
Tu, w grobie nieznanego żołnierza zimnej wojny, spoczywają młode marzenia szeregowego Siwka Andrzeja. Oddał je za naszą zbiorową głupotę. Powinniśmy byli uważać na lekcjach.
Andrzej Siwek wyemigrował do Kalifornii, gdzie mieszka jego siostra Bożena. A właściwie Ashley Holden, tak postanowiła się nazwać po przyjeciu amerykańskiego obywatelstwa. Andrzej legitymował się papierem z napisem refugee. Nie był pewien znaczenia tego słowa mimo wielu miesięcy studiów nad angielskim. W poważne zakłopotanie wprowadziła go tablica na którą trafił płynąc rzeką Colorado, w okolicach Picacho. Tablica głosiła Imperial Wildlife Refuge - No Water Skiing Allowed. To miejsce było dla niego równie dziwne i niepojęte jak jego imigracyjny status. Nie był też pewien znaczenia zakazu, jako że w rodzimej Stalowej Woli, chłopaki nie jeździli zimą na nartach, a tym bardziej po rzece. Widać było że tęskni do towarzystwa i porzadku jaki zastał w Niemczech, w obozie dla uchodźców. Tam wszystko wydawało się oczywiste. Otaczał go dobrobyt, był kimś specjalnym, władze troszczyły się o niego, jego żone i rocznego synka. To pewnie, myślał, za to że należał do związków zawodowych Solidarność. Regularnie dostawał kieszonkowe, a gdy tylko chciał coś więcej szedł do pracy u szewca na skrzyżowaniu Banhoff i Kirchoff Strasse. Będac absolwentem fizyki Uniwersytetu Lubelskiego prowadził długie dyskusje na temat Kartezjusza ze swym pracodawcą, Herr Knoll'em. Udawadniał mu istnienie Boga - precedensem. Wyliczał nazwiska wiekich fizyków, o idealistycznym światopoglądzie. Ci ludzie przecież nie mogli się mylić, skoro tak bardzo posunęli naszą wiedzę o świecie fizycznym! Rozbrajał swych rozmówców dziecinną szczerością i bezpośredniością.
Kalifornia dopiekła Andrzejowi już pierwszego dnia. Był to środek upalnego lata. Andrzej nigdy nie przypuszczał, że może być tak gorąco. Na domiar złego, jego siostra własnie co straciła pracę, a jej maż postanowił odejść. Nie miała serca, ni czasu dla Andrzeja. Pomogła mu jednak wynająć mieszkanie w meksykańskiej dzielnicy. Andrzej posłał żone Anię, do pracy przy sprzataniu, a sam, z biura pośrednictwa pracy trafił do pracy w fabryce szamponów. Polegała ona na obsłudze maszyn do dozowania i mieszania składników, butelkowania i pakowania. Płacono mu $6.50 za godzinę. Pracowało z nim jeszcze ze trzydziestu meksykańskich imigrantów. W dużej części nielegalnych. Pracowali na dwie zmiany. Nocna zmiana i nadgodziny płaciły 30% więcej. Zaskoczyło go gdy jednego poranka przyjechała karetka pogotowia po kobietę która zemdlała z przepracowania. Dziwił się temu że większość zrobi wszystko, by trafić na nocną zmianę, lub dostać nadgodziny. Tych ludzi nie interesowało istnienie Boga, bo to sprawa oczywista, lecz ciekawi byli tego dalekiego kraju papieża. Andrzej posługiwał się nowo wyuczonym angielskim, podobnie jak jego współpracownicy. Opowiadał im więc o kraju który rok wcześniej opuścił celem szukania lepszego życia. Opowiadał o generale Jaruzelskim, lecz to nie było niczym niezwykłym dla Meksykańczyków. Rownie dobrze mógł im opowiadać o Emiliano Zapacie. Rozdziawiali natomiast gęby gdy Andrzej mówił o swej praktyce robotniczej w zakładach chemicznych "Lechia". Opowiadał o marnotrawstwie, chronicznym braku kosmetycznego alkoholu. O odzieży ochronnej, przydziale mleka za szkodliwe warunki pracy, o stołówce zakładowej w której podawano cienką zupę pomidorową, bezmięsne drugie danie i ciepły kompot z rabarbaru. O zakładowym żłobku, do którego na czas praktyki przynosił swoje niemowle. Prawdziwym szlagierem były opowieści o wczasach pracowniczych w Krynicy Górskiej. To już brzmiało jak z bajki. W zamian, jego współpracownicy opowiadali o głodzie w Sinaloa i Chiapas, o bandytach na meksykańskich drogach, o łapankach na nielegalnych imigrantów, o kojotach którzy wyłudzają ostatnie grosze by przeprowadzić przez granice.
Firma była zbyt mała na stołówkę. Pracownicy jedli swoje śniadania na murku, który okalał z jednej strony parking, a z drugiej śmietnik. Któregoś dnia, podczas przerwy śniadaniowej, gdy to pracownicy opróżniali swoje skrzyneczki ze śniadaniem, przyszło dwoje Latynosów i przysiadło się do nich. Przedstawili się jako członkowie związku zawodowego pracownikow chemicznych. "Chemical and Atomic Workers Trade Union". Andrzej po raz pierwszy poznał przedstawicieli obcej organizacji związkowej. Ci byli inni niż jego koledzy z Solidarności, mowili cicho, prawie szeptali, rozglądali się na boki jakby ktoś ich ścigał. Pytali czy ktoś chce do nich przystąpić. Ostrzegali że droga do tego szczytnego celu może byc długa i bolesna, lecz korzyści, z nadmiarem to wynagrodzą. Ci nielegalni w ogóle nie chcieli by ich imiona były wymawiane. Reszta, z Andrzejem na czele uznała to za swój obywatelski obowiązek. Założenie komórki związkowej było tylko propozycją. Po śniadaniu oboje Latynosów poszło pertraktować z zarządem, a reszta zabrała się za mieszanie szamponów. Tego popołudnia, tuż przed końcem zmiany cała załoga została zwołana na wiec. Mowił sam właściciel kramu. Oświadczył, że jeśli przystąpią do związku, to on ich wszystkich, jak tu stoją zwolni, zamknie interes i po tygodniu otworzy, ale z nową załogą. Od tego czasu nikt już słowem o związkach nie wspomniał.
Zbliżała się Kalifornijska jesień. Dnie zrobiły się krótkie, a wieczory chłodne. Gdy wychodził z pracy, na zewnątrz było już ciemno. Żona Andrzeja też wracała wieczorem. Przed tem wpadała po dziecko do zaprzyjaźnionej Rumunki, która prowadziła żłobek w swoim malutkim mieszkaniu. W ostatni piątek września, Andrzej został wezwany do pokoju swojego szefa, i ten wręczył mu dwa czeki. Jeden za ostani tydzień, drugi za przyszły i oświadczył, że jego usługi nie są już firmie potrzebne. Andrzej znalazł się na bruku. Początkowo niewiele sobie z tego robił, jako że i tak miał wyższe aspiracje. W poniedziałek następnego tygodnia udał się do biura pośrednictwa pracy i wypełnił formularze. Zapisał się też na darmowe lekcje angielskiego w "adult education school". Jest to stanowy program mający na celu pomoc nowym imigrantom. Lekcje odbywają się w wolnych salach lokalnych szkół, a prowadzą je nauczyciele zatrudniani na pół etatu. Mijał tydzień po tygodniu a Andrzej ciągle nie mógł znależć pracy. Zaczął zalegać z czynszem. To przebrało miarkę i Ania postanowiła zabrać synka i wrócić do Polski. W końcu czekała tam na nią praca Pani nauczycielki fizyki w liceum w Stalowej Woli. Sprzątanie cudzych domów było poniżej jej godności. Andrzej nie czekając na eksmisje, porzucił mieszkanie i przeniósł się do siostry. Ciągle jeszcze liczył na swą szczęśliwą gwiazdę. Był bez pracy już czwarty miesiąc. Dziwiło go że koledzy potrafili znaleźć pracę w ciągu miesiąca, a on nie. Którejś niedzieli siostra zawiozła go do zaprzyjaźnionego Rumuna, z którym mieszał szampony. Od niego dowiedział się czegoś, co nie na żarty go przestraszyło. Andrzej trafił na "czarną listę". Jeden z Meksykańczyków z którymi pracował, chcąc podnieść swoją pozycję w firmie doniósł na niego do szefa, że jest komunistycznym agitatorem. Za komunistyczną propogandę zostały przyjęte jego opowiadania o Polsce i o Solidarności. Ponoć jego szef wypytywał innych współpracowników, czy prawdą jest że Andrzej opowiadał o odzieży ochronnej i dodatku za szkodliwe warunki pracy. Dwa miesiące później Andrzej pożyczył od siostry pieniądze i z wilczym biletem wrócił do Polski. Nigdy nie dowiedział się co "wildlife refugee" znaczy .
Przypomina mi sie "resume" Roberta Sarnoff'a, wnuka współzałożyciela RCA, które mi wpadło w ręce w 1983 roku. Człowiek ten był prezydentem PRC, dużej firmy z Waszyngtonu, o rocznym obrocie ok. $900 milionów. Poza kilkoma zasługami i datami uwypuklone było w nim zdanie - "Trzykrotnie, w 1976, 1979, 1982 zapobiegłem powstaniu związków zawodowych w prowadzonej przezemnie instytucji". Ciekawe ilu polskich imigrantów pisze w swoich "resume" - "były działacz związku zawodowego Solidarność, uczestnik strajków i organizator protestów robotniczych".
