
Przyjeżdżając na Jaworzynę Krynicką poczujecie się jak w bajce. Tam chmury pokłonią się wam w pas, otulając wyskoki na 1116 metrów n.p.m. szczyt, białym delikatnym puchem. Natura zaś otworzy przed wami karty swej wspaniałej księgi ukazując w całej głębi piękno, potęgę oraz niespotykane wręcz bogactwo świata roślin i zwierząt. Niecałe pięć minut marszu od szczytu znajduje się schronisko, którego historia sięga 1928 roku. Na przestrzeni lat odwiedziło je wielu sławnych gości. Byli wśród nich śpiewacy o międzynarodowej sławie, tu kroniki wymieniają Jana Kiepurę, koronowane głowy, w tym królowa holenderska Juliana z mężem, czy przywódcy państw w osobie marszałka Józefa Piłsudskiego. Ten ostatni zostawił po sobie pamiątkę, którą każdy może nie tylko zobaczyć, ale i dotknąć. Otóż adiutant marszałka, z jego osobistego rozkazu, posadził w pobliżu pięć limb. Przyjęła się co prawda tylko jedna, tym niemniej rośnie nieopodal do dziś. Gościem schroniska był także legendarny już dziś Mieczysław Orłowicz, prekursor i popularyzator turystyki zespołowej. Obecnie schronisko przebudowane i zmodernizowane otwiera swe podwoje przed turystami szukającymi ciepła, pragnącymi odpocząć po wędrówce górskimi zboczami czy najzwyczajniej w świecie upajać się niespotykanej urody przyrodą. Jaworzynę, niby zielonym kobiercem, otula las mieszany z przewagą buka. Jodeł i świerków tu zatrzęsienie, rzadziej natomiast spotkać można sosny. Trafi się też jawor i dąb. Poza tym rośnie tu praktycznie wszystko, od wrzosu do dorodnych borówczaków. Wyjątek stanowi wysokotatrzańska kosówka. Również miłośnicy zwierząt nie będą mieli powodów do narzekań. Stada łań i jeleni przemykają między drzewami, a przy odrobinie szczęścia można wypatrzyć w gąszczu żbika, choć szczerze mówiąc niegdyś było ich w tych okolicach znacznie więcej. Trudniej dostrzec wilki, bo jak wieść niesie przeniosły się w Bieszczady, a ostatnio także i w Tatry.
Dwa lata temu zawitał do nas niedźwiedź - wspomina szef schroniska Marian Dzwoniarski. Był wielką atrakcją dla turystów. Zima panowała tylko w kalendarzu, bo i jakże mogło być inaczej skoro w lutym termometr wskazywał plus dwanaście stopni i padał deszcz. Na wiosnę, zapewne z powodu nieprzespanej zimy, futrzak był bardzo senny, a przez to mniej ostrożny. Wieczorem, koło Wierchomli, wszedł na tory i został potrącony przez pociąg. Maszynista nie zdążył wyhamować... Co roku tysiące ludzi odwiedza schronisko na Jaworzynie. Niektóre panie, przez to iż można na szczyt wjechać kolejką gondolową, przychodzą na szpilkach i mają pretensje dlaczego, jak nie przymierzając na krynickim deptaku, nie wyłożono ścieżki polbrukiem, bo to przecież takie wygodne i eleganckie. Inni zaś twierdzą, że nawet trasa ułożona z wielkim trudem przez ratowników GOPR z rodzimego kamienia, a prowadząca do szczytu, stanowi profanację góry, bo powinno być całkiem dziewiczo. Są też i tacy, którzy przyjeżdżają, by w schronisku zamieszkać na parę dni upajając się ciszą tu panującą, a wieczorami przy kominku, kojeni trzaskami płonących drewien, spokojnie przytulić się do siebie.
Na kuchnię na pewno nikt nie będzie narzekał - zapewnia Marian Dzwoniarski - wszystko bowiem staramy się przygotowywać domowym sposobem. I tak jak nasze babcie przed laty, sami kisimy kapustę, ogórki, zbieramy grzyby do słoików. Żurek w chlebie jest daniem regionalnym, a jednocześnie jedną ze specjalności kuchni na Jaworzynie. Najpierw z mieszaniny mąki razowej i siemię lnianego piecze się chleb w specjalnych foremkach, podobnych do wielkanocnych babek. Po rozcięciu jego górnej części (może służyć jako przykrywka, bo też ma kształt pokrywki imbryka) i wydrążeniu wnętrza, wlewa się doń zupę. Nabiera ona wtedy specyficznego smaku, któremu nawet najwięksi entuzjaści frykasów oprzeć się nie mogą. To kulinarne arcydzieło wychodzi spod rąk szefowej kuchni na Jaworzynie pani Anieli Bulendy rodem z Limanowej. Najpierw przygotowujemy wywar z rosołu - zdradza tajemnicę pani Aniela - podsmażając kiełbasę, względnie boczek i cebulę, wszystko dokładnie mieszając. Dodajemy liść laurowy, angielskie ziele, koperek i zieloną pietruszkę, a także mąkę żeby był gęstszy. Do smaku przyprawiamy magą i pieprzem, a następnie wrzucamy ugotowane na twardo i pokrojone w plasterki jajka, dodając przygotowany na mące żytniej zakwas. Na końcu wszystko podbijamy śmietaną. Jednakże najważniejszą rzecz w żurku stanowi czosnek, ot kilka startych ząbków.
Inną specjalnością pani Bulendy jest placek po zbójnicku. Jeżeli nie jedliście go w schronisku na Jaworzynie, to nie jedliście go wcale. Do utartych ziemniaków - wyjaśnia tajniki swej kuchni pani Aniela - wbijam jajko, dodaję mąkę, pieprz, sól, wegetę no i przede wszystkim czosnek. W międzyczasie przygotowuję gulasz z mięsa wieprzowego z jarzynami, przyprawiając całość na ostro. Smażę placek wielkości dużej patelni. Wlewam gulasz do środka i podaję z trzema zestawami surówek.
Od ponad dwudziestu lat Marian Dzwoniarski jest członkiem Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Każdego lata wraz z kolegami wyrusza na poszukiwania zaginionych turystów w źlebikach, lasach, potoczkach i gdzie tam tylko oczy mogą ponieść tropicieli tajemnic gór. Najtrudniej jest zimą. Rozległy, leśny teren, pełen wzgórz i dolin sprawia, że środki łączności, jak krótkofalówki, często zawodzą. Wypadków śmiertelnych nie jest zbyt wiele, ale jednak co roku się zdarzają. Był listopad 1998 r. - wspomina Marian Dzwoniarski. śniegu było już wtedy około półtora metra. Poszukiwaliśmy dwóch siedemnastoletnich chłopców z Tarnowa. Wyszli w sobotę. Powiedzieli, że idą do Szczawnicy.
Dniem i nocą przeszukiwaliśmy teren. Spaliśmy w schroniskach po dwie, trzy godziny i z powrotem w drogę. Bez rezultatu. Znalazłem ich piątego dnia, w czwartek około czternastej. Najpierw ujrzałem tylko jednego. Wstrząsnął mną widok jego szeroko otwartych, patrzących gdzieś w bezgraniczną dal, lodowych oczu. Nie żył. Przeżyłem to bardzo, być może dlatego, że miałem syna w tym samym wieku. Po chwili, z pod śniegu dobiegł mnie głos drugiego. Był całkowicie zasypany, Ocalił życie, ponieważ po śmierci kolegi, chcąc się ogrzać, ściągnął z niego kurtkę. Został kaleką, bez nóg od kolan, bez prawej ręki i palców u lewej. Wybierając się od maja do września w góry wystarczy wziąć na zmianę jedną ciepłą koszulę, sweter i coś przeciwdeszczowego - radzi Marian Dzwoniarski. Po pierwszym października, mimo ładnej pogody, trzeba zabrać ze sobą zapasowe obuwie, aby po przemoczeniu zmienić na suche, zapałki, latarkę i na pewno cały drugi komplet ciepłej odzieży. Nie zapominajmy o termosie z gorącą herbatą i większym zapasie jedzenia. Zakładając, że wędrówka będzie trwała jeden dzień, może się zdarzyć, iż na skutek splotu nieprzewidzianych okoliczności przyjdzie nam zostać pod gołym niebem kilka razy dłużej.
Bardzo ważna jest dobra kondycja psychiczna. Spotkałem już ludzi, którzy wytrzymywali w śniegu, dwie i trzy doby tylko dlatego, że byli "naładowani" optymistycznie. Innych zaś po dwunastu godzinach znajdowałem w bardzo złym stanie. Okazuje się, że nad rozsądkiem przeważył lęk, panika, stracili wiarę w szczęśliwe ocalenie. Wówczas organizm przestaje się bronić, poddaje się, człowiek jakże często traci wtedy życie. Jeżeli już wybieramy się w góry pod żadnym pozorem nie możemy zapomnieć o pozostawieniu w domu, pensjonacie czy schronisku informacji, gdzie idziemy i jaką trasą. To, poprzez szybsze dotarcie pomocy, może uratować nam życie.
Jaworzyna dzięki wybudowaniu wyciągu gondolowego o długości prawie trzech km, sztucznie śnieżonej trasie, plus trasie "5" mającej homologacje FIS, na której można rozgrywać puchar świata w slalomie specjalnym czy gigancie, znacznie lepszej od zakopiańskiego Nosala, stała się górą bardzo atrakcyjną dla narciarstwa zjazdowego i snowbordu. Poza tym nie zapominajmy, iż w najbliższych latach mają powstać jeszcze dwa wyciągi krzesełkowe i trzy wyciągi tatrapoma (rodzaj wyciągu orczykowego). Łączna długość tras będzie wynosiła wówczas 36 km z czego ponad 20 sztucznie śnieżonych. Wypoczną tam zarówno ci, którzy stawiają na narciarstwo ekstremalne, jak i ci, którzy preferują narciarstwo wypoczynkowe - rekreacyjne.
Zjeżdżając na nartach ze stoku Jaworzyny lub jadąc kolejką gondolową, 15 minut marszu od schroniska, poprzez liście okolicznych drzew można dostrzec, dziwnego bo grzybowatego kształtu, półtorapiętrowy głaz. To pamiątka niecnych zamiarów podstępnego diabła. Od bardzo wielu lat okolice Krynicy słynęły z wód leczniczych. Już przed wiekami ludzie przychodzili tu czerpać wodę, dzięki której szybko wracali do zdrowia po przebytych chorobach czy odniesionych w czasie wojen ranach. Nijak nie podobało się to szatanowi. Zdesperowany chwycił więc duży głaz chcąc zatkać raz na zawsze otwór zdroju głównego. Głaz był ciężki więc diablisko nielicho natrudzić się musiało dźwigając go do Krynicy. Czas płynął szybko, nadszedł świt, kur zapiał i szatan stracił swą diabelską moc. Upuścił kamień dając czym prędzej drapaka, gdzie pieprz rośnie. Skała po dziś dzień stoi w miejscu, gdzie porzucił ją szatan, jako symbol zwycięstwa dobra nad złem. Możecie wierzyć lub nie, lecz na Jaworzynie spełniają się nawet najskrytsze marzenia. Potwierdziła to pewna dziewczyna, która spoglądając przez okno schroniska na szczyty góry spowite kłębowiskiem śnieżnobiałych chmur westchnęła: w snach wiele razy biegałam po wierzchołkach drzew, przeskakując co chwila na któryś z obłoków. Teraz czuję się tak, jakbym śniła na jawie.
