Udomowienie...

Przemek Zambrzycki

English version

Ludziom ciężko czasem wypowiedzieć to co myślą. Cokolwiek czują wyłazi z nich często przez zachowanie albo przez sztukę, którą tworzą - inżynier Kloński lubiał powiedzieć coś mądrego a pełne szczęście odzczuwał kiedy go przy tym słuchano. Minął się z powołaniem. Tu w Sosnówce był "tylko agronomem" jak zwykł mawiać o sobie. Zwykle po takim stwierdzeniu padały z lubością oczekiwane słowa: "no jak Pan tak może mówić, Panie inżynierze..." Cenił ludzi, którzy oburzali się w ten sposób.
Głeboko ukryty głos ambicji przypominał mu czasem o tym, że właściwie nie widzi powodu dla którego nie powinien był zostać wykładowcą filozofii na jakimś poważnym uniwersytecie. Rzeczywiście powodu nie widział. Wyobrażał sobie czasem jakby to mogło być. Wykładał by a wszyscy zwracali by się do niego per Panie Profesorze. Niby tytuł wcale nie dłuższy od inżyniera ale jaka różnica w ciężarze gatunkowym. Nie myślał o tym na codzien. Mając czterdzieści dwa lata czuł się młodym i wszystko przecież było jeszcze przed nim.
Bardzo lubiał rozmawiać z Kamieńskim. Stali tak czasem godzinami oparci o wysoki płot wiodąc uczone rozmowy w których zbawiali świat. W zasadzie trudno to było nazwać dyskusjami, bo Kamieński ograniczał się do wysłuchiwania monologu Klońskiego patrząc rozumnie spod lekko zmarszczonych brwi. Czasem tylko odzywał się zdawkowo, przez grzecznośc dając do zrozumienia, że jest na bieżąco. Kamieński?, może krewny słynnego pijara, a może po prostu uciekinier od cywilizacji wielkomiejskiego Krakowa zaszył się tu w Sosnówce jako zwykły nauczyciel muzyki. Kto go tam wie dlaczego tu przyjechał, był jakiś taki małomówny... Może miał coś do ukrycia a może właśnie nić i dlatego pokrywał to pajęczynka tajemniczości. Kloński nie lubił go za bardzo, ale był to jedyny człowiek w Sosnówce w którego oczach mówy Klońskiego nie wywoływały wyrazu zagubienia połączonego z bezdennym niezrozumieniem. Obaj cenili sobie wielogodzinne rozmowy odbywane rytualnie co prawie każdy wieczór.
Było późno i gama kolorów ustępowała miejsca odcieniom sepii. Wkońcu słońce skryło się za linią lasu i jak zwykle późną jesienią nagły, wieczorny chłód dał znak do zakończenia dnia. Rozmówcy pożegnali się i udali się do domów szykując w myśli tematy do jutrzejszego wzlotu umysłów.

Tymczasem, jak co roku o tej porze, wysoko nad głową dał znać o sobie tęsknym krzykiem klucz dzikich gęsi.
Ściemniało się.
Mrok zamazywał kształty dzrzew i domów.
Jedynie białe plamy kilku domowych gęsi zdawały się kaleczyć coraz bardziej jednolitą ciemnośc. Gęsi stały na początku jakby na baczność wyciągając w milczeniu szyje ku wołającemu kluczowi. W pewnym momencie jakby na komendę zaczęły wołać, biec przed siebie i machać skrzydłami. Ich krzyk mieszał się z nawoływaniem klucza, a one wciąż krzycząc biegły i biły skrzydłami.

Sądząc po nawoływaniach, przed dalszym odlotem klucz najwyraźniej zatoczył koło nad gospodarstwem. Duże białe gęsi jeszcze długo starały się rozpędzić i wzbić w powietrze. Wkońcu ucichły.


Swiat