Indiańska granica w Tijuanie

Piotr Szymański

 Historia zbrojnych konfliktów Europy uczy że przygraniczna ludność ponosi pierwsze ofiary wojen z sąsiadem. Na przyganicznych polach odbywały się początkowe bitwy walczących sąsiadów. Ich ofiarami padali mieszkańcy przygranicznych chałup. Jeśli europejska granica nie biegła środkiem rzeki lub skalną granią to biegła lasem lub niezaoranym polem. Stąd zielona granica. Zdaje się to być historycznie uzasadniona europejska konwencja, poparta długim smutnym doświadczeniem.

biegnie na wschód 32-gim równoleżnikiem  Dwu milionowa Tijuana nie zna tej konwencji, ani takiej historii. Tu granica trzeciego świata z pierwszym biegnie na wschód od plaży Oceanu Spokojnego, 32-gim równoleżnikiem. Nie ma tu przygotowanego pola na którym rozegra się pierwsza bitwa drugiej wojny amerykańsko-meksykańskiej. Jest natomiast stalowy płot z korugowanej stali. Zmontowany jest ze starych tarmaków polowych lotnisk z czasu drugiej wojny światowej. Gdyby nie autostrada biegnąca po meksykańskiej stronie granicy, płot wykożystany by został jako darmowa czwarta ściana tijuańskich mieszkań. Całę szczęście kilkunastometrowej szerokości pas ziemi wzdłuż płotu należy do miasta i służy publiczności za miejsce wypoczynku, medytacji, spekulacji intelektualnych i działalności artystycznej.

płot na plaży - Czy je już śniadanie - pyta mnie stojący w cieniu drzewka Meksykanin gdy zaglądając przez dziurę w płocie zauważyłem siedzącego w samochodzie, trzy metry w głab USA, funkcjonariusza służby granicznej (Border Patrol).
- Nie, patrzy przez lornetkę - odpowiadam
- Jeszcze czas - oświadcza
- Poczekam aż zacznie jeść, wówczas nie zechce mu się mnie gonić - odpowiada latynos
- Hmmm, każdy ma swą wypracowaną metodę. Nie może to być jednak tak proste skoro obiegowa stawka za przeprowadzenie przez granicę wynosi dziś $2000. Przeskoczenie przez płot i 300 metrowy slalom do krzaków po amerykańskiej stronie to tylko pierwszy etap długiej sztafety z wieloma przeszkodami
- Jak czesto Ci się to udaje - pytam mego meksykańskiego zawodnika
- osiem z dziesięciu podejść - odpowiada dumnie
- to dobry wynik - mowię, pamiętając jak inny zawodnik mówił mi że próbował 9 razy zanim przedostał się. I to nie tu, lecz w odległym o 100 mil Mexicali
- Gdy Cię złapią, wezmą odciski palców i skan tęczówki. Potem z piećdziesięcioma innymi zawodnikami odwiozą autobusem spowrotem do Tijuany.

zaglądając przez dziurę w płocie  Amerykańska strona dyskretnie odsunęła się od granicznego pasa. Ta ziemia uchodzi za niebezpieczną. Widok grupki młodych, zdeterminowanych mężczyzn w baseballowych czapeczkach na głowach, z zapasem wody w galonowej butelce po mleku nie podnosi wartości takiego placu. Wiekszość mieszkańców pasa przygranicznego patrzy z lękiem i niechęcia na próby przeskocznia płotu. Często, gdy natkną się na zawodnika z bańką po mleku, sami powiadamiają Border Patrol. Zdarza się że strzelą do człowieka który poprosi o szkalnkę wody.

 Płot w Tijuanie oddziela dwa światy, dwie kultury indiańskie. To z nich wyrosły tak różne kraje. Ze wszystkich tłumaczeń: że to katolicyzm uczynił Meksyk tak innym od Stanów, że to konkwistadorzy, że misjonarze, że protestanci, że wiktorianie... Tylko jedna teoria trzyma się kupy - Stany tak samo są różne od Meksyku jak Indianie prerii od Azteków. Jak Winnetou różny był od Montezumy. Nawet dzisiejsza granica miedzy tymi krajami z grubsza dzieli sfery tych kultur.

zaglądając przez dziurę w płocie  Gdy Hernando Cortez w szesnastym wieku rozprawił się z Aztecką elitą, indiańska ludność dzisiejszego Meksyku bez większego sprzeciwu przyjęła nowych panów. Zawsze tak było. Ich hierarchiczne społeczństwa składały się z szmanów, wojowników i reszty. Azteccy wojownicy podbili Tolteków, Tolteccy wojownicy Totonaków, Huasteków... to nie miało znaczenia dla uprawiających kukurydzę dalekich krewnych Mayów. Nawet uległy katolicyzm wydał się meksykańskim Indianom wyjątkowo swojski. Zwłaszcza że przywieźli go przedstawiciele zwyciezkiego Boga.

od plaży Oceanu Spokojnego  Gdy Indianie prerii zetknęli sie z białymi przybyszami nie przyszło im nawet do głowy że ci ostani są jakimikolwiek zwycięzcami. Szesnasto i siedemnastowieczni traperzy którzy pierwsi zetknęli sie ze społeczeństwami Indian prerii przywieźli spowrotem do Europy opisy porządków społecznych opartych na równości i wolności. Indiańskiego pojęcia wolności, jakże innego od chrześciańskiej wolności od opresji. Podobnie z równością, wobec siebie, a nie Boga. Jean Jacques Rousseau któremu przypisuje się ideę Rewolucji Francuskiej, zdecydowanie nie wziął tych pomysłów z historii Europy, Azji czy Afryki. Wzieły się one z wpływu Nowego Świata na Europę i z przykładu jednego typu człowieka żyjącego w Nowym Świecie którego Rousseau nazywał "szlachetnym dzikusem". Gdy Jefferson mowił o "oczywistych" prawdach wolności i równości, nie były one oczywiste dla kogokolwiek poza Indianami prerii. Nie ma kraju w Europie który mógłby sięgnąć w głąb swej historii i znaleźć moment gdy pojęcie równości i wolności było "oczywiste". Przeciwne jest oczywiste - nie ma równych. Proszę spytać meksykańskich Indian. Idea że wszyscy ludzie zostali stworzeni wolnymi i że są wobec siebie równi, jest prezentem dla Świata od Północnoamerykańskich Indian i stanowi podstawę konstytucji USA.

 Retoryka Indian Prerii posługuje się frazesem "wolnego oddechu" co oznacza wolne poruszanie się po preriach śladem stad migrującycych bizonów. Słychać to w przemówieniach indiańskich wodzów z czasu aneksji Teksasu do Unii, gdy Jankesi zaczeli grodzić ziemię. Dziś echa prezentu od Nowego Świata słychać w hymnie radzieckim gdy opiewa "wolno dyszącego człowieka". Jeśli język odzwierciedla nasze wierzenia, to Polacy nie mogli zrozumieć o jakich oczywistych prawdach mówił Jefferson. Koślawość frazesu uświadamia też jak obce było Polakom pojęcie północnoamerykańskiej wolności. Powstańcy z czasu zaborów rozumieli to li tylko jako wolność od okupacji, a nie wolność jednostki. Aż strach pomyśleć jak mogli zrozumieć "niewyobcowalne prawo do poszukiwania szczęścia".

 Stalowy płot w Tijuanie wyrósł z różnicy miedzy dwiema kulturami indiańskimi. Winnetou nigdy nie dowiedział się jak ważny był jego wkład w losy świata, a George Bush nie wie z czego wyrosła potęga Stanów.

Ameryka