Carl Sandburg

Pamietam twoja pierwsza lekcje z elementarza poezji:
"uwazaj jak uzywasz pysznych slow"
"nie pozwól slowom biec, nie latwo je odwolac"
a jednak gdy mysle o tobie, Chicago, ulicy Halsted,
emigrantach ze wszystkich stron swiata,
Polakach, o których pisales ze wspolczuciem i ironia,
twoje zaangazowanie po stronie biednych, ciezko pracujacych,
ulicy o twoim imieniu w down town, Lincolnie twoim bohaterze,
mam wrazenie, ze uzywales slów mocnych jak lancuchy,
którymi przykuwano do scian wieziennych skazancow,
mocnych jak stal z hut z Gary w stanie Indiana
ostrych jak ostrze noza tnace do samej kosci,
i ta wiara w lud, cudowna wiara góry przenoszaca,
w lud, ktory bedzie wiecznie zyl, choc oszukiwany,
sprzedawany, zawsze bedzie zyl, bo ma korzenie,
spotykamy sie wielokrotnie na miescie, którego ty
nie znasz, w którym ja nigdy nie bylem
ramie w ramie maszerujemy jego ulicami,
ogladamy prerie poza Chicago,
dojrzewajace jablka w stanie Michigan,
truskawki w Wisconsin, lapiemy ryby w Minesocie.
Wiele ci zawdzieczam, wiele mnie nauczyles, pokazales
choc nie jestes poeta salonów czy sal wykladowych,
a jednak moge powiedziec za toba:
"jestem trawa, wszystko zakrywam"
wiele moich miejsc nia zaroslo, wiele moich bitew
tylko znanych mnie ona zakrywa, moich wlasnych
prywatnych: Austrlitz, Waterloo, Verdun, Gettysburg,
jestem trawa, która jest tym zielensza im wiecej czerpie
soków z trupow, które zakrywa, jestem trawa
niczego sie nie wstydzec, rosne przed kosciolami
i na cmentarzach, przed domami bogatych i w przydroznym rowie.