Sygnaly znad jeziora Michigan
Wojciech Wierzewski
Poezja Adama Lizakowskiego kojarzy mi sie z poczta golebia, kierowana znad jeziora Michigan do wspólbraci w niedoli, gdziekolwiek sie oni znajduja. Jak z oblezenia, transzei najwiekszego polskiego getta na swiecie, A. Lizakowski ekspediuje krótkie meldunki w bialym wierszu - o swojej i rodaków sytuacji, ziemi obiecanej, choc czesciowo oswojonej, z miejsca gdzie nie ma reklamowanego szczescia, ale skad sam juz nie potrafi sie wydostac, i z którym bolesnie usiluje sie bodaj oswoic.
Mysle, ze niewielu poetów jego pokolenia uchwycilo tak autentycznie i dobitnie, te charakterystyczna ambiwalencje pragnien i dazen ludzi, którzy emigrowali tuz przed albo zaraz po magicznej dacie wprowadzenia w kraju stanu wojennego. Fala ta z oporami opuszczala kraj, nie bardzo wiedziac nawet czy chce emigrowac - i to w znacznej mierze okreslilo trudnosci w adaptacji w krajach osiedlenia. Towarzyszyla im zawsze watpliwosc co do sensu przenoszenia sie gdziekolwiek indziej z wlasnego kraju, skad usuwano ich pod presja, czesto sila - a nieuchronne rozczarowanie Zachodem, jakie musialo nastapic, tylko wczesniejsze, intuicyjne obawy - potwierdzilo.
To bowiem, co czyni meldunkami z nowej, emigrackiej ojczyzny niepowtarzalnymi i poruszajacymi - to skala otwarcia sie, stopien prawdomównosci i intymnosci przekazu lekcji zycia na obczyznie. Jak kazdy emigrant, który przeszedl przez zyciowy czysciec, na kolanach i czesto czolgajac sie do bardzo odleglego swiatla na koncu tunelu, zwanym Ameryka, Lizakowski nie zapomnial ceny, jaka zaplacil za swój wybór. Zetkniecie sie z proza, czesto wrecz z dnem ludzkiej egzystencji w kraju osiedlenia nauczylo go wszakze blogoslawionej pokory, dalo poczucie niezaleznosci, a takze gleboko ludzkiej wrazliwosci na losy innych.
Dzieki temu poezja A. Lizakowskiego zamiast spodziewanej frustracji i gniewu, demonstruje nieczesta, a ujmujaca duchowa wolnosc wedrowca maszerujacego - bez pokus i zazdrosci - legendarna najpiekniejsza mila Michigan Avenue w Chicago, mieniaca sie blichtrem bogactwa i snobizmu - autentycznie dziwiac sie samemu jak malo go to wszystko obchodzi. Patrzy z poblazaniem i sympatia na rodaków, którzy przybywaja tu z pazernoscia i dzikoscia wspólczesnych barbarzynców podbijac Ameryke, nieswiadomych totalnie skali rozczarowan, jak ich tutaj spotka. Notuje tez uwaznie okazy dewiacji, jakim ulegaja tu emigranci po dekadach pobytu - jedna noga tutaj, a dusza w nieznanym im juz kraju, który wciaz uwazaja za swoja ojczyzne. Ale najpiekniej mówi o zwyklych ludziach, takich jak on, doswiadczonych przez Ameryke, niekoniecznie wlasnych wspólplemienców, z którymi czuje najwieksza duchowa solidadrnosc.
Raz jest to mloda Chinka bez zielonej karty, harujaca od switu do nocy, która nie placze, i nie narzeka. Innym, nieszczesliwy Irlandczyk, którego rzucila Polka, topiacy swe troski w zielonym piwie. Albo napotkana w ukrainskiej dzielnicy stara kobieta, której braklo kilka centów do kupna chleba. A. Lizakowski rozumie ich najpelniej w ludzki, prosty i naturalny sposób. Poprzez ich wlasnie znajduje droge do nowej ojczyzny za Oceanem, z która po bolesnej adaptacji i zmianie skóry stara sie w koncu zawrzec polubowny uklad. Bo sam, jak wielu, wciaz szuka drogi, sposobu, okna, komina, któredy móglby najlatwiej dostac sie do niej, mitycznej Ameryki. Bo, Adam Lizakowski czuje, ze juz Ameryka nasiakl i chcialby sam posiadac jej milosc, zmaterializowac szanse, a nie stac sie jak wielu innych przed nim, Indianin na koniu bialo czerwonym.
A. W. Wierzewski