Baja California

dlugo oczekiwana podroz na poludnie do Meksyku
przez Los Angles, San Diego, Tijuane, do Ensenady
spelnila sie niczym dawno oczekiwana przepowiednia
kolor nieba mieszal sie z kolorem oceanu,
wiatr z piaskiem pustyni, angielski z hiszpanskim
granitowe urwiska skalne wybrzeza zatrzymywala
spienione grzywy fal oceanu, woda ukladala sie
na polkach skalnych niczym smakolyki na zimne
wielkie mewy szybowaly na blekicie nieba zanurzajac
skrzydla w mojej wyobrazni,
kolyszac sie na wietrze westchniem
natura przypominala film ze snu dawno zapomnianego
lezelismy na skalach jak ryby wyrzucone sila oceanu marzen
chodzilismy po gladkich plazach niczym tancerze egzotyczni
po stolach bogato zastawionych,
ocean pomrukiwal, wiatr spiewal, my jedlismy kanapki,
myslalem o umarlej cywilizacji Indian, o tym, ze nic sie nie
zmienilo od przybycia Hiszpanow, nawet kolor trawy,
moje muzy nadal mieszkaja na szczytach Helikonu,
Parnasu, Pindu, nadal lubia gory, strumyki, historie,
patrza w niebo,lubia muzyke, spiew:
niczego nie oczekiwalem, na nic nie liczylem
wiedzac jak kruche sa kosci czlowiecze
jak niewiele jest wart mozg czlowieczy z numerami
kart kredytowych, paszportu, samochodu, adresu domu
w ktorym mieszkasz, tutaj ocean i plaza,
wysokie skalne urwiska ucza pokory,
woda i kamien piekna, niebo i ptak marzen
wystarczylo kilka godzin poza domem, kilka godzin jazdy samochodem
aby uswiadomosc sobie, ze to wszystko czego dokonalismy
bylo samotna muszelka na plazy, a wartosc naszego ciala
mogl ocenic krab ukryty w kamiennej zatoce kolyszacej sie wody.
Baja California krolestwo Posejdona,
o ktorym Indianie na pewno nie slyszeli
wstrzasajacy morzem i ziemia,
dostarczajacy wilgosci zwierzata i roslina,
tym razem przyplynal do mnie na delfinie ciszy
trojzebem w serce uderzyl piesn wydobywajac