
Po kikuletniej nieobecności Polska, a szczególnie Warszawa jest nie do poznania - w szybkim tępie upodabnia się do innych Zachodnich miast (co akurat mi oddala to miasto od moich wspomnień) a giną szybko wszelkie ślady z mojej młodości.
Już teraz co najbardziej mnie w Polsce irytowało to właśnie ten uniform stylu całego Zachodniego komercyjnego świata. Stary się robię widocznie i nieprzychylny do zmian.
Polska jest przeraźliwie komercyjna, telewizja, gazety, ulice - pełne są reklam (Marlboro, Coca, Pepsi, McDonald's itd) w stopniu znacznie większym niż w Europie Zachodniej. Wszechobecne billboardy zalepiają każdy skrawek wolnego muru. Olbrzymi monolit hotelu Forum przemieniono w puszkę Pepsi. W tych samych śieciach supermarketów (które są od Gibraltaru po Moskwę) te same produkty i szybko znika to co typowo Polskie. Już nawet w monopolowym miałem trudności z kupnem polskiej wódki! Króluje Smirnoff i Sobieski (made in California) czy też holenderski BOLS, polecane przez sprzedawczynię jako najlepsze.
Kontrast między starym komunistycznym i nowym kapitalistycznym jest coraz większy. Obok siebie stoją obdrapane, szare bloki z lat 60-tych i nowe, kolorowo, błyszczące apartamenty anno Y2K. Obok siebie widać eleganckie panie wysiadające z eleganckich samochodów z obowiązkowym 'komórkowcem' w dłoni i bezrobotych dziadów obszczymurków w starych, połatanych ubraniach pijących jak dawniej piwo pod budką lub sklepem.
W tych szarych blokach mieszkają jeszcze szarzy ludzie z pilotem w ręku przełączający dziesiątki stacji telewizyjnych gdzie w przerwach między reklamami nadawany jest quiz "Miljonerzy".
Polska coraz bardziej oddala się odemnie lub odwrotnie; ja się oddalam.
Spaceruję ze swoimi synami po centrum Warszawy; plac wokól Pałacu Kultury zamienił się po sześćdziesięcioletniej przerwie znowu w bazar, gdzie handlują zgodnie wszystkie bratnie narody Wschodniej Europy.
Przechodząc koło jednej z bram w Alejach Jerozolimskich spostrzegam ze zdumieniem okular foto-palstykonu ciągle jak dawniej wmurowany w ścianę kamienicy. Namawiam dzieci na seans foto-plastykonu, gdy tymczasem w duchu wątpię czy moje dzieci wychowane na Dreamworks Special Effects będą to doceniały.
Wchodzimy do dziwnie pachnącego pomieszczenia ze znanym mi wielkim drewnianym cylinderem foto-palstykonu. Siadamy na taboretach, wlepiamy oczy w okular i... przenosimy się w czasie do roku 1910. Wspaniałej jakości dużoobrazkowe, trójwymiarowe slajdy o bajkowym świecie, którego już nie ma; Meksyk, Maroko, Egipt, Madagaskar, Cejlon, Jawa, Kioto, Kreta, Rzym, Alpy, Marszałkowska, żydowska dzielnica...
To jest ostatni czynny foto-plastikon na świecie.
Wychodzimy na ulicę zauroczeni.
Dla dzieci było to bardziej cool niż Michael Jackson w Disneylandzie.
Jestem zadowolony.
Trochę się mi Warszawa przybliżyła.
