Chicago miasto nadziei

Smolot wyladowal posrodku rowniny
na plycie lotniska o indianskiej nazwie
dzikiej cebuli Chicooguo, ktora wyciska lzy radosci.
Miasto nasycone cierpliwoscia niczym
czarna trzystu funtowa matka
czeka na swe dzieci - emigrantow
ze wszystkich stron swiata, bez odtracania kogokolwiek.
Miasto jawi sie jak dlugo oczekiwana gwiazda
wypatrywana przez niespokojne oczy na niebie marzen;
teraz wskaze droge do lepszego zycia, szczescia.
Leniwie pracuje urzad emigracyjny
mchem porosnieci celnicy
chwile na urzedowa pieczec (most tylko dla smialkow)
postawiona na przedostatniej stronie w paszporcie
wloka sie jak chlopska furmanka
jesienna blotnista droga poprzez pola.
Celnicy sa ciekawscy coraz to cos wydobeda
z walizki wczorajszej prehistorii,
sloneczne plonienie wolnosci slizgaja sie
po szklanych scianach korytarzy;
a wiec tak przywitala cie Ameryka
wszystko inne jest juz niewazne
serce wydalo na to co bylo rozkaz
i leza na jego dnie ruiny przeszlosci
tak nierzeczywiste jakby nigdy ich nie bylo
czyz nie szeptales:

    pojade do innej ziemi, nad morze
    inne. Jakies inne znajdzie sie miasto,
    jakies lepsze miejsce.
    Tu juz wydany jest wyrok na wszystkie dazenia moje.
Uwierzyles w Chicago - matke - nadzieje
ona na nowo wychowa cie nakarni
nauczy myslec, chodzic, mowic skromnie,
od poczatku wszystkiego.