
Czytelniku, jeśli chcesz dodać do tego śpiewnika swoją piosenkę przyślij mi tekst. Ściągę z tekstami znajdziesz na Stronie Polskiej Piosenki.
|
Tam gdzie Pik Giergiela dotyka chmur,
Słońce żarem trawi ziemię w krąg, Tam najmitów polskich przy ognisku chór Duchom obcej ziemi nuci swój song -
Nie pamięta nikt, czy miał gdzieś dom, W ziemi wypalonej znaleźć chcą swój szlak, Dym unosi zapach dalekich stron.
A w powietrzu rozpalonym drga Jeźdźca cień zgarbiony, co do raju wrót Wozów sznur prowadzi wolno pod wiatr.
Za wędrowców tamtych z dymnej mgły Bo za ich wozami kiedyś przecież też Nasze własne cienie będą tu szły.
|
|
![]() |
Gdy dzień się kończy i mrok zapada
Wtedy przychodzi do nas ballada, O barwnym życiu nam opowiada Na wszystko radę dobrą ma.
Pamiętaj zawsze, że jest ballada. O barwnym życiu nam opowiada Na wszystko dobrą radę ma. Gdzie łańcuch gór w niebo się szerzy Przygody które możemy przeżyć Ballada opisuje nam.
Dalej niż nogi ponieść nas mogą. Śpiewa dla wszystkich i dla nikogo Na wszystko radę dobrą ma. O szarej prerii zalanej słońcem, Żywicznych lasach, lasach bez końca Ballada opowiada nam.
Pamiętaj zawsze, że jest ballada O barwnym życiu nam opowiada Na wszystko dobrą radę ma. |
|
Przez ile dróg musi przejść każdy z nas
By mógł człowiekiem się stać, Przez ile mórz lecieć ma biały ptak Nim w końcu spadnie na piach. Przez ile lat będzie kanion ten trwał Nim w końcu rozkruszy go czas. Odpowie ci wiatr wiejący przez świat, Odpowie ci bracie tylko wiatr.
Nim deszcz go na mórz zniesie dno Przez ile ksiąg pisze się ludzki byt Nim wolność wypisze w nim ktoś, Przez ile lat nie odważy się nikt zawołać, Że czas zmienić świat. Odpowie ci wiatr wiejący przez świat, Odpowie ci bracie tylko wiatr. Nie wiedząc, że niebo jest tuż Przez ile łez i ile bólu i skarg Przejść trzeba i przeszło się już, Jak blisko śmierć musi przejść obok nas By człowiek zrozumiał swój los. Odpowie ci wiatr wiejący przez świat, I ty swą odpowiedź rzuć na wiatr. | ![]() |
![]() |
Czołga się płową linią grzbietu,
Zmierzchu cień, Nie wiadomo skąd przychodzi noc, I dokąd odszedł dzień. Może w lasach na Jawornicy Skrył się i czeka, Aż o brzasku ponad przełęczą, Wzejdzie jutrzenka. Mucharz przysiadł na wzgórzu i drzemie Jak nocny stróż, Tam Propokiew i Łękawica, Zasnęły już. Znam tu wioski, znam tutaj ludzi Jak dolę własną, Tu i miłość, i śpiew, i życie, W milczeniu groźnym gasną. W chatach wrosłych w doliny, kotliny, Sen ludzi morzy, Wcześnie idą spać by rychło wstać, Przed brzaskiem zorzy. Może w lasach ... |
|
Konie zielone przebiegły galopem
I spod ich kopyt wytrysnęły kwiaty, Żaby w sadzawce rozpaliły ogień, Na niebie księżyc pozapalał gwiazdy. Nad brzegiem stawu wsłuchany w krzyk czajek, Owiany mocną wonią tataraku Patrzyłeś w gwiazdy na samym dnie stawu, Mówiłeś do mnie, że nadchodzi lato.
Lato zielonych lasów, lato kukułek i czajek. Pod kopytami zwiędły letnie kwiaty. Żaby w sadzawce wygasiły ogień I ciemne chmury przesłoniły gwiazdy. Znad brzegu stawu daleki wracałeś, A staw zamierał w woni tataraku, Mówiłeś do mnie daleki i obcy, Że przeminęło chyba nasze lato.
Lato zielonych lasów, lato kukułek i czajek. | ![]() |
![]() |
Płacze dziewczynka -
Balon uciekł jej. Ludzie mówią "nie płacz", A balonki hen ... Płacze dziewczyna - Chłopca trzeba jej. Ludzie mówią "nie płacz", A balonik hen ... Płacze kobieta - Mąż pożucił ją, Ludzie mówią "nie płacz", A balonik hen ... Płacze staruszka - "Mamo, szkoda łez!" A balonik wrócił I błękitny jest. |
|
Kiedy w piątek słonce świeci
Serce mi do góry wzlata, Że w sobotę wezmę plecak W podróż do mojego świata.
Słońce, góry, pola, wiatr. Nic mnie więcej nie obchodzi, Bom turystą się urodził. Wśród pojazdów, kurzu, spalin, Ja w zieloną jadę ciszę, W ścieżki pełne słodkich malin.
Czy w jęczmienia żółtym łanie, Czy przypadkiem za pół wieku Coś z tym światem się nie stanie. Przetrwał jeszcze z tysiąc lat, Żeby mogły nasze dzieci Z tego świata też się cieszyć. | ![]() |
![]() |
Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży,
Druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi, A ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz
Drugie kłamstwo - gorzki śmiech, śmiechu nigdy dość, A to trzecie gdy już przejdzie przez twój próg
Drugiej wojny jeszcze dziś winnych szuka świat, A tej trzeciej co chce przerwać nasze dni
|
|
Wieczorem, późnym wieczorem
Panny wychodzą nad wodę. Nad rzeką nachylają twarze, Coś do niej szepcą, o czymś marzą.
Rzeki to idące drogi, A łodzie - wędrowcy tych dróg. Dwa razy w tej samej wodzie Nie przejrzy się człowiek, ni duch. Rzeki to płynące ścieki, Na łodziach osadza się brud. Dwa razy w tej samej wodzie Nie myje się zębów ni nóg. Odbicie swe potrącając I wiatrem miękko kołysane W jego gadanie zasłuchane. Noc pachnie miodem i miętą, A wianki płyną stadami, Płyną od zmroku aż do świtu, Płyną tak znikąd, hen do nikąd. | ![]() |
![]() |
Nad prerią zapadł letni zmierzch
Po stepie hula wiatr. Rozsiodłał stary kowboj konia Przy ognisku siadł. Gdy ogień resztką sił się tlił Dorzucił parę drew Wieczorne mgły niosą jego śpiew.
Byle by koń, wiatronogi druh, Byle by kolt, lasso i bat Co mi tam chłód, co mi tam wiatr. Gdyś źrebakiem był Marzyłem kupię sobie dom Jak człowiek będę żył. Pasałem bydło całe życie Co dziś mam czy wiesz? Dwa kolty mam, ciebie i tę pieśń.
Wyganiali bydło w step Starego pochowali Starej szkapie kula w łeb. Na morzu preri w dali Gdzieś kowbojów znika sznur I tylko pieśń szumi jeszcze bór. |
|
Słońce, słońce w ramionach
Czy twego ciała kryształ pełen Owoców białych, gdzie zdrój zielony tryska Gdzie oczy miękkie w mroku Tak pół mnie, a pół Bogu.
W utajonych alejach twe odbicie U wody jak w pragnieniach, w nadziejach Twoje usta u źródeł To syte to znów głodne I twój śmiech i płakanie Nie odpłynie - zostanie. Jak ramionami, głosem W czas daleki, wysoko W obcowanie obłokom Tak pół mnie, a pół tobie. | ![]() |
![]() |
Lato z ptakami odchodzi
Wiatr skręca liście w warkocze Dywanem okrywa szlaki Szkarłaty wiesza na zboczach. Przyobleka myśli w kolory Zieleń liści zmienia w purpurę Idę w góry cieszyć się życiem Idę wymachując kosturem.
Idę w góry cieszyć się życiem Oddać dłoniom halnego włosy, W szelest liści wsłuchać się pragnę, W odlatujących ptaków głosy. Dzień spracowany ucieka, Anioł zapala gwiazdy, Oświetla drogę człowieka. Już niedługo rozpalę ogień Na rozległej górskiej polanie Już niedługo szałas przytulny Wśrod dostojnych buków powstanie.
|
|
Buty całkiem przemoczone,
Na nic się nie zdadzą komu, Plecak stary, płaszcz dziurawy, Czas powrotów, czas powrotów.
Takie tu lasy i takie drzewa Bezdroża, że nie śniło się nikomu. Coś we mnie tańczy, coś we mnie śpiewa, I jeszcze nie chce mi się wracać do domu. Smalec z puszki przesolony. Mama w mieście czeka z plackiem, Czas powrotów, czas powrotów.
|
![]() |
![]() |
Zbuduję sobie tratwę
I popłynę rzeką w dół Zbuduję sobie szałas Na prerii pośród gór
O blues jest wtedy (kiedy?) Kiedy człowiekowi jest źle. Bujałem się nie raz Choć ludzie mi mówili Że mogę skręcić kark.
Grasował jeden chrząszcz Dziś trzy tysiące chrząszczy Bawełnę zżera mą.
Tańczyła z nim nie raz Po ślubie przysięgała Ten ktoś to był jej brat.
Grasował jeden śledz Dziś trzy tysiące śledzi Pożera moją sieć.
|
|
Z mego okna widać chmury, na skalistych grzędach
Przetrę szyby ciepłą dłonią, razem z nimi siądę I będą mi grały wiatry na organach turni Kiedy pójdę zbójnikować nad dachami równin. Z mego okna widać potok doliną, doliną Dumnych smreków las szeroki Mgły w kosodrzewinach I będą mi grały wiatry w zaklętej kolibie Noc krzesanym się zatańczy po niebach, po niebach. Orawo; wiatrem malowany dach Ciupagami wysrebrzany na smrekowych pniach Orawo; wiatrem malowany dom Gdzie zbójnickie śpiewogrania po kolebach śpią. Z mego okna widać chmury Na skalistych grzędach Przetrę szybę ciepłą dłonią, razem z nimi siędę. I będą mi grały wiatry na organach turni Moje życie tylko w górach nad dachami równin. Orawo ... | ![]() |
![]() |
Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści Wtedy chętnie słucha człowiek Morskich opowieści
Kto nie chce niech nie słucha Jak balsam są dla ucha Morskie opowieści. Hej ha kolejkę nalej Hej ha kielichy wznieście To zrobi doskonale Morskim opowieściom. Sztorm to wiatr co dmucha z gestem Cierpi kraj na niedostatek Morskich opowieści.
Kto nie chce niech nie wierzy Nam na tym nie zależy Więc wypijmy jeszcze ! Hej ha kolejkę nalej Hej ha kielichy wznieście To zrobi doskonale Morskim opowieściom. Żywił się wyłącznie pieprzem Sypał pieprz do konfitury, I do zupy mlecznej.
Mówiać, że to zdrożne wieści Ale to jest właśnie klimat Morskich opowieści.
|
|
Dopóki ziemia kręci się,
Dopóki jest tak czy siak Panie ofiaruj każdemu z nas Czego mu w życiu brak. Mędrcowi darować głowę racz Tchórzowi dać konia chciej, Sypnij grosza szczęściarzom I mnie w opiece swej miej.
O Panie daj nam znak Władzy spragnionym uczyń By władza im poszła w smak. Niech się poczują lżej Daj Kaimowi skruchę I mnie w opiece swej miej. Wierzę w twą moc i gest. Jak wierzy żolnierz zabity, Że w siódmym niebie jest Jak zmysł każdy chłonie z wiarą Twój ledwie słyszalny głos Jak wszyscy wierzymy w Ciebie Nie wiedząc co niesie los.
Boże jedyny spraw Dopóki nam ziemia kręci się Zdumiona obrotem spraw. Dopóki czasu i prochu Wciąż jeszcze wystarcza jej Dajże nam wszystkim po trochu I mnie w opiece swej miej. | ![]() |
![]() |
Pamiętam był ogromny mróz,
Od Cheetahway do Syracuse.
Od Syracuse do Cheetahway . Od Cheetahway do Syracuse.
Ten z Ceetahway, ten z Syracuse. Nie z Ceetahway, nie z Syracuse.
Gdzieś w Syracuse, gdzieś w Cheetahway. Do Cheetahway, do Syracuse.
Od Syracuse do Cheetahway. |
|
Jutro popłyniemy daleko
Jeszcze dalej niż te obłoki Pokłonimy się nowym brzegom Odkryjemy nowe zatoki
Nowe ptaki znajdziemy i wody Posłuchamy jak bije olbrzymie, zielone Serce przyrody Jeszcze dalej niż te obłoki Pokłonimy się nowym brzegom Odkryjemy nowe zatoki
Nowe gwiazdy znajdziemy na niebie Popłyniemy daleko, daleko jak najdalej Jak najdalej przed siebie | ![]() |
![]() |
Hej, bystra woda, bystra wodiczka -
Pytało dziewce o Janicka - Hej, lesie ciemny, wirsku zieleny, Ka mój Janicek umileny?
Nie chodź po orawskim chodnicku. - Hej, dość to ześ mnie nagnał u owiecek, Ostań psy dziewcynie kolwiecek! Hej, ze Janicka porubali, - Hej, porubali go Orawianie, Hej, za owiecki, za barany!
Nie chodź po orawskim chodniku. Hej, bo cię te orawskie juhasy Długie uz hań cekali casy! Uz go, Janicka nie obace, - Ka orawskiego zamecku ściany Leży Janicek porubany! |
|
Ktoś mówił, że z gliny ulepił nas Pan,
Lecz nędzarz się składa z kości i krwi. Z kości i krwi, i jarzma na kark, I pary rąk, pary silnych rąk.
Tym więcej masz długów, im więcej masz lat. Nie wołaj Święty Piotrze, Ja nie mogę przyjść, sklep turystów wziął Moją duszę za dług. Podniosłem więc szuflę, poszedłem pod szynk. Nadzorca mi rzekł: - Nie zbawi cię Pan, Załaduj co dzień po szesnaście ton.
Szesnastu tonom podołać co dzień. Szesnaście ton, szesnaście,jak drut, Co dzień nie da rady i we dwóch.
Gdyż byli już tacy, nie pytaj, gdzie są, Nie pytaj, gdzie są, bo zawsze jest ktoś, Nie ten, to ów, co urządzi cię.
| ![]() |
![]() |
Czerwony pas, czerwony pas,
Za pasem broń, za pasem broń I topór co błyszczy z dala. Wesoła myśl, wesoła myśl, Swobodna dłoń, swobodna dłoń - To strój, to życie górala. Hej! Tam szum Prutu, Czeremyszu Hucułom przygrywa A ochocza kołomyja do tańca porywa. Dla Hucuła nie ma życia, jak na połoninie - Gdy go losy w doły, w doły rzucą, Wnet z tęsknoty ginie. Czumbaj, czumbaj, czumbaria uha Czumbaj, czumbaj, czumbaj, czumbaj, czumbaria uha ! |
|
Tam, gdzie najtęższej sośnie,
Upić się czasem zdaży Gdzie wiatr jak winem z morza jodem dmie. Gdzie wierzba nad strumykiem Zmęczone chłodząc stopy, Północ bez trudu dojrzy - w ładny dzień. Rzeabiarz zamorski sławny, przemierzał kiedyś lata, Wilgotnych butów znaczył każdy krok. Zakatarzonym marszem do domu swego wracał Zgubił cudownych luster sto.
Zanurzyłem dłonie puste Zanim słońce cicho wzeszło na pogodę. Dzbany młodość dopijały W świat odbity, świat wspaniały Wrysowałem swe odbicie młode. I po swojemu splotła - wystrój dnia, Jak dzikich kaczek stado, z odlotem się wstrzymała, By w lustrze się przeglądnąć - jeszcze raz. I każdy kto przechodził, u lustra tego stawał, Rumieńcem barw wytaczał obraz swój, I tylko zima biała, odbicia nie znalazła, Znalazła chłodnych powiek lód.
| ![]() |
![]() |
Żółte liście z drzew, strąca wiatr,
I poranna mgła, otula świat, Kolorowe buki od rannego chłodu drżą, Jeśli przeżyć chcesz, baśniowy sen, W mgły porannej wejda, zwiewny tren, Stań i słuchaj o czym szemrze potok pośród skał. I choć z połonin zimny wicher dmie, I na Otrycie buki do stóp gnie, Tu nad Wetkinią - w lekkiej mgle Sny spełniają się Gdzieś daleko stąd pozostał świat, W którym żyłeś tyle lat, Świat, którego rysy dziś w niepamięć puścić chcesz. Gdy odjechać przyjdzie czas, Myślą wrócisz tu nie jeden raz, Tu gdzie leśny potok tak gościnnie przyjął nas.
|
|
Oddam zegar na zawsze w dobre ręce,
Stary zegar, który po ojcu mam, Zegar, co bije w moim sercu, Zegar, co zęby przy mnie zjadł. Potraciłem oddałem prawie wszystko, Szafę i dwa krzesła wziął nocny stróż, Szczęście, że grabarz wziął łopatę, Na pewno jej nie odda już.
Już mnie tutaj nic nie trzyma, W każdej chwili mogę iść, Jeszcze tylko zegar oddam ten, Bo za ciężki, by go nieść. Dobry zegar co czasem rządzi sam, Nie trzeba wcale go nakręcać Kto zechce całkiem darmo dam. Podpaliłem rupiecie na poddaszu, Poszedł baszkot ostatni na ten cel, Nic nie mam co by mnie trzymało, Nic tylko zegar oddać chcę.
Już mnie tutaj nic nie trzyma, W każdej chwili mogę iść, Jeszcze tylko zegar oddam ten, Bo za ciężki, by go nieść. | ![]() |
![]() |
Już czernią głogów czerwień
Złotawa młodość wrzosów Wiatr z głowy czapkę zerwie Pod stopę gór położy.
I zbudujemy dom Bez strychów i bez piwnic Zapłonie lampą klon Zapachem lasów grzybnych Nie trzeba stawiać pieców Nie musisz okien szklić Więc zbudujemy dom Bo taki dom musi być. I wyżej wciąż bez słowa Na wyciągnięcie dłoni Będziemy dom budować
I zbudujemy dom... Na wszystkie świata strony Zapłonie lampą dom Wędrowcom dniem zmienionych. |
|
Gorące dnie i noce bez snu,
Trzymaj kurs, Santy Anna, Meksyku bramy widzę już Ozdobione w haft zielonych gór.
Trzymaj kurs, Santy Anna, Jak wschodzi nad zachodem dnia Księżyc - perła meksykanskich gór. Trzymaj kurs, Santy Anna, U krzywych szyb pulguerii noc Sączy światła kolorowych lamp.
Trzymaj kurs, Santy Anna, Z agawy wódki, gorzki smak Jak natrętnie kołująca ćma. Trzymaj kurs, Santy Anna, Meksyku bramy widzę już Ozdobione w haft zielonych gór. | ![]() |
![]() |
Nie mój Dunajec szumi mi
Nie moja bystra woda Tylko przychodzą stare sny Swoboda, ech swoboda.
Nie przypominaj mi się śnie W młodości mojej zdrowej Bo mi żal w piersi duszę rwie Nad siłę ludzkiej mowy. Trzasku i dymu stosów, I nikt znad głuchych szczytów Tatr Patrzących w dół niebiosów.
I w świecie nikt nie kochał tak Samotnej, skalnej drogi Urwisk, gdzie w dole kuka ptak I groza pieści nogi. |
|
Na drogi złe, dni te zwyczajne,
I na najwyższe z progów, Dostaliśmy w dłonie balladę, I pachnie jak owoc z głogu.
I będzie przebiegać muzyka, Czy wiesz, jak to dużo po dniach, I wiesz, że jak bukiet rozkwita, Ballada - posag mój. Na ścieżki i wilcze doły, Gdy chcę, na głos będzie nam krzyczeć, I w marszu nam nie ustoi. A kiedy będziemy odchodzić, Hen, do krainy łowów, Błękitne się niebo otworzy, I spadnie jak owoc z głogu. | ![]() |
![]() |
Ragazzo da napoli
Zajechał Mirafiori, Na sam trotuar wjechał kołami. Nosem prezent poczułaś, Już taka jesteś czuła, Że pomyślałaś o nim "bella mi".
A prezent ci się marzył, Za dziesięć centów torba w "Pewex"-ie. Ty miałaś cztery złote, On proponował hotel I nie musiałaś zameldować się. Damo bez matury, Koza ma prezencję lepszą niżli ty. Czemu smutną minę masz I wzrok ponury ? "Ciao, Bambina" - spadaj mała, Tam są drzwi.
Sprawdziłaś, a więc znasz to, A on nie sprawdził ile ty masz lat. On mówił "bella blonda..." A popatrz jak wyglądasz, Te włosy masz, jak ten co w błoto wpadł. Swojego prezentera, Co dyskotekę robi i ma styl. Straciłaś fatyganta, Chciał kupić ci Trabanta, Czy warto było za tych parę chwil.
"Buona notte" pewnie też nie powie ci, Jeszcze wierzysz, że dla ciebie śpiewa Drupi. "Ciao, bambina" - spadaj mała, Tam są drzwi. Więc nie mów do mnie "kotek" Ja nie wiem co Volkswagen, a co Ford. Nie jestem tak bogaty, Nie wezmę cię do chaty, Więc przestań mnie nazywać "My sweet lord"
Inny wszak, niż ja, romeo co się śni. W żadnym calu nie wyglądam jak spagetti, Ciao, bambina - spadaj mała, Tam są drzwi. To pamiętać będziesz po kres swoich dni. Tęskniąc za nim jak złotówka za dolarem, Ciao, bambina - spadaj mała, Tam są drzwi. |
|
Nie siedź ciągle przy oknie
Gdy obok znów mija dzień Świat za oknem w deszczu moknie Ale popatrz już za chwilę Słońce będzie wiem.
Na smutek też sposób jest Pomyśl już o nowej wiośnie O wyprawach na pustynię I o rajdach też. Hej zagubiony szlak Nie płacz, że cię bolą nogi Kiedy z nami idziesz przez świat
Bo znów uśmiechasz się Pomyśl jeszcze raz od nowa Czy to warto siedzieć w domu Chyba jednak nie. Wygodne buty weź też Gdy będziemy już na szlaku Zapomnimy o kłopotach Choćby padał deszcz.
| ![]() |
![]() |
Ścieżką, wśród sennych lasów,
Jak życia meander kręci, Wiedzie nas na rozstaje, Dokąd idziecie studenci.
Pożółkłe liście szeleszczą, Drzew szpaler ciągnie się niemy A my przez życia wertepy, Wędrujemy wciąż wędrujemy. Nieraz borykał się z losem, To nic, że ciąży ołowiem, Na szlaku szczęście w nim niosę. Weź na drogę manierkę, W której woda się zbiera, Więcej tobie pomoże, Niż tysiąc słów przyjaciela. Ludzie nikną w ciemnościach, Noc już zapada głucha, Tylko, gdzieś przy ognisku, Mrok się w piosence zasłuchał. |
|
Pójdę tam, gdzie serca biją równiej,
Gdzie zegary tracą rytm Tam, gdzie można śmiać się w niepogodę Gdzie słońce świeci dłużej.
Oj ! nie martw się Może jutro już pójdziesz tam. Swoje diabły, Tam gdzie nie podnosi nikt z ulicy Ukradkiem papierosa.
Oj! nie martw się Może jutro już pójdziesz tam. | ![]() |
![]() |
Już słońce zaszło w dali
I mgła się ściele do stóp. Idziemy dalej i dalej, tam, Gdzie tylko ciemność i chłód.
Szczeniacki świat naszych marzeń prysł. Zdeptany setką stóp. Nieraz byliśmy na dnie. Lecz żaden z nas się nie skarżył, Gdyż nasz świat nie lubi łez. Niewielu z nas zostało i resztę zetrze czas. By wrócić, sił za mało już, A zresztą świat przeklął nas. |
|
Znowu czas odejść z gór
I po co nam była ta miłość, Widziana w twarzach panien płowych. Znowu czas odejść z gór I prędko zapomnieć, jak pachnie wino Z czerwonych głogów, z jałowca herbem sinym.
A my się dalej pniemy w jesień Wsłuchani w echa marzeń niedorosłych. Potem się damy oszukać od nowa Nadchodzącym wiosnom. I po co nam była ta miłość, Do białych wiosek i ciszy przy drodze. Znowu czas odejść z gór I prędko zapomnieć jak pachnie dymem Dzień obudzony w cerkiewnym bani łkaniu. | ![]() |
![]() |
Lato było jakieś szare,
I słowikom brakło tchu. Smutnych wierszy parę, Ktoś napisał znów. Smutnych wierszy nigdy dosyć, I zranionych ciężko serc, Nieprzespanych nocy, Które trawi lęk.
W łez kałużach ja i ty. Wypłakane oczy i przekwitłe bzy. Płacze z nami deszcz, I fontanna płacze też, Trochę zadziwiona skąd ma tyle łez. Muza czyli wonny znak Czemu wam poeci Miodu w sercach brak. Muza ma sukienkę krótką Muza skrzydła ma u rąk Lecz wam ciągle smutno, A mnie boli ząb.
|
|
Słońce pełznie po niebie jak pająk,
Wiatr na wodzie napisał swój wiersz, Tataraki się sobe kłaniają, Co to znaczy ? - Ty wiesz i ja wiem:
Że tyle gwiazd wieczorem - znaczy lato, Że chmurka biała płynie, Że marzysz o dziewczynie I nic nie poradzisz już na to ... Że morski piasek złoty - znaczy lato, Stawiane w krąg namioty - znaczy lato, Zająca w polu skok, Na drodze auto-stop - To wszystko, to wszystko - znaczy lato. Dzisiaj w szkole ostatni już dzień. Nasze ławki odpoczną i zasną, Co to znaczy ? - Ty wiesz i ja wiem:
Drzewa szarą zasnują się mgłą, Wspomnieniami dni będą szeleścić I jak bajkę powtórzę ci to -
| ![]() |
![]() |
W piwnicznej izbie siedzę sam
Nad kuflem pełnym piwa, Oczyma wodzę tu i tam, A głowa mi się kiwa.
I o to, że wciąż tyję, Ja biorę kufel w ręce swe I piję, i piję, i piję. Dziewczynę, konia, trunek I rzekł: "Wybieraj co chcesz sam Ja płacę za rachunek".
A koń wyciąga szyję, Ja biorę kufel w ręce swe I piję, i piję, i piję. I stanę u stóp tronu, Pokłonię się aż po sam pas I rzeknę bez pardonu
I wiedzieć gdzie się kryją, Lecz ty mnie Panie Boże wsadź Gdzie piją, gdzie piją, gdzie piją" (do dna). |
|
Tam gdzie byłem zielone łany
Niosły zapach skoszonej trawy. Ponad łąką mgliste tumany Świt przyniosły łzawy.
Polami i szosą Wędrować przed siebie, Gdzie oczy poniosą. Pustą dłonią wstrzymały ziemię, I jak dawniej cienie ich szare W trawach cicho drzemią.
Polną drogą wśrod smukłych wieżyc A przed słońcem znów mnie ukryje Cień przydrożnej wierzby. | ![]() |
![]() |
Czy słońce na niebie, czy wieczór zapada
Wędruje po świecie cygańska ballada. I śpiewa włóczęgom w dalekich dąbrowach Jak dobrze z balladą wędrować.
I wrzuci do ognia gałazkę jałowca. Kto raz się zachłysnął podobnym zapachem, Ten nigdy nie uśnie pod dachem. By poszła do miasta i wzięła posadę. Że tam ją czekają przyjęcia i bale A tutaj marnuje swój talent.
Nie dla niej kariera, nie dla niej estrada. Bo w mieście balladom jest duszno i obco, I któżby zaśpiewał wędrowcom. |
|
Już księżyc na niebie wychodzi,
Zapłoną dokoła ogniska. I wkrótce popłynie z Hawiarskiej Koliby Melodia nam wszystkim tak bliska.
Dokoła złotego ogniska. Wiatr niesie melodię z Hawiarskiej Koliby Nad pola, nad lasy, nad urwiska. Do domów Wołochów i Lemków. Piosenkę rajdową Hawiarskiej Koliby Piosenkę krakowskich studentów.
I promień słońca już błyska, Pogasły ogniska w Hawiarskiej Kolibie Do snu kładzie się cała izba. | ![]() |
![]() |
My cyganie, co pędzimy z wiatrem,
My cyganie znamy cały świat. My cyganie wszystkim gramy, A śpiewamy sobie tak:
Hej amore, szabadabada, O buriaty, o szogriaty, Hejże rojka na mienia. Kiedy gwiżdzę, gwiżdze ze mną wiatr, Zamknę oczy, liście więdną, Kiedy milknę, milczy swiat.
Gdy śpiewamy słucha każdy rad. Niechaj każdy z nami śpiewa, Niech rozbrzmiewa piosnka ta. Całą radość damy wam. Będzie prościej, będzie jaśniej Gdy zaspiewa każdy z was. |
|
Nikogo nie żal mi jak Wani -
Wszak jego winy nie ma w tym, Wszystkiemu winna tamta pani, Że poszedł za nią tak jak w dym. A pasowałoby mu wszystko, Już wszystko więcej niż ten traf, Że z cyrku porwie go artystka, Na linie tańcząc pośród braw. Bo nie wierzymy w czas kochania, Że życie biedy przyda nam. Oj Wania, Wania, biedny Wania I spójrz - po linie idziesz sam. | ![]() |
![]() |
Słońca dysk zaginął już w konarach,
Na polanę spłynął szary mrok, Smętnie zadzwoniła gdzieś gitara, W nocnej ciszy czyjś zamiera krok.
W blasku iskier zamarł cieni krąg Wysłuchując starych opowiadań Zasłyszanych gdzieś daleko stąd. Błądzi zapomniany, niemy cień, A w swych troskach smętnie zadumany Żegna świątek odchodzący dzień.
Zgasłych ognisk dym już sięga chmur. Pomyśl - ile niespełnionych marzeń Łączy w sobie pożegnanie gór. Oczy ikon, nieprzebyty szlak, Szumu jodeł nie da się zapomnieć, Będziesz wracał do nich w swoich snach. |
|
Ja o drogę się nie pytam,
Bo nie ważny dla mnie czas, Nie zabłądzę bo nie mogę, Domu nie mam już od lat. Grosza nie mam i nie będę Nigdy swego domu miał, Ale zawsze robić będę To co tylko będę chciał Jakiś leszcz kamieniem cisnął Za mna jak za jakimś psem, Dziwią wtedy się ludziska, Że coś pewnie ukraś chcę. Gdy mnie głód za gardło ściśnie, To dwie ręce jeszcze mam. Dziwią wtedy się ludziska, Że na chleb zarabiam sam. Spać pod drzewem jest wesoło, A na trasie - każdy brat, Piasek sypie się pod koła, A ja wolny jak ten ptak. | ![]() |
![]() |
Był niepozorny
brzydki i chudy wręcz nieudolny w rozmowach nudny w obejściu prosty prawie bez zalet gość domorosły miał jeden talent
On wciąż był sprawcą wielu ciąż jako mąż i nie mąż żaden intelekt jemu starczyło że mógł zdjąć beret a już płeć piękna wpadała w zachwyt od razu miękła w miejscach swych pachwin
Więc wciąż był sprawcą wielu ciąż jako mąż i nie mąż to wielkie dziwo wciąż szukał sklepu z prezerwatywą i tu czerwienić się nie wypada tego nie zmieni żadna ustawa
On wciąż jest sprawcą wielu ciąż jako mąż i nie mąż |
|
Wyszedłem na podwórze
a tam wisiał na sznurze twój stanik oczyma wyobraźni ujrzałem scen odważnych peany ilekroć pranie suszysz wystawiasz na pokusy me myśli odczuwam lepkość dłoni wtedy jestem zmuszomy wziąść prysznic
Wydaje mi się, że grzeszę we własnym interesie u ciebie wciąż się świeci na piętrze przeważnie nie zasłaniasz widzę więc częsc twej sofy we wnęce przy oknie spędzam noce ręce trzymam pod kocem zazwyczaj i czuję w takich chwilach jakby nas nie dzieliła ulica
Wydaje mi się, że grzeszę we własnym interesie widziałem prawie wszystko przez dekolt w tłoku przyparłaś biodrem posunąć się więc nie mogłem daleko lecz ty wysiadłaś własnie z przejęcia dziś nie zasnę w ogóle pewno trochę postękam wypiorę sobie w rękach koszulę
Wydaje mi się, że grzeszę we własnym interesie Wydaje mi się, że grzeszę we własnym interesie ale dopiero po tym mam zgryzoty | ![]() |
![]() |
Naprawdę mało
mu się udało w życiu dokonać największy sukces miał w podstawówce to, że skończona jego małżeństwo jedno przekleństwo w spółdzielczym bloku mimo pacieżów pełne łupieżu i łojotoku
Robił łopatą jak jego tato przy każdej pensji pełen pretensji to po mamusi jak często mawiał był podle gruby Żydów nie lubił z Legi Warszawa zaś jego pasja to tak się nachlać by móc zapomnieć i w innym świecie zaraz po trzeciej tkwić nieprzytomie
Robił łopatą jak jego tato (Stanisław Gołąb ) przy każde pensji pełen pretensji (do wszystkich w koło ) mu się udało w życiu dokonać największy sukces miał w podstawówce to, że skończona w każdym lokalu pił zawsze z żalu bo wierzył święcie że jak wyliczał mu się od życia należy więcej
Robił łopatą jak jego tato (Stanisław Gołąb ) przy każdej pensji pełen pretensji (do wszystkich wkoło ) |
|
Krzaki i drzewa puszczają pąki
ptaszek zaśpiewał, że znów na łąki wiosna powraca zielonym kwieciem wietrzy się tapczan, cieplej na świecie pies węszy chętniej w parku za kijem mogło być pięknie lecz ty wciąż tyjesz
przez twą otyłość gaśnie nasza miłość ludzie przy żniwach, upał- czas pocń kaczki po stawie płyną ochoczo świerszcz tyka w trawie bo cóż ma począć larwa się zmienia co rusz w motyla a ty ma miła znowu utyłaś
przez twą otyłość gaśnie nasza miłość wrzesień gdzieś umknął, przepadły muchy a na ulice wróciły płaszcze jesienne życie, chmur kilkanaście wcześniej do nory gna byle futrzak dluższe wieczory, ty coraz grubsza
przez otyłość gaśnie nasza miłość twoja otyłość zabiła naszą miłość twoja otyłość zabiła ją. | ![]() |
![]() |
Już nie bądź taki mądry
bo ci psi pysk wyrośnie tak zaczynała zwykle swoje listy miłosne lubiła heavy metal z butelki piła piwo nie próbuj przy niej ściemniać lub nawijać krzywo bo nazwie cię pedałem dziewczyna, którą kochałem nosiła czarną skórę w największy nawet upał jak nie paliła jointów wtedy paliła głupa w wokalu miała power gdy czasem darła ryja często mi powtarzała nie zmienię się za kija i zaliczała zwałę dziewczyna, którą kochałem
najczęściej po pijaku nienawidziła parchu frajerów i ciemiaków w jej życiu ciągły wyczad kiedyś nawet przed zgredem walnęła takim tekstem rzucając go na glebę wciąż przeginała pałę dziewczyna, którą kochałem do kolan opada szczęka bo pani domu przykładna dzieci nosząca na rękach najlepsza żona pod słońcem zatkało mnie z wrażenia i pomyślałem od razu kurwa jak ten świat się zmienia heja heja heja. |
|
W naszym mieście grasuje zboczeniec
pośród kobiet wielkie poruszenie każdy facet też kręci swym tyłkiem nie tak trudno jest dziś o pomyłkę pierwsza strona lokalnej gazety pamięciowe zamieszcza portrety gościa, który zło czyni po nocach według niektórych z obłędem w oczach inne znów zeznają, że ten człowiek nosi po prostu szkła kontaktowe
Coś się dzieje wreszcie gwałcą w naszym mieście za tę piosenkę zaś mnie powieście wystarczy głośniej powiedzieć stanik a już ku tobie palce wytknięte choćbyś od dziecka był impotentem umilkły nawet świńskie dowcipy każdy biust w mieście szczelnie zakryty policja szuka po krzakach błądzi wiadomo tylko facet ma trądzik czyli po prostu na twarzy pryszcze jesień się kończy, spadły już liście a ten zbereźnik codziennie w akcji mimo powszechnej mobilizacji
Coś się dzieje wreszcie gwałcą w naszym mieście za tę piosenkę zaś mnie powieście złapali na gorącym uczynku mężczyznę nawet w schludnej odzieży o dziwo w towarzystwie młodzieży jak się tłumaczył w prokuraturze jest organistą w kościelnym chórze i tam prowadzi za grosze marne trele morele z gruntu chóralne lecz na organach niechciał grać wcale wolał grać solo na waginale.
| ![]() |
![]() |
Na dziesiątym piętrze
żyję pośród mebli nie mam już nic więcej by do końca przepić
Zapachniało wiosną któż jest tenu winien? włosy szybciej rosną rok jesteś w Berlinie każdy dzień to hazard świat przeważnie mieszczę w paskudnych wyrazach
Pocztówki od ciebie stawiam na pianinie myślisz, że nic nie wiem? jesteś z nim w Berlinie wciąga wciąż mnie w nałóg żyję w taki sposób jakby z kryminału
Jestem pełen obaw co ciebie tam trzyma? czy to jego powab czy urok Berlina? że gdzieś we mnie żyjesz już ci wierzę prawie ja mieszkam w Warszawie ty mieszkasz w Berlinie |
|
Kochały się w radiowym spikerze
prawie mdlały gdy on był w eterze wsłuchiwały się w każdy odbiornik byle usłyszeć jego good morning rozumiały tylko to w zasadzie od niedawna były w Kanadzie lecz mimo to zapamiętale włączały wciąż ultrakrótkie fale gdzie on zwykle czytał wiadomości z kraju, ze świata, a nigdy z Bydgoszczy ekscytował je tember jego głosu mocni mężczyźni mówią w ten sposób tacy po nocach się im marzyli stąd to uczucie z angielska feeling Zaczęły szybko język poznawać dowiedziały się co to Ottawa na czym polega gra w hokeja to wszystko je tak ośmiela że piszą krótki list miłosny We love you - na adres rozgłośni Jedna na odpowieda czekała na próżno bowiem jak się dowiedziała póaniej z gazety z podrzędnego brukowca spiker od lat kocha się tylko w chłopcach dziewczyna wpada w chorobę nerwową i w desperacji żeni się z niemową do drugiej nadchodzi odpowiedź słodka że spiker chciałby się też z nią spotkać więc się spotkali w pewnej kawiarni ona tak skromna, a on popularny ona dosyć ładna on mały brzydal pokochali się język się przydał. | ![]() |
![]() |
Prawdziwa miłość
zwykle dłużej trwa niż kilka sekund prawdziwa miłość zostawia trwały ślad w człowieku prawdziwa miłość potrzebna jak komórce mitochondria prawdziwa miłość wcale się nie zdarza co dnia
a jak nie to wynocha jest tyle dziewcząt w mieście ja zaś atrakcyjny jestem (on ją porzuca ona odchodzi we łzach a on chodząc ulicami znajduje kolejną której śpiewa namiętnie) według niektórych nie zna granic prawdziwa miłość przeżyć może nawet Indianin przwdziwa miłość ponoć wszystko nam wybacza prawdziwa miłość jest jak zima dla c.o. palacza
a jak nie to wynocha jest tyle dziewcząt w mieście ja zaś atrakcyjny jestem ( on ją porzuca ona odchodzi we łzach a on chodząc ulicami znajduje następną której śpiewa namiętnie ) nie zdradzi - kiedyś tak śpiewano prawdziwa miłość zawsze inaczej a jednak tak samo prawdziwa miłość to ból, szczęście, rozkosz i udręka prawdziwa miłość często beznadziejna jak ta piosenka
a jak nie to wynocha jest tyle dziewcząt w mieście ja zaś atrakcyjny jestem ( on ją porzuca ona odchodzi we łzach a on chodząc ulicami śpiewa ) a jak nie to wynocha jest tyle dziewcząt w mieście ja zaś atrakcyjny jestem. |
|
Jak prawej skarpetce na lewej nodze
kaczorowi w zbyt zimnej wodzie trabantowi w centrum Hamburga Moczulskiemu gdy przy nim Urban Jest mi źle, jest mi naprawdę źle, naprawdę źle jak bokserowi po knock - oucie akrobacie w nieudanym salcie kapeli bez folkloru Niemcom z ruchem oporu Jest mi źle, jest mi naprawdę, naprawdę źle oh yeah jak rolnikom z Mławy, ze Słupska kolejarzom ludziom co stracili najważniejszy narząd tramwajowi w godzinie szczytu gitarzyście gdy braknie chwytów jest mi naprawdę źle, naprawdę źle, oh yeah jak niektórym w związku małżeńskim lub radzieckim Katarowi - krajowi lub katarowi co wymaga chusteczki jest mi źle, bo kocham cię, gdy nie ma cię jest mi naprawdę, naprawdę źle, oh yeah bo czym dla szewca bywają buty dla jajka na mięko trzy minuty dla dowodu osobistego seria dla latarki bateria tym dla mnie ty jesteś dlatego gdy przychodzisz mam dreszcze bo kocham cię i jest mi źle bo kocham cię i jest mi źle gdy nie ma cię, oh yeah moje kochanie jest mi źle gdy nie ma cię, oh yeah | ![]() |

Posługiwanie się tabelą jest bardzo proste - kółka oznaczają miejsca ustawienia palców na strunach. Nazwę odpowiedniego dźwięku można ustalić wiedząc, że progi leżą w odległościach półtonowych (zobacz rysunki chwytów). Pozostałe dźwięki akordu wydobywa się z pustych strun. Posługując się poprzeczką czyli tzw. chwytem barre, wykonanym przez położenie palca w poprzek całej chwytni, tworzymy niejako nowy próg, dzięki czemu uzyskujemy przy tych samych chwytach palcowych akordy w innych tonacjach (wykonane 2,3 i 4 palcami). Np. tworząc barre na I progu, a pozostałe palce (2,3 i 4)stawiając również o próg wyżej na tych samych strunach, uzyskujemy akord kolejny, brzmiący o półton wyżej. Np. chwyt E-dur przesunięty razem z barre na I próg da chwyt F-dur itd. Podobnie jest we wszystkich odmianach akordów.
Chwyty pięciostrunowe oznaczono skresłając odpowiednią strunę.