Chicagowskie ulice

Wiatr po nich hula z mina zagubionego turysty
obwachuje z dokladnoscia psa policyjnego
lize pierscienie na palcach bogaczy,
z popiolu cygar piramide buduje,
pedzi na zlamanie karku, dmucha w oczy
traktuje miasto jak swoja zagrode
albo gra bluesa na ulicach niczym grajek
wiatr - czarny aniol nad miastem
zaglada do wypalonych domow
zrujnowanych fabryk poludnia
przeglada sie w lustrze jeziora
spi w katolickim kosciele pod oltarzem
wiatr i chicagowskie ulice
brzydkie, niezadbane brudne bez zieleni nadziei
(poza srodmiesciem)
nie ma w nich radosci ani ciepla
wiecznie zapchane samochodami aorty miasta
przed poludniem dusza, powoduja zawrot glowy,
o poranku sa bolem zeba,
wieczorem z zajeczym sercem czlowiek przemyka,
aby nie wpasc w kly wilka zbrodni.
Archer na ktorej pracuje siedem dni w tygodniu
czy Fullerton na ktorej spie siedem nocy-
przypominaja dwie struzki lez splywajacych z jeziora
na policzek miasta.