
Warszawa, 31.01.1999 godzina 8:59
To czas kiedy zaczełam spisywać ciąg dalszy moich opowieści.
Siadłam do puterka właściwie z nudów... Na dworze mróz, ale świeci piękne słońce i postanowiłam pójść z moim podłużnym psem na długi spacer do lasu. Niestety, samochód odmowił posłuszeństwa. A raczej akumulator. Moja kropeczka mruknęła tylko cichutko, przygasły światła na desce rozdzielczej i wiem już, że nie pojadę na spacer z psem. Tym bardziej, że w niedzielne przedpołudnie trudno w okolicy o paru chłopów do wypchniecia samochodu z podwórka i podłączeniu się do do cudzego akumulatora. To co najmniej dwie godziny, które choć zaplanowałam inaczej, mogę spędzić przy klawiaturze. Siedzę więc przy kalwiaturze, owinięta w koc, z kubkiem gorącej kawy (na drinka jeszcze za wcześnie) i myślę, że z wielką przyjemnością powróce myślami na białe plaże nad Pacyfikiem, na które zawiozła nas Marzena jakieś dwadzieścia siedem dni temu...... Jak to się dawno wydaje... tak dawno, że aż trudno uwierzyć, że byłam tam naprawdę.
Ranek w domu Najmitów. Wstaję cichutko aby nie obudzić smacznie śpiących jeszcze Os'ki i Rachy, z którymi dzielę pokój. Nie mogę długo spać, nawet po nocnych nasiadówach. Nie mogę też bezsennie uleżeć w łóżku... Wstaję z nadzieją, że ktoś z domowników jest już na nogach i siedzi na Podworku. Nie mylę się :-))) W kuchni pachnie świeżutka kawa, a przez szparę w drzwiach gabinetu komputrowego widzę poświatę monitora i plecy zaczytanej Iwony... Przez głowę przebiega mi myśl o wszystkich naszych porankach, które w większości wypadków zaczynają się od włączenia komputera. Poczta się ściaga a Podwórkowicze mechanicznie wykonują swe poranne czynności. Kawa, golenie się itp... Ja często przy klawiaturze szczotkuje zęby :-)) Do pracy trzeba się ochoczo zbierać, a chciałoby się jeszcze trochę poczytać, może odpisać raz-dwa-trzy....
Dosiadam się do Iwony i przeglądamy poranną pocztę, lecz nie możemy się skupić za bardzo, bo zaraz wszyscy wstaną. No i zbliża się godzina przyjazdu Marzeny. Trzeba szykować śniadanie... Szkoda, żeby na nas czekała. Szkoda czasu. Mamy tyle do zobaczenia. Dom Najmitów jest stworzony do przyjmowania gości. Jadalnia oddzielona od kuchni szerokim barem, duża, słoneczna, z panoramicznym oknem wychodzącym na ogrod. Siedzimy przy wielkim stole delektując się kawką i oczywiście gadamy... Spoglądamy też przez okno, gdzie w pełnym słoncu rosną sobie, jakgdyby nigdy nic, drzewka pomarańczowe, grapefruitowe i cytrynowe. To mnie zadziwia. Niby wiem, że pomarańcze rosną na drzewach, ale nigdy jeszcze nie widziałam tego na własne oczy. W oddali, w końcu dużego ogrodu "palmy drżaż wysmukłe", a całkiem blisko, pod oknem przepiękna kolekcja kaktusów cieszy oko. No i są currary!
Iwona mówi, że malutkie sadzoneczki wysyła koleżankom wstępującym na ślubny kobierzec :-)) Cóż, taka rzecz zawsze może się przydać, nawet dla niesfornych gości... Biorę się więc w ryzy i staję się łagodna i cicha jak baranek. Nie ma żartów :-)
Jest juz Marzena. Jedziemy... niestety tylko trójka nas jedzie. Lajkonik zostaje pomóc Piotrowi w naprawie samochodu. Kruszynka dzielnie dotrzymuje mu towarzystwa, choć widać, że dusza się jej rwie do przejażdki... Naszym celem jest Malibou. Los Angeles to wieeelkie miasto , jedziemy jego obrzezami , freewayem szerokim na 8 pasow. Jest niedziela, wiec autostrada nie jest zatloczona, siedze obok Marzeny, mam swietny widok , slucham opowiesci kierowcy i chciwie rozgladam sie boki, strajac sie utrwalic w pamieci mijane widoki. Droga prowdzi lagodnymi zalesionymi wzniesieniami - to Beverly Hills. Bylismy tam wczoraj . Dzis mijamy to miejsce szerokim lukiem kierujac sie prosto na zachod. Juz widze ocean! Co za wrazenie! Pacyfik! bajoro, w ktorym jeszcze nie nigdy nie zmoczylam swej nogi ! Moczylam je co prawda w roznych wodach zblizonych do Pacyfiku, ale nigdy jeszcze w otwartym oceanie!
Niestety, na moczeniu nog bede musiala poprzestac. Nie wzielam ze soba kostiumu, bo wszyscy tu kracza, ze zimno. Teraz oczywiscie zaluje! Im moze zimno ale ja chetnie poplynelabym kawalek...
Zjezdzamy na namorski bulwar i jedziemy na polnoc, jadac ta droga za jakies cztery, piec godzin dojechalibysmy do San Francisco... szkoda, ze czasu nie ma ... droga jest tak malownicza, ze na pewno by sie nam nie nudzilo, a Marzena opowiada i opowiada . Jestesmy w Santa Monica. To co chcialam tu obejrzec to domki na plazy. I sa rzeczywiscie sa takie jak oglada sie czasem w mydlanych operach z wyzszych sfer. Noooo , moze troche inaczej je sobie wyobrazalam, ale sa. Jeden przy drugim, jeden przy drugim, ciasniutko, waziutkie. Widac, ze ziemia jest tu w cenie :-)) Nie widac ich frontow, bo te zwrocone sa do oceanu, a na plaze nie ma jak sie dostac. Niby plaze nie sa prywatne, ale zabudowania ciagna sie kilometrami i nie ma miedzy nimi szczeliny, ktora moznaby dojsc, czy dojechac do oceanu. Jedziemy az do Malibou i wszedzie po drodze ten sam krajobraz, po lewej domy na plazy, po prawej wzgorza obrosniete kwitnacymi drzewami i krzewami i oczywiscie domy w tych ogrodach... Widac, ze biedni tu nie mieszkaja :-)) Postanawiamy kupic jeden z tych domow. Ale niestey nie mozemy sie zgodzic, bo ja kategorycznie pragne miec domek na plazy (jestem wieka milosniczka plywania), Os'ka woli zas na wzgorzu, bo widok lepszy. No coz - nie kupujemy zadnego. Moze kiedys, jak sie dogadamy :-))
W Malibou zawracamy... nie ma sensu jechac dalej skoro i tak nie mamy dojechac do Frisco. Przed nami Venice Beach, najslynniejsza plaza w tej okolicy slynna z ekstwagancji i swobody obyczajow. To wlasnie tu srodkiem plazy biegnie kreta, asfaltowa aleja dla rowerzystow, deskarzy, rolkarzy i joggerow. Miesce malownicze dla ekip fimowych , wiec kazdy z seriali dziejacych sie tu, w Kalifornii, musi miec choc jedno ujecie z tej wlasnie plazy. Ale narazie nie widzimy plazy, wjezdzamy do miasteczka, ktore od razu, na pierwszy rzut oka rozni sie od Malibou, czy Santa Monica. Widac, ze nie jest bogate, nie jest tez zadbane. Jest brudno i nieporzadnie. Na scianach domow proszacych o remont grafitti przykrywa grafitti, tak, ze trudno juz dopatrzec sie w tym jakiejs sztuki.
Lubie takie klimaty, cos jak z Viscontiego :-)) Parkujemy samochod na obskurnym parkingu na tylach jakiegos bazaru i juz jestesmy na plazy ... Nooo, tego sie nie spodziewalam! Wielkie targowisko! doslownie i w przenosni.
Doslownie, bo szeroka, ciagnaca sie wzdluz plazy promenada po obu swoich stronach zastawiona jest straganami. Po jednej stronie sa to male obskurne sklepiki oferujace miejscowe pamiatki, ciuszki plazowe i koszulki z roznymi napisami mniej lub bardziej dowcipnymi, Po drugiej stronie alei , na rozkladanych stolikach rozlozyli swoj towar handlarze wszystkim. Kazdy talent jest dobry, jezeli mozesz go sprzedac.
Jezeli wydaje Ci sie, ze nie masz talentu, na Venice Beach mozesz go odkryc, malo, mozesz na nim zarobic! - glosi napis za plecami chlopaka, ktory na oczach przechodniow, z gazlazek zielonej trzciny skreca kwiatki przypominajace rozyczki. Sa wrozbici i specjalisci od tarota, sa artysci malarze wszelkiej masci i roznorodnych technik, sa handlarze blyskotkami (tu sie lamie i za 5 dolarow kupuje Ewce naszyjnik, ktory w Warszawie wzbudza powszechny zachwyt). Jest Chinczyk, ktory po chinsku napisze kazde slowo i na dodatek ozdobi je rysunkiem w stylu dynastii Ming (bardzo ladnie to robi), sa specjalisci od wpinania kolczykow gdzie sie tylko da i inni od tatuazy trwalych i takich na niby, z henny z gwarancja na 4 tygodnie. Pomiedzy sklepikami knajpy, pomiedzy knajpami domorosle, uliczne kapele zbierajace do kapelusza kazdego centa, a nad wszystkim unosi sie zapach marychy pomieszany z zapachem indyjskich kadzidelek... No i gapie.... caly tlum gapiow. Jest przeciez niedziela, a to wspaniale miejsce, aby przybyc tu w wolne popoludnie, wtopic sie w ten barwny tlum i dac mu sie unosic od starganu do straganu.... Pomiedzy takimi "zwyklymi" ludzmi jak my przewijaja sie ci, ktrorych zaliczylabym do targowiska proznosci. Dziwacznie poubierani, wymalowani, uczesani... przechadzaja sie tym deptakiem lypiac oczyma jakie robia wrazenie swoja ekstrawagancja i nonkonformizmem stroju .
Tak, ta promenada ma klimat... gdy Racha z Os'ka negocjuja jakis zakup (tak wlasnie negocjuja, bo Jasiek nic tak po prostu nie kupuje - tam gdzie tylko da negocjuje i ma w tym duze osiagniecia :-)) siadam sobie na trawce pod palma, gapie sie na bezchmurne popoludniowe niebo, na mewy krazace calymi ogromnymi stadami, pewne, ze tu napewno cos im sie dostanie i mysle, ze kiedys chcialabym tu wrocic, powylegiwac sie na tej plazy, poprazyc na sloneczku, nabrac smaglosci tych kalifornijskich cial, wyplawic sie w Oceanie, sprobowac poplywac z deska na falach, pojedzic na rowerze po palzy ... jednym slowem porobic to, co robi sie tylko na wakacjach. Po prostu byc znow na wakacjach :-)))), ale dzien sie konczy... musimy wracac. Zglodnielismy niewasko i mamy w planie udac sie do centrum LA do "malej Japonii" na sushi.
Z zalem zegnamy Venice Beach. Spedzilismy tu cudowe kilka godzin... ogladamy sie za siebie chcac zachowac w pamieci widok czerwono zachodzacego slonca i nastroj beztroski i swobody ....
Jedziemy do LA! Juz rosna przed nami drapacze chmur, juz wjezdzamy w kaniony ulic. Hi.. hi.. uswiadamiam sobie, ze "jestem z miasta". Nie, to nie znaczy, ze nie kocham przyrody, ale uwielbiam posepne miejskie krajobrazy. Im bardziej surrealistyczne tym lepiej. LA jest wlasnie takie. Takie jest wieczorem, bo na chodnikach nie ma zywego ducha, samochodow tez nie jest za wiele. W koncu w centrum sie nie mieszka. Mimo, ze nie ma tu chyba zywego ducha wiezowce sa rzesiscie oswietlone i sprawiaja wrazenie zaludnionch. Cale szczescie Marzena myli troche droge i jeszcze raz mozemy sie przejechac glowna ulica LA. Klade sie w fotelu aby z tej perspektywy dosiegnac wzrokiem szcztow budynkow. Nie ma takiej mozliwosci! Nie ma tez sie gdzie zatrzymac, ale nie mecze o to Marzeny, czeka nas jeszcze NY. Tam sie napatrze na wiezowce :-))). W Little Japan wybieramy malutki sushi bar, gdzie pieknie ulepione przez japonskiego kucharza "ciasteczka" przesuwaja sie po tasmociagu przed oczyma siedzacych za owalnym barem klientow. Nic tylko siegnac po wypatrzony zawczasu talerzyk. Talerzyki sa w roznych kolorach, a kazdy kolor okresla cene dania. Jenym slowem wiesz co zjesz i za ile :-)) Najdamy sie do syta i pora do domu. Do Najmitow. Pewnie juz sie o nas denerwuja.....
Kolejny cudowny dzien sie konczy, a jutro bardzo, bardzo rano mamy samoloty. Osia do Tampy, przez Dallas, Jasiek i ja do Nowego Jorku...
Szkoda, ze nie da sie rozciagnac doby, szkoda, ze konczy sie ten cudowny czas w Kalifornii. Dzieki naszym gospodarzom byl to czas pelen wrazen i emocji. Nie wiem czy potrafie znalezc slowa, ktorymi moglabym im za ten wspanialy czas podziekowac :-)))
Wawa, 2.02.1999
pisane w czasie zarazy :-)))
