
Lądujemy w LA, nasze kolosalne plecaki wzbudzaja zainteresowanie rozmiarami, zwlaszcza Joanna opieta nowym "Gregorym" ("you don't carry them, you wear them" głosi slogan reklamowy) staje się obiektem licznych (pełnych podziwu?) komentarzy. Spieszymy się do wyjścia: im wcześniej opuścimy miasto, tym lepiej dla samopoczucia. Nie tak predko jednak... W wypozyczalni ALAMO dziki tłum turystów, godziny czekania...miny nam rzedna. W koncu dostajemy swoj "ekonomiczny samochodzik" (benzyne zracego giganta Chevy Capris) i jedziemy autostradą nr 5 na północ. Szczęśliwie godzina jeszcze wczesna, korków niewiele i Miasto Aniołów mamy wkrótce za soba. Nareszcie możemy się odprężyć i "pooddychać" California. Droga wiedzie przez spalone słońcem wzgórza Angeles National Forrest. Palmy ustapiły miejsca poskręcanym, karłowatym krzakom i połaciom żółtej trawy, ktore Asi przypominają Bieszczadzkie Poloniny. Po godzinie wspinaczki serpentynami, osiągamy wreszcie przełecz Tejon (tylko 1200 m, ale wjazd z poziomu morza...) z przyjemną panoramą puszystych wzgórz i.... widokiem niemal nieskończonej płaszczyzny przed nami - to rolnicza Kalifornia. Między sadami pomarańczowymi i polami winorosli wyrastają dość brudne i zapyziałe osady. Gdyby tak palmy posadzić w New Jersey, nie byłoby żadnej różnicy, ot panamerykańska nuda... Po czterech godzinach jazdy autostradą 5 i drogą 99 docieramy do Visalii gdzie serca bija nam mocniej na widok znaku: Sequoia 50 miles, jesteśmy blisko celu! Droga ponownie prowadzi między puszystymi trawą pagórkami. Na zboczach rzedy winorośli, ponad nimi malownicze domki w stylu meksykańskim. Liczne winiarnie zapraszają na lokalne produkcje. Może innym razem...
Przejezdżamy ponad coraz liczniejszymi strumieniami, nurt jest bardzo silny, góry chyba tuż, tuż... nagle w przerwie miedzy żółtymi wzgórzami wyłaniają się szczyty pokryte śniegiem. High Sierras! Chcialoby się dodać gazu, ale... tym razem wspinamy się prawdziwie karkołomnymi serpentynami, 10 mil na godzine, niskim biegiem. Czasem jest tak wąsko, że koła niemal wpadają w przepaść. Gdzieś wysoko polacie śniegu błyskają w zachodzacym słoncu.
Wszystko skapane jest w delikatnej pomaranczowej poswiacie. Na wysokosci 6000 stop wjezdzamy do lasu. Droga na szczescie mniej karkolomna, ale zaczyna zapadac zmrok. W ciemnosci pojawiaja sie gigantyczne cienie, ktore z bliska okazuja sie pniami przepoteznych drzew. Sekwoje! Zwalniamy i obserwujemy owe slynne okazy w naboznym milczeniu. W pozostalej jeszcze odrobinie swiatla mozemy wyraznie zobaczyc czerwona kore (ktorej giganty zawdzieczaja obiegowa nazwe). Sekwoje rosna tylko w gorach Kalifornii , na wysokosci ok 6500 stop. Najpiekniejsze (i najstarsze) okazy - drzewo gen Shermana, grupa Parkera rosna w Sequoia National Park. Wszystkie okazy sa naturalnie pod ścisłą ochroną - nawet szyszek zabierać nie wolno (co jest zrozumiale przy tej ilości turystów...).
Wkrotce osiagamy cel: kamping federalny w Lodgepole. Ku mojemu zdziwieniu nasze (rezerwowane) miejsce jest zajete. Rozbijamy sie wiec "na dziko" i zasypiamy mimo huku pobliskiego wodospadu.
(Ambitnie) zakladalismy dojscie do stacji Rangersow i High Sierra Camp na "Lace Niedzwiedziej Lapy" w ciagu pierwszego dnia aby potem zdecydowac, czy zostaniemy w Sekwoji, czy tez przejdziemy do parku Kings Canyon przez "Przejscie Elzbiety" (ca 3600m nmp). Jak sie pozniej okazalo, 8 mil miedzy szosa a Bear Paw to latwiutki spacerek, JESLI wybierze sie odpowiedni szlak. Niestety zlekcewazylem rady rangerow, u ktorych zalatwialem nasz wilderness permit (czyli kartke nylonu z wypisanym planem wycieczki) i wybralem szlak zasypany sniegiem ( Ja, reprezentant narodu Warynskich i Bohuszewiczow, mam chodzic po banalnych sciezkach, jak nie przymierzajac tubylec jakis?). A zatem po wszystkich korowodach (i zmaganiach z zardzewialym kanistrem paliwa do kuchenki), juz wedle poludnia stanelismy na szlaku;-) Pierwsze dwie godziny spedzilismy maszerujac w lesie. Komary ciely niemilosiernie w cieniu (tam tez przeklinalem, znanego niektorym s.c.powiczom kol. Sendyke. Rzeczony osobnik polecil mi "naturalny" olejek na komary firmy Avon; zamiast rozumnie zaopatrzyc sie w JEDYNY oficjalnie skuteczny - zalecany przez US Army - preparat: DEET czyli N,N-dietylotoluamid, uwierzylem "urban legend" i ... placilem za to bolesnie, nie tylko ja zreszta...), w sloncu zas plamy lataly przed oczami i pot lal sie ciurkiem. Szybko wiec wypilismy zapasy wody i z utesknieniem szukalismy strumienia ... Okazja wkrotce sie nadarzyla i po wspomnianych dwoch godzinach leglismy wyczerpani na ocienionej laczce. I tu dalo znac o sobie przeklete prawo Murphy'ego: mianowicie nasz nowiuski oczyszczacz do wody odmowil posluszenstwa juz po przefiltrowaniu dwoch litrow. Zapchal sie i ani rusz nie chcial sikac czysta ciecza! Malo przezornie zostawilem w domu instrukcje, no bo i "new" i "virtually unbreakable"...i musialem wysluchiwac kasliwych tekstow na temat, jaki to sprytny jestem. Utrata filtra na poczatku szlaku stawiala pod znakiem zapytania cala wycieczke: mielismy wprawdzie sporo paliwa, ale i tak zbyt malo aby gotowac wode pitna dla dwoch osob przez 6 dni. Zdecydowalismy sie na kontynuacje jednak, liczac na laske przygodnych turystow i na lut szczescia wysoko w gorach (ja wiem, tego sie nie powinno robic, ale skoro gdy sie juz wydalo cala fortune na przywleczenie sie ze smierdzacej Filadelfii, to coz poczac?). Podozylismy wiec, podlamani nieco ale i bardziej zdeterminowani. Na 7500-8000 stop weszlismy na teren pokryty sniegiem. Sciezka stala sie naturalnie niewidoczna, z braku znakow na drzewach bylismy zmuszeni bladzic po sladach naszych poprzednikow. Szczesciem ktos jechal tamtedy konno ,a kule konskiego lajna to swietne drogowskazy. Niestety nasze szczescie skonczylo sie po dojsciu do szerokiego strumienia, poniewaz po drugiej stronie nie znalezlismy zadnych sladow. Siegnelismy zatem do mapy i kompasu i ...stracilismy godzine na odnalezienie szlaku. Ok. 16 wspielismy sie na "Panther Gap" , lezaca w POLOWIE drogi. Nasze ambitne plany stawaly pod duzym znakiem zapytania, ale dziwnym trafem, przestalismy sie martwic: rozkoszowalismy sie za to widokiem, jaki sycil zmieszczuchowane oczy. Przed nami bowiem, rozciagala sie panorama tzw "Great Western Divide"- kilkunastu trzytysiecznikow+. Wybor trudniejszej drogi oplacil sie z nawiazka! Zmierzch w lesie zapada szybko i po zejsciu z "Panther Gap" rozlozylismy sie obozem. Zgodnie z zasadami lesnego bezpieczenstwa biesiadowalismy z dala od namiotu. Nadchodzila ciemnosc a wraz z nia nasza nerwowosc wzrastala. Mielismy nadzieje, ze pyszna wolowina z brokulami: wieczorne menu, nie sciagnie na nas tabunow dzikich i glodnych bestii. Szczesliwie uporalismy sie z kolacja przed zapadnieciem nocy i nieco uspokojeni wyszukalismy odpowiednio wysokie drzewo i dluga galaz , aby zawiesic nasze zapasy. I tam zaskoczyl nas niedzwiedz. Wielki czarny cien galopowal po zboczu wzgorza. W ulamku sekundy spostrzeglismy zwaly tluszczu nad karkiem i lapami, poruszajace sie plynnie podczas skokow. Zobaczyl nas i zatrzymal sie w odleglosci ok 50m. Stalismy jak zamurowani , ja z koncem liny "zywnosciowej" w reku. Po chwili "dogonila" nas panika. Puscilem line, szczesciem worek z zywnoscia zaplatal sie w galeziach, i wdrapalem sie na skale. Bardzo szybko wydostalem z kieszeni antyniedzwiedziowy rozpylacz (10% ekstraktu z "hot peppers", uzywane przez biologow i rangerow w Montanie, skuteczne przeciw grizzly.) i odbezpieczylem przycisk. Niedzwiedz zaintrygowany naszym zachowaniem (Asia naturalnie podazyla za mna) powoli zblizal sie do skaly. Zaczelismy krzyczec i walic lyzka w menazke (Asia). Zwierz zatrzymal sie, po czym uznal, ze nie warto sie trudzic i powoli odszedl. Co pare metrow odwracal sie i obserwowal nasze zachowanie. Po paru minutach zniknal. Niewiele spalismy tej nocy. Wczesnie rano ruszylismy w dalsza droge i ok. poludnia osiagnelismy stacje rangerow.
Bear Paw prowadzi przez gesty las. Trzeba wspinac sie jakie dwie mile, z dna glebokiego jaru wypelnionego kolosalnymi glazami, miedzy ktorymi pieni sie rwacy strumien. Poniewaz poprzednie 5 mil, to w zasadzie widokowy spacerek wzdluz poziomicy, czlowiek (glupio) kombinuje sobie, ze krancowy odcinek to juz zupelna pestka ... i naturalnie delikwentow wpada na miejsce calkowicie zziajany. Szczesciem na widok panoramy "Great Western Divide" (tej samej , co to ja w poprzednim odcinku z Panther Gap obserwowalismy) zapomina sie szybko o zmeczeniu. Stacja rangerow, zbudowana jest niemal na brzegu szerokiej (mieszczacej bowiem obszerny "Sosnowy potok") przepasci. Z drugiej strony wyrastaja szczyty "Triple Divide", "Kaweah" (i pare innych, ktorych nazw nie spamietalem, na zyczenie moge sprawdzic mape). Spod czap sniegu wala liczne wodospady, zasilajace mnogie tu gorskie jeziora. Widok jest pyszny , jako ze majestatyczne gory pelne sa roznorakiej roslinnosci. Jest dziko, ale w taki przyjemny , "zywy" sposob. W Bear Paw lesniczy poczestowal nas lemoniada (mniam) i (kupna wprawdzie, ale czegoz wymagac ...) szarlotka. Znaczy, on taki zupelnie goscinny to nie byl, albowiem lemoniada i ciasto pochodzily z zapasow High Sierra Camp czytaj bogatych mieszczuchow, ktorzy placa $120 dziennie za lozko i posilki na tej dziczy. Tzw likier, wliczony nie jest, smiglowiec przylatuje z zapasami za dodatkowe diengi. Dla zwyklych wedrowcow, istnieje pole namiotowe ze stalowymi pudelkami na zywnosc (wieszanie zbedne). Tamtez rozbilismy namiot i po swojskim obiadku (zupa grzybowa firmy Winiary nabiera niespodzianych walorow na 1800m w Californii) uznalismy, ze czas na krotki , relaksujacy spacerek, bez plecaczkow. Niestety, ow "relaksowy sprint" zamienil sie w meczaca mordege, gdy po zejsciu do wawozu, okazalo sie, ze nijak nie mozna przekroczyc szalejacych wod i nalezy isc wysoko w gory w poszukiwaniu sniegowych mostkow. Tak tez i uczynilismy, choc z drzeniem serca, bo snieg pod wieczor zmiekczony, a nagla kompiel w lodowej wodzie, to pewna smierc. Spacerek zakonczylismy mocnym akcentem, tj spotkaniem nastepnego misia, ktory hulal sobie tuz pod szlakiem, na lace pelnej smacznych jagod. Zwierze popatrzylo na nas bez specjalnej reakcji, ot nastepne turysty sie paletaja. Mysmy sie troszke zafrasowali, ale lesniczy uspokoil nas potem, twierdzac, ze on zna tego niedzwiedzia, ponadto misie sa niegrozne, przynajmniej mniej czynia strat niz swistaki (ktore uwielbiaja zuc linki do namiotow i zapocone buty).
Po przejsciach "niedzwiedziej nocy" Asia uparla sie na nocleg wsrod ludzi (ja specjalnie nie oponowalem, zmeczony budzeniem sie co pol godziny po zduszonym okrzyku: "Slyszales?" ). Nasi sasiedzi zdecydowanie odbiegali od typu "your next door neighbor". Taki np Tom: mieszkal w Bear Paw od maja (zostawal do wrzesnia), zawod: trudno wyczuc, w kazdym razie ostatnio zarabial jako mul dla wypraw gorskich , przednich zebow nie mial, za to szczycil sie sprzetem f-my North Face (dla nie wtajemniczonych: rzeczona firma jest zdecydowanie najdrozsza). Tom okazal sie bardzo pomocny przy wyborze szlakow, jako ze znal warunki sniegowe lepiej niz sluzba parkowa.
Rano (znow bez namiotu i zbednych ciezarow) ruszylismy w gory. Naszym celem byly jeziora Hamiltona i Opadowe (Precipice), wg ogolnego przekonania perelki gor Kalifornii. Znow musielismy przeprawiac sie przez strumien, a potem wspinac szlakiem zwanym Valhalla. Istotnie trasa zasluguje na nazwe: waziutka sciezka wysoko nad przepascia. Przy okazji moglismy z bliska zobaczyc (ba! nawet przechodzic pod) olbrzymie wodospady , ktore z oddalenia werandy lesniczowki, wygladaja jak malenkie dlugie niteczki. Po czterech godzinach forsownego marszu, dotarlismy do jeziora Hamiltona. I znowu, stanelismy jak zamurowani pod wrazeniem seledynowej tafli otoczonej pierscieniem 800-900m wysokich scian. Miejsce pelne bylo malowniczych sosen i kep roznokolorowych kwiatow. W tym chyba caly urok High Sierra. Zadne inne gory jakie znam (niezbyt wiele , ale Asia zna wiecej, a dzielila moje odczucia) nie zasluguja na przymiotnik rajskie. Polozylismy sie w cieniu, na plaskiej skale (swietnej miejsce do rozlozenia obozu , oboje bardzo zalowalismy pozostawienie namiotu i utensyliow sennych) i odpoczywalismy przez pare kwadransow, wypatrujac jednoczesnie sciezki w gore i wyzszego jeziorka. Hamilton lake lezy na wys 8000 stop, Precipice na ca 10000. Po szybkim posilku, zlozonym z kilku PowerBarow znalezlismy sie na stromej sciezce. Na gorze upal oslabl, dzieki silnym wiatrom, ale promieniowanie ultrafioletowe naturalnie nie zelzalo. Co pare minut pokrywalismy sie kremem ochronnym , niestety zwykla bawelna praktycznie nie chroni przed promieniowaniem SPF suchej tkaniny wynosi 7, mokrej i rozciagnietej 5, obecnie myslimy nad zakupem specjalnych nylonow o czynniku 100, ktore sa naturalnie 20 razy drozsze) i troszke spalilem sobie plecy... W pare godzin bylismy na wysokosci Precipice. Tzn samego jeziora nie widac - pokryte sniegiem miejsce dalo sie rozpoznac dzieki rosnacym sosnom. Z pod tafli sniegu wypadal potezny wodospad, zasilajacy jezioro Hamiltona. Majestatyczny widok!. Wyczerpani zimnem i sloncem zeszlismy do Hamiltona na kolacje, po ktorej zwleklismy sie do Bear Paw. Nastepnego dnia zeszlismy do samochodu w celu uzupelnienia zapasow paliwa. Zostaly nam jeszcze dwa dni...
Zejscie z Bear Paw dalo sie nam mocno we znaki. Prawde mowiac, gdyby nie tzw "druga skora" (galaretka z polipropylenu i wody, bardzo polecam na dlugie wycieczki) nie bylibysmy w stanie dotrzec na parking o przyzwoitej porze. A tak zdazylismy jeszcze uzyc prysznicow i publicznej pralni w Lodgepole (kamping federalny). Naturalnie wszystkie miejsca do biwakowania byly zajete, musielismy wiec szukac szczescia w pobliskim kampingu Dorsta (rowniez federalny ale z samorejestracja). I bardzo dobrze sie stalo! Dorst okazal sie znacznie lepszy niz Lodgepole: wiecej przestrzeni i komfortu, mniej ludzi. Najlepsze warunki na relaks po zejsciu z gor...
"Paliwowo-wodny" kryzys postawil nas przed powaznym dylematem: co zrobic z czasem, a dokladniej z pozostalymi dwoma dobami wycieczki. Przez mysl przemknela nam wprawdzie mozliwosc rejterady w strone morza i zoltych piaskow plazowych, ale po krotkiej rozterce uznalismy, ze powrot do swiata K-marta (i wszystkiego co soba reprezentuje) rownalby sie zepsuciu wyprawy. Zdecydowalismy sie zatem na krotki (dwudniowy) rajd do "Jeziora Gruszka" , lezacego na wysokosci 9500 stop. Dzien byl bardzo piekny (pogoda nie zawiodla nas w ciagu calego tygodnia. Nie jest to nadzwyczajne w High Sierra.): ni chmurki, lekki zephyrek - wielka ulga dla maszerujacych w tamtejszym upale- widocznosc znakomita. Cieszylismy wiec oczy pysznym krajobrazem, mijajac wodospad Tokopah (z dala) i wedrujac pod szczytem Alta (11.500 stop). "Dwudniowe" plecaki wydawaly sie lekkie jak piorka, umysl wolny od goraczkowych manipulacji (Czy wystarczy nam paliwa? A co bedzie jak zbladzimy? CZY MY DOBRZE IDZIEMY etc...) zajmowal sie soba, od czasu do czasu podsylajac irytujacy obraz wpoldokonczonego artykulu, pokrywajecego sie kurzem na moim biurku. Po czterech godzinach marszu osiagnelismy "Heather Lake" - polowe drogi , gdzie wyglodniale swistaki omal nie pozarly naszych Karimat. Krotko odpoczywalismy starajac sie przeplukac obrzydliwy smak PowerBarow ( wynik kompromisu zdrowotnego: mnostwo weglowodanow 0 tluszczow + troszke aminokwasow) rownie obrzydliwa woda z jodem. Zdegustowani ruszylismy w gore. Trasa do jeziora Gruszki, jest latwa a bardzo malownicza, wiedzie bowiem miedzy 5 uroczymi jeziorkami. Normalnie chodza tam tlumy, wonczas jednak dzieki obfitym sniegom nie spotkalismy nikogo. Towarzyszyly nam tylko swistaki (wygladaja bestie niegrozne, potrafia jednak niezle ugryzc w chwilach zagrozenia.) i ... dobry humor. Wszystko w okolicy takie piekne, ze nawet ow przeklety "papier" nie byl w stanie zepsuc nastroju. Tuz po wejsciu nad linie sniegu dotarlismy do "Emerald Lake": istny klejnot! Malutka tafla wody otoczona slicznymi sosnami ( w tym unikalna "Lisia Kita") , wszystko w srebrzacym sie sniegu! Przed nami rozciagala sie teraz spora przestrzen zamknieta murem wyszczerbionym skal. Snieg byl twardy , moglismy wiec uzyc skrotu zamiast meczyć się wzdłuż szlaku, prowadzącego pod grania. Ubralismy nasze oddychalne nylony (sila promieniowania na tym lustrze sniegowym niebywala) i kierujac sie kompasem powedrowalismy w strone "Gruszki". Rzezba terenu "uspokoila" sie : trasa wiodla przez plaskie laki, lagodnie przechodzace w "pagorki" , z mapy wynikalo, ze bylismy blisko tzw "Lak stolowych" . Szlaki tam wprawdzie nie wioda, ale miejsce warte jest eksploracji. Moze kiedys... Uplynely dwie godziny i huk wodospadu zdradzil nam cel wycieczki. Jezioro Gruszka lezalo spokojne , w obraczce stromych grani, pol pokryte lodem. Z jeziora przerazliwie zimna woda ulewala sie wodospadami. Pokonanie strumienia znowu okazalo sie ciezkim zadaniem, mozliwym tylko dzieki mostkom snieznym. Zmeczenie dogonilo nas w koncu, usiedlismy wiec na plecakach smakujac nastroj. Zachodzace slonce pograzylo wszystko w ciemnopomaranczowej barwie, wiatr jakby ustal, zewszad emanowal spokoj i jakas taka milczaca gorska dostojnosc.
Gdy slonce schowalo sie za pobliski lancuch gorski, rozbilismy namiot i ugotowalismy kolacje. Zapach sprowadzil do nas kilkanascie swistakow, glodne zwierzaki podchodzily do namiotu na dystans wyciagnietej reki. Mielismy cicha nadzieje, ze podobny pomysl nie przyjdzie do glowy misiom. Juz zaczynalismy sie niepokoic, gdy okazalo sie, ze mamy sasiadow: dwoch zakapturzonych brodaczy wrocilo z gor dzwigajac sprzet- jak nam pozniej wyjasnili- do pomiarow kwasowosci wody i gestosci sniegu. NASA chce uzywac satelitow w celu wyznaczania ilosci opadow sniegu, niestety jak do tej pory maszyny myla sie o kilka rzedow wielkosci. Rzad musial wiec zatrudnic ludzi do skalowania pomiarow na dole. Nasi sasiedzi konczyli wlasnie kilkunastotygodniowa "sluzbe".
Po dotkliwie mroźnej nocy złożyliśmy obóz i szybko zeszliśmy na dół. Na krótko zatrzymaliśmy się w Lodgepole, gdzie spotkaliśmy... Toma (patrz poprzedni odcinek), który zdawał Rangersom relacje ze spotkania z Lwem górskim. Tylko 5-6 tych bestii jest jeszcze w High Sierra, jeszcze 10 lat temu bylo ich 12. Niedługo pozostaną tylko zdjęcia w miejscowym muzeum. Z tym smutnym akcentem opuściliśmy Sekwoję.
