Sylwester w Czekoladzie

Basia Pajdowska

Do Los Angeles przyjechaliśmy w nocy, lot z Tampy z przesiadką w Dallas nie był lotem komfortowym..

Kolejny amerykański pekaes bez wyżerki i z piwem po cztery dolary za puszkę. Nie skorzystaliśmy z tej oferty... poszliśmy po całości zamawiając po mineralnej na lodzie, do których Racha spod fotela i z butelki zawiniętej w papierową torbę, dolał każdemu po sporym łyczku łyskacza. Taaaak, to poprawia samopoczucie, pozwala mi bardziej optymistycznie spojrzeć na to moje podrózowanie.

Lot z Dallas do LA był naszym piątym lotem. Przed nami jeszcze dwa, w tym jeden miedzykontynentalny.
Wymęczeni, obciążeni strasznym bagażem, który nie zmieścił się do naszych walizek (wieziemy przecież aprowiazcję w szkle na powitanie Nowego Roku) 30 grudnia o 23:10 wysiadamy na lotnisku w LA. Po drodze zastanawiamy się czy aby napewno Lajkonik stawi się po nas .... bo gdyby się nie stawił... ?????? Ale wątpliwości były zupełnie bezpodstawne. Są, naprawdę są! Rzucam się Lajkonikowi w ramiona i już jestem spokojna.

Iwona przyglada się nam z uśmiechem, nie zna jeszcze podwórkowych powitań, tego obcałowywania się i uścisków. Za chwilę stanie się to jej udziałem. Obściskujemy ją wszyscy po kolei :-)))))

obściskujemy ją wszyscy po kolei Wsiadamy do samochodu i już jesteśmy w drodze pod meksykańską granicę, gdzie w Górach Czekoladowych, w sercu pustyni powitamy Nowy, 1999 Rok. Jedziemy długo. Najpierw szeroką autostradą, potem waską krętą szosą aby na koniec wjechać na szutrową drogę prowadzącą nas do celu. Nie widać nic wokół, mimo, że mrok rozświetla księżyc w pełni. Lajkonikowy samochodzik dzielnie pnie się w góre, to znów spada w dół na ostrych zakrętach. Wreszcie jesteśmy. Jest godzina 3 rano, ale w słabym świetle ogniska widzimy wyraźnie, że ktoś na nas czeka! Tak! to młode Lajkoniki nie poszły spać, czekały. Za chwilę z namiotów wyłaniają się Kruszynka i Piotr - gospodarz. Rozglądam się wokół...

szczyt z dumnie powiewającą polską flagą Nad nami rozgwiezdżone niebo a wokół góry. Góry ze skamieniałego piasku. Nie ma prawie wcale roslinności. Suche krzaki i porosty, klujące niemiłośiernie. Miejsce balu to "amfiteatr", nad którym wznosi się szczyt z dumnie powiewającą polską flagą.

U jej stóp rzciąga się sala balowa, z miejscem na ognisko, płonące właśnie słabym dogasającym ogniem, choinka i malowniczo usypanymi piargami z ostrych kamieni. Choinka! a pod nią kolejne prezenty. Dorzucamy nasze, przywiezione z Polski i Florydy...

Siadamy i gadamy i śpiewamy a towarzyszy nam butelka pysznej piotrowej pieprzóweczki. Oj ta pieprzóweczka :-))) Dużo jej! kończy się dopiero gdy świt wstaje nad pustynią odsłaniając nam jej posępny, księżycowy krajobraz. Idziemy spać raczej z rozsądku niż potrzeby. Przecież czekają nas przygotowania do balu, dekorowanie "sali", no i wreszcie sam bal !

czekają nas przygotowania do balu Około południa, gdy wszyscy już wstali i wypili rozruchową kawkę, zaczynają się przygotowania do balu, rozwieszamy lampki na sznurach rozciągniętych pomiędzy skałami, ustawiamy stół ze sklejki położonej na prostych kobyłkach, rozstawiamy sprzęt grający, instalujemy reflektory i na koniec Piotr ustawia generator prądu. Zaczynają zjezdżać się goście. Wynoszą z samochodów prowiant w coolerach, napitki i garnki z jedzonkiem. Rozstawiają namioty. Parkują samochody. Co chwilę pojawia się ktoś nowy i zaczyna krzątać się wokół przygotowań. Amfiteatr zapełnia się dorosłymi, dziecmi i psami. Coraz więcej namiotów rozbija się wokół amfiteatru, coraz więcej samochodów... Towarzystwo w większości zna się z poprzednich sylwestrów. Przecież to nie pierwszy a dziesiąty raz Najmici wraz z przyjaciółmi w ten właśnie sposób i w tym miejscu witają kolejne lata. To cudowne i trudne do uwierzenia, że mogę tu byc!!!!

My występujemy wszyscy w naszych podwórkowych koszulkach, o które jeszcze w Warszawie zadbał Racha. Budzimy nimi zainteresowanie, na prośbę zaciekawionych opowiadamy o Polskim Podworku i o tym jak się poznaliśmy i jak postanowiliśmy się spotkać. Jest nas siedmiu Podwórkowczów - Iwona - Najmita i Marzena z LA, Lajkonik i Kruszynka z Calgary/Kanada, Ośka z Florydy oraz Racha i ja z Warszawy. Nie licząc przyleglości, którymi są dwa młode Lajkoniki, Spot- pies Lajkonika, Paul i Magdusia - rodzina Marzeny no i oczywiście Piotr - organizator, gospodarz i duch ceremoni - mąż Iwony.

Jedzonko międzynarodowe jak i towarzystwo Jest 15:00 - w Polsce właśnie witacie Nowy Rok, pewnie jest śnieg i mróz, a my spacerujemy po pustyni - jest upał i bezchmurne niebo. Myślimy o Was ciepło i chętnie wznosimy toast za Wasze zdrowie i pomyślność :-)))) Z minuty na minutę zaczyna rozgrzewać się impreza, już serwują drinki, już stół zapełnia się jedzonkiem. Jedzonko międzynarodowe jak i towarzystwo zgromadzone w amfiteatrze. Są Polacy zamieszkali w USA, są Ukraincy, Rosjanie, Peruwiańczycy i Gwatemalczycy. Są Amerykanie zamieszkali w pobliskich pustynnych osadach, są Niemcy... no i my. Racha i ja. Budzimy z Rachą sensację.

- Cooo ??? z Polski ??? Just from Poland ??? Niemożliwe!!!

A jednak możliwe! Jestem tam i dziękuję losowi, że dał mi tę możliwość. Gadamy, tańczymy, gadamy... gadamy co i rusz z kimś nowopoznanym i jest świetnie. Coraz weselej i swobodniej. Już nawet odważam się mówic po anglielsku :-))))

Właśnie rozlewamy szampana Północ. Właśnie rozlewamy szampana, to zawsze na całym świecie przebiega tak samo. Życzenia, uściski... szczere, zawsze szczere choć czasem powierzchowne, całujemy się i ściskamy, leje się szampan... Czuję wiatr..., zaczyna wiać wiatr od pustyni... Bywalcy mowią

- Santa Ana zaczyna swoją opowieść... i rzeczywście zaczyna się.

Wieje coraz szybciej, coraz intensywniej. Lampki rozwieszone na linach szaleją, balony pękają, ognisko eksploduje... namioty zaczynają fruwać. W powietrzu unosi się pustynny pył... jest go coraz więcej... pył wciska się wszędzie. Mam go w oczach, mam w nosie, mam pod ubraniem... to nic! Czuję się nieprawdopodobnie swobodna, ten wiatr przenika mnie na wskroś i wyzwala całkiem nieznane emocje, instynkty... Ta pustynia, ten wiatr, ten złoty pył....

Ludzie rzucają się ratować swoje namioty. Całe szczęście mam miejscówkę na kanapie Lajkonikowego samochodu. Nie muszę biec ratować dachu nad głową, ale widzę, że namiot Lajkoników rozwala się, wszyscy próbujemy go ratować ale niestety bez skutku. Wiatr jest tak silny, że nie możemy powstrzymać jego destruktywnej siły, wygina maszty, wyrywa śledzie. Dajemy więc za wygraną i namiot jak bezkształtna czerwona plama leży w gruzach.

Wiatr słabnie troszeczkę i do amfiteatru powracają uczestnicy zabawy. Dalej tańczymy i gadamy.... musimy pogodzić się z tym, że wieje. Zaakceptować obecność wiatru, który towarzyszy nam do końca zabawy.

Koło południa jesteśmy gotowi Rano krajobraz po balu i po wietrze. Pył wcisnął się w każdy zakamarek naszego bagażu, wszystko zmieniło kolor i jest teraz czekoladowo-szare! Bo góry te rzeczywiście są czekoladowe! Cała gama odcieni czekolady, od jasno-beżowego mlecznego kakao po ciemno brązowe skały jakby odlane z gorzkiej czekolady.

Okropne, w zębach zgrzyta mi ten drobny czekoladowy pył, mam zatkany nos i opuchnięte oczy! Czy to kac ???? Dziwne, ale nie, mimo, że poprzedniego wieczora wypiłam morze kalifornijskiego białego wina :-)))

Koło południa jesteśmy gotowi Nie mamy się gdzie umyć, nie możemy nawet wytrzepać tego pyłu z naszych ubrań, on nadal wiruje w powietrzu mimo, że wiatr ustał i wstał piękny słoneczny, upalny dzień. Do karnistrów z wodą kolejka tych, którzy praganą opłukać twarz i ręce, druga kolejka po poranną kawę. Zaczynamy śniadanie. Ciasta, bułeczki, pieczone kurczaki, gwatemalskie białe sery, każdy wyciąga jakieś specjalnie zachowane na śniadanie smakołyki. Musimy się posilić, odpocząć, bo przed nami kupa roboty. Musimy przecież zwinąć obozowisko, pozbierać śmieci, zapakować samochody.

w słońcu tak pięknych, tak tajemniczych Koło południa jesteśmy gotowi. Trudno uwierzyć w to, że taki bal odbywał się w tym dzikim zakątku. Znikają namioty, żegnają się kolejni goście, odjezdżają samochody... My też odjezdżamy, czas nas goni, bo do LA mamy około czterech godzin jazdy. Jedziemy przez pustynię a za nami rośnie perspektywa Gór Czekoladowych, w słońcu tak pięknych, tak tajemniczych... oglądam się za siebie i myśle, że chciałabym jeszcze kiedyś tu przyjechać i kto wie???, może przyjadę... Przecież odkąd znalazłam Podworko wiele niemożliwego stało się możliwym :-)))))

Pragnę, marzę, aby ten Nowy Rok był tak samo piękny jak miniony, abym nadal poznawała ludzi, aby sieć internetowa pozwalała nam zbliżyć się do siebie, zaciekawić i wreszcie polubić się wzajemnie... tego właśnie, oprócz życzeń wszelkiej pomyślności, życzę Wam wszystkim... życzę też sobie samej!!!

Ameryka