Reportaż z Alfonsiny

Piotr Szymański

W piątek bardzo się ochłodziło. W Big Bear spadł śnieg. Prognoza pogody na sobotę, dwudziestego piątego maja, zapowiadała niestabilne powietrze nad wybrzeżem Pacyfiku. Mając do wyboru Lake Mead w Nevadzie lub Alfonsinę w Meksyku na półwyspie Baja Kalifornia - wraz z żoną wybraliśmy cieplejsze miejsce, w Meksyku.

Umówiłem się z kolegą pilotem, Mike'm Heinrich'em, że przyleci po nas na lotnisko w Mexicali o współrzędnych 32:37.70N 115:14.86W. Dalej, polecimy do Alfonsiny, 29:47.56N 114:23.77W. Mike nigdy tam nie był, a z przewodnika po pasach startowych w Meksyku wyczytał że pas jest niczyj na skutek sporu między właścicielem ziemi a meksykańskim wojskiem, które spychaczem wyrównało kilometrowy pasek pustyni. Ja byłem bardzo ciekaw lotniczego spojrzenia na dobrze mi znane miejsca, zwłaszcza że planuję wyprawę wodą z San Felipe na wyspę Carmen, nieopodal Loreto. Pierwszy raz jest zawsze najciekawszy. Zapowiadało się na przygodę. Dobrze też się złożyło, że w tym samym czasie wybierała się nad zatokę San Luis Gonzaga grupa nórków z San Diego. Zabrali ze sobą kompresor do pompowania butli z powietrzem. Wybłagałem by wzięli zapasowe butle i dodatkową wodę pitną dla nas. Mike wynajął samolot za $65/godz na lotnisku w Long Beach (Playa Grande) i dotarł na lotnisko w Mexicali o trzeciej po południu. My przekroczyliśmy granicę przejeżdżając z miasteczka Calexico do Mexicali, i po trzydziestu minutach byliśmy na lotnisku. Było nas troje i 30 kg bagażu. W sam raz na bezpieczny lot. Tu wypełniliśmy flight plan, przeszli przez cło i dali sobie ostęplować, całkiem niepotrzebnie paszporty. Mike jest pragmatystą. Z uporem maniaka wciskał wszystkim urzędnikom zwinięte w tutkę banknoty. Na pytanie czy to godzi się z pruskim zamiłowaniem porządku, odpowiadał, że tak mu wszyscy radzili, po czym racjonalizował swe postępowanie tym, że dzięki łapówkarstwu cieszy się większą wolnością niż w takich np. Niemczech. Za drobną opłatą urzędnik nagnie się do potrzeb petenta, co więcej nawiąże z nim ludzki kontakt. Będzie go pamiętał jako człowieka i w przyszłości, w razie nagłej potrzeby, pomoże. Bez względu na prawo. To się bardzo liczy w kraju o ograniczonych możliwościach. Zrozumiałem jakie to cenne w drodze powrotnej.

dwugodzinny lot do Alfonsiny Początkowo planowaliśmy większy samolot, lecz pozostał nam 160-cio konny, Piper Warrior II. Model z połowy lat osiemdziesiątych, z 1660 godzinami przebiegu (przelotu?). Dopełniliśmy oba baki 40-toma galonami paliwa, po $2/galon, plus $2 lapowki, wyruszyli dalej w dwugodzinny lot do Alfonsiny.

Lotnisko w Mexicali leży 10 mil na wschód od miasta. Jest tu lekkie wzniesienie, ok. 30 metrów nad poziomem morza, prostopadle do biegu rzeki Colorado. Utworzone ono zostało przez naniesiony przez rzekę piach. Wzdłuż niego biegnie granica i na nim też leży miasto. To z tego wzniesienia spływają ścieki z miasta. Ku oburzeniu Amerykanów płyną one na północ rzeką "New River". Wprost do Salton Sea. Nie rób innym co tobie nie miłe. Amerykanie do dziś nie wybudowali obiecanej oczyszczalni swoich ścieków. Przez to, resztka wody wpływająca do delty rzeki jest nasycona fosforanami z amerykańskich pól. Trudno tu pić wodę z miejskich wodociągów. Jest słono-gorzka, Zuber przy niej smakuje jak Kryniczanka.

wzory niebieskich dendrytów na beżowym tle Z wieży dostajemy pozwolenie na odlot i po stu metrach rozbiegu jesteśmy w powietrzu. Mamy do przelecenia 240 mil w linii prostej. Już dziesięć mil na południe od lotniska, teren opada i szarość pustyni zamienia się w prostokąty zielonych irygowanych pól. Lecimy wzdłuż głównego podziemnego koryta rzeki. Tylko miejscami rzeka wypływa na powierzchnię, by znów zniknąć pod ziemią. Im dalej na południe tym częściej pojawiają się białe plamy soli. Są to depresje zalewane morską wodą podczas sztormów i przypływów. Mijamy wał przeciwpowodziowy zbudowany na nalegania amerykanów, którym sen z powiek spędza myśl że podczas silnego sztornu, wody z morza Corteza mogą zalać depresję w której leży El Centro. Jeśli się to stanie, to na dziesiątki lat stracone zostaną żyzne pola doliny Coachella. Nie mówiąc o stratach w ludziach i sprzęcie. Już raz, w 1905 roku doszło do katastrofy, gdy przebrała rzeka i przerwała świerzo zbudowaną tamę irygacyjną, po czym zalała dolinę El Centro. Tak powstało Salton Sea. Całe szczęście to była słodka woda, a teren jeszcze wówczas nie był zagospodarowany. Dziś co drugi tydzień odbywają się tu żniwa alfalfy - pierwszej kreacji inżynieri genetycznej. To dzięki tej cudownej koniczynie amerykańska wołowina jest jedną z najtańszych na świecie.

wzory niebieskich dendrytów na beżowym tle Przed nami pojawia się błękit morza Corteza. Na zachodzie świeci srebrem sól w Lagunie Salada. Tu rzeka płynie pod ziemią, tylko miejscami wytryska tysiącami źródełek. Woda z nich łączy się w strumyczki, te w rzeczki. Z samolotu widać jak tworzą się niezwyłe wzory niebieskich dendrytów na beżowym tle. Widziałem coś takiego na ekranach komputerowych wyświetlających fraktale Julii czy Mandelbrot'a. Tu dopełnia żywota rzeka która przez dwa tysiące mil była torturowana śluzami kanałów irygacyjnych, turbinami generatorów, pompami śróbowymi i kajakarzami z Grand Canyon'u. Pomyśleć że to ona świeci neonami w Las Vegas, płynie w naszych kranach, poi i pośrednio karmi nasze bydło. Bez niej Arizona byłaby pustynią. Z powietrza widać na morzu brązową wstęgę iłu, ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, aż po San Felipe. Tu rzeka wyzionęła ducha.

San Felipe jest ulubionym tarłem młodzieży szkolnej. Przyjeżdżają tu na Święta Wielkanocne, po tym gdy burmistrz Tony Bono ukrócił ich swawole w Palm Springs. Lokalna policja, za niewielką opłatą, jest bardzo wyrozumiała wobec rozhukanych wyrostków. Na zachód od San Felipe góruje Picacho del Diablo. Lita ściana granitu, wysoka na 11 tysięcy stóp. U jej podnóża leży suche jezioro - Laguna del Diablo. Lecimy na 3.5 tysiącach stóp, więc potrafimy docenić jej ogrom. Przylecimy tu zimą.

Isla San Luis Wybrzeże na Południe od San Felipe, usłane jest letnimi domkami amerykanów. Zwłaszcza odcinek do Puertocitos. Jeszcze dalej na południe wybrzeże robi się skaliste o stromych brzegach. Nieliczne plaże są tylko w miejscach gdzie kaniony wycięte w czarnej wulkanicznej skale, wpadają do morza. Tu pojawiają się pierwsze przybrzeżne wyspy. Z grupy pięciu wysp, trzecia, licząc od północy, Isla Encantada, jest opanowana przez tysiące fok i dziesiątki tysięcy mew. Jest to kraj nieustannie niezadowolonych i kłótliwych fok. Do zamętu przykładają się samce obwieszczająć swą siłę i determinację. Na mile słychać cały ten raban, a smród na dwie. Czwarta wypa to Isla San Luis, wulkaniczny wierzchołek drzemiącego wulkanu. Z lotu ptaka widać sączącą się z jego wierzchołka czarną lawę, która zastyga jak strup na kolanie. Po południowej stronie wyspy, tuż poniżej czarnej czapy lawy, widać szaro brazową warstwę pumeksu. Podczas sztormów fale odrywają jego cząstki i rozsiewają po okolicznych plażach. Ten sam pumeks, przycięty w sześciany można kupić w Tijuanie po dwa pesy. Piąta wyspa to Isla Willard, która przy niskiej wodzie łączy się piaszczystą mierzeją z Alfonsiną. Tu będziemy lądować, na dłuższym z dwóch pasów startowych. Ten pas, prostopadły do zatoki, śmiało wystarczy na małego odrzutowca, dotykamy go w połowie i zatrzymujemy dwadzieścia metrów od plaży. Stoją tu już inne samoloty, a ich pasażerowie kryją się przed słońcem pod palapami. Nigdy przed tem nie widziałem tu tylu samolotów i ludzi. Wszystkie 15 palap jest zajęte. Stoi przed nimi dziewięć samolotów. Wygląda to na szczyt sezonu.

samolotów i ludzi Rok temu, na początku października nie było tu żywej duszy. Tylko rano podjeżdąał do nas zdezelowaną ciężarówka Meksykanin, wyciągał rękę i mówił "fa dola". Wręczaliśmy mu $5 i ten odjeżdżał. Innym razem nie chciał już "fa dola" tylko wziął koledze koszulkę z napisem "Lakers" i już więcej się nie pokazał. Teraz "fa dola" ma ręce pełne roboty.

Na Alfonsinę składa się rząd drewnianych domków letniskowych, stojących na wąskiej, piaszczystej łasze, utworzonej przez wyspę Willard. Budyneczki stoją frontem zwrócone do zatoki San Luis Gonzaga. W czwartym od północy Pani Alfonsina prowadzi "cantin'ę". Podają tu piwo po dolarze, tequilę, i można to przekąsić taco'em. Za ich zapleczem jest drugi pas startowy. Długi na jakies 400 metrów. Stoi przy nim tablica na której ktoś napisał "Ustąp pierwszeństwa samolotom". Za pasem startowym roztacza się spora laguna. Raj dla komarów. Dalej, po północnej stronie zatoki, u podnóża łagodnego pagórka stoi wioska rybacka o nazwie Papa Fernandez 29:49.67N 114:23.71W. To Papa Fernandez decyduje o tym co istotne dla wioski. Pełni on też funkcje reprezentacyjne. Wita nielicznych przybyszy, podając im dłoń pozbawioną czterech palcy. Przychodzi na myśl, że to pewnie rekin mu je odgryzł. Boję się rozczarować, ale spytam go następnym razem. Sądziłem że Alfonsina jest jego córką, lecz okazało się że nie jest spokrewniona i że prowadzi agencję turystyczną w Tijuanie. Punta Willard osłania od północnego wschodu zatoczkę i wioskę. Jest to wąski, skalisty półwysep z piaszczystymi plażami po obu stronach. Na południe od Alfonsiny, otwiera się pozostała, głęboka część zatoki San Luis Gonzaga. W niej, osłonięte od fal i wiatru, niekiedy przystają na noc luksusowe jachty. Oświetlone jak choinki, kolą w oczy tych, którzy siedzą na plaży przy ogniskach. Nie poznałem jeszcze osoby która chciała by się zamienić miejscami.

Papa Fernandez Zbliża się szósta po południu. Dowiadujemy się od mieszkanców plaży, że była tu grupa Polaków i że przenieśli się na północną stronę zatoki, na plażę przy Papa Fernandez. Miejsce odległe o trzy mile, brzegiem. Zbyt daleko by iść piechotą z bagażami. Tomek Żylak i Andrzej Czerwiński zjawiają się ciężarówką o siódmej wieczorem i zabierają nas na Puntę Willard. Jestem im dozgonnie wdzięczny. Tu kwitnie polskie życie towarzyskie. Stoją cztery ciężarówki, płonie ognisko, smarzą się ryby, a piętnastoosobowe towarzystwo gorliwie dyskutuje na tematy żydowskie. Nie sądziłem że film "Shtetel" obudzi w wielu utajony antysemityzm, wyssany z palca lub piersi matki. Ten temat pozostawię grupie dyskusyjnej "Poland-L". Ktoś upolował sześcio kilogramowego "grouper'a" i teraz Iwona go smarzy dla wszystkich. Dużo smaczniejszy od karpia po żydowsku i nie staje ością w gardle.

Ładne jest to miejsce. Samochody stoją na szerokim, dwudziesto metrowym półwysepie, oddzielającym zatokę od morza. Po obu stronach są piaszczyste plaże. Wybieramy plażę po strone morza, rozkładamy łóżka i idziemy spać. Przy ognisku nadal wrze dyskusja.

Rano budzi nas słoneczko wstające nad morzem. Woda jest gładka jak lustro. W dali widać wyspę San Luis. Tuż nad wodą leci sznur pięciu pelikanów. Poruszają skrzydłami jakby były połączone wspólnym ukadem nerwowym. Gdyby się dało tak sterować samolotami wzrosła by przepustowość lotnisk. Po prawej, przy występie skalnym jest mała jaskinia. Znaleźliśmy ją jeszcze w zeszłym roku, posłuży nam ona do osłony przed słońcem.

Przy samochodach robi się ruch i pierwsi nórkowie pojawiają się na plaży. Zakładam butlę i płynę sprawdzić dno. W porównaniu z jesienią, woda jest mętna. Widoczność na pięć metrów. To co ma zakwitnać w wodzie robi to właśnie teraz. Tu jest dość płytko, ok. 25 stop. Widzę grupkę ryb stołowych. Przypływają one rano na płytkie wody. Przy skałach wolno sunie grouper. Czycha na ofiarę. Wczoraj zjedliśmy na kolację jego kolesia. Trzydzieści minut pod wodą mi wystarczy. Wychodzę na powierzchnię. Pijemy kawę, jemy śniadanie, pływamy i tak do wieczora. Zenek przyciągnął tu swoją żaglówkę - "fina". Po południu wzmaga się wiatr i co odważniejsi skaczą "finem" po falach. Tomek obsługuje kompresor. Dał przecież słowo Gunnarowi że osobiście będzie za niego odpowiedzialny. Gunnar, to odchodzący na emeryturę Niemiec z Hamburga, którego hobby to przerabianie kompresorów do F-14 na kompresory do pompowania butli. To nazywa się dywidentem wygranej zimnej wojny, częścią akcji przetapiania broni na kosy. To, za co podatnicy zapłacili $40,000 teraz Gunnar kupuje za $400.

Dwain Wieczorem znów ognisko. Piwo się już skończyło. To dobrze, nie mamy już lodu. W kantinie Alfonsiny też nie ma, wszystko przeznaczone na zabawę tej nocy. Zejdzie się tam całe plażowe towarzystwo. Zapada zmierzch, i słyszę pluskanie na plaży po stronie zatoki. Myślę że to foki polują na ławicę rybek. Tomek, który Zodiakiem akurat przyciągnął "fina", woła nas na spektakl. Przed naszymi oczyma odbywa się tarło kalmarów. Są to głowonogi, krewne slimaków. Mątwa i ośmiornica też należą do tej grupy. Woda od nich kipi. Wzdłuż brzegu ciągnie się brązowa smuga ikry i spermy. Widać jak niektóre z kalmarów zmieniają kolor na rożowy. Większość z nich zdycha. Dowiedziałem się później że jest to przysmak. Ponoć smarzy się odwłok i macki. Nikt, choć był wśród nas technik żywności morskiej, nie miał ochoty na smarzone kalmary. Jutro rano zapłodnione jajeczka, te których nie zeżrą ryby i kraby, wyruszą z odpływem w morze. W tym samym czasie odbywa się tarło u Alfonsiny. Beczkami płynie piwo. Gra latynoska muzyczka. Towarzystwo wyraźnie dzieli się na dwie grupy wiekowe. Do dwudziestu pięciu lat i po czterdziestce. Pozostałe grupy wiekowe widać siedzą w domu i produkują ikrę. Jutro rano wracamy. Planujemy odlot na jedenastą. O brzasku zagadujemy przechodzącego plażą Meksykańczyka. Trzyma on w ręku spory kij a za nim, ociągając się, idą dwa wynędzniałe psy. Nazywa się Mojżesz. Mieszka teraz w Ensenadzie, i co roku przyjeżdza tu na trzy miesiące. Mieszka w chatce kolegi. Stoi ona po północnej stronie naszej plaży. Widać nie często ma okazję sobie pogadać. Pytam go o widoczne z plaży gniazdo orłów morskich. Jest to cylindryczna konstrukcja o metrowej średnicy, wysoka na metr, stojąca na wysokiej skarpie. Spleciona z grubych patyków, przypomina bardziej klatkę niż gniazdo. Mojżesz z dumą opowiada jak dba o to, by nikt zbyt blisko do gniazda nie podchodził. Mówi z przejęciem, że bliskość ludzi może wystraszyć tę parę orłów. Opowiada nam o swym życiu w Stanach. Mieszkał w Oxnard i żył ze zbierania truskawek. Im więcej pracował tym bardziej był zadłużony. Im bardziej był zadłużony tym większe wymogi stawiała mu żona. W końcu nie wytrzymał, rzucił żonę, truskawki i osiadł w Ensenadzie. Teraz zarabia $120/tydzień, nie ma długów, żony i cieszy się życiem. Tylko czasami odwiedza córkę w Oxnard. Przychodzi mi do głowy Dwane, człowiek w wieku Mojżesza, którego poznałem na ganku mojego domu w Stanach. Ubrany w farmerki, czapeczkę z napisem "International", przejechał na rowerze i wręczył mi karteczkę wyrwaną ze szkolnego zeszytu na której napisał: "Cześć, nazywam się Dwayne. Jestem urodzony w USA. Za $60 obetnę suche liście na Twojej palmie i wywiozę na miejski śmietnik". Szcześciarz z tego Mojżesza.
Pakujemy nasze nieliczne graty i Zenek zawozi nas do Alfonisiny. Stąd krótki lot i jesteśmy w Calexico.

Fotoalbum z wyprawy.


Listy do redakcji.

Piotrze,
Dotarł do mnie Twój reportaż z Baja. Mam uwagi... Kalmary są pyszne. Szczególnie faszerowane. Mexicali leży na wysokości 0-7 mnpm, lotnisko jest w Mesa Andrade na wysokości ok. 15-20 mnpm. Nie powinny więc spływać ścieki w strone lotniska.
Pytałam się w Ensenadzie o mapy Golfu. Można je kupić w tutejszym INEGI, ale nie zawsze są wszystkie odcinki (1:50 000). Pozdrawiam Ciebie i Iwonę

Ewa

_____________________________________________________________

Ewo,
Bardzo dziekuję za uwagi. Pisząc o ściekach spływających New River mam na myśli do El Centro w USA, a nie na lotnisko na Mesa Andrade. Dziękuję za dokładną wysokość. Mierzyłem ją GPS'em, lecz nie jest to dokładne. Ja kupiłem trzy mapy Golfu w Defence Mapping Agency, w skali 1:639,400 at LAT 29 deg. po $15 za sztukę. To są mapy nawigacyjne a nie topograficzne. Powiesiłem je na ścianie. Ładnie się komponują. Podaj mi proszę telefon do INEGI. Czym się faszeruje kalmary? Przyślij przepis, jeśli masz.

______________________________________________________________

Piotrze,
Mapy kosztują 40 peso jedna (topograficzna, geologiczna, hydrologiczna, albo.. nie wiem jakie jeszcze bywają) i pewnie potrzebowałbyś ich dużo. Telefon przyślę jutro, bo teraz nie mam tu książki. Czynni są 9-15, 17-19. Ale to chyba trzeba samemu wybrać. Faszerowane kalamry jadłam w jednej z tutejszych knajp. Nie wiem co było w środku, ale pewnie też jakieś mariscos. Pa
Ewa

______________________________________________________________

Piotrze,
Co do naszych wyjazdów: pomyliły Ci się daty. W Meksyku już byliśmy (2) tygodnie temu, a w ten weekend jedziemy na Catalinę (też ponurkować).
Jak wrócicie, opisz nam proszę tak ciekawie się zapowiadajacą wyprawę. Nie strach Wam zapuszczać się w takie bezludzie? Ten Meksyk to jednak jeden wielki syf, nie ma co mówić. Dziki, pusty, i niebezpieczny kraj, w którym nic nie działa oprócz karaluchów. Nasz wyjazd był udany, oprócz tego że w całym San Carlos przez cały weekend śmierdziało wniebogłosy padliną (nie wiem czy z turystów, czy prutych codziennie w porcie rybich bebechów). W/g rozkazu, sraczkę miałem aż do przedwczoraj.

Nogales, Hermosillo, Guaymas i San Carlos ciekawe, pełna egzotyka, niestety w wydaniu beznadziejnie trzecio-światowym, complete with submachine gun-toting, bandido-like soldiers, road blocks and checks for no apparent purpose (other than to intimidate people and give them shit), 2-hour stop at the border to a window sticker, etc. Słowem, huj na grob chicanosom. Parę następnych wycieczek gdzie indziej.
Życzę zatem powodzenia, i nie zapomnijcie sprawdzić dobrze samolotu. Awaryjnych lądowań na pustyni ani w uroczych mieścinkach nie polecam, jeśli Wam życie miłe. Odezwijcie się od razu po powrocie.

- Jacek Serafin


Ameryka