Cafe Lura

Jakiś tajemniczy głos mnie woła do Cafe Lury
dzień już usnął i noc się budzi, powietrze nagrzane
zapachem piwa i dymu papierosowego
krew w żyłach zaczyna śpiewać pieśni
starodawnych poetów pijących wino
łapczywie spoglądających na piersi dziewcząt:
jeśli jesteś młody i rano nie musisz wstać
wstąp do Cafe Lura przy skrzyżowaniu
ulic Belmont i Milwaukee
tuż przy placu niewolnika przy stacji benzynowej
tam w mroku nieskończoności, przy iskrze znicza
opowiesz jak minął dzień, albo co jutro może
się zdażyć lub nie,
ktoś opowie ci w sekrecie jak zarobił a później
stracił milion dolarów przez kobiety,
o tym jak upadają rządy państw
a ich ministrowie zamieniają się w świnie
ze złotymi zegarkami na rękach
z diamentowym kolczykiem w uchu
spotkasz tam dysydentów i artystów
i tych co strajkowali i tych co protestowali
przeciwko światu, sztucznej ciąży, głupocie
chociaż sami mają się za ludzi spokojnych,
mądrych, kochających drugiego człowieka,
czasem wysłuchasz autentycznych wodospadów słów
kogoś kto kochał i utracił swoją miłość,
kogoś kto jeszcze żyje i pragnie,
albo o tym jak okropne jest życie niczym brzytwa
co bez skrupółów przecina wpol złudzenia
jak owoc południowy pozostawiając na boku
gorzkie pestki rzeczywistości
czasem z nich znowu wyrośnie nadzieja i pragnienie
czegoś o czym 10 albo 20 lat temu myślaęeś
twoja obecność w tym mroku jest ważna,
twoje odciski palców na butelce z piwem też
twój uśmiech to ścieżka przez gęsty i wrogi las
dzieciństwa i młodości w którym wciąż słychać
odgłosy westchnień i nawoływań;
delikatnie podnosisz butelkę z piwem do ust
a one miekkie jakby złożone do pocałunku
czekają na ukochaną otwierają się nieznacznie
wszystko odbywa się bez słów w ciszy i mroku
ze złotym płynem w ustach odbywasz podróż w czasie
teraz już wiesz, że jeśli kiedyś płonęłeś
to ogień, który cię zżerał nie był czysty
gardło masz wilgotne ono jeszcze zaśpiewa
pieśń emigranta; nie jestem zgubiony.