U Mariana

Piotr Wiśniowski

Marian to był mój dobry kolega - poznaliśmy się tutaj, na emigracji. Piszę o nim w czasie przeszłym, bo Marian już nie żyje. Pewnego dnia upadł i już się nie podniósł. Był wtedy trochę podpity i ludzie mówili że to przez wódkę, ale ja myęlę że też trochę przez to że upadły jego plany i marzenia. W Polsce Marian był uznanym fotografikiem. Miał swój sprzęt i często można go było spotkać na różnego radzaju uroczystościach. Miał układ z miejscowym księdzem. Był tym który robił zdjęcia na ślubach i pogrzebach. Pewnego dnia odwiedził go ten ksiądz, już tu w USA. Ksiądz przyjechał za swoją kobietą, ale ta jego kobieta nie chciała już z nim być. Wolny czas między mszami które odprawiał w polskiej parafii w Los Angeles spędzał przy wódce. Po kilku tygodniach wrócił do siebie do Polski, bo doszedł do wniosku że lepiej tam "gdzie wszystko jest za frajer". Marian natomiast przyjechał do Ameryki, bo chciał mieć więcej. Zaraz na początku spróbował otworzyć "warsztat", ale pomysł nie wypalił i Marian zbankrutował. Od tego czasu Marian zaczął pić. Kiedyś jeszcze, gdy warsztat był czynny, ale już było wiadomo że nie długo, Marian najechał samochodem na policjanta i za to spędził 30 dni w areszcie. Już wiedział że to koniec, więc uspakajał nerwy wódką. Gdyby Marian nie poszedł siedzieć, "warsztat" zamknął by się jeszcze wcześniej. Gdy Marian pracował - rzadko bywał w domu. W nim siedziała jego żona z córka. Czekały aż wróci. Od czasu do czasu jechaliśmy z żoną Mariana w góry. Marian się tym cieszył. Cieszyłem się i ja. Jego żona była zadowolona, bo zmęczony Marian nie miał ochoty się gdziekolwiek ruszać, a ja młody, spragniony byłem przygód

Miałem mały namiot. Jechaliśmy w te góry zobaczyć las i wodę, odetchnąć świeżym powietrzem i wypić wino. Ona lubiła słodkie i mocne bełty - "Midnight Train" lub "Crazy Horse" po trzy dolary za flaszkę. Po nich szło łatwiej, a ja ciągle się zastanawiałem jak to jest że jej córka Ania nic nie słyszy. Miała wówczas siedem lat. Myślę że ona wszystko słyszała, bo żona Mariana była bardzo głośna i dyszała jak lokomotywa. Chyba było jej obojętne co Ania słyszy. Pamiętam dobrze jak się namiot kołysał, gdy ona zawadzała głową o sufit. Może dlatego tak wcześnie Ania zaczęła wymykać się z domu. Dobrze się złożyło że Marian już się nie dowiedział o tym że jego córka w wieku 15 lat zaszła w ciążę. Urodziła nawet ładne dziecko. Ojcem był murzyn, więc dziecko miało oliwkową karnację. Później murzyn się ulotnił, a wychowaniem dziecka zajęła się matka Ani. Marian pracował jako dozorca i dodatkowo naprawiał uszkodzoną kanalizację lub stolarkę. Proste naprawy, i dzięki temu miał bezpłatne mieszkanie i tysiąc dolarów miesięcznie. Jego żona sprzątała i czyściła opuszczone mieszkania, żeby przygotować je do ponownego wynajęcia. Miejsce nie było zbyt dobre, lecz Marian nie miał wyboru. Była to południowa część Long Beach, brudna i w 70% zamieszkała przez ubogich murzynów. W nocy często słychać było strzały i krzyki. Nie raz żonie Mariana przyszło sprzątać mieszkanie w którym odbyła się strzelanina. Długo szorowała zanim zeszły brunatne plamy ze ścian, a znaczną część wykładziny dywanowej trzeba było wymienić na nową.

Pamiętam że była to sobota. Środek lata i mimo zbliżającego się wieczoru było tak gorąco że czułem jak koszula przylepia mi się do pleców. Gdy przyjechałem, Marian siedział już wstawiony i kiwał się wprzód, i do tyłu. Wprzód, i do tyłu. Obok niego siedział Bogdan od sześciu lat w USA. Z Bogdanem przyjechała do Mariana Ewa, kolejna dziewczyna z Polski. Bogdan bezskutecznie, już od dłuższego czasu szukał żony. Po rozwodzie szukał jej w Polsce. Ale kolejne kandydatki szybko odjeżdżały gdy tylko połapały się że Bogdan nie ma domu ani Mercedesa, a perspektywa sprzątania czyichś śmieci nie była w ich planach. Tym razem Bogdan wierzył że Ewa jest właśnie tę która go bezinteresownie kocha. Dla mnie była to kolejna pomyłka. Ewa miała na sobie dużo złota i makijażu. I udawała wielką panią, a może nią była - któż to wie. Bogdan przy niej dziwnie wyglądał, ze swoimi brudnymi paznokciami, ubrany w krótkie spodenki i Adidasy. Co jakiś czas nerwowo sięgał po swojego Budwaisera i pociągał kilka łyków. Na lekko już łysawej głowie perliły się krople potu. Z kuchni dobiegały dzwięki krzątającej się żony Mariana. Były to jego urodziny i zjechało się sporo osób. Ze mną przyjechał Stachu i Marek. Stachu ostatnio nie miał humoru bo wpadł w sklepie na kradzieży kaset. Często jeźdźiliśmy razem i ja go kryłem, ale tamtego razu przegapiliśmy kamerę, no i było trochę wstydu gdy zabrano go na zaplecze. Teraz musi zapłacić 500 dolców. Myślę że trochę przesadził, bo kilka kaset nie mieszczących się pod koszulą wypadło mu na podłogę. To chyba przez to go nakryli. Później złapano też Piotra jak kradł maszynkę do golenia, i Jurka, ale ten kradł jedzenie. Było to po tym gdy go wywalili z pracy za to że nie stawił się po weekendzie. Zatrzymał go kac, i tak zabrakło mu na życie. On lubił kobiety. Co sobota jeździł po dyskotekach, a to sporo kosztowało. Nie miał żadnych oszczędności. Więc szedł do Luckiego lub Vonsa i brał wędliny lub sery. Później się gdzieś wyniósł i słuch o nim zaginął. Mówią że poznał jakąs Meksykankę i pracuje jako malarz w San Diego.

Zabrakło Malaki - tak go przezywaliśmy. On był częstym gościem u Mariana. Przyjechał z Grecji, z ostatnią większą falą polskich emigrantów - po internowanych. Malaka w Polsce pracował jako murarz. Tam zostawił żonę i syna. Przyjechał do Kalifornii zarobić na mieszkanie. Jeszcze rok temu nie pił, bo miał wszyte lekarstwo, ale ono przestało już działać i Malaka przestał panować nad swoim organizmem. Szczególnie wówczas gdy żona zbyt natarczywie upominała się o te dolary. Malaka już zdązył się przekonać że nie jest łatwo je zarobić gdy się było murarzem w kraju. Tam buduje się z drewna i cegły, ale ona tego nie rozumiała. Może już miała drugiego chłopa, bo Malaka bardzo się zmienił po tym jak otrzymał list od brata. Wtedy zaczął pić. Trwało to dwa tygodnie. Do momentu kiedy znaleźliśmy go martwego w samochodzie. Przed sklepem z którego, gdy mu się skończyły pieniądze, wynosił wódkę. Chował piersiówki w skarpetkach. Później spalono go na koszt miasta, a podobno koledzy zrobili składkę na wysłanie prochów rodzinie.

Z zamyślenia wyrwało mnie poklepywanie Marka. W palcach skręcał peta z trawy i kiwnieciem głowy zachęcał by wyjść przyjarać. Powiedziałem mu że dopiero gdy podadzą jedzenie. On nie był cierpliwy. Po drugiej stronie stołu siedział Maciek z Wandą. Wtedy jeszcze pracowaliśmy w tej samej firmie, później przyszły zwolnienia i Macka zwolnili. Miał już za wysoką stawkę jak na to co robił. Wanda masowała swój spuchnięty palec. W Polsce pracowała w szkole, a tutaj produkowała gumowe uszczelki i od tego narósł jej na palcu jakiś guz. Mówili że trzeba będzie wycinać. Wtedy Wanda lubiła grać w gry losowe. Później zbankrutowała gdy nakupiła towaru za ponad 10 tyś dolarów, takie zupełnie niepotrzebne nikomu rzeczy. Tego wymagała obietnica wygrania miliona. Ona grała bo miała już dosyć tej biedy, i tego jak pijany Maciek wali ją w głowę. Maciek winił ją za swe niepowodzenia, a ona od czasu do czasu dostawała jakiś drgawek, padała wtedy na podlogę i wiła się po kilka minut wyjąc przy tym jak dzikie zwierzę. O tym dowiedziałem się jednak o wiele później, wówczas Józek już z nią nie mieszkał. Gdy stracił pracę to wyniósł się z domu. Sparaliżowało mu z tych nerwów lewą część twarzy, ale po kilku miesiącach trochę to ustąpiło. Pracuje teraz na dwa etaty w stołówce szkolnej.

Znow czuje jak Marek klepie mnie po plecach. Chyba się skuszę na tą trawę.

post scriptum


indeks - Ameryka