Szajba, czyli jak adrenalina mnie zalala.

Jasiek Duchowski

Przyznaje sie otwarcie - mam szajbe na punkcie wariackich sportow. Odmladzaja mnie czy co, czy moze tez jestem adrenaline junkie, ale cos w tym jest. Lubie narty, narty wodne, scuba diving, itd., itp. Ale juz kompletna szajba odbila mi w ostatni weekend - 2 sierpnia. Przylecial do mnie w odwiedziny moj brat a juz nawzajem potrafimy sie niezgorzej dopingowac. Przylecial w pozne popoludnie w piatek, a wyalatywal w niedziele tez po poludniu, wiec w zasadzie mielismy przed soba tylko sobote by sobie solidniej pobuszowac. Poczatkowo zamierzalismy sie wybrac na rolki gdzies na plaze. Ale, od slowa do slowa i zdecydowalismy jednak ze to nie to, bo juz jak cos zdzialac w ciagu 24 godzin to trzeba bylo sie szarpnac na cos bardziej "radykalnego" - skok na spadochronie!

Zanioslo nas wiec do Perris Valley Sky Diving School gdzie trzeba bylo dojechac na siodma rano, co z koleji zmusilo nas do poderwania sie raniutko w sobote: no rest for the wicked! Poczatkowo zapisalismy sie na tak zwany static line jump gdzie spadochron otwiera sie przy pomocy linki przymocowanej do samolotu ktory zadny atrakcji petent opuszcza na wysokosci 4500-5000 stop. Poniewaz jednak kurs na static line i na tak zwany accelerated free fall jest prawie ten sam, wiec na dobra sprawe biorac zdobywa sie trening na jedno i drugie w tej samej "klasie".

Klasy skladaja sie z szesciu studentow i jedego instruktora. Nam przypadl w udziale Larry ktory "skacze" juz od 1967 roku wiec sport rozpoczynal jeszcze w czasach kiedy grano Surrealistic Pillow Jefferson Airplane'u w tego rodzaju instytucjach jakimi sa szkolki dla spadochroniarzy. Larry nie mial lewej nogi, co od razu nastawilo nas pozytywnie w kierunku wybranego przez nas sportu, ale po paru minutach "rozczarowal" nas przyznajac sie ze noge stracil w wypadku motocyklowym. Kurs teoretyczny trwal prawie ze z osiem godzin i kazdy mial szanse zadac ile i jakie kto chcial pytan by sie przygotowac do oczekujacej nas imprezy. Cwiczenia polegaja na powtarzaniu czynnosci ktore trzeba wykonac podczas lotu, ktorych jest wlasciiwe niewiele i ktore nie sa trudne do wykonania, zakladajac ze mozg petenta nie wysiada jak kaza mu wyskakiwac z samolotu lub kiedy petent nabierze tej ciekawej i urzekajacej swiadomosci ze zasuwa w kierunku matki ziemi z szybkoscia 120 mil na godzine a na plecach ma plecak w ktorym znajduja sie dwa nylonowe worki ktore maja go od zbytnio czulego spotkania z ta matka ziemia uchronic. Musze jednak ogolnie przyznac, ze cwiczenia te powtarza sie w roznych wariantach, na stojaco, na lezaco, wpiety w uprzaz, itd., itp., tak ze pod koniec dnia czynnosci rzeczywiscie wykonuje sie automatycznie.

Przeciwiczywszy wiec caly kurs na AFF, latwo przyszlo nam sie skusic zeby sie przestawic ze static line na AFF co zazwyczaj kosztuje dodatkowe $139 ale dzieki uprzejmosci Larrego, ktoremu zrobilo nas sie zal ze wysiedziawszy sie osiem godzin w klasie tracimy jednak cala przyjemnosc karkolomengo lotu, musielismy doplacic tylko po $115. Trudno bylo nie skusic sie na taki deal!

Perris VSDS posiada flote turbo props (twin otters) ktore calutki dzien kursuja jak autobusy wazac chetnych adrenalinowego rush'u petentow w gore, nastepnie wyrzucajac ich tam na wysokosci 12500 stop i wracajac po nastepnych. Po jakims czasie, niebo rozkiwta roznokolorowymi czaszami i ma sie wrazenie ze sie oglada jakis desant tyle tylko ze w wariackich kolorach. Sa tam i studenci i instruktorzy i akrobaci, filmowcy nakrecajacy video (tak zwani toaster heads bo na glowach maja przymocowane kamery ktore rzeczywicie z daleka wygladaja jak toastery), a nawet sky surfers ktorzy najpierw na deskach slizgaja sie po powietrzu. Poniewaz tlok jest tam nieprzecietny - PVSDS jest najwieksza szkolka w USA - nam wypadalo leciec dosc pozno, ale za to bylo przyjemnie bo sie wreszcie ochlodzilo a po drugie nasz lot wypadl nam podczas zachodu slonca.

Tuz przed wejsciem do samolotu, robimy jeszcze powtorke cwieczen z jumpmasters ktorzy beda naszymi instruktorami podczas lotu. Jest ich dwoch - ten z prawej nazywa sie MAIN ten z lewej RESERVE. Mnie przypadlo w udziale dwoch bardzo wesolych i zrelaksowanych facetow, ktorzy naprawde robili wszystko by wpoic we mnie poczucie komfortu i bezpieczenstwa. W koncu ladujemy sie do samolotu ktory jest pelny po brzegi. Mamy na sobie kombinezony, chelmy, gogle, wysokosciomierze, no i oczywiscie spadochrony. Przed wejsciem do samolotu kazdy jumpmaster sprawdza moje oprzyzadowanie. W samolocie tlok bo leci chyba z pietnascie osob wiec siedzimy prawie ze jeden na drugim. Sprawdzam czy aby ktos nie zawadzil o moje linki i powtarzam w mysli caly proces oraz rozne mozliwe awarje i jak na nie reagowac. Na wysokosci 2500 pierwszy sprawdzian - jest to decision altitude gdzie trzeba sie po raz ostatni zdecydowac czy bedzie sie ladowalo przy uzyciu glownego czy rezerwowego spadochronu. Jest to tez ostatnia szansa by odczepic glowny. Na wysokosci 5000 drugi sprawdzian - jest to prawidlowa wysokosc gdzie trzeba otworzyc glowny spadochron, ktory potem trzeba poddac probom by moc zdecydowac sie czy wszystko jest w porzadku by moc podjac prawidlowa decyzje na wysokosci 2500 stop.

Pare minut potem jestesmy na 12500 stop i samolot wyrownuje lot. Jumpmaster otwiera drzwi i moj reserve wylazi na zewnatrz trzymajac sie poreczy. Ja staje posrodku a moj main chwyta mnie za szelki kombinezonu z prawej stony. Pryzjmuje pozycje jak do naricarskiego biegu zjazdowego i ustawiam sie rownolegle do otworu w kierunku lotu samolotu. Teraz tylko "check main" - "ok" i zamach "out, in, out" i juz nas nie ma! Sa trzy najwazniejsze rzeczy ktore trzeba pamietac po "wystapieniu" z samolotu: arch, arch, arch - trzeba wygiac biodra do przodu, rece rozlozyc tak by lokcie byly zgiete, mniej wiecej na wysokosci ramion a ramiona cofniete do tylu w kierunku plecow. Nogi lekko zgiete i podgiete do gory. Po wyskokku licze 1000, 2000, 3000, 4000 i robie manewr "circle of awerness" - wtykajac glowe pod ramie, zwracam sie do jumpmastera po prawej stronie - "check main" - usmiechniety kiwa glowa z aprobata "ok", zwracam sie do jumpmastera po lewej stronie "check reserve" - ta sama przyjemna asekuracja "ok". Sprawdzam wysokosciomierz i podaje ta informacje do mojego main - 8000 - od tej pory komunikuje sie juz tylko z nim. Robie nastepnie manewr "look and touch" do raczki glownego spadochronu - lewa reke przzesuwam nad glowe ale w pozycji poziomej, w plaszczyznie czola i w plaszczyznie tafli powietrza po ktorej sie "slizgam" a prawa reka dotykam prawego biodra gdzie znajduje sie raczka. Robie ten manewr cztery razy - powinienem zrobic tylko trzy, ale za pierwszym razem nie widzialem dokladnie raczki. Potem sie trohce rozgladam - widok jest piekny i wcale nie czuje szybkosci - ziemia nie przybliza sie zbyt szybko, ale strzalka wysokosciomierza mowi co innego. Poza tym, nie ma tego uczucia jak na rollercoaster, to jest nic nie podchodzi do gardla czy tez nie spada, bo jestesmy jednak podtrzymywani przez powietrze i lecimy lezac na brzuchu. Znowu sprawdzam wysokosciomierz i zdaje sprawozdanie do main jumpaster: 7000, 6000, 5000 po czym robie ruch rekoma ktory daje znac instruktorom ze jestem gotowy by otwierac spadochron - dwie rece ida w kierunku czola i wracaja na miejsce z powrotem. Teraz najwazniejsza czesc lotu ktora kazdy intruktor powtarzal po setki razy - jezeli czegokoliwek nie zrobisz, czy cos zapomnisz, to pamietaj o jednym: PULL! Zaciskam prawa reke na raczce i szarpie do przodu - nad glowa slysze trzask i nagle wydaje mi sie ze lece do gory - moi dwaj jumpmasters polecieli w dol jak kamienie - nic dziwnego szybowalismy przeciez z szybkoscia 120 mil na godzine! Teraz pierwszy i najwazniejzy sprawdzian - sprawdzam trzy malfunctions: SSF, czyli shape (musi byc ladny prostokat), spin (nie moze byc spin) i float (musi byc float). Patrze w gore, tuz nad glowa mam maly prostokacik a powyzej piekna kolorowa czasza o regularnym ksztalcie prostokata. Po za tym jestem pieknie "floating" a linki sa nie poskrecane. Jak mowil Larry jest czas by wyjac organki z kieszeni i odegrac sobie Ode To Joy, co bardzo pieknie odegral nam w klasie na zakonczenie kursu! Nie dosc na tym, w prawej rece kurczowo sciskam pomaranczowa raczke z drucikiem ktory teraz pieczolowicie zwijam i laduje w kombinezon - kto zgubi raczke placi $20 ale poza tym jest to przeciez punk honoru!

Teraz wykonuje kolejny sprawdzian - najpierw zrywam raczki ktore umocowane sa w ten sposob ze spadochron leci tylko na tak zwanej "pol szybkosci", czyli 10 ft/s. Zrywam je i szarpie na dol do bioder a potem zwalniam. Wypuszczone w pelni do gory daja pelna szybkosc (20 ft/s), na poziomie uszu 3/4, ramion 1/2 a bioder 1/4. Robie teraz CCC czyli canopy control check - patrze najpierw w lewo czy nikog nie ma obok i robie zwrot w lewo przez pociagniecie lewej linki w dol. Spadochron jest niesamowicie czuly i skret wykonuje natychmiast. Potem to samo w prawa strone. A potem flare, czyli hamulec - obydwie raczki silnie ponizej bioder i spadochron staje w miejscu. Wolno to robic tylko przez dwie sekundy, bo grozi to wypompowaniem powietrza spod czaszy do moze doprowadzic do zwiniecia sie spadochronu. Potem wolno cofam rece do bioder a potem popuszczam jeszcze wyzej, ale wcale mi sie nie spieszy na dol!

W kolo mnie przepiekny widok - Mount San Gorgonio i San Jacinto troche z prawej strony. Lake Perris dokladnie przede mna (to polnoc). Obracam sie w druga strone i widze pustynie. A wszystko w przepieknym zloto pomaranczowym swietle zachodzacego slonca! Jestem juz teraz kompletnie spokojny o spadochron wiec zaczynam sie bawic - mozna nim doslownie fruwac, obracac sie z wiatrem, pod wiatr, cos fantastycznego! Niestety, za krotko to trwa bo z dolu juz slysze glos mojego reserve jumpmaster ktory naprowadza mnie na okragla tarcze ladowiska. W radiu tez slysze jak udziela on instrukcji mojemu bratu. Na jakies 10 stop pod nogami, slysze komende zeby zrobic flare, a potem troche popuscic co tez czynie i miekko laduje na ziemi! Jest to niesamowite, cudowne wrazenie! Caly widok mam jeszcze w glowie jako i instrukcje i cwiczenia takoz. Po spotkaniu sie z moim main jumpaster robimy debriefing i udajemy sie do baru o dzwiecznej nazwie Bomb Shelter na piwo. Po wypelnieniu dwoch kwestionariuszy dostajemy po piwie za kazdy - byl to najlepszy, najbardziej smakowity Guiness jaki kiedykolwiek i gdziekolwiek pilem!

No coz, a biedak na prozno wiozl swoje rolki z Austin do Vancouver a potem do LA po to tylko by sobie postaly spokojnie tutaj w szafie przez caly weekend... Ale chyba nie zaluje :-)


Ameryka