
Zdecydowaną większość Polaków wywiezionych ze wschodnich terenów Polski w głąb ZSRR stanowili katolicy. Nie określając w żaden sposób, z braku ku temu najbardziej podstawowych przesłanek, stopnia gorliwości religijnej tych ludzi przed wojną, zwłaszcza stopnia zaangażowania w życie Kościoła, uczestnictwa w praktykach religijnych itp., można śmiało stwierdzić, iż znalezienie się w głębi ZSRR i pod tym względem wprowadzało do ich życia nową jakość.
Chociaż już przez kilka miesięcy ludzie ci żyli w nowych, ustanowionych przemocą granicach państwa radzieckiego, to jednak dopiero na zesłaniu w pełni zetknęli się z realiami prowadzonej przez nie polityki wyznaniowej. Władze radzieckie podjęły na świeżo inkorporowanych ziemiach wiele działań skierowanych przeciw funkcjonującym tam kościołom. Już w trakcie zajmowania poszczególnych miejscowości niszczono obiekty sakralne i ich wyposażenie, bezczeszczono świątynie, krzyże i kapliczki. Miały miejsce przypadki maltretowania duchownych i naigrywania się z uczuć religijnych. Po zainstalowaniu się nowych władz rozwinięta została masowa propaganda antykościelna i antyreligijna. Niektóre miejsca kultu administracyjnie zamknięto, jednak nie zdecydowano się na przeprowadzenie kampanii likwidującej kościoły. Natomiast na szeroką skalę stosowano wobec parafii i zgromadzeń zakonnych szykany finansowe w postaci absurdalnie wysokich podatków, opłat komunalnych itp. Księżom odebrano beneficja kościelne, a także część mieszkań i obiektów parafialnych. Zdecydowanie odcięto kościół od wpływu na oświatę: zlikwidowano nauczanie religii w szkołach, a także zakazano jej w kościołach, odebrano kościołowi zakłady oświatowe i opiekuńcze oraz prawo udzielania ślubów. Kleru natomiast w szerszym zakresie początkowo nie represjonowano, a posługi sakralne mogły odbywać się w zasadzie normalnie, choć zdarzały się przypadki ich złośliwego zakłócania. Nie były też uznawane żadne święta kościelne, co stwarzało pewne trudności w uczestnictwie w ceremoniach osobom pracującym oraz rodziło rozterki i napięcia związane z koniecznością pracy w dni, w których była ona kanonicznie zakazana.
Brak masowych represji w latach 1939-1941 wobec kleru katolickiego Z.S.Siemaszko tłumaczy tym, że władze radzieckie wolały w tym czasie nie prowokować miejscowej ludności tego typu działaniami ze względu na jej bardzo mocne powiązania z parafiami i miejscowymi duchownymi.
W głębi Związku Radzieckiego sytuacja była już zdecydowanie inna. W całej rozciągłości ujawniała się tam antykościelna i antyreligijna polityka władz, zapoczątkowana bezpośrednio po rewolucji bolszewickiej. Przypomnieć tu należy, iż 23 stycznia 1918 r. został wydany dekret Rady Komisarzy Ludowych "O rozdziale Państwa od Cerkwi i Cerkwi od szkoły". Dokument ten literalnie nie odbiegał zbytnio od podobnych ustaleń przyjmowanych wtedy w innych państwach, a w wypadku Kościoła katolickiego stwarzał nawet formalnie pewne udogodnienia w stosunku do czasów carskich, kiedy państwo narzucało temu kościołowi liczne ograniczenia. Z czasem jednak wydano szereg uzupełnień w formie instrukcji, które odsłaniały rzeczywiste intencje władz, dając podstawy prawne do otwartej walki z religią, w tym też z katolicką. Nawet konstytucyjna gwarancja wolności sumienia była tak sformułowana, że nie przeszkadzało to w tępieniu przejawów życia religijnego. W osławionym Kodeksie Karnym Rosyjskiej FSRR (w artykułach 119-125) jako podlegające karze wskazano następujące czyny:
1. wyzyskiwanie przesądów religijnych mas w celu obalenia władzy robotniczo-chłopskiej lub podżegania do sprzeciwiania się jej postanowieniom;
2. podejmowanie działań w celu wzbudzenia zabobonów wśród ludności, a także w celu osiągnięcia w tej drodze jakiegokolwiek zysku;
3. udzielanie niepełnoletnim nauki religii w państwowych lub prywatnych zakładach i szkołach;
4. wszelki przymus przy ściąganiu składek na rzecz organizacji i grup kościelnych i religijnych;
5. podejmowanie przez organizacje religijne lub kościelne funkcji administracyjnych, sądowych lub innych publicznoprawnych oraz przywłaszczanie sobie przez nie praw osób prywatnych;
6. wykonywanie w instytucjach i przedsiębiorstwach państwowych obrzędów religijnych;
7. przeszkadzanie w wykonaniu obrzędów religijnych, o ile nie naruszają one porządku publicznego i nie są połączone z zamachem na prawa obywateli.
Normy prawa karnego skonstruowano w sposób praktycznie uniemożliwiający swobodę działania kościołów i publiczne wykonywanie praktyk religijnych. Postanowienia pozornie broniące swobody wyznania w swej istocie pozwalały pod pretekstem ochrony porządku publicznego i praw obywatelskich uniemożliwiać jakiekolwiek praktyki religijne. W wypadku złamania tych norm groziły surowe kary, a w przypadku pierwszej z nich nawet kara śmierci.
Systematyczne działania mające na celu usunięcie religii z życia mieszkańców ZSRR doprowadziły do tego, że w 1938 r. właściwie przestał istnieć w tym kraju Kościół katolicki w formie instytucjonalnej. Pozostały jedynie dwa czynne kościoły: w Moskwie i Leningradzie, a pracujący tam księża nie mieli prawa spełniać posług duszpasterskich w stosunku do obywateli radzieckich.
Tak więc ludzie wywiezieni w głąb Związku Radzieckiego znaleźli się w obliczu sytuacji zupełnie dla nich obcej, nienormalnej. Związani z religią i kościołem wielowiekową tradycją, głębokimi więzami uczuciowymi, całą obyczajowością i kulturą, nagle zostali pozbawieni pomocy duszpasterskiej, miejsc kultu, możliwości odbywania praktyk religijnych.
Wśród deportowanych w lutym 1940 r. księży w ogóle nie było, zaś w wywózce kwietniowej były to tylko pojedyncze osoby. Niewielu duchownych wywieziono w czerwcu 1940 r., natomiast w czerwcu 1941 r. na zesłanie trafili polscy księża z Litwy. W sumie jednak w stosunku do ogółu deportowanych liczba duchownych była bardzo niewielka.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że wśród deportowanych księży kilku poddało się wysiedleniu z własnej woli. Jednym z nich był ks. Leopold Dallinger z Kołomyi, który udał się na zesłanie, aby opiekować się swoją ponad 80-letnią matką. Nie ustalono jednak, czy mógł on w kamieniołomach Nowaja Tałbinka pełnić funkcje duszpasterskie. Kolejnym z tej grupy był ks. Tadeusz Teliga spod Lwowa, który jednak niestety szybko zmarł w miejscu zesłania. Jak wspomina ks. Tadeusz Fedorowicz, zaraz po pierwszej wywózce kilku księży ze Lwowa i okolic umówiło się, że w wypadku kolejnej deportacji będą się starać dostać do transportów. O pozwolenie na wyjazd dla siebie, ks. Włodzimierza Cieńskiego z parafii św. Marii Magdaleny we Lwowie oraz ks. Mariana Folcika, wikarego kościoła św. Elżbiety we Lwowie, starał się ksiądz Fedorowicz u arcybiskupa Bolesława Twardowskiego. Z wymienionej trójki pozwolenie otrzymali tylko Fedorowicz i Folcik, natomiast Cieńskiego biskup zatrzymał we Lwowie. Jako ostatniego warto wymienić jeszcze obywatela amerykańskiego polskiego pochodzenia, przebywającego wtedy w Polsce wschodniej, jezuitę ks. Waltera Ciszka, opiekującego się katolikami obrządku wschodniego, który dobrowolnie w marcu 1940 r. udał się z grupą robotników-ochotników do pracy na Uralu. Na miejscu nie mógł jednak oficjalnie spełniać posług religijnych, zaś po kilku miesiącach został aresztowany przez NKWD jako rzekomy szpieg.
Wymienione wyżej przykłady, choć budujące, należały jednak do rzadkości. Z reguły deportowana ludność pozostawała bez opieki duszpasterskiej. Pewna liczba księży katolickich znalazła się w miejscach przymusowych osiedleń Polaków później, gdy w rezultacie amnestii zwolniono ich z obozów, więzień i aresztów. W większości trafili oni do rejonów formowania się polskiej armii gen. Władysława Andersa. Do tej pory udało się ustalić 83 nazwiska takich księży, jednak lista ta nie jest jeszcze pełna.
Głębokie przywiązanie do religii katolickiej, manifestujące się w trakcie przeprowadzania wysiedlenia, spowodowało, iż zesłani posiadali jednak pewną ilość przedmiotów kultu. Jeden z deportowanych wspomina: "[...] każda rodzina z ziemi wileńskiej przywiozła ze sobą i strzegła jak najświętszej rzeczy wizerunku Matki Boskiej z Ostrej Bramy. Nikt w tej panice kilkunastu minut, jakie Sowieci dawali na przygotowanie się do wyjazdu, nie zapomniał o Matce Boskiej, można było nie wziąć odzienia, żywności, pierwszą rzeczą po którą sięgały matki był ten święty obraz". Jakkolwiek ostatnie zdanie jest zapewne przesadną i zbyt daleko idącym uogólnieniem, to jednak lektura licznych relacji zesłańców wydaje się potwierdzać liczne występowanie tego rodzaju postaw. Obrazy i figury świętych, krzyże i modlitewniki zabierano ze sobą może niekoniecznie w pierwszej kolejności, ale jednak dość często.
Zaskoczenie, groza sytuacji i zwykły strach będący tego pochodną powodował, że ludzie gwałtownie zaczynali się modlić już w trakcie opuszczania domu i podczas podróży w nieznane. Był to normalny odruch osób wierzących, które szukają boskiej pomocy w chwili zagrożenia.
Po przybyciu na miejsce zesłania deportowani musieli, rzecz prosta, zadbać przede wszystkim o elementarne sprawy bytowe - w takim zakresie jak było to możliwe w powstałej sytuacji. Dopiero w dalszej kolejności mogli myśleć o organizowaniu sobie życia religijnego. Musieli się jednak liczyć w tym wypadku z szeregiem zakazów. Jedna z osób zesłanych w okolice Ufy w Baszkirii wspomina: "Wszelkie praktyki religijne były zakazane. [...] Odkrycie takich praktyk groziło karą. Odebraniem zapłaty za pracę, biciem lub nawet więzieniem i rozstrzelaniem. Zesłańcy zostali o tym uprzednio poinformowani przez urzędników". Podobnych zapisów w relacjach zesłańców znaleźć można wiele. Mimo to już od początku towarzyszyła ich poczynaniom żarliwa modlitwa, dla bardzo wielu pozostając zresztą przez cały czas pobytu w ZSRR jedyną formą religijności. Zagospodarowując swój kąt w miejscu zakwaterowania, np. w barakach, ci którzy zabrali ze sobą z domu krzyż lub wizerunek świętego, najczęściej zaś obraz Matki Boskiej, wieszali go nad swoją pryczą, ku niemu kierując swe modlitwy, prośby o zmiłowanie i ratunek. Owe krzyże i obrazy stawały się często jednym z pierwszych źródeł konfliktów z nadzorcami zesłańców. Taką sytuację opisuje jeden z deportowanych do obwodu archangielskiego: "[...] komendant któregoś dnia, zaraz po naszym przyjeździe, wszedł do zajmowanej przez nas części baraku i stanowczo nakazał zdjąć krzyżyk i obrazek Matki Boskiej, które mama powiesiła na ścianie nad przydzieloną nam częścią pryczy. Rodzice na to odrzekli, że nikt tych relikwii nie zdejmie, bo to jest jedyna nasza świętość w tym miejscu. Jeżeli natomiast on się Boga nie boi i nie ma w swoim sercu nawet odrobiny litości czy współczucia, to niech sam to uczyni. Nie zrobił tego jednak. Zdenerwowany, wychodząc ze złością krzyknął: Duraki".
Formy religijności osób deportowanych zależały od sposobu, w jaki zostały wychowane oraz tradycji rodzinnych. Tak na przykład ten sam zesłaniec wspomina: "Rodzice nasi byli bardzo wierzącymi ludźmi. W tak bardzo ciężkich warunkach życiowych przestrzegali rodzinnej tradycji i wieczorem, bez względu na czynniki zewnętrzne, wspólnie odmawialiśmy pacierz, a w niedziele jeszcze dodatkowo modlitwy z książeczki. Rano, gdy wychodziliśmy do pracy, przypominali nam, abyśmy w czasie drogi odmówili modlitwy".
Nie wszyscy byli aż tak gorliwi, zwłaszcza że często sytuacja nie pozwalała na intensywne odbywanie codziennych modłów, a zakazy administracyjne i zagrożenie karami mimo wszystko powstrzymywało wielu zesłańców przed jawnymi praktykami. Jednak większość praktykujących katolików starała się przestrzegać nakazów religii, choćby w minimalnej, dostępnej im formie. Starano się więc przynajmniej odmawiać modlitwę wieczorną. Zbierano się w gronie rodziny, czasami kilku rodzin mieszkających w jednym miejscu, i modlono się, odmawiano różaniec itp. Aby ukryć się przed śledzącymi oczami wybierano się na wspólne modlitwy poza miejsce zamieszkania, np. w tajgę, gdzie modlono się "wśród szumiących wysokich drzew, w ukryciu przed enkawudzistami".
Inną formą religijności było śpiewanie nabożnych pieśni. Najczęściej, zwłaszcza w osiedlach specjalnych, musiano się z tym ukrywać. Ale zdarzało się, np. w Kazachstanie, iż zwierzchnicy godzili się z tym, czy raczej przymykali na to oko. Np. we wsi Lebieże Polacy codzienną pracę rozpoczynali właśnie takimi śpiewami. Początkowo wywołało to sensację i interwencję dyrektora magazynów, w których pracowali, ale gdy stwierdzono, że zesłańcy nie przerywali przy tym pracy przestano na to zwracać uwagę. Niekiedy do śpiewów, właśnie polskich pieśni religijnych, zesłańcy byli wręcz namawiani przez miejscową ludność, gdy ta, zasłyszawszy je raz, upodobała je sobie, chyba nie koniecznie rozumiejąc ich religijną treść. Pieśń religijna towarzyszyła niejednokrotnie pogrzebom, majowym modlitwom do Matki Boskiej, wieczornym czy niedzielnym spotkaniom Polaków. Była też elementem trwania przy polskości, sposobem na zachowanie przez dzieci i młodzież języka polskiego zagrożonego w obliczu ciągłego kontaktu z rosyjskojęzycznym otoczeniem.
W pierwszym okresie zesłania w stosunkowo wielu skupiskach polskich organizowano nabożeństwa majowe, niezwykle mocno zakorzenione w tradycji polskiego katolicyzmu, eksponującego kult maryjny. Nabożeństwa te, odbywane oczywiście bez kapłana, starano się odprawiać w różnych miejscach: w jakichś nieużywanych budynkach czy pomieszczeniach, czasem w lesie, gdzie indziej w baraku mieszkalnym lub ziemiance. Tak wspominał to jeden z zesłańców: "Skończył się kwiecień i rozpoczął maj, miesiąc poświęcony zgodnie z polską tradycją Matce Bożej. Wierni zwyczajom, pierwszego maja, który był dniem wolnym od pracy, po powrocie z przymusowego zebrania w stołówce, na którym w sposób nachalny wciskano nam banały o wyższości święta klasy robotniczej, zebrali się wszyscy mieszkańcy naszego pomieszczenia przed obrazem Matki Boskiej, wiszącym nad pryczami. [...] Odmówiliśmy wspólnie litanię i przyciszonymi głosami śpiewaliśmy znane wszystkim pieśni maryjne. W pewnym momencie wpadł do nas rozgniewany komendant i zaczął krzyczeć, że to nielegalne zebranie jest karygodnym naruszeniem obowiązującego regulaminu, za co zostaniemy ukarani. [...] Pogodziński rozpoczął spokojnie rozmowę z komendantem na ten temat. Ponieważ posiadał wielki dar przekonywania, po pewnym czasie jego rozmówca trochę złagodniał. Odstąpił od postanowienia ukarania nas za wykroczenie i - chociaż opornie - zgodził się na modlitwy w miesiącu maju, lecz tylko w gronie rodzinnym. W żadnym wypadku nie wolno było zbierać się gromadnie". W jednym z osiedli zesłańczych w obwodzie archangielskim w baraku przygotowano maleńki ołtarzyk i tam odprawiano modły. Władze, dowiedziawszy się o tym, zareagowały początkowo bardzo ostro, lecz ostatecznie ustąpiły, dzięki czemu nabożeństwa mogły się odbywać nadal. Swoistym ewenementem były zgromadzenia majowe w Ważju, w Komi ASRR: "W miesiącu maju wieszano obrazek Matki Boskiej na świerku lub sośnie w pobliżu baraku, umajano kwiatami lub zielenią i wspólnie, głośno śpiewano pieśni religijne. Czyli odprawiano majówkę". Był to przypadek niezwykły, bowiem jeżeli władze specjalnych osiedli w ogóle tolerowały wspólne modlitwy, to raczej odbywane w pomieszczeniach zamkniętych i w wąskim, rodzinnym gronie, nigdy publicznie. Najczęściej jednak były bardziej rygorystyczne i majowe nabożeństwa i modlitwy musiano odbywać w ukryciu lub po prostu rezygnować z ich zbiorowej formy w obawie przed stosowanymi przez aparat NKWD aresztowaniami.
Nieco tylko łatwiej było odbywać tego rodzaju praktyki w Kazachstanie, zwłaszcza, gdy któraś z polskich rodzin miała do dyspozycji samodzielny lokal. Wtedy w izbie budowano z jakiegoś kawałka deski namiastkę ołtarzyka udekorowanego stepowymi kwiatami, z obrazkiem Madonny, tam zbierano się, odmawiano litanię, śpiewano. I tam oczywiście czyniono to wbrew zakazom, toteż bywało, iż gospodarz takich uroczystości trafiał do aresztu, a w każdym razie w wypadku wykrycia takich praktyk trzeba się było z nich gęsto tłumaczyć.
Część represji stosowanych wobec osób deportowanych za zbiorowe modlitwy miała zapewne swe źródło nie tylko w antyreligijnej polityce państwa radzieckiego, ale i w obawach przed próbami spiskowania przez zesłańców. Wiele w każdym razie zależało - jak dowodzą choćby przytoczone przykłady - od bezpośrednich nadzorców.
Represje jednak nie były w stanie zahamować całkowicie wspólnych modlitw i nabożeństw. Z nich bowiem czerpano nadzieję i duchową siłę do przetrwania. "Modlitwa dawała ukojenie, nadzieję. Po każdej wspólnej modlitwie byliśmy szczęśliwi, nie czuliśmy się tak samotnie" - ta osobista refleksja jednej z deportowanych odzwierciedlała z pewnością znacznie szersze zjawisko poszukiwania w praktykach religijnych zespolenia się z Bogiem, ale i z bliskimi ludźmi. Wiara nadawała poczucie wartości nawet tak dramatycznym przejściom, sytuowała je w perspektywie ludzkiego losu na drodze ku zbawieniu, a więc dawała to, co w tamtej sytuacji było szczególnie ważne - nadzieję.
Niezwykle charakterystyczne było to, że uczestnicy wspólnych modlitw i namiastek nabożeństw zabiegali często o nadanie im w miarę możliwości odpowiedniej oprawy. Wspomniane już ołtarzyki, których istnienie potwierdzają liczne relacje z różnych obszarów zesłania, obrazki, kwiaty, zapalane czasem oliwne lampki - to były najczęściej spotykane elementy owej oprawy. Polakom deportowanym w czerwcu 1941 r. do Barnaułu udało się stworzyć niemal kaplicę: "W naszym baraku, w środku przy głównym korytarzu było takie wgłębienie, pomieszczenie, gdzie kierownik posiołka zbierał zesłańców i wydawał różne polecenia [...] Takie wgłębienia mieściły prawie 40 osób i były przy każdym nowym baraku dla nas przygotowanym. Tam nasze matki urządziły coś w rodzaju ołtarza z obrazem i co niedziela z rana odbywała się ogólna modlitwa i śpiewy pieśni nabożnych, kościelnych". Owo, często przecież ryzykowne, tworzenie ołtarzyków nie było tylko zabiegiem o religijnym wymiarze, choć zaświadczało o determinacji zesłańców. Modlitwa przy przywiezionym z kraju obrazie, w otoczeniu choćby tylko dalekim echem przypominającym tradycyjne miejsce nabożeństw miała także wymiar splatania duchowej nici z odległym krajem rodzinnym, z zapamiętanym miejscem modlitwy, z własnym domem i kościołem, z tymi, którzy tam zostali i też wznosili do Boga błaganie o powrót najbliższych. Znamię uroczystości nadawane spotkaniu z Bogiem stwarzało także poczucie dystansu wobec szarej, przygnębiającej rzeczywistości powszechnych zajęć i trosk. To właśnie w sumie czyniło modlitwę czymś uzdrawiającym, dającym choć na chwilę ukojenie.
W nieporównanie lepszej sytuacji znajdowali się ci nieliczni, którzy mieli kontakt z kapłanem. Oczywiście i w tym wypadku, nawet może jeszcze bardziej należało dbać o bezpieczeństwo i skrupulatnie ukrywać odbywane praktyki. Wspomniany już ks. Fedorowicz wspominał, że aby móc odprawiać Mszę św. musiał ukrywać się w lesie. Najpierw czynił to sam, następnie - po bliższym poznaniu i ocenieniu zesłańców - wtajemniczył kilka osób, te zaś wciągnęły do tej konspiracji następne. Gdy już w nabożeństwach uczestniczyło więcej osób, wystawiano wartę i przygotowywano kamuflaż w postaci naczyń i pojemników mających pozorować zbieranie runa leśnego. Deportowani, którzy trafili na zesłanie wraz z ks. Fedorowiczem mieli więc - mimo wielu uciążliwości - możliwość udziału w podstawowych obrzędach religijnych: uczestniczyli w mszach św., mogli się spowiadać, przyjmować sakramenty itd. Było to jednak ewenementem w skali powszechnych losów polskich zesłańców. Większość z nich bowiem przez cały okres pobytu w głębi ZSRR nie miała okazji do spowiedzi i uczestnictwa w prawdziwym nabożeństwie.
Sciśle związany z kwestią wiary, nakazów religijnych i tradycji obrzędowych był problem pogrzebów. Miał on znacznie szczególne, nadawane przez kontekst sytuacyjny, spiętrzający tragizm śmierci, zwłaszcza gdy spadała ona na ludzi młodych, dzieci, ale bynajmniej nie mniejszy w innych wypadkach.
W wypadku pogrzebów polskich zesłańców sytuacja była skomplikowana i z uwagi na ich religijny wymiar, i z powodu uwarunkowań czasu i miejsca. W przypadku nowo tworzonych specjalnych posiołków nie było tam w ogóle cmentarzy. Miejsce wyznaczał często pierwszy pochówek. Jeden z zesłańców przebywających w Komi ASRR wspomina: "Polacy ogrodzili kawał pola i chowali tam swoich. Dokopywali się do piasku. Groby oznaczano kawałkiem drewna - kołkiem". Gdzie indziej rodzina wywoziła zwłoki na jakąś leśną polanę i tam zakopywała je "z widokiem w kierunku Polski", stawiając tradycyjny brzozowy krzyż. Chowano zmarłych na brzegu rzeki, jakimś placu, na łące pod lasem, czy po prostu w stepie, gdzie wkrótce mogiłę rozdeptywało kołchozowe bydło.
Nie zawsze jednak miejscowa władza zezwalała i na takie pochówki. Zesłana do Baszkirii wspomina: "Nie wolno było tworzyć cmentarzy, zwłoki zakopywano obok domu lub pod domem [...] Nie oznaczano miejsc pochówków [...] W pochówkach brał udział znajomy ksiądz, ale nie wolno było odprawiać ceremonii". Czasem odmawiano zgody na pogrzebanie Polaka na istniejącym cmentarzu, a tylko w jego pobliżu.
Jakże bolesne dla najbliższych musiały być takie sytuacje, kłócące się już nie tylko z tradycjami, z normami religijnymi, ale z najoczywistszym poczuciem ludzkiej przyzwoitości, nakazującej szacunek wobec zmarłego i jego pamięci. A zdarzały się przypadki jeszcze bardziej wstrząsające, jak ten z obwodu semipałatyńskiego w kazachstańskim stepie: "Zmarł zimą, więc nie można było wykopać grobu, a w śniegu ciała nie można było zostawić, bo wszędzie grasowały wilki. Ciało zmarłego położono więc na ławce w sieni, przy ścianie, osłonięto krzakami i kiziakiem, i tam pozostawało do wiosny. Wiosną ciało pochowano". Niekiedy jednak pogrzeby miały okazały, jak na istniejące warunki, przebieg. W Ilince w obwodzie pietropawłowskim zmarłego umieszczano w trumnie wykonanej z desek, jakie były do zdobycia, i bez zakrywania wieka przenoszono na cmentarz przez całą wieś, aby mógł się z nią pożegnać. Przed pochodem niesiono krzyż lub czerwoną gwiazdę. Nad grobem ktoś wygłaszał krótką mowę, przybijano wieko lub przywiązywano je drutem, opuszczano trumnę i zasypywano grób. Następnie odbywała się namiastka nabożeństwa: ktoś odmawiał modlitwy, kobiety zawodziły żałobne pienia, po czym następowała konsolacja: podawano samogon i zakąski.
Nie zawsze, a raczej rzadko, pozwalano jednak, jak to miało miejsce w wypadku opisanym wyżej, odmawiać modlitwy i śpiewać pieśni religijne. Co więcej, zdarzało się, że przeszkadzano w organizowaniu pochodu pogrzebowego. W jednej z relacji czytamy: "Gdy po śmierci dziecka zorganizowano pochód pogrzebowy z krzyżem, bolszewicy z rewolwerami w rękach usiłowali go rozpędzić, a milicjant rozepchnął broniące dostępu kobiety i podeptał krzyż". Tak drastyczne działania władz były mimo wszystko sporadyczne, jednak często starano się dopilnować, aby pogrzebom nie nadawano religijnego, a tym bardziej tak manifestacyjnego charakteru.
Szczególny charakter miały zazwyczaj pierwsze pogrzeby w danej osadzie. Dla polskiej zbiorowości były z reguły wielkim przeżyciem, odchodziła pierwsza ofiara zesłańczej tragedii, jakby wyznaczając drogę, którą podąży następnie wielu innych; na ogół dobrze zdawano sobie sprawę, że jest to zapowiedź kolejnych zgonów, kolejnych tragedii na "nieludzkiej ziemi".
Warto przytoczyć przejmujący opis takiej uroczystości: "Po ulicy wsi Aleksandrowka przesuwa się nieduży pochód, złożony z kilkunastu osób. Na przedzie ktoś niesie mały drewniany krzyż, dalej czyjeś ręce podtrzymują lekką, prostą drewnianą trumienkę. Kondukt, a raczej kondukcik pogrzebowy, zbliżał się do miejsca, gdzie był już wykopany dół. Skropiono jamę wodą święconą i zaczęto powoli spuszczać do niej tę właśnie trumienkę. Rozległ się szloch matki zmarłej dzieciny i zaśpiewano Anioł Pański - ostatnią kołysankę do snu wiecznego... Skromny pochówek zakończył się. Wśród połamanych krzyży i rozwalonych grobów, zaniedbanych przez miejscowych ludzi, przybyła jeszcze jedna mogiłka z małym krzyżykiem, na którym zawisł wianek zielony". Kto inny zapisał w swej relacji wspomnienie o pierwszym pogrzebie, również dziecka: "Małą trumienkę, zbitą z desek i pomalowaną na jasnożółty kolor, przewiązałyśmy biało czerwoną wstążką, bo to przecież polskie dziecko i ma pierwszeństwo przy bramie niebieskiej. Cztery osoby niosły ze czcią i czułością małe, utrudzone ciałko. Cały posiołek wyszedł na drogę". W jeszcze innej miejscowości na Syberii: "Pogrzeb odbył się w obrządku chrześcijańskim, naturalnie bez księdza. Trumna była z tarcicy sosnowej, krzyż z dwóch młodych brzózek. Jakiś starszy człowiek niósł ten krzyż na czele konduktu pogrzebowego, kobiety śpiewały litanie. Na wzgórku na wyrębie pochowaliśmy naszą babcię. W niedługim czasie wokół tej pierwszej mogiły powstał spory cmentarz w głuchej tajdze". Warto odnotować ten procesyjny charakter owych pierwszych pochówków, zainteresowanie miejscowej ludności, nastrój religijnej i patriotycznej uroczystości. Takie informacje powtarzają się i w innych relacjach.
Uroczystą oprawę starano się nadawać pogrzebom także i później, jednak ze względu na ciągłe biednienie społeczności polskiej przybierały one coraz skromniejszy charakter. Smierć przy tym powszedniała, nie była już czymś nadzwyczajnym. Dotykała coraz więcej rodzin. Pochówki stawały się coraz bardziej kameralne, skupiając już tylko najbliższych, którzy odmawiali tradycyjną modlitwę i bez właściwych obrządkowi ceremonii zakopywali ciało. Tak o jednym z owych otoczonych pustką i ciszą, z paroma ledwie osobami najbliższej rodziny nad płytkim grobem z najwyższym wysiłkiem wykopanym w zmarzniętej ziemi, napisał jego uczestnik: "Kiedy patrzę teraz na ten pochód z perspektywy lat, wiem, że żaden Goya, żaden Gierymski, żadna najbardziej wybujała wyobraźnia przeszłych i przyszłych artystów nie byłaby w stanie oddać ponurej grozy tego obrazu".
Niejednokrotnie na mogile nie stawiano nawet krzyża. Jeśli ów znak umieszczano, bywało, że "nieznani sprawcy" wkrótce go usuwali. Czasem byli to zdesperowani poszukiwacze materiału opałowego, czasem ludzie działający na zlecenie władz, nie życzących sobie obecności religijnego symbolu na podległym im terenie. Bywało, że i same rodziny w obawie przed zbezczeszczeniem mogiły nie ryzykowały pozostawienia tego tradycyjnego symbolu na powierzchni ziemi, kładąc go na trumnie lub gdy tej nie stało bezpośrednio na zwłokach. Na ogół jednak starano się grób oznaczyć, by choćby z patyków złożony symbol zaświadczał, że w tej obcej ziemi spoczywał katolik, Polak. Nie zawsze można było jednak znaleźć nawet i drewno na krzyż.
Z powodu braku księdza miejsca pochówków na ogół nie były poświęcone. Dopiero w okresie późniejszym, gdy w danej okolicy znalazł się któryś z uwolnionych po amnestii kapłanów, proszono go o dopełnienie tego obrzędu.
Oprócz pochówków tradycyjnych, kiedy przynajmniej starano się zachować pewne formy pogrzebu katolickiego, miały też miejsce przypadki, gdy odbywało się to w sposób charakterystyczny dla regionu, w którym przebywano, np. na wzór uzbecki, przez zakopanie zwłok w pozycji siedzącej w przygotowanej niszy, do której wejście zasypywano kamieniami i oznaczano kopczykiem.
Dla rodziny nie mniejszy problem niż znalezienie odpowiedniego miejsca wiecznego odpoczynku zmarłego stanowiła kwestia: w czym go pochować. Bardzo szybko rozstano się z nawykiem ubierania zwłok w specjalny, okolicznościowy i odświętny przyodziewek. Regułą stało się chowanie w normalnym, codziennie noszonym ubraniu, często będącym w opłakanym stanie. Innego po prostu najczęściej nie było. Prawdopodobnie zresztą przedstawiałoby zbyt wielką wartość dla żywych, by złożyć je w ziemi. Dramatyczniejszy wymiar miały częste trudności ze zdobyciem trumny lub materiału do sklecenia czegoś, co mogło ją zastępować. O ile na północy, w tajdze i leśnych terenach środkowej Rosji drewna nie brakowało i pozostawał tylko kłopot z jego nabyciem lub "zorganizowaniem", o tyle w regionach stepowych i stepowo-pustynnych na południu drewno było materiałem deficytowym i zdobycie kilku desek i kilkunastu gwoździ wymagało uzyskania specjalnego przydziału. Czasem udało się znaleźć jakieś stare deski lub skrzynki, niekiedy dał się uprosić dyrektor czy przewodniczący kołchozu. Bywało, iż jedynym dostępnym materiałem okazywały się deski z prycz, na których spali żywi. Ale często zabiegi takie okazywały się nieskuteczne. Zawijano zatem zwłoki w prześcieradło czy stary koc i tak powierzano je ziemi. W skrajnych wypadkach nie było i tego. Uciekano się czasem do szczególnych rozwiązań przy drążeniu grobu: kopano dół o głębokości 1,5-2 m i podkopywano jedną ze ścian tak, by ułożony pod nią zmarły nie był bezpośrednio zasypywany ziemią.
Problemem były oczywiście i inne sakramenty związane z życiem rodzinnym zesłanych. Ich natężenie było wszakże znacznie mniejsze, przede wszystkim ze względów ilościowych: dzieci na zesłaniu rodziło się znacznie mniej niż miało miejsce zgonów, a śluby należały do rzadkości. W wypadku narodzin ktoś z dorosłych osób - oczywiście bierzmowanych - mógł dokonać tzw. chrztu z wody. Trudno ocenić, na jaką skalę było to praktykowane, bowiem informacje na ten temat są w źródłach dość rzadkie. Musiały się jednak takie chrzty zdarzać na tyle często, iż miejscowa ludność nie tylko o nich wiedziała, ale gdy sama chciała ochrzcić dzieci potrafiła dotrzeć do odpowiedniej osoby spośród zesłańców. Później, po amnestii, gdy do niektórych osiedli zamieszkałych przez zesłańców docierali kapłani, często mieli okazję rejestrowania takich chrztów. Jak wspomina ks. Fedorowicz, gdy spotykał takie przypadki w czasie swojego pobytu w Kazachstanie, wciągał te chrzty do protokołu ze świadkami i przygotowywał odpis aktów sakramentu dla rodziców.
Sluby zesłańców były zjawiskiem wyjątkowym. Przy takich okazjach Polacy starali się, aby oprócz zapisu w urzędzie stanu cywilnego, stworzyć choćby tylko namiastkę ślubu kościelnego. W jednym ze znanych przypadków młodą parę pobłogosławił ojciec panny młodej, w innym - przebywająca na zesłaniu siostra zakonna.
Dla katolika, jak i wyznawcy każdej innej religii, ogromne znaczenie ma odpowiednie wychowanie dzieci, zapoznanie ich z kanonami wiary, zaszczepienie opartych na niej zasad moralnych, ukształtowanie światopoglądu. W tym zakresie podstawową rolę spełnia w Kościele katolickim katechizacja. Radzieckie prawo wyznaniowe w ogóle wykluczało zorganizowane nauczanie religii, tym bardziej więc było to niemożliwe w przypadku zesłańców. Ujawnienie jakichkolwiek prób w tym zakresie groziło represjami. Mimo to zdarzały się przypadki potajemnego nauczania religii, nawet większych grup polskich dzieci. Odbywało się to np. pod pozorem wyjścia do lasu na jagody czy grzyby. Były to wszakże przypadki raczej odosobnione. Na ogół elementami nauczania religii zajmowali się sami rodzice. To zaś nakładało szereg ograniczeń wynikających z ich nieprzygotowania do tej roli, z braku czasu i warunków. W większości więc dbano przede wszystkim o znajomość podstawowych modlitw i ich odmawianie. Znaczną trudność powodował brak modlitewników, katechizmów, książeczek do nabożeństwa, nie mówiąc o innej literaturze religijnej. Te egzemplarze, które znalazły się w bagażach zesłańców, stały się nieocenionym skarbem, zresztą nie tylko z uwagi na ich wartość katechetyczną i religijną. Pożyczano je sobie, zbiorowo czytano, przepisywano ręcznie w całości lub poszczególne modlitwy.
Dzieci polskie narażone były na oddziaływanie ostrej i nie przebierającej w środkach propagandy antyreligijnej, zwłaszcza gdy chodziły do radzieckiej szkoły. Na lekcjach nieustannie powtarzano, że Boga nie ma, szydzono z ich uczuć religijnych i przekonań. Przy tej okazji stosowano prymitywne zabiegi socjotechniczne. Nakazywano dzieciom zwracać się z prośbami o cukierki do Boga i do Stalina. W pierwszym wypadku nie przynosiło to oczywiście skutku, w drugim cukierki sypały się z przygotowanych ukryć. Opowiadania o tym prostym tricku pojawiają się w wielu relacjach polskich dzieci, które w latach wojny uczęszczały do szkół rosyjskich w różnych miejscowościach, co wskazuje, iż nauczyciele musieli być przygotowani do takich działań przez władze i być może działali na podstawie jakichś centralnych instrukcji. Niekiedy jednak religijność polskich dzieci starano się wykorzystać instrumentalnie w całkowicie odmienny sposób: przekonywano je mianowicie, iż tak jak Boga to trzeba szanować i czcić Stalina i innych radzieckich dostojników. Zdarzało się, iż dzieci staczały potyczki słowne w obronie swych przekonań, a niekiedy uciekały się wobec wyśmiewających je rówieśników i do bardziej przekonywujących argumentów.
Nauczyciele sprawdzali też, czy polskie dzieci nosiły medaliki i krzyżyki i nakazywali ich zdejmowanie, a nieraz nawet zrywali je przemocą. Usuwano takie dzieci ze szkoły czy przedszkola, co mogło być o tyle dokuczliwe, że pozbawiało je opieki w czasie pracy rodziców, a czasem i dodatkowego posiłku. Poza tym stwarzało z kolei podstawy do pociągnięcia rodziców do odpowiedzialności za niedopełnianie obowiązku szkolnego.
W polskiej tradycji szczególne znaczenie mają święta Bożego Narodzenia i wielkanocne. Ich religijna treść, o bogatej obrzędowości, przez stulecia głęboko splotła się z rodzinnym charakterem, napełniając te dni zupełnie wyjątkowym klimatem emocjonalnym, czyniącym je najważniejszymi dniami w roku. Rzuceni w odległe od rodzinnego, ojczystego domu Polacy czynili nadzwyczajne starania, by także na zesłaniu uczcić je godnie i choćby w mikroskali przywołać zwyczajowe oblicze.
Podstawową trudnością, wyraziście kolidującą z normą religijną i obyczajową było zmuszanie zesłańców do pracy w dni świąteczne. Jak już szerzej przedstawiono to w rozdziale omawiającym problemy zatrudnienia zesłańców, władze radzieckie nie liczyły się ze zwyczajami i nawykami polskich zesłańców ustalając czas pracy i dość powszechne było egzekwowanie przymusu wykonywania robót także w niedzielę. Nie czyniono wyjątku także dla Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. Polacy podejmowali jednak starania o uzyskanie dnia, czy dni wolnych na czas tych świąt. Ich efekty były różne. W jednym z osiedli na północy Rosji, gdzie pracowano przy wyrębie lasu, próba taka zakończyła się fiaskiem: "Przed świętami Bożego Narodzenia grupa naszych rodaków udała się do komendanta z prośbą o dzień wolny od pracy, chociaż w pierwszy dzień uroczystości, który zobowiązaliśmy się odpracować. Komendant przyjął ich dość życzliwie, lecz oświadczył, że nie może uwzględnić tej prośby, ponieważ rozmawiał w tej sprawie ze swoim zwierzchnikiem i on kategorycznie się temu sprzeciwił". W świetle innych źródeł taką sytuację można uznać za typową, choć formy odmowy były różne. Zdarzało się jednak i tak, jak opisano to w innej relacji: "Na święta Bożego Narodzenia każą nam iść do roboty. My na to, że to są nasze święta i my chcemy je świętować. Przynieśliśmy w Wigilię choinkę z lasu, ubraliśmy ją papierami. Zrobiliśmy wspólną kolację - każdy coś dał. Podzieliliśmy się chlebem jako opłatkiem. Potem zaczęliśmy śpiewać kolędy i inne pieśni religijne. A w naszym baraku mieszkał komendant. Nasze pieśni bardzo mu się podobały. Początkowo krzyczał, że nie wolno śpiewać, ale potem zmiękł". Czasem pomagał spryt i zbieg okoliczności. Oto np. w Kopytowie, w obwodzie archangielskim, w Boże Narodzenie 1940 r. Polacy nie wyszli do pracy wykorzystując informację, że przy mrozie powyżej 25 stopni nie trzeba tego robić. Niekiedy odmowa pracy w dni świąteczne pociągała za sobą represje o różnym charakterze i nasileniu: od wysłania do więzienia, po karne sprzątanie po pracy latryn w miejscu zakwaterowania.
Inna trudność organizacji świąt na zesłaniu polegała na niedostatku jedzenia. Starano się w miarę możności gromadzić na tę okoliczność pewne zapasy, uzyskiwać w ten czy inny sposób jakieś szczególne potrawy, pozwalające uczynić świąteczny stół okazalszym i wyjątkowym. W 1940 r. znaczącą pomocą w przygotowaniu wigilijno-świątecznych potraw były jeszcze resztki zapasów przywiezionych z kraju i produkty przysyłane w paczkach. To i owo udało się dostać od kołchoźników w zamian za odzież. Pojawiał się zatem barszcz z uszkami, kapusta z grzybami, kluski z makiem, pierogi nadziewane np. ziemniakami, czasem ryba, gdy w pobliżu był jakiś zbiornik wodny, niekiedy nawet kutia. Nie było to wszakże regułą i często z braku jakichkolwiek możliwości wigilijna wieczerza nie różniła się od codziennej kolacji, tyle że zakrapiana była obficie łzami. Warto tu przytoczyć dwa różne opisy owej pierwszej na zesłaniu wigilii: "Z razowej mąki mama ugotowała dużo pierogów nadzianych samymi ziemniakami (nie miałyśmy cebuli, ani tłuszczu). U nas miały się zebrać Polki z dziećmi, bo tylko my miałyśmy choinkę ze świeczkami [małą, sztuczną, przysłaną przez rodzinę z kraju] i bardzo sympatyczną gospodynię, która była Polakom od początku przyjazna. [...] Każdy przyniósł opłatek otrzymany z kraju. Życzenia - jedne - abyśmy następne święta Bożego Narodzenia spędzili w Polsce, razem z rodzinami. Zapalone malutkie świeczki na choince, kolęda przez łzy, lulajże Jezuniu, śpiewana cichym drżącym głosem... ". W innym pamiętniku czytamy: "Nadchodzące święta Bożego Narodzenia przywołały falę wspomnień. Tym razem jednak nie odczuwaliśmy zwykłego nastroju radości, towarzyszącego tym uroczystym dniom. Pierwsza wigilia na obczyźnie, tysiące kilometrów od rodzinnej ziemi, w strasznym, niegościnnym kraju, przepojona była nieopisanym smutkiem. Matka przygotowała stół wigilijny - położyła na sąsieku walizkę i nakryła ją białym prześcieradłem jak obrusem. Nie było opłatka, więc połamaliśmy się czarnym, przydziałowym chlebem. Czarny chleb był też jedynym daniem wigilijnym. Musiał zastąpić 12 tradycyjnych dań. Nie było choinki. [...] Panowała cisza. Nie śpiewaliśmy kolęd. Przygnębiający, wyciskający łzy nastrój przerwało przyjście doktor Cernerowej. Znów podzieliliśmy się chlebem jak opłatkiem, porozmawialiśmy o smutnym losie. Potem pani doktor zaproponowała mi, abyśmy we dwie odwiedziły dr Wasilewską [...] W wyziębionej, mrocznej izbie "świętowała" samotnie wigilię pani doktor. Przyjęła nas słowami: mam chleb. Gdy jadłyśmy po kawałku bielszego chleba, z drugiej izby wysunęła się jej córeczka, przebrana w strój krakowski - od dawna nie widziany, czysto polski, piękny akcent w szarej smutnej codzienności". Przygnębienie, smutek, dojmująca tęsknota za krajem i najbliższymi, kolędy śpiewane przez łzy, przysłany z kraju opłatek lub po prostu chleb powszedni, którym łamano się składając sobie życzenia - to były znaki tamtego święta. Na północy trafiała się w izbie choinka, na której zawieszano święte obrazki, jakieś papierki, czasem świeczkę. Zapewne odosobnionym wypadkiem było potajemne zorganizowanie szopki bożonarodzeniowej i zgromadzenia przypominającego tradycyjną pasterkę. Jakże jednak charakterystyczny dla nastrojów zesłańców był panujący tam nastrój, który przejmująco opisała Maria Łęczycka: "Stała trochę na uboczu, za wielkim nasypem śniegu, gdzie już klęczała gromadka ludzi. Ktoś świecił naftową latarnią, taką, z jaką chodzi się w nocy do stajni. W jej żółtym blasku zobaczyłam wyżłobioną w śniegu grotę. W grocie - drewniane świńskie korytko, a w nim lodowy Jezusek z wybałuszonymi koralikowymi oczkami. Obok niego lodowa Matka Boska w lisiurze na głowie, święty Józef z sękatym kijem, w kożuchu i baranicy. W głębi groty - nieco wystraszone, autentyczne dwa barany i owca. [...] Było narodu dość. Starzy i młodzi. Ci, co wierzyli i ci, co w nic nie wierzyli. W futrach i łachach. W pimach i drewnianych trepach owiniętych słomą. Wszyscy - jednakowo skrzywdzeni. Okradzeni z ojczyzny. Bóg się rodzi! Moc truchleje... Ku samotnej gwieździe poprzez śniegi i burany szły zziębnięte głosy wygnańców. [...] Kostniały nam ręce. Drętwiały palce. Mróz ścinał oddechy. Mimo to ludzie nie odchodzili. śpiewali. Gięli kolana. Snieg topniał od łez".
Kolejne święta bywały z reguły biedniejsze. W 1941 i 1942 r. ten i ów otrzymał coś w ramach akcji opiekuńczej ambasady, nastroje poprawiała nadzieja obudzona amnestią, obecnością polskich placówek, poczuciem, że ktoś pamięta o ludziach rzuconych w tajgę czy step. Pozostawał tylko klimat bliskości z najdroższymi osobami, wspomnienia, tęsknota i marzenia o lepszym jutrze. "Nadeszła syberyjska Gwiazdka pełna wspomnień z kraju" - wspominał później jeden z zesłańców. - "Siedzieliśmy nad jakąś zupą łamiąc się lepioszką (plackiem pieczonym na gorącej blasze), która zastępowała nam opłatek; przy małej brzózce (bo drzewek iglastych nie było), udekorowanej różnymi papierkami i łańcuchem zrobionym ze skrawków gazety, słuchając opowiadań mamy o Polsce, kolędnikach, ojcu, bo ciągle spodziewaliśmy się, że go spotkamy. Marzyliśmy o przyszłości, o powrocie do ojczyzny [...] śpiewaliśmy kolędy [...]".
Coraz częściej jednak i Bożemu Narodzeniu i świętom wielkanocnym towarzyszył głód, nieodstępny towarzysz zesłańców. Nie zawsze też udawało się nawet zebrać rodzinę przy jednym stole, bowiem uniemożliwiały to formy organizacji pracy. Poza świadomością, że to owe szczególne dni, nie wiele różniło je od zwykłej codzienności z jej troskami, problemami, dramatami. Choć z drugiej strony także w 1943 i 1944 r. zdarzały się wigilie jak na panujące warunki wręcz wystawne.
Dla Polaków uroczystości świąteczne były swoistą syntezą religijności i polskości. Przy świątecznym stole z jednakowym natężeniem myśli biegły do Boga z prośbą o ratunek i do ojczyzny z nadzieją powrotu.
Podpisanie układu Sikorski-Majski, amnestia dla Polaków, utworzenie armii pod dowództwem gen. Andersa, dawały nadzieję na zorganizowanie także opieki duszpasterskiej nad ludnością cywilną. Okazało się to jednak problemem znacznie bardziej skomplikowanym niż stworzenie duszpasterstwa wojskowego. W listopadzie 1941 r. sprawę tę podjął gen. Sikorski w rozmowie z ambasadorem ZSRR przy rządzie polskim. Uzyskał jedynie zapewnienie, iż obywatele polscy na terytorium Związku Radzieckiego korzystać będą z takich samych swobód religijnych jak obywatele ZSRR. W oczywisty sposób nie załatwiało to sprawy. Kwestią zasadniczą był także brak księży, którzy mogliby podjąć pracę wśród ludności cywilnej. Znajdujący się na wolności kapłani w większości skierowali się do wojska. W dyspozycji ambasady polskiej pozostawał jedynie ks. Kazimierz Kucharski, zwolniony z więzienia w Gorki w bardzo złym stanie zdrowia. Objął on obowiązki kapelana ambasady. Ambasador Kot sugerował gen. Sikorskiemu powierzenie ks. Kucharskiemu kierownictwa całokształtem pracy duszpasterskiej dla ludności cywilnej, wymagało to jednak uzgodnienia z władzami radzieckimi oraz z hierarchią watykańską. Administratorem Apostolskim na ZSRR był wówczas ks. Leopold Braun, kapelan ambasady USA i proboszcz parafii św. Ludwika w Moskwie. Według prof. Kota przelał on na ks. Kucharskiego wszystkie swoje uprawnienia w zakresie opieki nad polską ludnością cywilną. Gen. Sikorski w czasie wizyty w ZSRR w rozmowach z władzami radzieckimi wskazał ks. Kucharskiego jako uprawnionego do kierowania katolicką służbą duszpasterską dla ludności polskiej. Stan zdrowia ks. Kucharskiego uniemożliwiał mu jednak faktyczne wykonywanie tych zadań. Nie były też do końca jasne jego uprawnienia kościelne.
W ograniczonym zakresie posługi religijne wobec ludności polskiej wykonywali kapelani wojskowi. Oczywiście, w pierwszym rzędzie dotyczyło to tych skupisk, które znalazły się w bezpośrednim sąsiedztwie miejsc postoju poszczególnych jednostek. Pod pretekstem opieki nad rodzinami żołnierzy wysyłano niekiedy kapelanów i do odległych obwodów, co jednak spotykało się najczęściej z negatywnym stanowiskiem władz radzieckich.
Wszystkie te spraw zamierzano rozwiązać przy okazji planowanego przyjazdu do ZSRR bp. Gawliny. Okazało się wszelako, iż władze radzieckie wyraziły zgodę na tę wizytę tylko pod warunkiem, że w jej trakcie biskup ograniczy się do spraw wojska i nie będzie podejmować problemów ludności cywilnej. Niemniej już po przybyciu do Kujbyszewa bp Gawlina w porozumieniu z ambasadorem Kotem przygotował plan objęcia opieką duszpasterską cywilnej ludności polskiej. Przewidywano stworzenie sieci złożonej ze 105 księży podlegających dziekanowi mającemu rezydować w ambasadzie. Zakładano następujące rozlokowanie kapłanów: w obwodzie archangielskim i wołogodzkim - 5, w obwodzie kirowskim - 2, w obwodzie mołotowskim 2, w obwodzie gorkowskim 1, w Maryjskiej ASRR - 2, w Komi ASRR - 3, w obwodzie czkałowskim - 2, w obwodzie aktiubińskim - 2, w Baszkirskiej ASRR - 1, w obwodzie kustanajskim - 3, w obwodzie pawłodarskim - 3, w obwodzie północnokazachstańskim - 3, w obwodzie omskim - 2, w obwodzie akmolińskim - 3, w obwodzie semipałatyńskim - 3, w obwodzie ałma-ackim - 2, w Kirgiskiej SRR - 3, w obwodzie swierdłowskim - 3, w Kraju Ałtajskim - 7, w obwodzie nowosybirskim - 3, w Kraju Krasnojarskim - 7, w obwodzie irkuckim - 4, w Jakuckiej ASRR - 1, w obwodzie saratowskim - 1, w Tadżyckiej SRR - 1, w Turkmeńskiej SRR - 1, w obwodzie dżambulskim - 4, w obwodzie południowokazachstańskim - 10, w obwodzie kzył-ordyjskim 2, w Uzbeckiej SRR - 3, w obwodzie samarkandzkim - 5, w obwodzie bucharskim - 4, w obwodzie chorezmijskim - 1, w obwodzie karakałpackim - 1, w obwodzie kujbyszewskim - 2.
Na podstawie zgromadzonych danych ambasada ustaliła, iż na terenie ZSRR na początku czerwca 1942 r. pracowało 54 księży-obywateli polskich, z tego jednak w duszpasterstwie cywilnym tylko 15.
W czerwcu 1942 ambasador Kot odbył rozmowę z Wyszyńskim m.in. na temat duszpasterstwa, prosząc o uwolnienie księży potrzebnych do stworzenia wspomnianej sieci. Stosunek Wyszyńskiego do tej sprawy był jednak bardzo pryncypialny, stwierdził on między innymi: "Obywatele polscy mogą organizować swe życie religijne na tych zasadach, co obywatele radzieccy zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem".
Powtórzył więc to samo co usłyszał wcześniej Sikorski od Bogomołowa. Z tego, co mówił jeden i drugi polityk rosyjski, wynikało, na przykład, że Polacy mogli tworzyć grupy wyznaniowe (nie parafie) pisząc petycję do władz o oddanie w użytkowanie gmachu kościelnego. Teoretycznie taka prośba powinna była być zrealizowana, gdy pod petycją podpisze się co najmniej dwadzieścia osób. Jak w praktyce wyglądały działania mające na celu uzyskanie miejsca do odprawiania mszy św., opisuje w swoich wspomnieniach ksiądz Fedorowicz. Po zgromadzeniu wymaganej liczby podpisów udał się do władz lokalnych. Tam spytano go gdzie chce odprawiać Msze św. Gdy odpowiedział, że w starej cerkwi, stwierdzono, że jest to niemożliwe, bo mieści się tam magazyn zboża. Na propozycję nabożeństw w salach domu kultury, który był zajęty prze innych tylko w sobotnie wieczory, też uzyskał odpowiedź negatywną, gdyż miejsce to było przeznaczone do innych celów niż religijne. Gdy zaś wskazał wreszcie na własne mieszkanie, gdzie i tak potajemnie już odprawiał msze, odmówiono, bo takie miejsce jest mało godne, a władza musi dbać "o poziom kulturalny". Odmówiono także zgody na msze polowe. Ostatecznie więc nadal musiał odprawiać konspiracyjne msze w swoim mieszkaniu.
Znane są jednak też wypadki, gdy władza udzielała nawet pewnej pomocy polskim księżom. Tak było, na przykład, w Tobolsku. Wypuszczonemu z więzienia księdzu przydzielono tam izbę w Domu Polskim oraz wydano z muzeum - najprawdopodobniej tzw. muzeum ateizmu - szaty liturgiczne i pozwolono odprawiać nabożeństwa. Praktyki te były dozwolone aż do czasu wyprowadzenia polskiego wojska do Iranu.
O znaczeniu obecności księży kapelanów wśród ludności cywilnej świadczą reakcje osób, które mogły skorzystać z posług religijnych. Stanisława Kraszewska przebywająca w Atbasarze wspomina: "Wielkim wydarzeniem była Msza św. odprawiona przez przyjezdnego księdza-sybiraka. Odbyła się ona na jakiejś dużej sali. Spowiedź gremialna, modły o zdrowie i rychły powrót oraz śpiewy". Tam, gdzie ksiądz znalazł się na stałe lub na dłuższy okres, życie religijne starano się upodobnić do normalnego. Wykorzystywano dostępne lokale na urządzenie kaplicy, niekiedy przekształcając na ten cel pomieszczenia zajmowane przez delegatury ambasady polskiej. Tak było np. w Bucharze, gdzie pracę duszpasterską po zwolnieniu z łagrów kołymskich prowadził bernardyn ojciec Maciaszek. "Nie istniały w Bucharze żadne paramenty kościelne" - wspominała Maria Krzysztoporska. - "Na ołtarz składał się stół pokryty lnianym prześcieradłem z zawieszonym nad nim obrazkiem Serca Jezusowego i moim uralskim z brzozy zbitym krzyżem, a dwie puszki od konserw z palącym się tłuszczem zastępowały świece. Mój podręczny mszał umożliwiał odprawianie Mszy św., komża i stuła były jedynym, przez naszego księdza zdobytym strojem liturgicznym. A jednak na tych pierwszych bucharskich nabożeństwach, odprawianych początkowo nawet w mieszkaniach naszych, czuliśmy się bliżej Boga, niż w najwspanialszych świątyniach". Również w Kustanaju kaplicę zlokalizowano w budynku delegatury i codziennie odprawiane były nabożeństwa. Jedna z zesłanek tak zapisała w diariuszu swoje obserwacje i refleksje: "Nigdy bym się nie spodziewała, że w Rosji Sowieckiej będę przystępować do sakramentów świętych. Jest to wielkim naszym szczęściem, bo nie tylko chlebem człowiek żyje, dla duszy pokarm też jest potrzebny. Tu w kaplicy w pobliżu ołtarza wzmacniamy swoje siły do dalszej walki z przeciwnościami i do przetrwania złych czasów aż do powrotu do kraju i do naszych kościołów. Czasem widzimy Polki przyjeżdżające z posiołków, są pierwszy raz na Mszy św. od czasu wywiezienia, ogarnia je takie wzruszenie, że w głos szlochają". Nie inaczej zapewne bywało w innych ośrodkach. Zjawienie się księdza zawsze było wydarzeniem niezwykłej miary. Mobilizowało Polaków do stworzenia choćby bardzo skromnej kaplicy, do organizowania się. Barwny opis przygotowań do powitania kapłana i wznowienia życia kościelnego przedstawiła cytowana już Maria Łęczycka, mieszkająca wówczas we wsi Bolszoje Sieło w rejonie Kokpiety, w obwodzie semipałatyńskim. Na wieść o spodziewanym przyjeździe księdza do wybranej izby zniesiono najcenniejsze, starannie przechowywane drobiazgi: a to kapę z łóżka na przykrycie ołtarza, a to serwetki, obrazki czy firanki cudem ocalone przed wymianą na jedzenie. Co ciekawe: i w przygotowanie izby przewidzianej na kaplicę, i w jej wyposażenie włączyły się także kobiety rosyjskie. "Dziwna to była ta nasza parafia" - wspomina dalej Łęczycka. - "Bez organisty, kościelnego i dzwonów. Dziwni byli również parafianie. Wierzący i niewierzący. Ale teraz wszyscy praktykujący. Na pierwsze nabożeństwo przyszło ze dwieście osób. Maszerowali na piechotę po czterdzieści kilometrów. [...] Chałupka-kaplica mogła pomieścić najwyżej dwadzieścia osób. Reszta stała na dworze, wyciągając szyję, by przez okno zobaczyć choć czubek łysej głowy księdza. [...] Ludzie trzęśli się od płaczu. Trudno było śpiewać. Szloch tłumił słowa. [...] Nie zastanawiałam się w tej chwili, czy Bóg jest, czy słyszy nasz śpiew, nasz płacz. śpiewałam. Płakałam razem ze wszystkimi. Tak chciało moje serce. W tej glinianej, ciasnej chałupie zobaczyłam strzępek ojczyzny". Warto przytoczyć te fragmenty wspomnień, bowiem uświadamiają one, jaką w istocie rolę pełnili polscy księża tam, na wygnaniu w państwie radzieckim, kim byli dla polskich zesłańców, co znaczyło odprawienie mszy, wysłuchanie spowiedzi, ochrzczenie dzieci, poświęcenie związków małżeńskich. To nie były tylko posługi religijne, a księża byli nie tylko kapłanami. To było coś znacznie więcej i dla wierzących, i dla niewierzących, i chyba dla samych duchownych.
Obecność księży kapelanów dawała możliwość przystępowania wielu dzieci do pierwszej Komunii św., starszych do bierzmowania, do spowiedzi. Zesłańcy starannie przygotowywali na taką okazję zwłaszcza dzieci, dla których w miarę możliwości organizowano np. nauki przedkomunijne. Czasem w przyspieszonym tempie robił to już sam kapłan czy towarzysząca mu zakonnica. Wiadomość o zjawieniu się duchownego w jakiejś miejscowości natychmiast rozchodziła się po bliższej i dalszej okolicy. Nieraz po wiele dziesiątków kilometrów różnymi sposobami, także i pieszo, wędrowali ludzie na spotkanie z kapłanem, który nie był czasem w stanie podołać spowiadaniu, chrzczeniu, komunikowaniu przybyłych. Zdarzało się, iż powodowało to interwencje radzieckich organów bezpieczeństwa, które zresztą nie stroniły i od prowokacji, by ograniczyć lub wręcz uniemożliwić działania polskich księży.
Aktywnie w tej pracy uczestniczył także bp Gawlina, który wizytując w czerwcu i lipcu 1942 r. placówki wojskowe, wszędzie odprawiał nabożeństwa, wygłaszał homilie, entuzjastycznie witany przez wojsko i ludność cywilną. W trakcie wizyty, oprócz nabożeństw, uczestniczył w organizowanych przez Polaków uroczystościach pierwszej Komunii św., dokonywał bierzmowania. Jego obecność "rozpłomieniała ducha religijnego i patriotycznego, dodała otuchy i męstwa, nadziei, że mimo wszelkie zawady Bóg doprowadzi nas do wyzwolonej ojczyzny".
W okresie po amnestii, obok innych działań zaczęto także wspierać z zagranicy działalność duszpasterską Polaków. Jakie były tego efekty ilustruje list Stanisława Kota do gen. Sikorskiego z 7 kwietnia 1942: "Otrzymałem w wagonie przysłanym z Murmańska [...] jedną skrzynię dewocjonalii [...] Przy rozpakowaniu skrzyni znaleziono m.in. obrazki Matki Boskiej Częstochowskiej i Ostrobramskiej z niedopuszczalnym na tutejsze stosunki napisem po rosyjsku i modlitwą za cierpiącą Rosję. Zarządziłem natychmiastowe spalenie tych obrazków [...] Proszę zarządzić, by w przyszłości takich wysyłek nie organizować, gdyż może to wywołać wysoce niepożądane skutki dla swobody nabożeństwa. Nie można się tu bawić w propagandę religijną wśród Rosjan". Podobne materiały i dewocjonalia, pochodzące prawdopodobnie z nie zniszczonej części przesyłki, o której pisze Kot, stały się podstawą do aresztowania w marcu 1943 r. o. Albina Janochy.
Okres ten jednak był stosunkowo krótki, i po wyprowadzeniu wojska polskiego na Bliski Wschód wśród Polaków pozostało trzech kapelanów, ks. Fedorowicz, ks. Ryszard Grabski i o. Janocha. Księża ci starali się na tyle, ile mogli, służyć rodakom. Ten ostatni tak pisze o swojej działalności w Kazachstanie: "Praca moja nie ograniczała się tylko do Polaków w Turkiestanie, ale wyjeżdżałem również do większych i bardziej odległych skupisk. Odbyłem także dwie podróże duszpasterskie do sąsiednich rejonów. W jednym - niestety nie pamiętam jego nazwy - pozostałem około dwu tygodni, w drugim spędziłem Boże Narodzenie i pozostałem więcej niż miesiąc. I tam oprócz pracy w centrum rejonu wyjeżdżałem do kołchozów, gdzie było więcej Polaków. W większości wypadków dzieci były już przygotowane, a ja tylko sprawdzałem ich wiadomości i dopuszczałem do spowiedzi i Komunii św. Zasadniczo ludzie mogli się gromadzić tylko w niedziele. Miejscowi spowiadali się w sobotę wieczorem, a w niedzielę rano ściągali ludzie z okolic i spowiedź trwała kilka godzin, potem Msza św., kazanie, czasem chrzty, śluby i rozmowy z rodakami. Gdy podczas Mszy św. widziałem rozmodlone twarze, gdy podczas kazania widziałem wpatrzone we mnie oczy i wzruszenie na twarzach, to utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem tutaj potrzebny, że nie mogę tych ludzi opuścić dlatego tylko, że gdzie indziej byłbym może bezpieczniejszy. Pamiętałem również o prośbie ks. bpa Gawliny i o mojej obietnicy, że pozostanę tak długo, jak tylko będzie możliwe, [...] przypominałem sobie to chwilowe szczęście, jakie ludzie przeżyli ze zjawieniem się kapłana, i nie żałowałem nigdy tego, że pozostałem na swoim stanowisku, na które powołały mnie - potrzeba ludu przywiązanego do wiary katolickiej, życzenie ks. bpa Gawliny i moje kapłańskie sumienie". Wkrótce jednak ks. Grabski - w sierpniu 1942 - a następnie o. Janocha i ks. Fedorowicz zostali aresztowani przez NKWD jako szpiedzy. Ludność polska ponownie została bez żadnego duszpasterza.
Ogromne znaczenie, jakie miała działalność polskich kapłanów w latach 1941-1942, i ich wielki wysiłek włożony w pracę duszpasterską nie zmieniały wszelako faktu, że znakomita większość Polaków nie miała styczności z księżmi, nie przyjmowała sakramentów, nie uczestniczyła w normalnych praktykach religijnych. Dla nich podstawową formą życia religijnego przez cały okres pobytu w ZSRR pozostawała modlitwa. Pod tym względem niczego nie zmieniło utworzenie w 1943 r. Związku Patriotów Polskich i nowych formacji wojskowych pod jego egidą. Co prawda w armii ponownie zatrudniono polskich księży kapelanów, w tym m.in. zwolnionego z więzienia ks. Fedorowicza, który został kapelanem 2 Dywizji, ale w szkołach i sierocińcach prowadzonych także pod patronatem ZPP nauczanie religii było zakazane, tak jak we wszystkich szkołach radzieckich. Zakazane były tam też wszelkie praktyki religijne, co odpowiadało literze obowiązującego prawa. Pewne korzyści przyniosło Polakom, głównie jednak zamieszkałym w większych miastach, rozluźnienie rygorów polityki wobec Cerkwi prawosławnej. Tam, gdzie władze zezwoliły na ponowne otwarcie cerkwi, jak np. w Semipałatyńsku czy Akmolińsku, katolicy z Polski znajdowali miejsce modlitwy i uczestniczyli w nabożeństwach.
Znaczenie wiary, modlitwy, pieśni kościelnej w życiu Polaków rzuconych w głąb radzieckiego imperium trudno przecenić. Nie ulega wątpliwości, że był to jeden z elementów przetrwania. Znamienne są przytoczone wcześniej refleksje samych zesłańców, wskazujące, że nawet ludzie wcześniej dalecy od religijnej gorliwości, nawet indyferentni, znajdowali w udziale w praktykach religijnych ważne dla siebie wartości. Bo też - powtórzmy to raz jeszcze - nie miały one tylko wyznaniowego wymiaru. Splatały się w nich wiara z nadzieją, pragnienie znalezienia pociechy i ratunku z tęsknotą za krajem. Za komentarz niech zresztą posłuży jeszcze jeden opis polowego nabożeństwa w dalekim, kazachstańskim stepie: "To co zobaczyliśmy rzuciło nas od razu na kolana. Ołtarz, zbudowany na stepie przez Polaków. Pięknie umajony polnymi kwiatami i ...biel. W promieniach słońca biel płótna, którym udekorowany był ołtarz i kwiaty lśniły z daleka, a jednocześnie było to dla nas miejsce święte. Wyszedł ksiądz, Polak, w prawdziwym ornacie, stanął na podwyższeniu ołtarza, rozłożył ręce i w tym momencie nad stepem popłynął jeden szloch. Ludzie nie wytrzymali nerwowo, zbyt dużo tu przeżyli, zbyt długo czekali na tę chwilę, gdy będą mogli być tak blisko polskiego księdza. A przybyło tu bardzo dużo Polaków, ściągnęli tutaj ze wszystkich zakątków Kazachstanu. Nieraz szli dwa do trzech dni, chcieli tu być, chcieli pomodlić się i wyspowiadać oraz przyjąć Komunię świętą. Był to uroczysty dzień dla Polaków, a jednocześnie wzruszający. Niektórzy przez całą mszę leżeli krzyżem na trawie przed ołtarzem. Wszyscy głośno powtarzali za księdzem słowa modlitwy, prosili pana Boga o pomoc, o udzielenie łaski powrotu do kraju. Ksiądz wygłosił na stepie do polskich kobiet, dzieci i starców, tych którzy jeszcze przeżyli, wzruszające kazanie. Mówił o umęczeniu polskiego narodu, sięgnął do dziejów naszej historii, wskazał na to, że Polacy nigdy nie utracili wiary, pomimo trudnych w wielu przypadkach losów naszej Ojczyzny. Zawsze szli z Bogiem przeciw różnym najeźdźcom. Najwspanialszym momentem tej uroczystości był... śpiew, śpiew pieśni kościelnych tysięcy ludzi. Spiewali na stepie, wydawało się, że śpiewa cała ludzkość na globie ziemskim...
|
Matko Najświętsza do serca twego Mieczem boleści wskroś przeszytego, Wołajmy wszyscy z jękiem, ze łzami... Matko Najświętsza módl się za nami... |
Słowa tej pieśni rozchodziły się po całym stepie, ludzie płakali ze wzruszenia, każdemu ściekały łzy po policzkach przy tym ściskali się, życzyli sobie szybkiego powrotu do Polski".
