Pocztówka z San Francisco

Nie pamietam dokladnie kiedy zakochalem sie
w tym miescie za sprawa którego to bylo poslanca marzen
zbudzilem sie z postanowiem, ze wyjade,
przez wiele lat chodzilem wokól twierdzy swoich snów
wytrwale, nadsluchujac ciszy fal oceanu zamknietej
w kamieniu górskim, i nastal ten dzien w którym
zobaczylem miasto piekniejsze o ogona pawia
a ocean swieciel sie jak piers tego ptaka,
szeroko otwarta linia brzegowa i promienie slonca
tworzyly na skalach diamenty wody kropel
z mostuolden Gate patrzylem na miasto
które lezalo u moich stóp jak zlota moneta
wystarczylo tylko schylic sie, aby ja dotknac
tak samo dzwieczal ocean pod moim stopami
z uwaga dziecka wpatrywalem sie w swój sen
pytajac sie siebie samego czy to wszystko jest prawdziwe,
czy istnieje, przeciez tyle razy w zyciu bylem oszukany,
na chwiejacych nogach powracalem z krainy snów
do rzeczywistosci, a wiatr, deszcz, zniszczenia kladly sie
gruba wartwa na mej twarzy, moze cos ze mnie tutaj bedzie
moze osiagne krystalizacje mysli. a skamienilina ciezka odpadnie
wsnodzil nowy ksiezyc, rodzilo sie nowe slonce,
ja rodzilem sie na nowo z pieczary glowy jedne za drugim
wylatywal nietoperz, kto pragnie, na piasku rodzila sie muzyka
przybyla z dnia oceanu wielkosci serca