Wyprawa na Telescope Peak w Dolinie Śmierci

Piotr Szymański

 Wyjechaliśmy z domu o 9-tej rano. Autostradą nr. 5 do stanowej autostrady nr. 14. Po prawej mijamy Palmdale, pierwsze pustynne miasto w Antelope Valley. Tu przelało się Los Angeles. Mieszka tu inna rasa ludzi - "commuters". To ci którzy zamienili bliskość do pracy na tanie domy na wysokiej pustyni. Ceną jest trzygodzinny dojazd. O tej porze nie ma ich na autostradzie, siedzą teraz w swoich domach i cieszą się do szaleństwa ich posiadaniem. Po to przecież wynieśli się z doliny LA. Za Lancaster po prawej stronie autostrady jest baza Edwards, z ośrodkiem NASA'y. To tu na szeregu suchych jezior ląduje Space Shuttle. Średnio co dwa tygodnie. Jest tu suche jezioro Rosamond, gdzie latem można oglądać najokazalsze fatamorgany. Tak przekonywujace, że gdy przywiozłem tu swojego 12-to letniego siostrzeńca i pokazałem mu ogrom wody do której dojezdżaliśmy tajną ścieżką, przez dziurę w siatce, zaczął planować jak to do niej bedzie skakał na głowkę. Na główkę nie skakał, lecz pojezdził motocyklem po pasach startowych. Jest to jedyny symulator pojazdow kosmicznych do którego ma dostęp. Ćwiczył starty i lądowania. Nad ranem obudził go huk lądującej Space Shuttle, dla której, to jezioro i pasy startowe służą jako awaryjne lotnisko.

pamięci miasteczka Ballarat  W miasteczku Mojave skręcamy na 58 do 395, dalej na wschód w drogę 178. Biegnie ona wzdłuż bazy China Lake. Też są tam dziury w siatce, a o cudach i dziwach opowiem innym razem. Na tej drodze Antonioni kręcił fragmenty jedynego swojego hollywoodzkiego filmu, "Zabriskie Point". Uchylam czapki przd mistrzem. Tylko Europejczyk może pokazać przemoc tego społeczenstwa. Na tej drodze były kręcone lotnicze zdjęcia "joy ride" na która wybrał się bohater filmu. Nieco dalej, na pasie startowym za Trona, filmował scenę w której bochater maluje na różowo kradzioną Cesnę (jednosilnikowy samolocik). Sceny erotyczne były kręcone już w Zabriskie Point, w Dolinie Śmierci. Tym razem tam nie dojedziemy.

kemping Mahogany Flats  Mijamy natomiast Trona Pinnacles, ulubione miejsce producentów "porno". Planuję z Iwoną że zaspokoiwszy potrzeby ciała na Telescope Peak, w drodze powrotnej wpadniemy tu, by nakarmić ducha. Dwie mile dalej leży Trona. Miasteczko żyjące z odparowywania soli kuchennej, boraksu, i pewnie innych soli, które pozostały po ostatniej epoce lodowcowej. W gorącym powietrzu czuć gnijące glony. Tu rozpoczyna się wąskie pasmo górskie - Panamint Mountains. Jest to jedna wysoka grań, oddzielająca dwie depresje. Dolinę Śmierci i Panamit Valley. Dwadzieścia mil dalej mijamy po prawej, świętej pamięci miasteczko Ballarat, 1891-1911. Stoi u podnóża gór. Trafiono tu sto lat temu na złoto. Tuż przed nim odchodzi w lewo droga do kopalni Onyksu. Onyks jest skałą osadową pokrewną marmurowi. Prowadziło tę kopalnię jeszcze do niedawna małżeństwo Szwedów. Wycinali oni blaty stołowe z ciemnoczerwonego onyksu z zielonkawymi żyłkami. Piękne wzory, tylko blaty ciut ciężkie, średnio 200kg. Będąc Szwedem też uciekł bym gdzie ciepło, no ale nie aż tak ciepło. W południe było już 100°F.

Charcoal Kilns, dymarki  Dalej droga się rozwidla - wybieramy prawą odnogę. Wspinamy się wąską asfaltową drogą. Z depresji na 2500 m. nad poziom morza. Mijamy posterunek leśników w Wildrose i przystajemy przy Charcoal Kilns, czyli kamiennych smolarkach/dymarkach.
 Przypomina mi się jak to robiono w Bieszczadach pod koniec 20-tego wieku. Wówczas uważałem że jedyną czarną mniejszością rasową w Polsce byli smolarze. Mieli swą odrebną karnację skóry, kulturę i język. Gdy smolarz witał w oddalonym o 10 km GSie i wymawiał słowo "jedna" tylko sklepowa rozumiała o co chodzi. Z mozołem siegała pod ladę i wyciągała skrzynkę wódki. Nikt się tam nie fatygował by budować kamienne piece.

teren jest porośnięty rosochatymi sosnami Mahogany Flats leży w siodle między Rogers Peak a Wildrose Peak. Ten teren jest porośnięty rosochatymi sosnami (Pinion Pines). Ociekają one słodką żywicą, a pachną upojnie jak syrop na kaszel. Z Mahogany Flats widać zarówno Dolinę Smierci jak i wysokie Sierry. Mało tu płaskiej przestrzeni. Droga na Rogers Peak (3046 m.) jest zamknięta szlabanem, choć dostępna dla pieszych. Stoją tam na szczycie stacje przekaźnikowe i błyszczące z dala panele słoneczne. Tę drogą też można dojść do Telescope Peak.

Obchodzimy szczyt ze wschodu  Reszta dnia mija nam na pogaduszkach z sąsiadami na kempingu i na kolacji. Drewna zbierać tu nie wolno, więc pieczyste należy robić na przywiezionym z domu węglu drzewnym lub gazie.
 Rano zwijamy namiot i ruszamy na szlak. Mamy do przejścia siedem mil poziomo i tysiąc metrów pionowo. Widać stąd jak na dłoni okolice Bad Water Pierwsze trzy mile szlaku prowadzą wschodnim stokiem Rogers Peak. Monotonne 8% wzniesienie. Widać stąd jak na dłoni okolice Bad Water. Jest to najniższa część Doliny Śmierci. Trudno nie pomyśleć o tych którzy tu zbłądzili w 1849 roku, i o tych którzy tu potem przyjechali na Saksy, najmując się do pracy w kopalniach i hutach srebra i ołowiu. O tych co na mułach zwozili drewno do wypalenia. I o tych którzy przeczesali te góry licząc że znajdą złoto. Dalej szlak obchodzi Bennett Peak po zachodniej stronie. Jesteśmy na 3100 mnpm. Powietrze jest już rzadkie. Rozciąga się stąd daleki widok na Panamit Valley. Gdzieś tam pod nami Charles Manson miał swą komunę. Na zachód, za Panamit Valley bielą się Wysokie Sierry (High Sierras). Dwie mile dalej, pokonując niewielkie wzniesienie jesteśmy pod Telescope Peak. Na północnych stokach leży śnieg. Idziemy granią. Po obu stronach mamy panoramiczny widok. Wzniesienie wzrasta do 12%. Obchodzimy szczyt ze wschodu, a ostatnie pół mili drapiemy się na wierzchołek. To boli.

na północnych stokach leży śnieg  Wracamy tę samą drogą. Jest czwarta po południu. W Panamint Valley uderza nas gorąc. Jest 110°F. Jedziemy w kierunku Trony. Za przełomem Panamint Valley, po lewej mijamy kamieniołomy, gdzie w piaskowcu można znaleźć odciski trylobitów. Jest to zjazd na Radio Tower Rd. Tę zabawę zostawimy na zimę. Bardziej interesują mnie tegoroczne letnie kreacje przemysłu porno. Co nowego bedzie tego lata? Za Troną skręcamy w lewo na Trona Pinnacles. Siedem mil ciężkiej drogi. Słonce wisi już nad horyzontem, idealne światło. Faliczne symbole wytłoczone z tufy, sterczą ku niebu jak żywe. Jest ich tu ok. 500, niektóre sięgają 140 stóp. W pierwszym kanionie trafiamy na plan filmowy. Na nasz widok całkiem naga panienka chowa się za olbrzymi eksponat Robo-Copa trzymającego w prawej dłoni AK-47. Powinienem wiedzieć, coż można na siebie załozyć w taki upał. Kamerzysta i reżyser machają do nas przyjaźnie, przeklinając w duchu za zniszczone ujęcie. Uśmiechamy się i zawracamy. W następnym kanionie odbywa się seans fotograficzny. Oczywiście panienka całkiem naga leży na ziemi obok skórzanych nitowanych majteczek i pejcza. Trona Pinnacles Dwoje pomagierów stoi z lustrami i dobiera swiatło. Na nasz widok zasłaniaja panienkę lustrami. Co jest, popatrzeć nie wolno? Dalej, kolejny fotograf, widać juz skończył, podjezdża do nas i z głupia frank o drogę pyta. Przyglądam się panienkom w mikrobusie. Żadna nie jest w moim guście. Nie lubię skośnookich. Mężczyzna ma niemiecki akcent, może Szwajcar? Informuję go że droga którą przyjechał jest najkrótsza. Pozostałych, choć są na mapie, nie znam, ale i tak są dłuższe. Tablica przy drodze dumnie oznajmia że jest to "National Landmark" ochrzcony w 1968 roku, wpisujemy się w księgę pamiątkową. Zawsze to łatwiej niż wydrapywanie imienia w tufie. Trona Pinnacles

 Po drodze zwraca mą uwagę ogłoszenie:

"Potrzebni chodowcy glizd - (818) 363-0202". Myślę sobie że może im być potrzebny treser. W poniedziałek dzwonię pod ten numer i dowiaduję się że płacą $7 za tysiąc glizd. Potem sprzedają je na sztuki wędkarzom. Szczególnie cenna jest japońska glizda tygrysia. Szybko się rozmnaża a żre wszystko. Też tak myślę.

Zapada zmrok. Jeszcze trzy godziny i jesteśmy w domu.

tufa = porowata skała wapienna, cylindrycznie krztałtowany węglan wapnia osadzający się w podziemnych źródłach, łączacych jeziora z ostatniej epoki lodowcowej, ok 40k lat temu.


Ameryka