Wakacyjne impresje.

Andrzej Skibiński

W piątek, 25 lipca, wyjechaliśmy rano z domu na wakacje.

Jeszcze poprzedniego wieczora spierałem się z Teresą gdzie jedziemy. W lipcu w niemal całej Europie była zła pogoda. Jedynie wybrzeża Morza Śródziemnego były słoneczne co skłaniało Teresę aby tam pojechać. Ja też lubię południe, ale nie lubię co roku jeździć w te same strony, dla tego wolałem do Austrii. No i stanęło na moim. Od listpada 1981 roku, przez prawie rok, mieszkaliśmy jako uchodźcy z Polski w uroczym hoteliku państwa Kneissl, w małej wsi Loffelbach koło miasteczka Hartberg. Żyliśmy tam rok czasu jak "pączki w maśle", otoczeni wielka serdecznością państwa Kneissl i reszty mieszkańców wsi (z których zresztą większość też nosiła nazwisko Kneissl). Upłynęło już 16 lat i ciągle wspominamy Loffelbach z wielkim sentymentem.

Syn państwa Kneissl - Fritz, wówczas już 20 letni chłopak zakochał się bez pamięci w Małgosi, 16-letniej córce innej polskiej rodziny, przebywającej razem z nami w Gasthof Kneissl. Ich miłość została brutalnie przerwana wyjazdem tej polskiej rodziny do Chicago. Fritz jeszcze w obłędzie miłosnym poleciał za Małgosią do Chicago. Wrócił po dwóch tygodniach. Nigdy już się nie dowiedzieliśmy co się tam w Chicago rozegrało. Po powrocie Fritz mówił jedynie jak wielkim, brzydkim i brudnym miastem jest Chicago. Teraz jechaliśmy do Gasthof'u z wielką ciekawością. Czy Gasthof jeszcze istnieje? Czy prowadzi go dalej rodzina Kneissl? Jak nas tam przyjm, tak bez zapowiedzi?

Jechaliśmy więc z Bredy w kierunku na Kolonię, Monachium i Saltzburg. Cały dzień nieprzerwanie lał deszcz. Wycieraczki nie nadążały zbierać wody z szyby. Całą drogę przez Niemcy jechało się po autostradzie w kolumnach z szybkością około 50 km/h. Wyruszając z Bredy mieliśmy nadzieję dojechać na wieczór do "naszej" wsi - Loffelbach. Niestety nieustąjaca ulewa bardzo opóźniła naszą jazdę i dopiero pod wieczór, około 9 PM, tóż przed zmierzchem, przekroczyliśmy austryjacką granicę. Do Loffelbach było jeszcze około 300 km po górach, także już byśmy nie zdążyli dojechać. Zatrzymaliśmy się przy jakimś "Pension" i tam przenocowaliśmy.

Następnego dnia rano zjedliśmy w kuchni u bardzo miłej i gościnnej gospodyni śsniadanie. W kuchni typowo austriackiej; dużej z wielką ławą - narożnikiem i stołem. Na oknach kwiatki w doniczkach i za oknami w skrzynkach bujnie kwitnące pelargonie. Nad drzwiami krzyż, na ścianie obraz Matki Boskiej, portret jej męża w mundurze Wehrmacht'u. Obok też w ramce wycinek z gazety z '41 roku z nekrologiem jej męża, poległego w obronie ojczyzny od ran granatu w... Holland. Po śniadaniu i miłej pogawędce, żegnamy się i jedziemy dalej. Już nie pada. Jedziemy w szosę na Słowenję, wypogadza się coraz bardziej.

Po południu, już w piękną pogodę, dojeżdżamy do Hartberg. Gorączkowo próbujemy sobie wszystko przypomnieć. Pamiętamy kościół na rynku... jest! Rynek... jest! wysiadamy z samochodu i robimy spacer po miasteczku. Ulice i domy te same, tylko sklepy już zupełnie inne. Jedynie "Tabak" został taki jak był. Jedziemy dalej drogą wśród pół do "naszej" wsi. Poznajemy drogę, domy we wsi, podjeżdzamy pod Gasthof Kneissl. Jest! Jest taki sam, jedynie ogród ładniejszy, drzewa i parking większe. Wchodzimy do środka i... nic nie poznajemy. Cały parter jest przebudowany, nowa recepcja, restauracja, bar, kuchnia, nawet winda! W recepcji wita nas młoda dziewczyna, pytamy o Fritz'a - nie ma go - poszedł grać w pilkę. Jest pani Kneissl w kuchni, jak zawsze, taka sama. Po chwili wachania poznaje nas. Dostajemy klucz do pokoju, niestety "nasz" pokój był zajęty.

Schodzimy na przepyszny obiad jaki tylko pani Kneissl umie ugotować. Ze swojej tradycyjnej regionalnej kuchni ona zawsze słynęła w całej okolicy. Myszkujemy po hotelu i okolicy przywołując wspomnienia. Wszystko jest jeszcze piękniejsze niż w naszych wspomnieniach.

Przechadzając się po wsi zatrzymujemy się koło domu z którego gospodarzami dobrze się wówczas, 16 lat temu zaprzyjaźniliśmy. Na podwórku dziewczyna myje samochód. Z trudem poznajemy w niej Monikę, wowczas malutką dziewczynkę, dzisiaj 20-letnią studentkę z Gratz'u. Ona poznała nas odrazu i przywołała mamę i ojca. Długie godziny siedzieliśmy wszyscy w altanie w ogrodzie, pijąc tamtejszym obyczajem białe wino, do tego pełna taca ciastek, jeszcze więcej wina, wędliny i pyszny chleb własnego wypieku. Ich gościnność była dla nas krępująca. Nie mogliśmy się niczym odwdzięczyć.

Następnego dnia pojeździliśmy już na rowerach hotelowych po okolicy. W Hartbergu trafiliśmy na festyn w parku. Orkiestra grała różne znane kawałki klasyczne a my usiedliśmy przy jednym z długich stołów i pili piwo lub wino. W orkiestrze grała też na flecie Monika. Zpowrotem w Gasthof'ie zamówiliśmy obiad - tradycyjnie te najlepsze dania z przed 16 lat. Pograliśmy jak dawniej w ping-ponga i jak dawniej powłóczyliśmy się po okolicy.

W gospodarstwie naprzeciwko Gasthof'u czynny był Buschingschang. Buschingschang to jest rodzaj knajpy; każdy chłop ma winnice i swoje wino, snaps, spek i szynki może sprzedawać tanio w swoim domu. Taką knajpę otwiera więc każdy chłop w kolejności i co parę tygodni w innej chałupie jest Buschingschang. Wieczorem poszliśmy z Fritzem do Buschingschang. Fritz stawia. Nie pozwala nam wydać ani schillinga. Wipiliśmy na początek dwa dzbany wina a po tym już lecieliśmy na snaps'ach, rozmaitych smaków. Powoli, w miarę wypitych kieliszków zaczynałem więc rozpoznawać innych chłopów ze wsi. Ach! O Loffelbach mógłbym pisać bez końca - to jest raj na ziemi!

Następnego dnia po południu pożegnaliśmy Fritza, obiecując mu pisać co tam słychać u Małgosi w Chicago. Fritz - dzisiaj już właściciel dobrze prosperujacego hotelu, jeździ pięknym, czarnym, sportowym samochodem został kawalerem. Małgosia mu serce złamała.

Jedziemy na Węgry. Upał. Kraj mi się niepodoba. Jedynie Budapeszt jest pięknym miastem, ale wakacje w mieście nas nie interesują. Szukamy ciszy, spokoju, wody. Nocujemy już za Budapesztem, nad Dunajem i gospodaż na szczęście umie dobrze po niemiecku, więc możemy pogadać i porównać życie w różnych krajach. Przy okazji dowiadujemy się od niego, że tu nie znajdziemy miejsca na wakacje jakich szukamy.

Rano jedziemy wzdłuż Dunaju na północ, na Słowację. Może tam znajdziemy jakiś ośrodek wczasowy nad jeziorem? Wypytujemy się o to w Zwoleniu i dalej w Bańskiej Bystrzycy - bezskutecznie. Pogoda zaczyna się psuć. Teresa nalega abyśmy jechali dalej do Polski, tam już napewno coś znajdziemy. Jedziemy więc na Zakopane.

Robi się ciemno, zimno i zaczyna padać deszcz gdy wjeżdżamy do Zakopanego. Bierzemy pokój w góralskiej chałupie. Nasz syn jest bardzo niezadowolony. Nie chce siedzieć w takim "chłopskim szałasie" i chce się kąpać. Cały czas ma do nas pretensję, że nie pojechaliśmy do Jugosławii nad morze.

Rano obudziło nas słońce. Poszliśmy zwiedzać Zakopane, Krupówki. Ostatni raz byliśmy tu w 1980 roku i dzisiaj nie poznaliśmy zupełnie nic, może tylko jeszcze baby z oscypkami i górale z dorożkami. Tłumy turystów, masa barów, pizzarii, McDonaldów, kramów i innych turystycznych atrakcji. W biórach turystycznych pytamy o wczasy krajowe. O to jest trudno. Proszę bardzo; wycieczki do Paryża, Rzymu, Nowego Jorku to są, ale wczasy nad jeziorem w Polsce! Nie ma! Zabrnęliśmy już tak daleko na północ, że teraz trudno by było wracać. Postanawiamy na własną rękę szukać wczasów na... Pojezierzu Drawskim.

Po południu wyjeżdżamy z Zakopanego w kierunku na Nowy Targ, Katowice, Poznań, Piła. Po drodze mijamy Oświęcim, więc idę pokazać dziecku KL Auschwitz. Idziemy z grupą amerykańskich turystów słuchając przewodniczki.

Nocujemy gdzieś przed Poznaniem i następnego dnia jedziemy dalej. Pada deszcz. Dojeżdżamy do Pojezieza Drawskiego. W trzecim po drodze napotkanym ośrodku wczasowym w Czaplinku są wolne pokoje z łazienką. Tam zostejemy. Mamy to czego szukaliśmy; jezioro, plażę, molo, łódki, kajaki, rowery wodne i ciszę. Ciszę, jakiej już dawno nie słyszałem. Śniadanie o 9, obiad 14, kolacja 19. Kupuję Bernardowi wędkę i chłopak ma zajęcie. Łowi okonie, płotki i uklejki. To jego pierwsze wędkowanie w życiu. Na drugi dzień przylatuje do nas znad jeziora z 50-centymetrowym szczupakiem w rękach! Beginners luck. Pływamy kajakami po wielkim jeziorze, w absolutnej ciszy.

Ponoć na pobliskim lotnisku wojskowym organizowane są loty turystyczne z koszalińskiego aeroklubu. Jedziemy tam, to tylko parę kilometrów od ośrodka. Po długom szukaniu po wsiach i lasach nagle wjeżdżamy na opuszczone lotnisko wojskowe. Pas startowy i bunkry dla samolotów są. Samolotów nie ma. Przy pasie startowym siedzi jakaś kobieta. Pytamy. Od roku nie widziała tu żadnego samolotu. Ona siedzi tu i pilnuje pola truskawek. Przypadek. To 15 hektarowe pole, wydzierzawił holenderski chłop, mieszkający w starych zabudowaniach lotniska po drugiej stronie. To jest chyba pierwszy chłop w Europie z własnym lotniskiem.

Całe Pomorze usiane jest opuszczonymi przez Rosjan i Polaków lotnisk, poligonów i innych obiektów wojskowych. Te poniemieckie tereny były zdominowane przez PGR-y. To wszystko dzisiaj już nie istnieje. Miejscowa ludność nie przywykła do kapitalizmu, bez inicjatywy - nie ma pracy.

Zwiedzamy okolicę: Drawsko Pomorskie, Połczyn Zdrój, Szczecinek, Kołobrzeg.

Pogoda jest piękna.

Po 12 dniach mamy dosyć jeziora i jedziemy jeszcze kawałeczek dalej na północ. Wynajmujemy pokój w Dziwnowie, pareę kilometrów od Międzyzdroi nad morzem. Wyspa Wolin, Świnoujście, Międzyzdroje. Tutaj jeźdźiliśmy co roku na wakacje z namiotem w latach '70. Wówczas nazywno mnie "Lennon", z racji podobieństwa, dziś nazywają mnie prędzej "doktor Lector". Znowu przywołujemy stare wspomnienia i sentymenty sprzed 25 lat. Choć nie przychodzi to łatwo, bo bardzo mało zostało ze starego: plaże, clif, Turkusowe Jezioro. Jest upał. W powietrzu roznosi się wszechobecny w całej Polsce zapach barbeque czyli grilla po polsku. Na każdym kroku grill; kiełbaski, szaszłyki, kurczaki i piwo (zimne!). Przebój lata: "Equador".

Niestety urlop się kończy, trzy tygodnie mijają szybko i trzeba wracać do domu. Wracamy przez Szczecin na Berlin. Na przejściu granicznym koło Szczecina - objazd. Jedziemy więc jakimiś zwykłymi drogami przez Niemcy w stronę Berlina. Wydaje mi się, że szybciej przejedziemy nie wjeżdżając na berlińską obwodnicę (Berliner Ring) a "na przełaj" przez centrum miasta. Jedzienmy więc Aleja Karola Marxa (!), Alexanderplatz, Brama Brandemburska i wyjeźdamy z miasta już autostardą. Za Berlinem niekończące się korki aż do Hanoveru. Stoimy godzinami w upale.

O północy podjeżdżamy pod dom.

Gdzie jedziemy na wakacje'98?

Breda, sierpień, 1997


Swiat