
Spać nie mogłem już od miesiąca, od kiedy stress związany z nowym projektem w pracy zupełnie mnie sparaliżował. Panikowałem, że tym razem nie zdołam sobie poradzić. "Zdołam, nie zdołam" - szczęściem podpowiadały mi resztki zdrowego rozsądku - "z pewnością swych szans nie poprawiam wpędzając się w insomnię". Na mój zew do zbiorowej ucieczki na "4th of July" odpowiedziały Ewa Pająkowska i Bożena Pruska.
Wyjazd z podwórka Bożeny w San Diego zaplanowaliśmy na sobotę dwudziestego dziewiątego czerwca rano. Punkt docelowy - zawieszona między niebem a dnem morza w okolicach Puerto Escondido, motorowa łajba Iwony i Piotra Szymańskich - Couch Potato.
W piątek wyjechałem z domu o dziesiątej w nocy, ale jeszcze nie bezpośrednio w drogę, choć już zapakowany do drogi i z domem pożegnany, stale jeszcze do pracy (i jak tu można spać mając taką pracę) kończyc czego nie skończyłem w ciągu dnia. Zbuntowałem się definitywnie dopiero gdzieś koło północy i na drugą rano dotarłem do San Diego. U Bożeny, jak to u Bożeny, piliśmy do rana, potem parę godzin snu i raptem koło dziesiątej przed południem, po przyjeździe Ewy, zaczeliśmy pakować Explorera. Zebraliśmy się ostatecznie w południe w kierunku na nieszczęsną Tijuanę, po czym bardziej szczesną Ensenadę i około drugiej zameldowaliśmy się u bardzo juz szczęsnej Ewy Głowackiej. Ewa się ucieszyła i jak zwykle przyjeła nas pysznym jedzeniem. Pożegnaliśmy ją około 4-tej po południu i na noc ruszyliśmy do Guerrero Negro, miejscowości położonej jakieś 700 km dalej na południe, po stronie Pacyfiku.
Dziewczyny spały ostatnie kilka godzin, tak że jechałem w towarzystwie Santany i Dire Straits. Na noc zadekowaliśmy się w motelu za $28 (w samym Guerrero Negro, omijając La Pintę przy drodze, $70), wygodnym, z trzema łóżkami i ciepłą wodą, udekorowanym jakimś marnym telewizorem, stolikiem, szafkami nocnymi przy łóżkach i na tyle obskurnym, iż nie było wątpliwości, że Stany zostawiliśmy dawno za sobą. Do 4-tej plotkowałem z Ewą, Bożena padła.
Następnego dnia przekraczaliśmy półwysep na stronę Morza Korteza, przez góry, zapuszczając żurawia gdzie się dało, m.in. do ciekawej osiemnastowiecznej misji w San Ignacio. Dotarliśmy na noc do zatoki Bahia de Concepcion, którą znałem już z wycieczki w tamte strony z Ewą Głowacką dwa lata wcześniej, najpiękniejszej bodaj zatoki morskiej jaką w życiu widziałem. O ile po stronie Pacyfiku pogoda w zasadzie była taka jak w Torrance czy San Diego - temperatura w granicach siedemdziesięciu i miła bryza - to na wybrzeżu Morzą Korteza pachniało już strefą podzwrotnikową - temp. około setki, wilgotność jak w Chicago. Rozbiliśmy się na plaży, pod palapą, namiotu nie było po co rozkładać (Bożenie nawet pod palapą było za gorąco i rozłożyła materac pod gołym niebem). Tym razem Ewa padła znużona siedzeniem ze mną poprzedniej nocy, Bożena dzielnie wytrwała ze mną do 6-tej nad ranem.
Trzeciego dnia ruszyliśmy do Loreto, jakieś 100 km na południe, uzupełnić zapasy i szukać śladów Szymańskich. Według wieści jakie zostawili przed wyjazdem, powinni znajdować się w zasięgu radia z Puerto Escondido, miescowości położonej nastepnych 20 km na południe za Loreto. Za to e-mail, który wysłali parę dni po wyjeździe, z Tijuany, mówił że reperują cieżarówkę i o dalszych losach napiszą z internet café, właśnie z Loreto. Po czym wszelki słuch po nich zaginął. Cieżarówkę odnaleźliśmy na parkingu w porcie, w Puerto Escondido, także wiedzieliśmy już, że są gdzieś na morzu, a nie stale w slumsach Tijuany, pozostawało jakoś się z nimi skontaktować. W drewnianej budzie nieopodal parkingu, szumnie przezwanej kapitanatem portu, namierzyliśmy jakiegoś życzliwego człeka, który dał nam skorzystać z radia.
Zaczeliśmy nadawać na kanale szesnastym:
"Couch Potato, Couch Potato, over"
Jak sie później dowiedzieliśmy, procedura jest taka, że wywołuje się kogoś przez dwukrotne powtórzenie jego nazwy, po czym podaje się swoją nazwę. W zwiazku z czym dowcipne wiadomości zaczeły docierać do Szymańskich tego samego jeszcze dnia, że:
"some Over is looking for you"
Pomimo humorystycznej nieudolności w posługiwaniu się radiem, a poniekąd może i dzięki niej, szybko nawiązaliśmy kontakt z dwiema łodziami, które "knew about Couch Potato's whereabouts" i wiadomość o naszym przybyciu do Iwony i Piotra dotarła, jak się poźniej okazało, niemniej bezpośredniego kontaktu z nimi nie udało się nam nawiązać. Szczęśliwie jednak odnaleźliśmy się następnego dnia, po nocy spędzonej na plaży w uroczej zatoczce Juncalito, parę kilometrów na północ od Escondido. Iwona i Piotr, co prawda, czekali na nas w porcie już od rana, podczas kiedy Ewa, Bożena i Piotr, jak zwykle, nad ranem dopiero usneli (tym razem obie panie dziarsko towarzyszyly mi przy ognisku do 4-tej).
Następnego dnia Szymańcy zabrali nas na łódkę i moje życie się odmieniło. Popłyneliśmy na bezludną wyspę, zakotwiczyliśmy w ślicznej zatoczce, na brzegu usypaliśmy z piasku legowisko do spania, i zaczeła się sielanka. Właściwie to sielanki tam nie ma, raczej życie w dziczy ze wszystkimi jego urokami i brakami, ale to właśnie ta dzicz jest magnesem. Protokół gościnny jest taki, że gospodarze spią na łodzi, goście na brzegu, na łodzi spędza się czas, na brzegu pali się ognisko. Chodzi się bez majtek, ale w koszuli, żeby pleców nie poparzyć, sika się gdzie popadnie, a na kupę odpływa się od łódki na rozsądny dystans i robi się do wody. Co prawda, do końca wakacji nie udało się nam całkowicie podporzadkować wszystkim wymogom protokołu, niemniej każde z nas na swój sposób próbowało. Zanim, natomiast, przenieśliśmy się na pierwszą noc na brzeg, skutecznie zdołaliśmy wytrącić gospodarzy z ich rytmu dobowego, biesiadując na pokładzie do północy. Na brzegu, jak zwykle, nie mogliśmy spać, a ku naszej uciesze, zatoka razem z nami. Po zachodzie słońca, morze ożyło jak na balu u Belzebuba, słychać było sapanie kałamarnic wyrzuconych na brzeg i wystarczyło poświecić latarką, żeby zobaczyć gromady skaczących nad wodą "ryb szpil, czy innych ryb trąbek". Komary rownież wydawały się zachwycone świeżym pokarmem na brzegu, ucztowały na nas do wzejścia księżyca, ale i na nie przyszedł czas. Swojej godziny zejścia nie pamiętam, dość że księżyc był już bardzo wysoko, a i rybia muzyka zdawała się gasnąć...
Rano ponownie przenieślismy się na łódkę. Krótko po śniadaniu mieliśmy gości z "Chez Moi", dwumasztowca zakotwiczonego po drugiej stronie zatoki, Johna i Victorie. Ciekawi ludzie, tyle że chyba się nas trochę wystraszyli (mimo, że wszyscy się w pośpiechu poubierali na ich przyjazd), bo nie pojawili się na planowanym na wieczór ognisku (pewnie właśnie dlatego). Peter z Ewa polowali na ryby przy pomocy "hawaian sling", taką dzidą na gumkę, a ja niespecjalnie radziłem sobie z maską do snorkelingu, niemniej coś tam próbowałem za nimi pływać, choś ślamazarnie. Za to miałem frajdę pływając w zwykłych okularach pływackich, bo widoczność też dobra, i pierwszy raz w życiu widziałem takie kolorowe ryby i różne morskie dziwy. Bożena oddawała się literaturze iberyjskiej, czy jakiejś innej literaturze, czy też może się nie oddawała tylko o niej rozmawiała, niemniej bardzo była literacka, swoim zwyczajem, w przerwach między pływaniem. Największą frajdę miała Ewa, która ongiś studiowała w Kortowie i pół życia na/w wodzie pod różnymi postaciami spędziła. Wychodziła z morza w zasadzie tylko kiedy robiło jej się zimno lub obowiązki obozowe wzywały, resztę czasu spędzała z rybami.
Gdy zrobiło się ciemno, woda zaczeła świecić. Pływa tam jakieś takie żyjątko, co rozsiewa iskierki czy coś w tym stylu w czasie spiralnego tańca po powierzchni wody, także morze wokół łódki świeci, a jak taki świetlik właśnie przepływa, to widać świecące kręgi jakby ktoś zimnym ogniem z choinki zataczał poziomo spiralne kręgi. Oczywiście skakaliśmy do wody żeby się w tym złocie pluskać. Widok z łódki cudowny, złote żaby pływały dookoła. Tej nocy śpiewaliśmy z dziewczynami przy ognisku, co skonczyło się niepokojącym odkryciem, że skleroza posuneła się nam tak daleko, iż jedyne piosenki które pamiętamy w całości, to te z przedszkola; szkoły podstawowej w całości już nie da się odtworzyć, ze średniej zostały fragmenty refrenów, a ze studiów trudno przypomnieć sobie autorów czy choćby tytuły.
Żeby uciec od komarów, a pewnie bardziej od rutyny (broń Boże od kup wokół łodzi już pływających), następnego dnia przenieśliśmy się do innej zatoki, gdzie brzeg tworzył coś na kształt naturalnej groty, w której rozbiliśmy się na noc. Dzień zapowiadał się piękny. Zamiast komarom, co prawda, odpór należało dać osom, aleśmy Bożenę na nie wyslali, uzbrojona w płetwę, i osy zrejterowały. Peter chciał mnie wyciągnąć na jakiegoś "moray eel" czy innego weża morskiego. Ma to być ryba z gatunku węgorzowatych, długości metra, dwóch, czy coś pomiędzy. Pływa to ponoć z otwartą paszczą i nasrożonymi wąsami, ma paskudnie wybałuszaste oczy, a jak się nieopatrzenie palec w paszczę temu włoży, to sobie należy palec uciąć w celu salwowania się na powierzchnię, bo to bydle już nie puści. Służyć miałby temu nóż, który Peter sobie właśnie do nogi przypasał, uspakajając mnie przy tym solennie, że żadnego ucinania nie będzie, bo on tego stwora z dzidy ustrzeli, tyle że to bydle się jeszcze w konwulsjach zdąży wokół dzidy owinąć, czy też może wokół niego samego... Nie bardzo kojarzyłem co miałoby nastąpić dalej, ani też jaką rolę ja miałbym odgrywać w tym spektaklu, bo drugim uchem słuchałem błagan Iwony, żeby na widok tego zwierza raczej uciekać. Ona sama nie wchodziła do wody w tamtej części zatoki, gdzie go była wcześniej ujrzała. W końcu Peter dał się jednak przekonać i odłożył rozprawę z "wężem" na kiedy indziej, zniechęcony trochę moim brakiem entuzjamu i nadmiarem ryb gotowych do konsumpcji, jako że już trzy z Ewą wcześniej upolowali a Iwona zdąrzyła je wypatroszyć. Ewie, za to, i smoka morskiego byłoby mało, pływała do wieczora, tyle że chyba ryby jak psy, na ludziach się znają, i lokalne węże morskie i rekiny, przezornie pouciekały przed nią w głąb morza.
Prawdziwą atrakcję mieliśmy nocą, kiedy pora na świętowanie 4th of July przyszła. Rozpaliliśmy ognisko i cierpliwie czekaliśmy na fajerwerki z przeciwległego brzegu. Na ognisku smażyły się kiełbaski, a myśmy czekali i czekali... Po zjedzeniu kiełbasek, znudzeni czekaniem, zmieniliśmy front. Dołożyliśmy do ogniska tygodniowy zapas drewna, przenieśliśmy się z brzegu na łódkę i skierowali twarzami do ściany skalnej oświetlanej ogniskiem, które teraz stało się spektaklem samo w sobie - na pionowej skale, naszej groty, płomienie tworzyły scenerię zgoła malowniczą, w górze rząd jakby rycerzy, zwarcie ramie w ramie stojących, niżej czerwona poświata murów ogniem oświetlanych, pod którymi sabat czarownic lada moment mogłby się zaczynać. Peter zapuścił muzykę i z głośników łodzi pełną parą zabrzmiał Prokofiewa hymn Związku Radzieckiego w wykonaniu reprezentacyjnego chóru i orkiestry Armii Czerwonej. Kilkaset głosów (i to jakich!), kilkaset trąb, skrzypiec, bębnów, cymbałów, klawiatur i czego tylko Mat' Rasija i Sovietskij Sojuz im dały, grzmiało z łodzi prosto w naszą grotę i gigantycznym echem do nas wracało. Gęsiej skórki dostałem i na baczność chciało mi się stać, ale że bez majtek, to tylko z rękami wyciągniętymi ku skale, jak ruski sołdat "hurrra!!!" krzyczący, na dziobie łodzi stałem. Resztę nocy bawiłem się jak w amoku, bo oprócz Prokofiewa serwował Peter z loptopa: Cezarie Evorę, jakąś obsesyjną muzykę buddyjską, później arabską, portugalską i całą plejadę interesujących wykonawców... Usnąłem w połowie zdania na krześle przy ognisku, zanim wzszedł księżyc, po czym zwaliłem się na materac i spałem 8 godzin jak kamień... do rana.
Następnego dnia był powrót na ląd i refleksja... Siedzieliśmy na łódce już w porcie, jedną nogą na morzu, drugą już na lądzie, dopinając wszystko na czekające nas dwa dni drogi samochodem. Na brzegu czekał zapakowany Explorer, gotowy do drogi, jednak z łódki zejść się nie chciało. Sączyliśmy wódkę z tonikiem i o czymś tam plotkowaliśmy... pewnie żeby odciągnąć chwilę rozstania... Przyszły mi do głowy słowa, które kiedyś przeczytałem w podróży, w czasie jednej z moich samotnych wypraw do Nowego Meksyku
- "Things last for a while and having passed they leave a residue, a mark we call the past. We regard it as a kind of home, the source of our identity. The pain of trying to return to the home is known as nostalgia..."
I znowu nie moge spać...
