Rok 1987
Bedzie to dla mnie wyjatkowy rok
choc nic waznego sie nie wydarzy
trzydziesty pierwszy zycia
piaty w San Francisco, szósty na emigracji
poprosze o obywatelstwo amerykanskie
a takze zmienie mieszkanie
spelnia sie stare przepowiednie
a nowe przeklenstwa zaczna kielkowac
zakonczy sie podróz daleka i dluga.
Z wielka nadzieja patrze w przyszlosc kalifornijska
zakochany w miescie zlotego mostu, pelen radosci
i wiary w lepsze jutro rozpalam kazdy poranek
duzym zarem optymiznu.
Nastaje swit kolibry jeszcze spia
w powietrzu unosi sie zapach eukaliptusów
uszly ze mnie gdzies w nieznane miejsca
pragnienia osiegniecia sukcesu
chec gonienia zdobyczy, za wszelka cene wygrania.
Teraz jestem czlowiekiem który nikomu
niczego nie zazdrosci, sa trzy rzeczy
które chcialbym miec, ale tylko przez chwile
potem wszystko przestanie sie liczyc.
Kalifornia stworzyla mnie na nowo, oczarowala,
to kraina mitów, poszukiwaczy zlotych marzen
i snów, rozlegle pole dla wyobrazni
jeszcze bardziej wyidealizowana niz cala Ameryka.
Ledwie ktos wypowie slowo Kalifornia a uslyszysz
ciche szuranie nóg Elfów, zobaczysz basniowe kolory miast,
slonce wykute w zlotej blasze usmiechnie sie do ciebie.
San Francisco, marzec 1987
|