Święto ulicy

Ryszard Zambrzycki

Mieszkałem i pracowałem w jednej z największych aglomeracji mieszkalno przemysłowej i administracyjnej świata. W Nowym Yorku. Kontrasty pomiędzy bogactwem i biedą są ogromne. I wyalienowanie w gettach narodowościowych. Osobno mieszkają WASPy czyli biali aryjczycy protestanci, osobno Włosi, Polacy, Żydzi, Latynosi, murzyni. Najubożsi to Portorikańczycy i inni Latynosi hiszpańsko-języczni, oraz murzyni. W dzielnicach Portorikanów i muzynów policja stara się zintegrować sąsiadów aby nie dopuścić do zupełnej demoralizacji młodzieży, rozwoju konsumpcji narkotyków, gangów młodzieżowych, rabunku samochodów i prostytucji nieletnich. W tym celu popiera wszystkie inicjatywy oddolne mające na celu wzajemne poznanie się sąsiadów. Temu celowi służą "święta ulicy". Latem, raz do roku każda ulica w "kwartale" czyli między przecznicami ma prawo być zamknięta, po uprzednim uzgodnieniu z policją. Samochody są uprzątnięte na inne ulice. Wszyscy mieszkańcy wyciągają na jezdnię stoły wysłane białymi papierowymi obrusami. Ja myślę że robią to samo i ci którym takie święto się nie podoba. Poprostu zdrowiej. Mężczyźni ubrani są godnie. Młodzieńcy dyskretnie patrolują rogi przecznic aby nic nie zakłóciło porządku. Ulica zamknięta jest żółtymi taśmami policyjnymi. Po jednej stronie przecznicy stoi samochód policyjny. Potężne "mamas" przy pomocy dziewcząt nakrywają do stołów wynosząc różnorodne wonne smakołyki. Pod stołami i na osobnym placu zabaw po środku ulicy kłębi się tłum dzieci. Wrzask bije pod niebo nie tłumiony przez nikogo. Główną atrakcją zabawy dla dzieci są hydranty. Mają one wywiercone otwory średnicy 5 mm. zamieniając się na fontanny zimnej czystej wody. Jest to nielegalne działanie i karane przez straż ogniową. Policja udaje że nie widzi. Precież to święto ulicy. Widzę przez szyby uśmiechnięte gęby policjantów. Jak zwykle na postoju niezmordowanie konsumujących kanapki. Otwieram okno i zaczynam gestykulować w kierunku wozu patrolowego. Na to tylko czekają 10-letni snajperzy! Natychmiast zalany jestem potokami wody z różnego rodzaju strzelb wodnych o różnym ciśnieniu i wydajności. Woda precyzyjnie wlewana jest na szyję, wartkim strumieniem wlewa się w majtki i przez nogawki spodni do butów. Zakrywam ręką oczy i wrzeszczę do policjantów. Wrzask zamienia się w bełkot. Robię więc rozpaczliwe gesty wzywając policję do siebie. Policjanci poważnieją. Oni wiedza że nie mam kluczyków tylko przycisk do starteru i że nie wolno mi wysiaść z szoferki. Jeden z nich musi wysiąść i dobiec do mnie. Otwierają się drzwiczki. Natychmiast strumienie wody zalewają wnętrze wozu patrolowego! Najbardziej poszkodowany jest policjant, ten który wysiadł. Jedną ręką przykrywa oczy i usta, drugą krzepko trzyma w garści genitalia szczególnie precyzyjnie atakowane przez snajperów. Są doskonale wstrzelani. Jest to jedyny dzień w roku w którym mogą to robić bezkarnie bez narażenia się na zdzielenie pałą. Przecież to święto ulicy! Po kilku latach jako nastolatki będą główną zwierzyną łowną dla policji, kumulując w sobie drapieżność i zuchwałość. Gdy nasze twarze, policjanta i moja, prawie się stykają krzyczę aby zabrał dzieci z maski samochodu i spomiędzy kół bo muszę odjechać. Weź męższczyz do pomocy wołam. Tak też się dzieje. Atak na razie zamiera. Ruszam. Jadę dwie przecznice dalej, bo ulice są jednokierunkowe. Skręcam w lewo. Teraz następna przeszkoda. Samochody postawione sę dwoma rzędami. Cholernie mało miejsca pomiędzy nimi. Właściciele pomagają precyzyjnie prowadząc cysternę do przodu. Moja stacja benzynowa do której wiozę paliwo usytuowana jest na drugim końcu świętującej ulicy. Jeszcze mnie czeka zwrot na ruchliwej ulicy. Ponieważ wiem że policja jest po drugiej stronie bezczelnie wymuszam pierwszeństwo! Zresztą mało kto jest chętny do uderzenia w cysternę z 16000 galonami benzyny! Przyjeżdzam do stacji. Wprowadzam ciężarówkę w ten sposób aby mieć wlewy z tyłu samochodu. Podchodzę do kiosku i rozczapierzoną dłoń przykładam do calowej grubości szyby pancernej. Sprzedawca przykłada swoją z wewnętrznej strony. To nasze powitanie. Uśmiechamy się. Kilka rutynowych działań, papierkowa robota i koniec. Coś nas łączy Portorikanina i Polaka. Brudne ręce i ciągnący się za nami smród benzyny. A może coś więcej? Wracam do bazy. Melduję dyspozytorowi o zaistniałym fakcie. Określam ulicę i objazd. On to nanosi na tablicę ogłoszeń. Następny kierowca nie będzie miał problemów. Kierowcy śmieją się z mojego wyglądu. Jest ciepło. Szybko wysycham. W pamięci pozostaje mi na zawsze "święto ulicy" jako przejaw ludzkich cech solidarności w dżungli wielkiego okrutnego miasta.


Ameryka