Po złoto San Pedro Martir

Borys Wróbel

Słuszna, bo z orłem w koronie, polska flaga, przywitała nas w środku pustyni blisko granicy Kaliforni z Arizoną, gdzie co roku już od 7 już lat Polacy, głównie z Kalifornii, Newady i Arizony spotykają się obchodzić Sylwestra w największej na świecie sali balowej - pod gwiazdami. A flagę zatknał wieloletni organizator imprezy - pan Piotr Szymański. Przez ostatni kawałek, bardzo polnej pustynnej drogi, dzielnie pilotował też nasz samochód na czterokołowym motorze z grubymi oponami. Do strannie wybranego miejsca, okolonego od wiatru i z ubitą ziemią na ognisko i hulanki, w tym roku Rodaków, którym wraże są smokingi, dotarło około trzydziestki.

Szybko rozpoczęliśmy rozwieszać regulaminowe baloniki i rozbijać namioty, rzucając ukradkowe spojrzenia na zachód słońca nad słonym jeziorem Salton Sea, które mgłą łączyło się z szarzejącym niebem. Na wschodzie zbudowane z piaskowca z dodatkiem rud żelaza Góry Czekoladowe wydawały się teraz jeszcze bardziej godne swojej nazwy. Póki jeszcze widno zdążyliśmy jeszcze pozbierać kawałki pustynnych krzewów na ognisko, kłując się przy tym jedynie odrobinę, oraz podłączyć spalinowy generator dla oświetlenia ledwie powiewającej w wieczornym wietrzyku flagi.

warzyw tam co prawda uprawiać nie ma sposobu Tańczących w balowych trampkach nie było wiele - więcej spragnionych rozmowy w ojczystym języku. Przed samą północą wymieniliśmy jeszcze wizyty z grupą zaprzyjaźnionych tubylców, co roku zwabionych polskimi procentami z pobliskiej szopy na kilku akrach pustyni. Warzyw tam co prawda uprawiać nie ma sposobu, ale można w celu rozrywkowym sklecać pustynne pojazdy.

Wreszcie strzelił szampan, życzenia zostały złożone i po kilku godzinach namioty wypełniły się chrapaniem.

Nie jestem pewien dlaczego, ale okolice Gór Czekoladowych nie zrobiły na mnie nadzwyczajnego wrażenia. Bardzo możliwe, że pustynia tu zbyt przypominała przemysłowy krajobraz - a same góry wygladały jak hałdy. Ale przede wszyskim było to chyba za dużo wrażeń na raz i stopniowo wszystko zaczeło do mnie docierać dopiero w ciagu kolejnych kilku dni, w czasie jeszcze bardziej dzikiej wyprawy w głąb meksykańskiej Baja California Norte (Północnego Półwyspu Kalifornijskiego), na którą wielkodusznie zaprosili mnie państwo Szymańscy.

na wydmach Punta Estrella Po przekroczeniu granicy - w drodze na południe nie trzeba tu nawet przystawać - z Calexico do Mexicali i przejechaniu obok wyschniętej Laguna Salada dotarliśmy już po zmroku do portowego miasteczka San Felipe, opustoszałego po sylwestrowych hulankach. Niedobitki Gringos dopijały margarity w barach nad brzegiem morza. Pierwszą noc po meksykańskiej stronie spędziliśmy na wydmach Punta Estrella, w miejscu wybranym wielce przypadkowo po kilkunastominutowej jeździe po wydmach, z włączonym napędem na cztery koła. W czasie kolacji mieliśmy za to wspaniały widok na światła San Felipe.

widok na San Felipe Następnego dnia widok na wschodzące nad Morzem Korteza słońce był jeszcze wspanialszy. Parząc na zachód, w stronę czerwieniejacych gór Sierra San Felipe, wreszcie wyglądało to na szanującą się pustynię - niczym w scenach z początku Faraona. Po Morzu Korteza, czyli Zatoce Kalifornijskiej, wkrótce zaczęły śmigać pangi - plastikowe łódki rybaków. Wkrótce potem takie same pangi zobaczyliśmy leżące na plaży, przejezdżając równoległą do brzegu morza drogą. Większe kutry stały w "porcie" San Felipe - cała marina miała rozmiar połowy boiska do piłki nożnej. Stały dosłownie - podczas odpływu - w San Felipe nie potrzeba suchych doków. Na pewno przydałby się jednak nowy falochron, stary bowiem zmył huragan Nora.

Kilka łodzi należy tu do Gringos, mały jacht kogoś z Utah i katamaran, na którym spał strażnik amerykańskiej własności - Buc z Kolorado. Z pewnym trudem udało nam się go dobudzić. Zgromadzone pelikany nawet nie zwrociły uwagi na nasze dzikie okrzyki. Buc na szczęście dysponował obiektem naszych marzeń - odbitką kilku zlepionych ze sobą topograficznych map okolicy. Udostępniona nam kompilacja była pozostałością zeszłorocznego 250-milowego wyścigu wokół San Felipe. Przylądek Kalifornijski, szczególnie jego północna cześć jest w końcu jedną wielką piaskownicą Gringów...

Najważniejsze jednak, że na mapie były zaznaczone polne drogi przez pustynne wertepy i co więcej - współrzędne kartograficzne, dzięki którym, z użyciem ręcznego odbiornika Global Positioning System udało nam się odnaleźć cel naszej wyprawy - Cańon Agua Caliente - Kanion Gorącej Wody - w Sierra San Pedro Martir - Górach Świętego Piotra Męczennika.

wsród agaw i kaktusów Z GPSem wystawionym do satelit przez okno na tylnym siedzeniu Jeepa, miałem dość ograniczoną widoczność na przejezdżane kupy piachu, za to świetną na profil kierującego pana Piotra we wstecznym lusterku. Czerwony od opalenizny i w skupieniu wypatrujący najlepszej drogi wsród agaw i kaktusów przypomniał Winnetou... Kilka razy musieliśmy zjezdżać z ubitej polnej drogi by okrążyć miejsca wyrwane przez wodę, która rwała okresowymi rzekami w czasie niedawnego huraganu. Pani Iwona Szymańska wytrwale wypatrywała wstążeczek znaczących trasę ubiegłego wyścigu.

gdyby nie GPS Zbyt głęboko zawierzyliśmy tym wstążeczkom i gdyby nie GPS, nie odnaleźlibyśmy poszukiwanego kanionu, 30°38.95'N, 115°12.43'W. Nie zwróciliśmy uwagi na leżące u jego wylotku chatki stanowiące zaznaczoną na mapie osadę Agua Caliente. Droga nieoczekiwanie odbiła w lewo, od Sierra San Pedro Martir, z powrotem na wschód. W zaznaczeniu pozycji mogliśmy się pomylić o kilkanaście sekund, ale nie o minutę. GPS i rozsądek kazał nam wracać dziesięć mil do owych kilku na krzyż chatek.

kaktus Cardon Niestety, po kilku minutach jazdy, minięciu o kilka centymetrów rosnącego przy samym brzegu drogi kaktusa Cardon i przeprawie przez kikucentymetrowej tu głębokości strumyk Agua Caliente, trzeba było rozbijać obóz - dalszą drogą, zniszczoną przez Norę, musielibyśmy budować przez kilka dni. Było już za późno na pieszą wyprawę do rzekomych gorących źrodeł. Starając się zdążyć przed zmrokiem zaczeliśmy zbierać opał na ognisko, planując nad nim odgrzać kurczaka. Kolację przerwał silny wiatr z gór wiejący w stronę pustyni, trzeba było przestawić samochód dla osłonięcia namiotu.

uczepionymi na słowo honoru kaktusami Następnego ranka spacer w górę kanionu zabrał nam ponad dwie godziny. Nie wiedzieliśmy w którym z kanionów są gorące źrodła. Postanowiliśmy je znaleźć kierując się gradientem temperatury wody. Szliśmy wodą szukając ciepła. Strumień czasem sięgał do kostek, żłobił naniesione w czasie swej okresowej świetności głazy, spadał wysokimi do kolan wodospadami. W otoczeniu malowniczych skał, z uczepionymi na słowo honoru kaktusami, miniaturowa rzeka czasem rozlewała się kilkumetrową warstwą po łachach, by po kilkunastu metrach zebrać swe meandry ponownie w jedno. Po kilku milach nożne termometry wskazały że robi się cieplej. Wytrwałe brodzenie celem pomiaru temperatury wreszcie doprowadziło do odkrycia, że jedna z takich odnóg jest wyraźnie cieplejsza.

Budowniczy zapory na Solinie byli by z nas dumni Towarzyszący nam od pewnego czasu zapach siarkowodoru stawał się coraz bardziej intensywny. To dobry, jakkolwiek śmierdzący znak. Po kilkudzesięciu metrach woda stała się zbyt gorąca, by w nią wejść. Po obu stronach szerokiego na stopę i wyścielonego czarnym mulem dopływu widać było kwitnące na czerwono ciepłolubne mikroorganizmy. Północny brzeg kanionu porastała trawa miekkości angielskiego trawnika. Po kikudziesięciu metrach dotarliśmy do leniwie bulgocących wydobywającym się z głębi ziemi gazem, dołków. Wypłnione one były czarną mazią zmieszaną z żółtym pyłem złota głupców, czyli siarczkiem żelaza - Fe2S.

Budowniczy zapory na Solinie byli by z nas dumni Budowniczy zapory na Solinie byli by z nas dumni. Trzeba było ponad pół godziny zaawansowanych prac inżynieryjnych z użyciem łopatki i leżących wokół kamieni, by osiągnąć w stworzonym basenie zalewie znośną temperaturę. To za zimna to za ciepła! Za kurek złużyła nam, usypana ze wspomnianego już teraupeutycznego błota, tama w poprzek zimnego strumyka. Dodając lub ujmując błota mogliśmy z grubsza kontrolować stosunek ciepłej do zimnej wody. Wynik tego eksperymentu kazał nam odnotować że obie wody (Agua Caliente i Agua Fria) mają do siebie stosunek wrogi, niemal seksualny. Jeszcze gorzej poszło nam z pozbyciem się z dna basenu czarno-złotego terapeutycznego mułu. Zamiast wypłukiwać się bieżącą wodą, zdawał się osiadać na dnie basenika. Ta cecha czyni go terapeutycznym? Po kąpieli byliśmy więc o wiele bardziej umorusani błyszczący złotem głupców niż przed, a do tego przesiąknięci subtelnym aromatem zgniłych jaj. Być może nie zmądrzeliśmy w głowach lecz na pewno wyzdrowieli na ciele.

kąpiel po trzech dobach bez mycia Jednak kąpiel po trzech dobach bez mycia napełniła nas dostatecznie awanturniczą duszą, by zaryzykować powrót do San Felipe inną drogą - dalej odnogą błędnie wzietą poprzedniego dnia, która według mapy powinna prowadzić przez Valle Chico (Mała Dolina) oddzielającą Sierra San Pedro Martir (Góry Św. Piotra Męczennika) i Sierra San Felipe (Góry Św. Filipa), a następnie przez nie, Kanionem Zarośli (el Parral). Było już prawie ciemno, gdy w kanionie tym rozbiliśmy kolejny obóz. Droga musiała należeć do trasy kilku wyscigów, o czym świadczyły koleiny i liczne skróty ścinające zakręty. Zwykle trzymaliśmy się jednak głównej trasy, oznaczonej wstążeczkami różnych kolorów, wybieranych w kolejnych latach, uważając na zdradliwie wystające kamienie. Staraliśmy się dojechać jak najdalej, a raczej jak najniżej, żeby uniknąć przenikliwego zimna, które poprzedniej nocy w Kanionie Agua Caliente, na wysokości zaledwie 400 metrów, dało nam się nieco we znaki.

w lesie wiekowych kaktusów Cardon Wreszcie wybraliśmy zaciszne miejsce w lesie wiekowych kaktusów Cardon. Zaczeliśmy znów gorączkowo zbierać opał - było tu wiele wyschniętych prawie na wiór pustynnych drzewek, z których jedno udało mi się wręcz wyrwać z korzeniami - pewnie bajkowy Wyrwidąb równie starannie wybrał obiekt, zapewniając sobie sukces bez wielkiego wysiłku. Duże ognisko barwiło się niebieskawymi płomieniami wydzielającego się z pustynnych badyli gazu. Już nigdy więcej płomień gazowych kominków, częstych w amerykańskich domach, nie będzie wydawał mi się sztuczny...

Nigdy więcej też nie bedzie mi się wydawała nienaturalnie zielona i puchowata trawa w makietach kolejek - właśnie tak wyglądała trawa, kiedy dwa dni później po raz piąty w ciągu zaledwie tygodnia przeprawiałem się przez Góry Nadbrzeżne, w drodze do kalifornijskiej Doliny Centralnej. Co więcej, brzegiem autostrady prowadziły stare tory a góry co jakiś czas poprzetykane były tunelami - wyglądało to dokładnie jak makieta. Międzystanowa autostrada w kilku miejscach jest tu za szeroka na jeden kanion i rozdziela się na dwie nitki by potem znowu je przetknąć i połączyć. Na jednym z odcinków nitki te biegną "odwrotnie", tak że samochody jadące w przeciwną stronę widać w oddali po prawej. I pomysleć, że kaniony te musiały zaledwie kilkadziesiąt lat temu być równie trudne do przebycia, co Canon el Parral...

Rankiem następnego dnia dotarliśmy wreszcie do asfaltowej szosy prowadzącej brzegiem Morza Korteza na północ - do San Felipe. Ślady kilkunastu ognisk i tony pustych butelek po piwie "Tecate" przy ostatnim rozwidleniu pustynnych dróg świadczyły, że jest to główny punkt kontrolny wyścigów i miejsce noclegu rajdowców. Nie tylko ich ślady jednak tu znaleźliśmy - pustynia była usłana najprawdziwszym wulkanicznym żużlem. Kilkaset metrów na północ znaleźliśmy dziką kopalnię siarki, kontrastującą z brązowymi górami-hałdami hałda białych kamieni-odpadków, znaczonych gdzie niegdzie na złoto. Prowadzony stłumionymi odgłosami kopania przeszedłem na drugą stronę hałdy - by powiedzieć Buenos Meksykaninowi wynoszącemu złote bryłki w pudełku od butów.

Naprzeciw wyżłobionych w pustyni koryt, które musiały być przedłużeniami górskich kanionów i rwącymi rzekami w czasie Nory, asfalt szosy do San Felipe był czasem całkowicie zerwany. Pustynia kwitła na fioletowo, w oddali widać było najwyższy szczytu Półwyspu, leżący w Sierra San Pedro Martir Diabelski Szczyt - Picacho del Diablo. Od strony morza co parę kilometrów z pustyni wystawały samotne, wysokie na kilkanaście metrów bramy. Czasem do jakiegoś rancza - niekiedy widać było w głębi jakąś skromną chatkę, dla której splednor bramy miał być widać propagandową osłoną... Czasem do ośrodka wypoczynkowego. Przy jednym z nich, ośrodku wypoczynkowym urzędników, nie wytrzymaliśmy - tu trzeba było zrobić zdjecie! Napis głosił dumnie: Centro Vacacional Burocratas. Nic dziwnego, że Gombrowicz mieszkał w Meksyku...

Po półgodzinnym oczekiwaniu na granicy w Mexicali, przez którą w pośpiechu przejechaliśmy zwracając co jakiś czas uwagę na wąsate pomniki, ponownie przekroczyliśmy granicę. W kolejce staraliśmy się nie patrzec na oferowane nam w kolejce plastikowe pamiątki. Węszący w poszukiwaniu narkotyków pies nie zwrocił nawet uwagi na przedziwną kombinację zapachu pustyni, ognisk, gorących źródeł i kopalni siarki, jaką byliśmy przesiąknięci.

Od wschodu omineliśmy Salton Sea, odbębniliśmy Hadż - droga prowadziła przez Mekkę, amerykańskie miasteczko, w okolicach którego w zapadłych ciemnościach dojrzeliśmy lasy daktylowych palm - i wreszcie późnym wieczorem dotarliśmy do cywilizacji i czystej pościeli - rzuciwszy jeszcze okiem na rozpościerający się z autostrady spektakularny widok na światła Los Angeles.


Ameryka