Spotykam go codziennie, dziwak

a moze wloczega - mieszkaniec parku z fontanna
przy glownej bibliotece w San Francisco
zaczepia mnie, prosi o pieniadze na wino
zachowuje sie jak ksiaze z krainy upadlych zludzen
niczym rzeski wietrzyk pogwizduje wesolo
sprawia wrazenie ze smutki tego swiata sa mu obce,
nie wiem co mam mu odpowiedziec:
wyslac do diabla, wykrecic sie w druga strone, udac,
ze go nie widze, lewa reka wyciac w powietrzu drzwi
przez ktore on nie ma prawa wejsc do moich mysli,
poprosic aby zamienil sie w golebia i odfrunal,
wtulic sie w przyspieszona rzeke wlasnej krwi
odplynac lekko w kraine smiechu, tam gdzie
skamienialy rycerz na skamienialym koniu spi:
nie zraza sie moja odmowa, z uprzejmnoscia
znana tylko zebrakom obdaruje mnie usmiechem:
zyczliwosci od dziadow nie potrzebuje
- powiedzialem mu
zycie takie krotkie, milujmy sie nawzajem
odpowiedzial:
a pies ci morde lizal
widzicie panstwo filozof, zycie takie krotkie,
- krzyknalem przez ramie