
Kultura polonijna
kula u nogi czy klucz do promocji polskości w Ameryce?
Krzysztof Kij
O Polskości, Polonii, Polakach, kulturze polonijnej, polsko-języcznych
mass mediach chicagowskich. Z poetą
Adamem Lizakowskim rozmawia redaktor Krzysztof Kij.
(Tygodnik Alfa wyd. w Chicago)
Krzysztof Kij:
Joanna Kmieć napisała w najnowszym numerze KULTURY CHICAGO, że polonijne życie muzyczne rozwija się dzięki wysiłkom paru zapaleńców, czy też raczej szaleńców. Ja rozszerzyłbym to: życie kulturalne przez duże K istnieje dzięki paru osobom, ale kultura dla mas mam na myśli wszelkiej maści bary z piwem tzw. night club i kapel tam się produkujących, jest też pewnego rodzaju kulturą, stanowią dużą część kulturalnego folkloru chicagowskiego.
Adam Lizakowski:
Trudno jest nie zgodzić się z tobą czy Joanną, nic nowego pod słońcem. Kultura to kilka poziomów życia, na których jest tworzona. My sami stwarzamy te poziomy na na ich funkcjonujemy. Niektórzy nazwają to stopą życia, która może być szeroka lub wąska, długa lub krótka. W naszym mieście muzyka poważna promowana przez barytona Henryka Zygmunta, jazzowa przez Grażynę Auguścik czy Marcina Januszkiewicza, jest też bluesowa promowana przez Jerzego Opalińskiego. Są poeci i Grupa Poetycka NIEzapłacaony Rent. Są malarze, rzeźbiarze i najpopularniejszy z nich Jerzy Kenar, który dobrze radzi sobie na rynku amerykańskim. Potrzebne są bary z piwem i muzyką, potrzebni są artyści kabaretowi do kotleta, czy zupy grzybowej. Przed wojną były do tego celu powoływane kabarety z czasem nawet literackie z własnymi tekstami przykładem niech będzie grupa poetycka Skamandra. Aby wyjść poza bar z piwem czy restauracji ze schabowym z pieczarkami, trzeba mieć potężnego sponsora (poza talentem). Dwa tysiące lat temu żył Rzymianin o nazwisku Mecenas potomek królów Etruskich, rozumiał to, udzialał wsparcia wybijającym się artystom w szczególności poetom. Minęło dwa tysiące lat i nic się nie zmieniło, nadal kultura ta przez duże K potrzebuje mecenasów.
Krzysztof Kij:
A jak wygląda tzw. sponsorstwo w polskim Chicago?
Adam Lizakowski:
Największym sponsorem jest Związek Narodowy Polski, który pomaga, służy, ale tylko w wielkich sprawach. Jak prezes Moskal nie da pieniędzy nikt nie da. Małym czy indywidaulnym twórcom, raczej nie pomaga, chyba, że potrafią swoją sprawę "wychodzić" i jest to pomoc raczej symboliczna, okruchy, które dla wielu są dużym kąskiem. Jest kilka firm polskich takich jak LOT, PEKAO, POLAMER, Stanley Stawski, Czesław Sawko, Oak Mill Bakery to wszystko co w tej chwili przychodzi mi do głowy. Ludzi bogatych i światłych prawie w ogóle nie ma, nie licząc jednej może, dwie lub trzy osoby indywidualne. Być może jest kilka osób więcej, o których ja np. jeszcze nie słyszałem. Mieszkając w polskim Chicago możemy zadać sobie pytanie: czy tutejsza Polonia może być mecenasem? Czy stać ją na kulturę? Osobiście twierdzę, że nie, powiem to jaśniej Polonia amerykańska nie lubi kultury polskiej, nawet posunę się do stwierdzenia, że Polacy w ogóle nie lubią kultury, że są mało kulturalni. W tym znaczeniu, że nie cenią ludzi kultury, że nawet mają kompleksy wobec nich dotyczy to w szczególności tzw. działaczy polonijnych i naszej intelegencji polonijnej. Nie chcę nikomu zabierać jego zasług, nie chcę pomniejszać trudu i wysiłku, włożonej energii rodaków na przestrzeni ostatnich stu lat. Były teatry, były pisma, byli aktorzy, pisarze słowem twórcy, o których dzisiaj nikt nie pamięta, nawet nie wie, bo nikt nie na pisał historii Polonii, nie opracował minonych pokoleń dorobku. W sumie nic o nich nie wiemy. Oni sami słabo dbali o zabezpieczenie swojego dorobku poza tym tak naprawdę nikt się mimi nie interesował. To co osiągnęła nasza grupa w Ameryce na niwie kultury jest niewidoczne: wydanych książek, nakręconych filmów, napisanych sztuk teatralnych, oper w języku polskim i angielskim, tomików poezji nie ma, nie ma płyt tutaj wydawanych, etc., to jest bardzo mało, nie chcę mówić wielkie zero w porównaniu z liczbą rodaków, ale naprawdę niewiele. Jak wiemy liczby czasem kłamią Polaków w Chicago jest mała garstka, która dba o polską kulturę. Im należą się brawa, uznanie, podziękowania. Ta garstka ludzi tworzy obraz wielkiej stolicy wielkiej Polonii, dzięki im za to, chylę głowę przed nimi. Wiem, że wybudowaliśmy kilkanaście kościołów, wiem, że działają chóry przykościelne, zespoły taneczno ludowe, jakieś towarzystwa taneczno-polkowe, czy grupy, kluby regionalne, teatry dziecięce.
Krzysztof Kij:
Uważam, że Polonię stać na promocję własnej kultury przez duże K. Jest masa ludzi, którzy powinni kulturę promować. Polonijne organizacje, biznesy, kluby, towarzystwa, firmy usługowe, które w sumie żyją z Polonii itd. Oni powinni oddać choćby małą część tego co z Polonii biorą, bo z Polonii przede wszystkim żyją.
Adam Lizakowski:
To co mówisz jest pewnego rodzaju utopią, nie w tym rzecz, chodzi przede wszystkim o tak zwaną siłę intelektualną Polonii, mówimy o ludziach kulturalnych, którzy potrzebują kultury polskiej czy polonijnej. Polonia amerykańska nie posiada tzw. warstwy inteligencji. Niby są lekarze, adwakaci, inżynierowie, architekci plus nowobogaccy tj. zamożni "kontraktorzy", mechanicy samochodowi, sprzedawcy domów, firmy ubezpieczeniowe, pożyczkowe, etc., ale to tylko pozory. Oni powinni być siłą napędową Polonii, jej pięknym lustrem, w którym wszyscy mogliby się przyglądać i podziwiać. Oni w wielu przypadkach żyją tylko z Polonii, ale jak wiesz prawie nic lub nic w zamian nie dają, nie wzbogacają środowiska. Taki egoizm w moim przekonaniu jest przestępstwem. Takiego zwierza jak polonijna kultura nie ma, nam wrażenie, że w całej historii Polonii amerykańskiej nigdy nie było, nie licząc jakiś tam poszczególnych przypadków tzw. nawiedzonych, którzy nie tylko rozumieli potrzeby kultury, ale i rozumieli Polonię. Myślę, że w podobny sposób co ja myśleli śp. poeci Ref-Ren czy Zbigniew Chałko i wielu innych. Innymi słowy Polonia amerykańska nie posiada klasy tzw. drobnomieszczańskiej, tak potrzebnej do życia kulturalnego, która przed wojną w Polsce utrzymywała kulturę na różnych stopniach.
W Ameryce tak się przyjęło, że czym Polak bogatszy tym dalej ucieka od rodaków, tym niej mniej chce mieć wspólnego z Polonia. Oczywiście nie wszyscy, ale 97%, więc można generalizować i mówić wszyscy. Oczywiście Polonia amerykańska też się dzieli. Musimy sobie wyjaśnić o kim dokładnie mówimy o tych co przyjechali miesiąc temu, czy kilka lat temu w pogoni za szczęściem, pieniądzem, sławą, przygodą, chlebem, wolnością, lepszym życiem. Trzeba pamiętać co tym co tutaj się urodzili i nigdy w Polsce nie byli i o tych co przyjechali tutaj jako małe dzieci i o tych co uciekli przed swoimi rodzinami, i o tych przyjechali tutaj po prostu zarobić. Musimy pamiętać czy mówimy po Polonii amerykańskiej prezesa Edwarda Moskala, ludzi, którzy tutaj się urodzili i wychowali, którzy znają Polską zaborową swoich rodziców z ich opowiadan. Czy mówimy o Polonii Boba Lewandowskiego, tj. pokolenia żołnierskiego, czy mówimy o Polonii dr Wojciecha Wierzewskiego, drugiej połowy lat siedemdziesiątych, a może Polonii mojej tzw. Solidarnościowej stanu wojennego, którzy wyjechali z Polski zanim gen. Jaruzelski zamknął granice. A może mówimy o wakacjuszach z drugiej połowy lat osiemdziesiątych, albo tych co wygrali amerykańskie szczęście na loterii w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wszyscy oni tworzą coś co my nazywamy Polonią, ale to jest dużym nieporozumieniem, bo Polonia jest jak ocean składający się z wielu kropel wody, mentalności, stylów bycia, sposobów myślenia.
Krzysztof Kij:
Mamy prasę polonijną czy ona pomaga, czy promuje? Jak widzisz jej rolę w środowisku polonijnym?
Mamy w Chicago około dziesięciu różnych pism wydawanych w języku polskim w tym są trzy pisma codzienne, pokaż mi jednego wydawcę, jednego redaktora tych pism, który popiera kulturę polonijnę, z którym możesz na ten temat porozmawiać. Znam ich wszystkich osobiście, cenię ich, są to ludzie mądrzy, ale mam i do nich żal, ale niestety codziennie drukują zakalca, którym sami się duszą. Nie umią, nie potrafią, nie chcą wyjść poza ramy tego co już zrobili inni redaktorzy przed nimi. Trzymają się starych wytartych schematów, nie wprowadzają nowy działów. A tak prawdę powiedziawszy poza działem reklam to żadnych działów nie ma w ich gazetach. "Piszą gazetę internetem, albo nożycami". Sprowadza się to do tego, że w jednym tygodniu możesz przeczytać te same informacje ściągnięte z internetu w trzech różnych gazetach. Wierz mi oni się wstydzą, że robią taką tandetę, takie nic, tylko czernienie papieru. Rozumiem, że sport mogą "cały przepisać" z prasy polskiej, ale żeby przedruki stanowiły 60 - 90% gazety to wstyd. Można odnieść wrażenie, że są to ludzie z przypadku, którym nie tylko nie zależy na promocji kultury, wręcz utrudniają. Wydawcy chcą zaoszczędzić na dziennikarzach więc sam rozumiesz, ostrzą nożyce, redaktorzy szczycą tym, że wierszy nie drukują, że na poezji się nie znają, a literatura się nie sprzedaje. Popatrz na nich a w jednej chwili zobaczysz negatyw całej Polonii. Około trzydziestu programów radiowych, w których nie usłyszysz nic o nas tutaj mieszkających, jeśli jesteś tzw. twórcą niezależnym, tzw. nasz w nosie wszelkie sprzeczki i utarczki ludzi żyjących z Polaków w Chicago. Jesteś po niczyjej stronie więc tak naprawdę ciebie nie ma. Nie ma też redaktorów literackich, prawdziwych dziennikarzy tj. niezależnych, etc., wszystko zależy od wszystkiego od wszystkich. W szczególności ten co płaci ma najwięcej do powiedzenia, poza tym uważa, że za dużo płaci.
Krzysztof Kij:
W okresie zaborów mieliśmy coś takiego jak wynarodowienie, germanizacja, rusyfikacja, niszczenie tożsamości narodu polskiego. Czy nie uważasz, że w tej chwili tu w Stanach Polacy robią dokładnie to samo z czym przez ponad sto lat walczyli z zaborcą i to dobrowolnie. W kraju, w którym nikt nikogo nie dyskryninuje z powodu narodowości w kraju, w którym wręcz promuje się potrzymywanie kultury, języka, tadycji, danego narodu. Weźmy np. Latynoamerykanów, Irlandczyków, Włochów i innych. Nie jesteśmy od nich głupsi, biedniejsi, czy też zacofani w stosunku do nich?
Adam Lizakowski:
Skoro jesteśmy na samym dole, to musimy siłą rzeczy być od nich głupsi w tym znaczeniu, że oni potrafili się dogadać zainwestować w swoją szeroko rozumianą kulturę. Polacy tego tutaj nie zrobili i nie robią, więc możemy mieć sami do siebie o to pretensje, albo zwalić winnę na innych. To takie typowe polskie tłumacznie: chcieliśmy dobrze, ale inni nam nie pozwolili.
Wspomniałeś o zaborach, pamiętaj o tym, że do Ameryki zawsze wyjeżdżała najbiedniejsza warstwa, chłopi, którzy nie mogli się wyżywić we własnej ojczyźnie. Biedni, tzn. także niewykształceni. Oni przyjechali tutaj za pracą, za chlebem, poza tym musisz pamiętać, że przyjechaliśmy do kraju, w którym rządzili Niemcy do spółki z Anglikami, którym przewodzili najwybitniejsi synowie Izraela. Słowianie a Polacy to Słowianie, nigdy w Ameryce nie liczyli się tak jak Zachodnioeuropejczycy. Nawet Żydzi ze Wschodu, tj. Polski czy Rosji, byli dyskryminowali przez cały XIX w. przez swoich braci z Zachodu. Czy myślisz, że ci ubodzy, niewykształceni, przestraszeni chłopi potrzebowali kultury? Kościół im w zupełności wystarczał, więc budowali kościoły, kłócąc się miedzy sobą, robiąc sobie na złość, a ten co trochę się wybił zaraz był niszczony, albo wypierał się polskości. Przeczytaj dzienniki podróży Sienkiewicza o Polakach w Chicago, albo prasę polonijną z początku XX wieku, tam zobaczysz, tak wyglądało polskie piekło w Ameryce. Słowem mamy wielkie tradycje burzenia, a nie budowania. Historia naszej głupoty antykulturalnej jest bardzo dobrze udukomentowana w prasie polonijnej sprzed stu lat, wystarczy tylko do niej sięgnąć.Tacy byliśmy i tacy jesteśmy, nasz wstręt do kultury, do pomocy twórcom jest stary jak polskość, potrafimy świetnie na siebie pluć, to nasza specjalność narodowa. Teraz możesz domyśleć się dlaczego były rozbiory, sami swoim sąsiadom ofiarowaliśmy swoje usługi, aby nas bronili przed innymi Polakami.
Krzysztof Kij:
Czy w stolicy Polonii świata jest polska kultura? Czy polskie Chicago istnieje na mapie kulturalnej Polonii?
Adam Lizakowski:
Przez dziesięć minut probuję ci na te pytania odpowiedzieć, ale ty wciąż o to samo mnię pytasz. Odpowiem krótko: Nie. W Chicago nie ma ani polonijnej kultury, ani polskiej kultury, poza tym Chicago nie jest stolicą Polonii świata w moim przekonaniu, nawet nie jest miastem powiatowym Polonii świata, bo to wszystko co tutaj się dzieje jest na poziomie gminy. Przy okazji dodam, że w Nowym Jorku jest jeszcze gorzej. Polacy wracający z Nowego Jorku do Chicago są oczarowani polskością w naszym mieście, bo tam jest dosłownie pustynia polskości. Ale, żeby być sprawiedliwym trzeba także powiedzieć, że w Chicago istnieje kultura przez małutkie k, jest to kulura chłopska na poziomie klubów, związków, stowarzyszeń, pikników, klubów nocnych i muzyków grających do butelki z piwem. Są też pisma w języku polskim na poziomie piwnicy, chóry przykościelne, parafialne, kółka regionalne, są też organizacje, w których praktycznie się nic nie dzieje, programy radiowe i telewizyjne drętwe, z działalności których nic nie wynika, ale one zostały powołane dla reklam, a nie dla słuchaczy. O tym musimy przez cały czas pamiętać. (O tym już kilka razy w tym wywiadzie wspominałem.) Coś się dzieje, ale mnie to zupełnie niezadawala, dlatego o tym mówię otwarcie. Wiem, że wiele osób w ogóle nie wie o czym mówię, do nich twoja gazeta nigdy nie dotrze, w szczególności ci, których nigdy nie zobaczysz na żadnej imprezie polonijnej to są. adwakaci, lekarze, itd. Dla nich istnieje tylko materia, świat ducha jest martwy. Obrażą się ci, co starają się coś robić, ci, co nic nie robią, nic nie wiedzą on nas.
Krzysztof Kij:
Zgadzam się z tobą, że ludzie, którzy przyjechali tutaj w okresie zaborów prezentowali określony poziom intelekturalny i kulturalny. Nie mogę jednak zgodzić się z tym, że jest tak nadal. Po roku 1981 przyjechała emigracja ludzi wykształconych, wychowanych na kulturze, lubiących kina, teatry dobrą książkę, płytę, poezję, etc.
Adam Lizakowski:
Przecież ja tylko o nich przez cały czas mówię, mówię o mojej emigracji, o tej fali, która tutaj przybyła po roku 1981. Brak jest dokładnych danych, ale po roku 1980 wyjechało z Polski około pół miliona ludzi mniej lub bardziej wykształconych. Gdzie oni są w Chicago? Dlaczego się ukrywają? Co stało się z ich wykształceniem, z ich dyplomami uniwersyteckimi, umiłowaniem do kultury, dlaczego nie uczestnią w życiu kulturalnym Polonii? Dlaczego o nich się nie mówi, pisze, dlaczego oni nie istnieją w polonijnych mass mediach jako twórczy polonijni? Gdzie są ich teatry, kina, filmy, książki, pisma, obrazy, galerie, kawiarnie literackie, kluby dziennikarzy, poetów, aktorów, etc. Po prostu nie ma ich, co może być dowodem na to, tak naprawdę nigdy ich nie było. Byli ale ich nie było. Oni skończyli się wraz z komuną, o ich żywotności, potrzebach kulturalnych dopiero teraz możemy powiedzieć. O tym przez cały czas mówię, obecnie pokolenie Polaków na emigracji w sumie niczym szczególnym nie odróżnia się od tych sprzed stu lat. Powiem nawet więcej tamci choć nie piśmiennie, to budowali kościoły, walczyli o ojczyznę, zakładali własne organizacje, tworzyli chłopska kulturę. Obecne pokolenie to pokolenie ludzi chytrych i głupich, którzy na kulturą nie dadzą jednego centa. Starzy mieli warstwę inteligencji, bo obecni lekarze, adwakaci, dentyści, właściciele biur podróży, handlarze domów, etc, to nawet nie są na poziomie intelektualnym przedwojennego chłopa. Tamten wiele rzeczy rozumiał, ci natomiast nic nie rozumią nic ich nie obchodzi, itd., szkoda słów. Poza tym Polonia od kilku dziesięcioleci cierpi na brak z prawdziwego zdarzenia przywódcę, czy osobowość, kogoś z kręgosłupem, kogoś, komu można zaufać na tyle aby zanim pójść. Taki przywódca musi mieć plany, musi umieć podejmować decyzje, musi budować polskość od podstaw. Kultura jest ważniejsza od polityki, trzeba to z rozumieć, aby rządzić. Nikogo nie mamy aby naprawdę zajął się naszą kulturą, i to jest tragedia. Zmieniły się czasy, okoliczności, podobne lecz inne są cele. Wydawca pisma, właściciel biznesu powinni być częścią polskości w Ameryce, a nie czynić łaskę, że w ogóle chcą z rodakiem rozmawiać. Ale poza mną nikt tego chyba nie rozumie, albo nikogo to nie interesuje czy obchodzi.
Krzysztof Kij:
Dużo ludzi po przeczytaniu tego wywiadu może na ciebie się obraźić. Czy zastanawiałeś się nad tym. Pamiętajmy o tym, że w Chicago jest polski konsulat i pani konsul od spraw kulturalnych. Jest jeszcze ojczyzna, która na nas patrzy i nas podziwia za naszą działalność, słowem Polonia nie jest skazana tylko na siebie samą, jest wolna Polska, którą przez tyle dziesięcioleci Polonia świata walczyła. Z Chicago przez konsulat płynie wielki strumień dolarów do Polski i jakiś tam mały procent mógłby wrócić tutaj w celu wykorzystania go na promocję Polski, Polaków, Polonii, w Ameryce.
Adam Lizakowski:
Myślę odwrotnie wielu rodaków ucieszy się po przeczytaniu tego artykułu i powie wreszcie ktoś powiedził prawdę. Gorzka to prawda, ale prawda. Jest to moja prawda. Ale wiele osób myśli w ten sposób co ja, ale nie mają okazji do wypowiedzenia się. Nie wiedzą z kim na ten temat, komu się wyżalić. Natomiast piękny pomysł z pomocą kulturalną konsulatów Polonii amerykańskiej, ale jest to utopia, Polska szybko tego nie zrobi, chyba nikt o tym w MSZ, tym jeszcze nie myślał. Czy myślisz, że w Warszawie są mądrzejsi Polacy od tych tutaj w Chicago? Oni myślą o Polonii w szczególny sposób, zobacz prasę polską w ogóle Polonia w niej nie istnieje. Polska jest biedna, nie ma pieniędzy na kulturę, zresztą jest to pytanie bardziej do pani konsul Krystyny Wołkońskiej niż do mnie. Spróbuj o tym poroznawiać nawet z ambasadorem polskim w Waszyngtonie. Zobaczysz jak pięknie ci wytłumaczą, dlaczego nie ma pieniędzy na promocję polskości w Ameryce. Poza tym oni nie zajmują się kulturą polonijną tylko polską, bo oni uważają Polaków tutaj mieszkających za Polonię, która w ich założeniach nie może być kulturą polską. Mam nadzieję, że się nie mylę, (chociaż chciałbym się mylić) wiele mam dowodów na to, że tak jest. Oni naprawdę w Ameryce niewiele mogą zrobić na polu kultury w szczególności. Nie są przygotowani do działalności wśród Amerykanów, przeważnie są to zwykli urzędnicy, ludzie z tytułem uniwersyteckim, byli profesorowie czy wykładowcy, reprezentanci tego czy tamtego ugrupowania politycznego, takiej czy innej frakcyji czy obcji, którzy nie nadają się do pracy w środowisku polonijnym i amerykańskim. Tutaj potrzeba ludzi z wielką wyobraźnią, z siłą przebicia, wielkich indywidualności potrafiących przekonać tutajsze środowisko co siebie I tego co chcą zrobić. Wiedza czy roztropność akademicka niewiele pomoże, życie to in sala wykładowa.Te dziesięć lat od obrad okrągłego stołu udowodniło, że osiągnięcia na polu kultury są zerowe, wciąż ugor, może już nie pustynia, ale ugor. Nawet nie most, ale pomost pomiędzy Polonią a krajem nie został wybudowany. Urzędnicy tutaj wydelogowani w większości przypadków nigdy w Ameryce nie byli, nie znają mentalności amerykańskiej, ani polonijnej, tym bradziej nic nie wiedzią o psychice emigranta. Sami nie potrafią sobie odpowiedzieć czym jest polskość w Ameryce? Co znaczy być Polakiem w Ameryce? Gdzie się mieli tego nauczyć? Kto miał im o tym powiedzieć? Dyplomatą zostaje się przez długie lata, politykiem w zależności od wiatru. Trudno jest ich za to winić, właściwie nie ma winnych, na nikogo nie można wskazać palcem, ale na naszych oczach umiera polskość w Ameryce, pomimo tego sztucznego boom'u kulturalnego z początku lat dziewięćdziesiątych w Chicago.
Krzysztof Kij:
Dużo mówisz o kulturze polonijnej, ale czy ona jest częścią kultury polskiej, czy nie? Poza tym wydaje mi się że przesadzasz z tym umieraniem polskości w Ameryce.
Adam Lizakowski:
Jest tylko jedna kultura polska i nie ma żadnych innych podziałów, poza tym, że twórcy polscy mieszkają czy żyją w Krakowie, Warszawie, Londynie, Mediolanie, Chicago, etc. Ministerstwo Kultury w Polsce daje jakieś pieniądze na kulturę w kraju, sponsoruje pisma literackie, filmy, książki, a nie jak do tej pory nie słyszałem, aby tutaj w Ameryce ktoś coś od nich otrzymał. Ministerstwo Kultury sprawia wrażenie, że poza kilkoma grupami wzajemnej adoracji nic się in dzieje. Wyobraź sobie zdziwienie pani minister kultury, gdyby dowiedziała się, że poza granicami Polski są też Polacy tworzący kulturę polską. Powiem więcej Polonię w ojczyźnie uważa się na ludzi drugiej czy nawet trzeciej kategorii. Nie istnieje więź ojczyzny z rodakami, i to dzięki Wałęsie, który jako pierwszy prezydent wolnej Polski przekreślił te więźi, ale mnie to nie dziwi, bo jak już powiedziałem Polacy tacy są jaką mają kulturę, emigracja też taka jest jaką ma kulturę. A jaka ona jest każdy widzi. Nie chodzi o to, aby każdy sklepikarz, czy właściciel zakładu naprawszego samochodów, firmy budowlanej, czy sprzątającej dał raz na miesiąc dolara na rozwój kultury, nie mówiąc już wielokrotnie przeze mnie wymieniani lekarze, adwakaci, itd. Sami musimy budować, sami musimy stwarzać zainteresowanie naszą kulturą, pokazywać jej piękno innym. Życie wielokrotnie pokazało, że organizacje polonijne ani konsulaty tego za nas nie zrobią. Te instytucje same potrzebują pomocy od nas. Mam uczucie, że instytucje te zostały powołane do istnienia, a nie do działania. Do tego potrzebne są bogate firmy, które mogą zainwestować w Polonię, po to aby na niej zarobić. Tutaj w Ameryce nikt nie myśli o inwestycji w polską kulturę, uważając, że na kulturze się nie zarobi. Wiem, że inne grupy etniczne doskonale na swojej kulturze zarabiają, i to grube miliony dolarów. Bez pieniądza nie ma kultury. Nie proponuję zakładania kulturalnych organizacji, które by się tym zajęły, ale apeluje do sumień wszystkich Polaków, aby sprawy kultury nie były im obojętne, aby tego kilka zielonych wyjęli gdy przyjdzie do nich po prośbie malarz, filmowiec, poeta, rzeźbiarz, muzyk, aby pisma polonijne nie były dla "piwnic", ale także od czasu do czasu "zawyżały poziom swoich czytelników". Co do śmierci kultury polonijnej to ona dawno już umarła, nawet przed śmiercią Ref-Rena z jego teatrem, teraz tylko duch jej od czasu do czasu straszy, takie mam wrażenie, że tylko mnie, ale chciałbym się mylić.
Dziękuję za rozmowę.