
Stara gwardia Harley'owcow ubolewa nad przypływem bogatych miejskich motocyklistów na coroczny rajd w Sturgis, miasteczku w Południowej Dakocie. Nowi uczestnicy to Ci którzy wreszcie zrozumieli treść ksiażki Roberta Pirsiga. Przeczytali ją pierwszy raz jedenaście lat temu. Dziś Zen and the art of motorcycle maintenance jest dostepna dla wszystkich i to za darmo. Książka nadal aktualna, lecz czasy nie te. Myślę że na drakę nigdy nie za późno.
Sturgis - niebieska mgła unosi się nad tym miasteczkiem. Dzień i noc. Main Street (ul. Główna) wibruje głębokim, chropowatym turkotem. Motocykle dziesiątkami tysięcy wciskją się w każdą uliczkę, przejazd, przejście. Sapią, plują i harczą. Parkują pod kątem przy krawężnikach, na zakrętach.
Mężczyźni i kobiety zsiadają z nich ubrani w drelichy, skóry, łańcuchy i tatuaże. Niektórzy mają kolczyki, inni diamentowe spinki w uszach.
Paradują. Podziwiają nawzajem swoje maszyny (żelazo) - oślepiające skupisko bestii, głównie Harley-Davidson'y, ogolone, napompowane, poszatkowane, przygładzone, wypolerowane, uczesane wiatrem.
Chromowane, wypudrowane, wypieszczone, wypucowane i wypolerowane, każdy według osobistego gustu. Dumnie kroczą. Podziwiają wzajemnie swoje kobiety, wspaniałą kolekcję plecionych, upierścienionych, wychaftowanych, zakaftanionych piękności w najnowszych i najmodniejszych spodniach i butach.
Podziwiają nawzajem swych męzczyzn: nożowników o obnażonych włochatych piersiach z bandaną na głowie, zarękawiczonych i zanitowanych wojowników drogowych, w kamizelkach, marynarkach i spodniach z frędzlami. Bawią się. Jedzą dziczyznę, bizony, baraninę, wołowinę, indyki i kurczaki, przyprawiane cebulą, rzucane na rożno.
Piją Budweisera, Millera, Jack Daniel'sa i Jim Beama, czyste lub z lodem. Palą Marlboro, Camele i czasami rozpraszają myśli diabelską trawką. Słuchają Steppenwolf'a. Rozbierają się. Tanczą. Naparzają się.
Każdego lata w czasie pierwszego pełnego tygodnia sierpnia, zjezdżają się twustutysięczna zgraja do Black Hills. Miasteczka o stałej populacji zaledwie sześciu tysięcy, gdzie poza nimi największą atrakcjąś lata jest rój szerszeni. Przez siedem dni, miasto gości rajd motocyklowy zwany Black Hills Motor Classic/Sturgis Rally i Races. Wszystko staje gdy Sturgis, S.D., wioska ranczerów, farmerów i poszukiwaczy złota, zamienia się w raj Harleyowców.
I w piekło Harleyowców. Każdego roku spora liczba stałych mieszkańców opuszcza miesteczko. Nie wracaja dopóki tydzień się nie skończy. Cały ten spektakl i haos to wiecej niż mogą znieść. Jak i rozpustę. Najczęściej nie jest to niebezpieczne, ale czasami spięcia są dość intensywne. Więzienie się zapełnia. Zdaża się że jest przepełnione i trzeba zamykać w sąsiednim Rapid City, Południowa Dakota, oddalonym o 27 mil. Od czasu do czasu ludzie doznają uszczerbku cielesnego lub po prostu giną. Najczęściej jednak jest to nic więcej niż zgryw, jeden z amerykańskich, największych.
Ważne wydarzenie dla niezmierzonej rzeszy motocyklistów, którzy oszczędzają cały rok, aby tu przybyć, i dla Południowej Dakoty, dla której jest to największa turystyczna atrakcja, i nawet dla Sturgis, gdzie wszyscy ci motocykliści wydają miliony dolarów w czasie jedynych siedmiu dni. Każdego roku, coś się zmienia. Black Hills Classic nie miota sie w szale Dżengis Hana na żelaznym koniu, jak Hunter S. Thompson opisał w "Hells Angels", jego książce o najbardziej zatwardziałych motocyklistach. Orgie ustały. To nie wynikiem działań miejskiej policji lub powiatowego szeryfa, czy stanowego patrolu drogowego, lub FBI i Drug Enforcement Administration i Bureau of Alcohol and Tobacco. Które to agencje rzeczywiście wysyłają tu swoich aparatczikow i bacznie czuwają. Powodem są RUB'y - bogaci miejscy motocykliści - z ich Honda Aspencades, które przybywają do Sturgis w co raz większych ilościach. Starają się uciec od swoich bezpiecznych, lecz jakże nudnych żywotów - co oczywiście jest niemożliwe.
- No więc przywozą ze sobą swoje życia.
- Do diabła, człowiek! Czy to możliwe?
- Czy ten rajd nabiera szacunku?
To nie jest byle jaka niebieska chmura; pachnie spalinami, skórą i potem i paloną gumą i gorącym olejem i ciemnym piwem i sosem barbeque. Turkot nie jest zwykłym turkotem; jest to głęboki, apokaliptyczny warkot z Harley'owego silnika, żelazo z Milwaukee gra linię basową, kotrapunktowaną organami rur wydechowych, które snują głowną linię melodyczną. Motocykliści jezdża po Main Street, tam i spowrotem, całą szerokością ulicy, w centrum Sturgis, gdzie w czasie tego tygodnia samochody mają zakaz wjazdu.
Jeden przy drugim, motocykle parkują pod cztedziestoma pięcioma stopniami, wzdłuż obu krawężnikow i w dwóch długich kolumnach po środku bulwaru. Po obu stronach żółtej lini, zostawiając tym sposobem miejsce na przejazd niekończącej się procesji, w jedną stronę do ostrego zakrętu i spowrotem drugą stroną do drugiego ostrego zakrętu i tak w nieskończoność, aż następny motocyklista przyłączy się do parady i zwolni miejsce na parkingu.
Motocyklisci, turyści i narki stoją wzdłuż obu stron ulicy. Oglągają procesję i obcinają jeden drugiego. Wsród stale otwartych interesów, są trzy bary i światowej sławy Road Kill Cafe, gdzie nikt nie każe sobie podawać listy win.
Większość innych interesów schowała swoje dobra do magazynów i wynajmuje sklepy dla wędrownych handlarzy, którzy placą tysiące dalarów za wybrane miejsce.
Fryzjer na Main Street stał się Blue Job, sklepem sprzedajacym pucydła do usuwania rdzy i polerowania chromowanych części. T&M Studio Fotograficzne jest teraz Sheep Skins, oferujace skórzane pokrowce na siedzenia motocyklowe. Firma ubezpieczeniowa stała się sklepikiem z odzierza skórzana, sklep z materiałami budowlanymi zamienił się na sklep jubilerski.
Jedna starsza pani jest wsrod 128 mieszkanców oferujących wynajm swoich domów. Teraz mieszka u córki w Sioux Falls. W tym czasie wynajmuje swój dom za $2,500 bogatym motocyklistom miejskim, którzy podnajmują jego częsci innym, włacznie z miejscem w ogrodzie pod namiot. Jedynym warunkiem jest codzienne przesuwane namiotow, aby uniknąć zeschniecia trawy i składanie go co drugi dzień w celu podlania ogrodu.
Handlarzy w sumie jest 770-ciu. Motocyklistom o imionach Wąż, Bałwan, Jestem Samem, Wiewiórka, Bagno, Bandyta, Osioł, Wstrętny i Pączek, oferuja koszulki z napisami: "Jeżeli nie żyjesz na krawędzi, zajmujesz za dużo miejsca", i "Gdzie do diabła byłem ostatniej nocy?" i "Wydaję 90% moich dochodów na pogoń za motorami, kobietami i dobrą zabawą. Pozostałe 10% marnuję". Rownież oferuja nalepki: "Jedź nago", i "Głośny i dumny", i "Miejsca do odwiedzania, ludzie do denerwowania", i "Jeżeli zrazu ci się nie powiedzie, kup jej kolejne piwo".
W barze zagaduję bikerów, zacznijmy od Rogera Blankenship'a. Cóż warta jest droga do Sturgis jeśli nikt siś o niej nie dowie? A było to tak. Rogerowi wpierw zepsuł się układ zapłonowy. Nastepnie złapał gumę. Później, ponownie wysiadł starter. Na koniec skrzynia biegów. Opuścił Mira Lomę, Kalifornia później niż planował. Udał się w kierunku Sturgis, z Roni swoją panią, na dzidziusia czyli na tylnim siodełku.
Prawdziwi mężczyzni nie jezdżą na dzidzusia bo a nóż ktoś dotnie, że jego pani wymaga golenia. Blankenship, 41, jest właścicielem salonu tatuażu i kolczykowania. Oddał go na ten czas w odpowiedzialne ręce. W zeszłym roku minął go Sturgis, i nie zamierza tego powtórzyć raz za razem. Pierwszy raz wziął Roni w 1991. "Zabrałem ją aby się upewnić, że nigdy więcej nie będzie chciała. Byłem pewien że jazda bedzie za cieżka dla niej. Jechałem 600 mil dziennie, i powiedziałem "Jeżeli tylko zaczniesz marudzić przesiadasz się do autobusu". Ale, do diabła, im ciężej było, tym bardziej jej się podobało. I Roni została jego panią od tego czasu. Jego ramiona, nogi, plecy i piersi są galerią twarzy, czaszek, kości i piszczeli, flag i motorów Harley'a, między innymi jeden zwany "szufla generatorowa", ponieważ system elektryczny ma napędzany generatorem i ponieważ każdy z jego dwóch cylindrów przypomina szuflę do węgla. Ma on brązowe oczy, diamentowy kolczyk w lewym uchu, ciemne wąsy i małą kozia bródkę. Łatwo się uśmiecha. Gdy się śmieje, brzmi jak Don Johnson. Jeździ Harley-Davidson'em FLH TC z 87 roku, zwanym "strojnis", ponieważ jest to turystyczny motocykl i ma torby bagażowe. Pięć razy wziął go do Sturgis, i nigdy dotychczas nie miał kłopotów. Ale teraz stał się poważnym ciężarem, prycha, kaszle i krztusi się, zwolnił do mniej niż 60 mil/godz. Zjechał aby znów wyregulować gaźnik - myśląc za każdym razem że nie powinien był wymieniać starego gaźnika na nowy. Koło Beaver Utah, złapał ponownie gumę. Stał z Roni na poboczu drogi przez dwie godziny, potrząc na przejezdżajace obok samochody. W końcu jakiś motocyklista się zatrzymał i pomógł. Koło Newcastle, Wyoming, nie daleko od granicy Południowej Dakoty, zajechał z Roni do swego ulubionego miejsca: zajazdu zwanego Flying V. To jest eleganckie miejsce zbudowane na wzór zamku. Jego ściany są z piaskowca, wyciętego wiele lat temu z okolicznych gór. Każdego roku Flying V wita motocyklistów pieczenią z dzika, i dużą ilością zimnego piwa. Niektórzy wynajmują pokoje inni rozbijają namioty. Nastepnie, z Flying V dojezdżają do Sturgis, oddalonego o jedne 70 mil.
Russ Allen, 48, inny motocyklista z Mira Lomy, Kalifornii, jest już w Flying V. Jest brązowy od słońca i wiatru. Jak Blankenship, ma brazowe wasy, ale jego broda jest pelna, i ma jasne niebieskie oczy. Przyjezdza do Sturgis od 88 roku. Russ Allen tez ma Harley'a. Jest to '87 "Heritage soft tail", co oznacza, ze ma dwa amortyzatory z tylu. W przeciwienstwie do Blankenship nie miał kłopotów po drodze, i szybko poszedł spać w namiocie za Flying V, podczas gdy Blankenship napytał sobie kolejnych kłopotów - ale tym razem nie z powodu motoru. Tym razem z powodu obywatela. Motocykliści klasyfikują ludzi na bikerów i obywateli - motocykliści nie szanują obywateli, którzy tylko przysparzają im zbędnych kłopotów.
Gdy Russ Allen spał, obywatele zaczęli napastować czyjąś panią. Roger Blankenship zauważył to. Mimo, że nie jest dużym mężczyzną, jest silny, i on nie bedzie tego tolerował. Przystapił więc do akcji. Obywatel chwycił widelec ze stołu i próbował nim go dzgnąć. Ja, albo on, Blankenship wspomina, "zwarliśmy się trochę i on oberwał odemnie małe cięcie". Żaden matocyklista nie pozwoli swojemu bratu walczyć samotnie, no więc rozgorzała bójka. Wylała się tylnimi drzwiami, z zajazdu - w ciemną noc. Obywatel wpadł na namiot Russ Allena, a nastepnie na namioty jego kompanów. Obywatel wyciął w nich kilkanaście dziur. "Teraz 10 do 15 biker'ow usiłuje go schwytać" Allen snuje." Ale obywatel nadal szuka guza. Koło mojego namiotu stał motor. Zbliżył się do niego i go kopnął. Dopiero co został świeżo pomalowany na błyszczący, ciemno-czerwony kolor. "Zdzielono więc obywatela trzonkiem od siekiery - to go trochę oszołomiło", ale tylko na chwilę, więc poprawiono łomem. To też nie poskutkowało, więc przyłożyli mu pieciogalonową bańką na benzynę.
Jakże cywilizowany stał sie Sturdis? Zauważ, To jedyny przypadek gdy Roger Blankenship, lub Russ Allen kiedykolwiek wkurwili się na obywatela.
Na głownej ulicy pokaz nigdy się nie kończy. Triumph się przetoczył. Potem Moto Guzzi. Czasami Honda, lub Yamaha, lub Kawasaki. Napis ostrzega: "Parking tylko dla Harley'i. Naruszający bedą kastrowani". Na motocyklach jest kontr ostrzeżenie: "Czy istnieje życie po śmierci? Dotknij się do tego motoru i sprawdź".
Teraz przybywa Boss Hoss, napedzany piecio-litrowym silnikiem Chevy 350V8. Potem trojkołowiec wyposażony jak statek kosmiczny Enterprise. Dalej trojkołowiec Forda - jaskrawo czerwony, zwany Dziką Wiśnią. Jedzie Harley Pan Head z Elvisem wymalowanym na baku. Inny Harley z orłem. Jeszcze inne z tygrysami, flagami, złamanymi sercami, skrzydłami, czaszkami i innymi błyskawicami. Nastepnie Harley pokryty skóra bizona. Inny Harley, błyszczy jak lokomotywa. Motocyklista jest przebrany za Św. Mikołaja. Za nim siedzi Pani Mikołaj, dzwoniąca dzwoneczkami. I kolejny motocyklista, ten obnosi świński łeb i pali cygaro. Kolejny ze złotymi kolczykani wpiętymi w piersi i pępek.
Pies Labrador Retreiver na siodełku pasażera, ubrany w gogle i skórzany kask. Nastepnie motocyklista trzymający swoją panią na smyczy. Inna pani naga, lecz w butach i kapeluszu...
Wzdłuż obu kraweżników i bocznych ulic 150 handlarzy sprzedaje cześci do motocykli i najrozmaitsze akcesoria; 91 oferuje
tatuaże i kolczyki; 118 sprzedaje skorzane ubrania; 150 oferuje koszulki; dziewięciu ma noże, kajdanki i łańcuchy; jeden oferuje broń; czterech udziela porad prawnych; trzech wypycha zwierzęta; dwóch wróży; dwóch sprzedaje magnesy uśmierzające ból, a jeden oferuje rzeźby z łańcuchów.
Prysznic można wziąć w Miejskim Ośrodku i w łaźni, zrobionej z myjni samochodów. Postawiono tam 20 przewoźnych toalet. W 1982, kilka zostało podpalonych. Jeden sraczyk wysadzono w powietrze dynamitem.
Nie znaczy to, ze John Diehl nienawidzi RUBs lub ich błyszczących, najnowszego typu motocykli. Nawet gdy jezdżą japońskimi motorami, nie robi to mu różnicy. "Jedź, do diabła, na czym chcesz", Mowi, ale nie może scierpieć RUB'ów, którzy ładują swe motocykle na przyczepy i ciągną je do Sturgis. Co roku wyglada, ze jest ich wiecej. "Po co miec motor, jeżeli się na nim nie jeździ". Diehl żyje aby jeździć. Zaczął gdy miał 14 lat, na starym Harleyu. Gnał nim 7 mil na przełaj po polu koło Sacramento, należącym do jego rodziny, wzbijająć wysoko w powietrze tumany kurzu. Gdy jego ojciec nie był w pobliżu, brał go na drogę. Gdy mial 15 zamienił go na Indianina, produkowanego przez firmę, która przeniosła się do Brytanii i zaprzestała w końcu produkcji. Gdy miał 17 lat, wstapił do wojska. Kupił Harley Sportster'a z '73 roku. Przeciął go, to znaczy wydłużył o 9 cali. Zagrabił go, co oznacza, ze odciał i wygial do przodu tuleje widelek, aby obnizyc rame. Po 27 latach w wojsku i duzo krotszej pracy w fabryce Forda, John Diehl, 52, teraz mieszka w Oxnard, Kalifornia, i roznosi poczte. Zgadujemy sie ze osiem lat temu mogl mi ja dostarczac. John pracuje nie dlatego, ze potrzebuje pieniadze na życie, lub by się nadziać, ale, by miec wystarczajaca ilosc szmalu na jazde. Nie ma na świecie nikogo kto by mu powiedzał, że nie może tego robić. Jego dwie córki są już dorosłe, i jest też szcześliwie żonaty. "Moja stara pani zostawiła mnie 10 lat temu i od tego czasu jestem szczęśliwy. Pozostaje żonaty tylko po to, aby ponownie nie popełnić tego błędu".
Tydzień przed Sturgis, Upina materac i namiot do Harley Sportster'a. Zapala z kopa i scina radełka. Zaraz potem zaczyna wyciekać olej, "O, on tylko znaczy teren" - tłumaczy. Gdy odłamuje się pałąk startera, sytuacja robi się poważna. Zamiena motor na Harley'a FLHS soft tail. Kupił go w 92. Podobnie jak Russ Allen'a ma amortyzatory, jest to "strojniś". Diehl woli podróżować samotnie. Zaraz za Oxnard pozostawia za soba najgorszy ruch drogowy metropoli Los Angeles. Jest już spóźniony o dwa dni. Kieruje się na Victorville, Kalifornia. Potem w poprzek Newady dociera do Salt Lake City. Jest juz po północy. Nie zatrzymuje się, chyba że po benzynę lub pożywienie.
W Wyoming temperatura spada do 4°C. Zatrzymuje się by założyć kurtkę z frędzlami i skurzane spodnie. Kieruje się na północny wschód. W końcu dojezdża do Cheyenne. Jedzie dalej, aż w końcu wtacza się do Sturgis.
Na Main Street rozpromienia się uśmiechem, odsłaniając złoty ząb w czeluściach brody w stylu ZZ Top. Tu nie ma obcych. Jego koszulka oznajmia "Stare motory i dobra whiskey - stają się lepsze z wiekiem". Zauważa RUB'a w Motor Home'ie ciągnącego cztery Harley'e na przyczepie. To mu przypomina ciężarówkę która go minęła na drodze, po czym zjechała by wyładować dwa motory. Po to by RUB'y mogły na nich przejechać ostatnie sto mil. Oni mogą teraz powiedzieć że wjechali do Sturgis - przebąkuje, faktem pozostaje że jechali tylko z Wyoming. Po zachodniej stronie Main Street postrzega handlarza noży który sprzedaje perfumy. Diehl się oburza. "Złoty Bukiet" czyta na etykietce. "Ogień, Shangri-La.". "To pewnie RUB'y dodają do kawy " - domyśla się. Nieopodal w samochodzie dostawczym ktoś sprzedaje cappuccino. Podchodzi biker, jego kurtka wydaje go jako adepta Hells Angels. Prosi o kubek kawy. John Diehl kiwa głową. Wie że czasy się zmieniają, wie też że nic na to nie poradzi. Tu, w tym głośnym i niesfornym tłumie są bikerzy którzy zapuścili włosy na miesiąc przed zlotem i kupili nowego Harley'a, bandany, noże i skóry. Sa nimi lekarze, prawnicy, prezesi którzy przylepili sobie tatuaże, które za tydzień zmyją olejkiem dla niemowląt. Wie że przywieźli tu swoje żony, które szukały wymówki na to by sobie kupić irchowe spodnie po $1000 za parę, świąteczne ozdoby, kołderkę dla dziecka i by odwiedzić Frederick's of Hollywood. Ale John Diehl jest tolerancyjny. Tak jak Russ Allen and Roger Blankenship. Jesli oni mieli by tu przyjechać samochodem równie dobrze mogli by się nadać na bagaż. Ale jeśli RUB'om sprawia to przyjemność - to dobrze. RUB'y przyłożyły się do tego że bikerzy są łagodnieszą grupą. Allen pamięta jak go przepędzano z miast, tylko dla tego że był bikerem. Dzieki RUB'om to już się nie zdarza. Poza tym Blankenship, Allen i Diehl mają coś wspólnego z RUB'ami. Oni wszyscy mają dzieci. Wszyscy mają dobre prace. Mimo to nie potrafi się Diehl pogodzić z faktem że Harley'owe akcesoria kosztują dwa razy tyle co kiedyś. "Niektórzy twierdzą że kokaina jest Bożą karą za to, że się zbyt wiele zarabia" mamrocze. "Z tym to samo". To przez RUB'ow Harley'e kosztuje teraz o wiele za dużo. Lista zapisów na motor trwa teraz od 6 miesięcy do roku. Niektórzy bikerzy dorabiają sobie, wpisując się na listę i odsprzedając swoją kolejkę.
"Tu nie chodzi o jazdę, to jest pieprzony pokaz mody" głosi jedna koszulka. Inna - "Bikerzy za Sturgis wolnym od pudli", "Śmierć yuppieskiej hołocie".
Z sześciu Hells Angels'ow zebrało się na wschodnim krańcu Main Street, przy barze o nazwie Gunner's. Stoją bez ruchu między zaparkowanymi motorami. Napięcie rośnie. Ulicą ciągną motocykliści. Procesja jest w pełni. Największy z nich ma ze dwa metry, o kamiennej twarzy. Nosi czarną kamizelkę z emblemem - pękniętą czaszką ze skrzydłami. Napis głosi CALIFORNIA. Z kieszeni wystaje mu rączka młotka. Koniec trzonka jest owinięty taśmą, dla lepszego uchwytu. Jeden z jego braci nosi przypięte do pasa trzy noże. Napis na kamizelce głosi AUSTRALIA. Inny z napisem CHICAGO przechodzi ulicę na drugą stronę krawężnika. Podchodzi do straganu i chwyta nóż, długi jak bagnet. Kosztuje $15. Przymierza rękojeść do dłoni. Spostrzega napis na ostrzu. "Made in Pakistan" - z obrzydzeniem cedzi przez zęby.
Amerykańskie flagi są wszędzie. Na koszulkach, spodniach, witrynach. Jeden z bikerów nosi flagę z napisem - "Spal to, sukinsynie". Za nim biker ma na koszulce napis "Oryginalny Biały Człowiek". W centrum ulicy przed First Western Bank ktoś obnosi tablicę z "Jesus Saves." Inny rozdaje ulotki z treścia. "Jan 8:36 i Objawienie 12:11. Obok stoi namiot z Chrześcjańskimi bikerami, a nad nim napis "Każdemu kto wejdzie naostrzymy nóż za darmo".
Obk budynku usług socjalnych jest pomieszczenie Alcoholics Anonymous. Spotkania odbywają się co cztery godziny. Ed mówi że 13000 do 20000 leczących się pijaków przyjezdża co roku do Sturgis. Na zewnątrz zebrała się grupa bikerów w kamizelkach z napisem "Assn. of Recovering Motorcyclists ARM". Nie jestem pewien co im zaszkodziło. Jeden z nich trzyma tablicę z napisem: "No heroin. No crank. No booze. No speed. No chains. Clean 20 years. Ask me how." Nie potrafię tego pojąć ani przetłumaczyć, więc pytać nie będę.
Niektórzy bikerzy biorą udział w wyścigach. Jeden to wspinanie się na stromy piaszczysty pagórek, drugi, to kto wolniej przejedzie odcinek ok. 100m bez dotykania ziemi. Mają też zabawę polegajacą na rzucaniu przez bramke football'owego balonu napełnionego wodą i łapanie go po drugiej stronie bramki. Oczywiście na motorze. Dla pań jest konkurencja polegająca na nadgryzieniu w biegu parówki dyndajacej się na sznurku. Zawodniczka siedzi na motorze na dzidzusia.
W drodze do Sturgis grupa Hells Angels zajęła gospodę Iron Horse Inn i postawiła swoich strażników przed wejściem. Jest to hotel w Steamboat Springs, Colorado. Wewnatrz dwóch bikerów zostało postrzelonych za, jak twierdzi policja, pogwałcenie regulaminu gangu. Jednemu opatrzono ranę na głowie w pobliskim szpitalu, drugiego z ranami postrzłowymi rąk i nóg przetransportowano do Denver. Obaj przeżyli.
Posterunek policji na czas rajdu jest wzmocniony 140 ludźmi z poza miasteczka. W jednym przypadku policja negocjowała przez godzinę z przywodztwem Hells Angels, czy wpuścić ich do hotelu w którym się zatrzymali. Przez ten czas bikerzy zdążyli usunąć dowody rzeczowe w postaci zakrwawionej pościeli i pocisków w ścianach. Innym razem grupa Hells Angels przejechała czerwone swiatło. Zatrzymali się w hotelu i ustawili strażników przed All Star Traveler's Inn. Gdy policjant drogowy chciał tam wejść by wręczyć mandat, doszło do konfrontacji. W ciągu kilkunastu minut zjawiło się 50 policjantów łącznie z oddziałem agentłw stanowych i federalnych. Szef policji Paul Hansen i powiatu Lawrence - szeryf Rick Mowell negocjował z przywódcami Angel'sów.
"Perswadowaliśmy im by sie zachowywali jak szanujący prawo obywatele" relacjonował Hansen, "jesli mamy zatrzymać pojazd, to to zrobimy". "Oni przyznali że nie widzą w tym problemu i że po prostu chcą się zabawić", "Potem nie było już problemów". Jest coraz mniej konfrontacji w Sturgis. Poza Angels'ami, są Bandidos oraz Sons of Silence.
To miasto jest święte, i panuje tu wieczny rozejm. W tym roku, policja łącznie z posiłkami z poza stanu aresztowała tylko kilku członków gangu za wykroczenia za narkotyki lub nielegalną broń. Za bójki, aresztowani są głównie małżonkowie.
Sześć lat temu, na piećdziesięciolecie rajdu Black Hills Motor Classic, członkowie gangu zwanego Outlaws zranili dwóch Sons of Silence. Podźgali ich nożami przed Gunner's lounge, a Sons of Silence postrzelili pistoletem Outlaw'a. Tego samego roku stukilogramowy biker z Australii, otumaniony narkotykami zapukał do drzwi mieszkańca Sturgis i przytknął mu pięćdziesiecio centymetrowy nóż do nosa. Potem biegał ulicami przewracając motocykle i uszkadzając samochody, aż policja go okrążyła. Wtedy on rzucił się na nich z nożem, a ci go zastrzelili. Tego tez roku dziewięć osób zginęło w wypadkach samochodowych i motocyklowych. Jedna osoba zatruła się w namiocie monotlenkiem węgla. Wydarzyły się też 113 wypadki samochodowe, w których zranionych zostało 78 osób. Policjanci wypisali 1060 mandatów drogowych i 2143 ostrzeżeń. Aresztowano dwieście dwie osoby za jazdę po pijaku i 73 za narkotyki. Tego roku nikogo nie zadźgano, nikogo nie zastrzelono, jedna osoba zgineła w wypadku samochodowym. Ogólnie przestepczość zmalała. Powodem po części jest frekwencja. W 1990, zjechało się do Sturgis 275,000 bikerów. Niektórzy twierdzą że 400,000. Tego roku szef policji Jim Bush szacuje frekwencję na 200,000. Nadal dość dużo by wywołać nieszczęście. Bush twierdzi że to dzięki sprawniejszej organizacji. A reszta? To musi być przez te RUB'y i Zen and the art of motorcycle maintenance za darmo. Już kolejne rally jest w przygotowaniu.
