Słuchowisko w jednym akcie - Slab City czy raj na ziemi?

Piotr Szymański

Wykonawca: Piotr
Muzyka: Ry Cooder - Paris, Tx.
Czas nagrania: 15-minut

Dźwiękową wersję (MPEG Layer3) ~3.7Mb, można wysłuchać programem WinAmp.

Akt pierwszy:

Narracja prowadzona jest niskim jedwabnym głosem. Monotonnym i beznamiętnym by nasilić wrażenie intymności.

Nastrój wprowadza łkająca gitara, powtarzający się refren nadaje rytm narracji

Opowiem Wam o trzydziestotysięcznym mieście w Południowej Kalifornii. Nigdy go nie było, nie ma, ani nie będzie na drogowej mapie. Może dlatego większość Kalifornijczyków nie wie, że istnieje. A gdy przypadkiem zobaczą, myślą że to tylko fatamorgana. Tak się ono objawiło trojgu Czechom, o których opowiem później. Miasto to nosi nazwę Slab City. Po raz pierwszy dowiedziałem się o jego istnieniu z nalepki na zderzaku rekreacyjnego autobusu. Informowała ona: Ostatni wyjezdżający ze Slab City - gasi światła. Miasto leży ze 140 mil na południowy wschód od Los Angeles, w pobliżu równie niezwykłego jak i ono słonego jeziora - The Salton Sea. Tego już kartografowie pominąć nie mogli. Lśni ono jak błękitne oko na pooranej zmarszczkami twarzy Kalifornii. Teraz, bo jeszcze dziewiećdziesiąt lat temu, suchą jak pieprz dolinę Coachelli porastał tylko krezot. Jezioro powstało wiosną 1905 roku, z powodu niedbalstwa. Budowniczowie kanału, doprowadzającego wodę do Palm Springs, dali plamę. Wezbrane wody rzeki Colorado przerwały tymczasowe wały i zalały obszar o powierzchni Mazur i pojezierza Augustowskiego, razem wziętych. Tak też zostało.

Cichnie gitara

Wrócmy jednak do miasta. Slab - oznacza płytę, podmurówkę. To ważne gdyż właśnie betonowe płyty są jedyną częścią jego infrastruktury. Podczas II-giej wojny światowej była to baza szkoleniowa dla żołnierzy amerykańskich. Ćwiczyli oni w pustynnym upale inwazję na plaże Normandi. Później baza była wykorzystywana do wychowania kolejnej generacji żołnierzy, tym razem walczacych w dżungli Wietnamu. W latach siedemdziesiątych wojsko opuściło ten teren i pozostawiło szczątki zabudowań na pożarcie pustyni. Jest to nadal federalna ziemia i przez to podlega federalnym prawom osiedleńczym, tym samym którymi posługiwali się wcześni osadnicy do podboju dzikiego zachodu. Pustkę po wojsku wypełnili sqatters czyli przykucywacze. Kucanie w tym miejscu zimą, jest jak letni urlop w Grecji. Raj na ziemi. Ciepłe i suche dni. Gwieździste upojne noce, bez komarów i egzystencjalnych trosk. Za to lato daje popalić. Pod koniec kwietnia, ostatnim dzwonkiem do opuszczenia tego miejsca jest przylot burmuch. Są to duże końskie muchy żywiące się zwierzęcym naskórkiem. Resztki wojskowych zabudowań, słodkowodny kanał i asfaltowa droga przyciągnęły pierwszych sezonowych mieszkańców. Obrys betonowej płyty lub szereg ułożonych kamyczków wyznaczał granicę ich posesji. Wrót miasta strzeże jedyny w okolicy pagórek. Nie było by w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że na szaro-czekoladowym tle bezmiernej pustyni mieni się on w słońcu jak papieska tiara.

Gitara zmienia rytm i melodie

Cały ten pagórek został zamalowany olejną farbą, od podstawy, aż po sam wierzchołek. Musiały się na to złożyć beczki farby. Z samego jej czubka, olbrzymi napis przypomina niezaprzeczalną prawdę: Jezus jest miłością. Twórcą i kustoszem tego monumentu wiary jest dobrze podstarzały, a jeszcze bardziej nawiedzony hippis, na rencie inwalidzkiej - Leonard Knight. Dotrzymuje kroku zmieniającym się czasom. Przyjechał z San Francisco gdzie głosił hasła wolnej miłości na ulicy. Teraz uczy miłości Boga przy szosie do Slab City. Gdy oglądający przypadnie mu do gustu zaśpiewa mu pieśń o biurokratach. Akompaniuje sobie przy tym rozstrojoną gitarą. Już po pierwszym akordzie wiadomo że dostał rentę za 100% utratę słuchu muzycznego. Poza dwiema głównymi asfaltowymi ulicami, wszystkie boczne uliczki miasta są żwirowe. Nie mają nazw ani znaków drogowych, latarń ani świateł na skrzyżowaniach. Miasto nie ma kanalizacji ani wodociagów. Nie ma również stałych domów. Jego mieszkańcy żyja w pudłach na kółkach. Muszą być przecie przygotowani na przylot burmuch. Jedni w luksusowych z telewizją satelitarną i Internetem, inni w wozach drzymały. Jedne są prawdziwymi objazdowymi pałacami, a inne nędznymi lepiankami. Stoją zgodnie, oś w oś. To co ich łączy, to bajeczny klimat i darmowy czynsz. Tak zwani Snow Birds, przyjezdżają tu na zimowy sezon z północnych stanów i Kanady. Inni to uciekinierzy od cywilizacji, czy po prostu biedni, na jakiejś zapomodze, nie mający pieniędzy na osiedlenie się gdziekolwiek indziej. Ciekawą postacią trzymającą rekę na pulsie jest były dziennikarz z Nowego Jorku - Donald Powell. Zmęczony wielkim miastem i pracą, podupadający na zdrowiu, rzucił wszystko i przyjechał do Slab City. Zawodowym rozpędem prowadzi tu rozgłośnię radiową na pasmie CB, rejestr mieszkańców i lokalną gazetkę.

Na tle gitary pojawia się narracja Joe Frank'a o krezocie

Jak przystało na koniec dwudziestego wieku używa do tego celu komputera. Jego gabinet mieści się pod dorodnym drzewem Palo Verde, z widokiem na kanał i Czekoladowe Góry. Komputer stoi na rozklekotanym stole wsród okazów okolicznych skał i zasuszonych skorpionów, a na komputerze siedzi kura. Służy on jej za grzędę. Slab City jak przystało na każde miasto ma swój sektor handlowy połączony z promenadą. Kto chce wystawia tu na straganach odpadki cywilizacji. Można się tu zaopatrzyć zarówno w zardzewiałe koło do roweru jak i noktowizor, panel słoneczny czy granat z sąsiedniej bazy. To niezwykłe miasto ma też swoich niedoświadczonych imigrantów. Jak już wspomniałem, spotkałem tu troje bezrobotnych Czechów. Zawitali w listopadzie z myślą, że tu przezimują, a na wiosnę pojadą dalej do Los Angeles szukać pracy. Już w styczniu zaczęło im brakować pieniędzy. Mimo że żywili się karpiami z kanału, musieli je czymś przekąszać i popijać. W przeciwieństwie do Donalda nie mieli stałego dochodu. Jedynym sposobem na przeżycie było wyprzedanie swoich nielicznych ziemskich posiadłości. Przyszedł moment, że pozostał im już tylko samochód. Sprzedać go w całości nie mogli, bo służy im za dach nad głową. Postanowili więc zastawić tylko koła, w nadziei że do lata zdobedą jakoś pieniądze i je odkupią. Doświadczeni Slabowiczanie wiedzą że to początek końca. Raj zasysa. Z tego miejsca Los Angeles wygladało jak nieosiągalna fatamorgana. Następnie przyszła kolej na częsci samochodowe. Gdy ja ich poznałem wiosną, zastanawiali się nad porzuceniem zdekompletowanego samochodu i ucieczką z tego raju na ziemi. Gdziekolwiek, nawet tam gdzie pieprz rośnie. Nadchodziła pora miesożernych burmuch. Ostatni wyjezdżający ze Slab City - gasi światła.

Ameryka