka karmiaca jasna dorodna piersia
z cienkimi niebieskimi zylkami,
ktorej zyciodajne mleko pije w upale chicagowskim.
Jakie jest znaczenie jego poezji w mym zyciu!?
Czy to bilet w podroz do dalekich krajow,
do lasow tropikalnych czy polnocnych, w ktorych
wielobarwny spiewak skacze z galazki na galazke
wyspiewujac piesn starodawnych puszcz, rzek w
ktorych piasek wygrzewa sie w sloncu.
a skaly z lekkoscia motyli uniosly sie w przestrzen
ku dalekim galaktykom, gdzie czas plynie pionowo.

Milosz muza zyjaca w cieniu eukaliptusow z widokiem
na Zatoke San Francisco, miescie wielkosci mrowki,
ktorego swiatla odbijaja sie w wodzie, jak obloki,
poeta wierny swoim idealom mlodosci,
nadsluchuje gry swierszcza, patrzy w
jasno-zarzace sie slepia aut, o czym mysli?

W 1990 roku o to go zapytalem przy wodce i sledziach,
slonce w Zatoce juz sie utopilo, a noc na atramentowo
pomalowawala czubki zlotego mostu;
Och!!! panie Adamie - westchnal, gdyby tak sie dalo
dozyc do setki, a potem, raz jeszcze licznik cofnac do zera.